Pierre Rene Professional, Royal Mat Lipstick i lakier Monroe Red - czerwienie na święta



Ponad rok nie malowałam paznokci ;). Powód był prosty - bardzo denerwują mnie wszelkie ubytki w manicure, a z czasem na wszelkie poprawki i przemalowywanie jest krucho. Jeśli dodamy do tego mój stosunek do manicure hybrydowego zostaje w zasadzie jeden wybór - paznokcie saute :P. 

Święta to jednak czas mniejszej ilości obowiązków, więc wypróbowałam na swoich szponach lakier Pierre Rene Professional nr 319 Monroe Red (który znalazłam w paczuszce - KLIK!) - piękną, klasyczną czerwień bez udziwnień. 

11ml lakieru kosztuje 10-12zł, w zależności od miejsca.

Ileż miałam śmiechu z samej siebie - totalnie wyszłam z wprawy w malowaniu, co możecie zobaczyć na zdjęciach. Niemniej jednak lakier rozprowadza się dobrze, ma odpowiednią konsystencję i krótki czas schnięcia. Bąbelkowania i smug nie zanotowałam ;). 

Pod topem Golden Rose Quick Dry przez 3 dni trzymał się bez ubytków, potem końcówki zaczęły się ścierać. Zmył się bezproblemowo stosowaną przeze mnie metodą (KLIK!), na razie nie zauważyłam przebarwień na płytce ;).

Malutki minus, który pewnie część z Was poczyta za plus - ma dużą szczoteczkę (tzw. maxi brush), która przy moich wąskich paznokciach średnio się sprawdza.




To nie koniec świątecznych czerwieni ;). Mimo, że maluję się rzadko i oszczędnie nie odmówiłam sobie przyjemności wypróbowania pomadki Rene Professional Royal Mat Lipstick nr 18 Aurora Red (znów bardzo klasyczna czerwień). 


W czarnym, matowym kartoniku dostajemy złote cudo. Metalowe opakowanie jest naprawdę przepiękne, a magnes gwarantuje, że szminka nie otworzy się nam w torebce. Bardzo mi się podoba ;).

4,8g kosztuje 18-20zł, w zależności od miejsca.



Z matowymi szminkami mam niestety nie najlepsze wspomnienia - zwykle suszyły moje usta na wiór.Tutaj jednak sprawa ma się inaczej. Uzyskany mat jest w wersji jakby kremowej, usta są wręcz delikatnie pielęgnowane - co nie dziwi przy takim składzie:

Ricinus Communis Seed Oil, Caprylic/Capric Triglyceride, Candelilla Cera, Ozokerite, Octyldodecanol, Copernica Cerifera Cera, Cera Microcristalina, Ethylhexyl Palmitate, Octyl Dodecyl Stearoyl Stearate, Hydrogenated Coconut Oil, Simmondsia Chinensis Seed Oil, Tocopheryl Acetate, Tocopherol.

Oleje: rycynowy, kokosowy (modyfikowany - uwodorniony) oraz jojoba są sowicie doprawione emolientami syntetycznymi, woskami (candelilla, carnauba) oraz witaminą E. Oczywiście usta nie są tak dopieszczone jak po dobrej szmince ochronnej, jednak i tak jestem miło zaskoczona ;).

Trzyma się dobrze przez 3-4 godziny, także w czasie jedzenia czy picia - pokonują ją jedynie tłuste potrawy, ale na szczęście schodzi z ust równomiernie.




Pozostaje mi więc przekonać mojego M. do pogodzenia się z noszeniem przeze mnie kolorowej szminki xD.

Wolicie matowe, kremowe, perłowe czy błyszczące wykończenia pomadek? ;).
Więcej »

L'biotica, Pierre Rene, Rossmann, Uroda - moi tegoroczni Mikołajowie ;)



W mojej rodzinie nie ma zbytnio tradycji mikołajkowo-gwiazdkowych. Wiadomo - najmłodsi dostają prezenty od Mikołaja, ale starsi już nie przywiązują do tego większej wagi. Jedynie z M. mamy tradycję wymieniania się drobiazgami z tej okazji ;). Moja mina była bezcenna, gdy po przyjeździe do domu w przedświąteczny piątek zobaczyłam taki oto obrazek:


Nie ukrywam, że od razu zabrałam się do rozrywania paczuszek ;). W taki sposób stałam się posiadaczką zestawu L'biotica BIOVAX Bambus&Olej avocado (szampon, odżywka BB Beauty Benefit i serum wzmacniające). Ta stosunkowo młoda linia BIOVAX interesowała i kusiła mnie już od dawna, możecie być pewni testów ;). Doceniam też pomysł świątecznych opakowań zestawów ;).


Uroda obdarowała mnie takim oto zestawem:


Szkoda, że serum do rzęs ma bimatoprost (dlaczego nie używam tego typu kosmetyków - do przeczytania TUTAJ!), ale balsam do ciała i olejowe serum do twarzy kuszą mnie składami (nawiasem - co powiecie na analizę? ;)). Myślę, że niedługo zrobię do nich podejście.

Pierre Rene dopieściło mnie kolorówką (co nie co trafi w przyszłości do kogoś z Was ;)):


Czerwienie, czyli lakier, konturówka i szminka zaliczyły już kilka crash testów w święta - może na dniach uda mi się trochę o nich napisać ;). Zamierzam też rozdziewiczyć niedługo tusz, bo mój obecny dokonuje żywota.

Rossmann, czyli pełne rozpieszczenie ;)


Nie ma tutaj kosmetyku, który by mnie nie zainteresował. Peeling i masło do ciała Wellness&Beauty kusiły mnie od dawna (wersja wiśniowa masła trafi do zwycięzców ostatniego blogowego konkursu), olejkiem do włosów Isana zaolejowałam już włosy (tak, wiem, silikony - ale moje włosy lubią je przed myciem ;)). Szczotka może przekona mnie w końcu do wypróbowania szczotkowania na sucho, a koncentrat do dłoni już 2 razy aplikowałam pod rękawiczki bawełniane na noc. Do tego cytrusowy płyn do kąpieli - czego chcieć więcej ;).

Dziękuję serdecznie! Taki miły "unboxing" jest jak nagroda za moją pracę tutaj - przyjemną i dającą satysfakcję, ale każdy lubi być doceniany ;).

P.S. Szykujcie się na facebookowy konkurs ;)
Więcej »

Wesołych Świąt! + wyniki konkursu ;)



Wigilia, przystrojony biało stół
Zaprasza siądź z nami wraz gościu nasz.
Opłatek weź i z nami dziel
Bo dzisiaj radość gości w nas!

W ten wyjątkowy dzień w roku, gdy rodzina i domowy nastrój są na pierwszym miejscu chciałabym Wam życzyć spokoju, odpoczynku, jedynie miłej atmosfery i mnóstwa radości. Wiem, że zapewne większość z Was ma jeszcze huk roboty do wykonania (w tej chwili np. mieszam farsz na uszka xD) - mam jednak nadzieję, że w całym tym rozgardiaszu nie zagubicie prawdziwej magii tych dni ;).

Zwykle w postach bożonarodzeniowych umieszczam albo zdjęcie choinki, albo wypieków. Dziś tradycji oczywiście stanie się zadość - takie chemiczne cudo stworzyli uczniowie liceum, w którym pracuję :D.


Przyznaję też, nie nie lubię piosenek bożonarodzeniowych - poza jedną ;). Oto i ona:


Dla dwójki z Was mam też prezenty - zestawy kosmetyków marek własnych Rossmanna zgarniają:

Anonimowy 3 grudnia 2016 14:44
 Ewa viosna

Wyślę do Was zaraz wiadomości ;). Pozostałym uczestnikom dziękuję za udział i zapraszam na kolejny konkurs pełen kosmetycznego barachła. Może uda mi się z nim ruszyć już w święta ;)

Wesołych Świąt Kochani!
 
Więcej »

Vis Plantis Atopy Tolerance, Krem-emolient barierowy na powieki i wokół oczu - hit pielęgnacyjny!



Bardzo długo unikałam kremów, których składy kojarzyły mi się zbyt "tłusto". Do pewnego momentu życia po prostu były mi niepotrzebne - skóra w miarę radziła sobie ze wszystkim bez dodatkowych dawek emolientów. Przyszła jednak kryska na Matyska - moja skóra z czasem zaczęła reagować na wiatr i chłód zaczerwienieniem oraz drobnym, delikatnym łuszczeniem (szczególnie na nosie i w jego okolicach), które dodatkowo bywały potęgowane przez moją kurację kwasową (o niej dokładnie napiszę już wkrótce ;)). Każdy, kto kiedykolwiek próbował ukryć łuszczący się kinol pod czymkolwiek (w domyśle - pod tapetą xD) wie, jaka to syzyfowa praca. Początek sezonu grzewczego złożył się w czasie ze spotkaniem blogerek związanym z pięcioleciem istnienia Elfy Pharm. Przyniosłam z niego kilka kosmetyków z serii Atopy Tolerance, których składy opisywałam Wam TUTAJ

Krem-emolient barierowy na powieki i wokół oczu zainteresował mnie od razu. Początkowo (przez jakiś tydzień) stosowałam go tylko w deklarowanym rejonie, a potem już na całość (twarz + szyja + dekolt). W skrócie powiem Wam tyle - znalazłam perełkę jak rzadko ;). Zobaczcie!


Krem zapakowany jest w buteleczkę typu airless. Takie rozwiązania lubię szczególnie - dzięki niemu aplikacja jest bardzo higieniczna, jednak nie pozwala na wizualne śledzenie ubytku produktu. 2 pompki wystarczą na pokrycie twarzy, szyi i dekoltu - za wydajność daję więc plusa ;). Opakowaniom nie można odmówić urody - stonowane, przemyślane barwy i czytelne napisy tworzą miłą dla oka i funkcjonalną całość ;).

30ml kremu kosztuje 24,99zł.

Skład:


Jest emolientowo, humektantowo i bogato. Emolienty syntetyczne, masło shea i olej z nasion bawełny zostały sowicie doprawione mocznikiem (3. miejsce w składzie!), gliceryną i propanediolem (humektanty - nawilżacze). Dalej znajdziemy trójglicerydy - na moją skórę do tej pory oddziaływały komedogennie, ale w tej formulacji nie dają takiego efektu (myślę, że jest to zasługa mocznika lub mojej kuracji kwasowej - albo jednego i drugiego). Zawiera również hialuronian sodu, pantenol, glikol dipropylenowy, alantoinę (humektanty-nawilżacze) oraz ekstrakty z chabru (bławatka) i brzozy. Niewielkie ilości konserwantów oraz silikonu dopełniają całości.

Skład jak najbardziej sugeruje, że jest to produkt przeznaczony dla atopowców i posiadaczy skóry wrażliwej. Na uwagę zasługuje duża dawka emolientów (naturalnych i syntetycznych) i mocznika (w większych stężeniach reguluje proces keratynizacji naskórka) oraz brak kompozycji zapachowej. Może się podobać ;).

Krem ma białą barwę i jest dość gęsty, natomiast zapachu, mimo prób, nie zarejestrowałam ;).


Krem nakładam rano po umyciu twarzy lub wieczorem, około 20-30 minut po nałożeniu preparatów kwasowych. Zaskoczył mnie wchłanianiem - spodziewałam się tłustej warstwy utrzymującej się długo lub ciągle, a dostałam krem szybkie wchłanianie do pudrowego matu ;). Po aplikacji skóra jest wygładzona, nawilżona i delikatnie napięta. Traktuję nim także usta - tutaj także powstrzymał objawy przesuszenia.

Makijaż (krem BB + korektor) trzyma się na nim dobrze, a po zmatowieniu skrobią ziemniaczaną moja tłusta cera nie świeci się przez cały dzień. Od czasu jego stosowania moja tłusta cera produkuje zauważalnie mniej sebum (ot, ograniczenie wpływu czynników zewnętrznych + uzupełnienie warstwy lipidowej zadziałało ;)).

Dzięki temu kremowi moja skóra bardzo dobrze znosi zimę oraz ogrzewanie. Żadnych suchych skórek czy zaczerwienienia nie zanotowałam, podobnie zresztą jak wysypu jakichkolwiek niedoskonałości. Możliwe, że jest to zasługa kwasów - sprawdzę to jednak dokładnie na wiosnę, gdy je odstawię. D

Przyznam się Wam, że krem ten w połączeniu z resztą pielęgnacji daje tak zacny efekt, że (nie licząc większych wyjść) korzystam tylko z korektora pod oczy. Nie mam obecnie w zasadzie nic innego do ukrycia ;). 

Obecnie kusi mnie lipidowy krem barierowy z tej samej serii - niech ja go tylko dorwę gdzieś stacjonarnie :D. Myślę, że atopowcy i wrażliwcy mają kolejną świetną linie dla siebie ;).

Mieliście już styczność z tymi kosmetykami? A może Was kuszą? ;)
Więcej »

Wierzbicki & Schmidt Academy, Kosmetyki do włosów - składy pod lupą



W czasie moich wizyt w drogeriach zawsze skanuję wzrokiem półki w poszukiwaniu nowości. Szczególnie uważnie przyglądam się kosmetykom włosowym - co pewnie nikogo nie zaskoczyło ;). W czasie jednej z ostatnich wizyt w Rossmannie moją uwagę przykuły kosmetyki sygnowane przez duet Wierzbicki & Schmidt, znany z programu "Ostre cięcie". Oglądałam go kilka razy i pomimo tego, że nie każde zaproponowane przez nich rozwiązanie (metamorfozę fryzury) uważałam za udaną to naprawdę widać, że znają się na robocie ;). Trochę też irytował mnie ich "agresywny styl bycia", jednak w programach tego typu głównie chodzi o sensację. Do składów ich kosmetyków zamierzam jednak podejść bez sympatii i antypatii przeniesionych z programu ;).

Mój Rossmann nie miał na stanie wszystkich kosmetyków z tej linii, dlatego też wspomogę się zdjęciami i składami ze strony Wizaż.pl. Możemy w niej wyróżnić szampony (luksusowo nazwane eliksirami myjącymi) oraz odżywki (ochrzczone mianem esencji odżywczych). Za 250g każdego z tych mazideł zapłacimy około 30zł (Rossmann, bez promocji).

Całą serię mogę od razu opisać jako bombę proteinową - panowie sygnujący serię swoimi nazwiskami widocznie o przeproteinowaniu nie słyszeli ;). Keratyna znajduje się z znaczących ilościach w każdym kosmetyku z tej linii. Trzeba jednak oddać sprawiedliwość - większość profesjonalnych kosmetyków fryzjerskich (a tak opisywane są produkty WS Academy) cierpi na nadmiar wszelkiego rodzaju protein ;).

Moje kudełki lubią keratynę w każdej ilości, jednak jeśli Wasze włosy są wrażliwe na działanie tych składników - bądźcie ostrożni ;).

Szampony Wierzbicki & Schmidt Academy

WS Academy, Eliksir myjący Czarna Orchidea, Szampon nawilżająco-wzmacniający do włosów


Skład:


Baza detergentowa to szamponowy standard: mocny, anionowy detergent (SLES) przełamany swoim łagodniejszymi braćmi (np. betainą kokamidopropylową). Wysoko w składzie znajdziemy sól kuchenną w roli wypełniacza, a tuż za nią nawilżacz - glicerynę. Znajdziemy w niej sporo filmformerów (w pierwszej części składu: polyquaterium i pochodna gumy guar). Zawiera także sporo pantenolu (nawilżacz i keratyny (proteina, świetnie współgra z pantenolem). Producent chwali się na opakowaniu dodatkiem ekstraktów z 12 ziół i faktycznie tyle ich jest (rozmaryn, rumianek, arnika, jasnota, szałwia, sosna, rukiew, łopian, cytryna, bluszcz, nagietek, nasturcja). Pytanie - gdzie ta orchidea? ;) Zawiera spory zestaw konserwantów (bez parabenów), substancje zapachowe oraz regulatory pH. 

Mimo wykorzystania mocnego detergentu odrobinę obawiam się, czy szampon ten faktycznie domyłby moje włosy (ilość filmformerów). Spory dodatek soli kuchennej i bogaty zestaw konserwantów i substancji zapachowych wielu wrażliwców odstraszy, ale ze względu kompozycję ziołową - ciekawy.

WS Academy, Eliksir myjący Paczula Wonna, Szampon odżywczo-regenerujący do włosów


Skład:


Początek składu aż do keratyny jest taki sam jak w wersji Czarna Orchidea. Zamiast ekstraktu z kilkunastu ziół znajdziemy w nim jednak ekstrakty owocowe (mango, marakuja, papaja). Pytanie - gdzie ta paczula? ;). Zawiera spory zestaw konserwantów (bez parabenów), substancji zapachowych oraz regulatorów pH. 

Moje zdanie o nim jest takie samo jak o poprzedniku mimo, że ekstrakty owocowe to całkiem interesujący dodatek.

WS Academy, Eliksir myjący Bezzapachowy, Szampon stabilizująco-odbudowujący do włosów


Skład: Aqua, Sodium Lauroyl Methyl Isethionate, Cocamidopropyl Betaine, Coco Glucoside, Glycerin, Sodium Chloride, Polysorbate 20, Guar Hydroxypropyltrimonium Chloride, Polyquaternium-10, Porphyra Umbilicalis Extract, Caesalpinia Spinosa Gum, Vitis Vinifera Fruit Extract, Hydrolyzed Keratin, Citric Acid, Methylchloroisothiazolinone, Methylisothiazolinone, Sodium Benzoate, Potassium Sorbate, Phenoxyethanol, Ethylhexylglycerin, Imidazolidinyl Urea

Ta wersja miło zaskoczy fanów łagodniejszych myjadeł do włosów. Nie znajdziemy w tym szamponie mocnych, siarczanowych detergentów tylko łagodniejsze surfaktanty jonowe, amfoteryczne i niejonowe. Zawiera sporo gliceryny (nawilżacz) oraz filmformerów (polyquaterium, pochodna gumy guar). Soli kuchennej niestety także nie pożałowano. Dodano do niego również ekstrakty z alg (szkarłatnica) i winogron oraz gumę z drzewa tara (bryzelki). W porównaniu do dwóch pozostałych szamponów zawiera najmniej keratyny. Znajdziemy w nim także regulatory pH i spory zestaw konserwantów (bez parabenów), co przy deklaracji producenta ("nie zawiera alergenów") uważam za spore nadużycie. 

Ta wersja szamponu Wierzbicki&Schmidt Academy jest najbardziej godna uwagi. Produkty myjące bazujące na delikatniejszych detergentach są nadal w mniejszości na sklepowych półkach, więc każda nowość w tej materii jest na wagę złota ;). Obawiam się jednak, że przy tej ilości filmformerów niektórzy użytkownicy mogą mieć problem z domyciem włosów.

WS Academy,  Eliksir myjący Eukaliptus&Rozmaryn, Szampon przeciw wypadaniu włosów



Skład: Aqua, Sodium Laureth Sulfate, Cocamidopropyl Betaine, Coco Glucoside, Cocamidopropylamine Oxide, Tussilago Farfara Flower Extract, Achillea Millefolium Extract, Cinchona Succirubra Bark Extract, Sodium Chloride, Glycerin, Polysorbate 20, Hydroxypropyl Methylcellulose, Polyquaternium-10, Panthenol, Rosmarinus Officinalis Leaf Extract, Chamomilla Recutita Flower Extract, Arnica Montana Flower Extract, Lamium Album Extract, Salvia Officinalis Leaf Extract, Pinus Sylvestris Bud Extract, Nasturtium Officinale Extract, Arctium Majus Root Extract, Citrus Limon Peel Extract, Hedera Helix Leaf Extract, Calendula Officinalis Flower Extract, Tropaeolum Majus Flower Extract, Guar Hydroxypropyltrimonium Chloride, Disodium EDTA, Citric Acid, Parfum, Methylchloroisothiazolinone, Methylisothiazolinone, Sodium Benzoate, Potassium Sorbate.

Kolejne myjadło z tej serii bazujące na SLES przełamanym delikatniejszymi detergentami. Sól kuchenną w składzie wyprzedza kilka ekstraktów (z podbiału, krwawnika i chinowca), a tuż za nią znajdziemy glicerynę, pantenol (nawilżacze) oraz filmformer (polyquaterium). Dalej w składzie możemy zauważyć zestaw ekstraktów (rozmaryn, rumianek, arnika, jasnota, szałwia, sosna, rukiew, łopian, cytryna, bluszcz, nagietek, nasturcja) - dokładnie taki sam jak w wersji Czarna Orchidea. Całość uzupełnia odrobina gumy guar (filmformer), konserwanty (bez parabenów), kompozycja zapachowa oraz regulatory pH. Zawiera rozmaryn - ale gdzie eukaliptus? ;)

Najbardziej ziołowy szampon z całej serii, który może mieć działanie ograniczające wypadanie włosów. Uważam jednak, że szampony przy tego typu problemie pełnią jedynie funkcję wspomagającą walkę z realną przyczyną.

Szampony z serii WS Academy zawierają ciekawe składniki, jednak ogólne wrażenie psuje ilość użytego zagęstnika (soli kuchennej) oraz sygnowanie jednego z produktów jako nie zawierającego alergenów pomimo tego, że skład mówi co innego.

Teraz nadszedł czas na esencje odżywcze, które w praktyce są odżywkami do włosów (chociaż... słoiczki kojarzą mi się raczej z nazwą "maska" ;)).

WS Academy, Esencja odżywcza Paczula Wonna, Odżywka do włosów odżywczo - regenerująca

Skład: Aqua, Cetearyl Alcohol, Cetyl Esters, Palmitamidopropyltrimonium Chloride, Hydroxypropyltrimonium Hydrolyzed Corn Starch, PPG-5-Ceteth-20, Polyquaternium-37, Guar Hydroxypropyltrimonium Chloride, Panthenol, Hydrolyzed Keratin, Glycerin, Mangifera Indica Fruit Extract, Passiflora Edulis Fruit Extract, Carica Papaya Fruit Extract, Parfum, Propylene Glycol Dicaprylate/Dicaprate, PPG-1 Trideceth-6, Citric Acid, Phenoxyethanol, Caprylyl Glycol, Sodium Benzoate, Potassium Sorbate, Ethylhexylglycerin, Imidazolidinyl Urea, Pentasodium Pentetate, Hexyl Cinnamal, Linalool, Coumarin, Alpha-Isomethyl Ionone

Emolientowa baza została hojnie zaprawiona kondycjonerem i modyfikowaną skrobią kukurydzianą. Sporo w niej także filmformerów (polyquaterium, pochodna gumy guar), humektantów (pantenol, gliceryna, glikole) oraz (standardowo w tej serii) keratyny. Ekstrakty z mango, marakui i papai robią dobre wrażenie, jednak całość zawiera spory zestaw konserwantów (bez parabenów), które mogą nie spodobać się wrażliwcom. Nie zrezygnowano także z kompozycji zapachowej. Paczuli nie zauważyłam ;).

Produkt interesujący - używałabym ;). Jednocześnie jednak uważam, że znam produkty o zbliżonym składzie w sporo niższej cenie. Nie polecam jednak nakładania na skórę głowy - sporo jest w niej popularnych alergenów.

WS Academy, Esencja odżywcza Czarna Orchidea, Odżywka do włosów nawilżająco - wzmacniająca


Skład: Aqua, Cetearyl Alcohol, Behentrimonium Chloride, Amodimethicone, Bis-Diisopropanolamino-PG-Propyl Dimethicone/Bis-Isobutyl PEG-14 Copolymer, Polysorbate 20, Butyloctanol, Polyquaternium-70, Dipropylene Glycol, Cetrimonium Chloride, Trideceth-12, Ethylhexyl Methoxycinnamate, BHT, Glycerin, Rosmarinus Officinalis Leaf Extract, Chamomilla Recutita Flower Extract, Arnica Montana Flower Extract, Lamium Album Extract, Salvia Officinalis Leaf Extract, Pinus Sylvestris Bud Extract, Nasturtium Officinale Extract, Arctium Majus Root Extract, Citrus Limon Peel Extract, Hedera Helix Leaf Extract, Calendula Officinalis Flower Extract, Tropaeolum Majus Flower Extract, Hydrolyzed Keratin, Panthenol, Citric Acid, Parfum, Isopropyl Alcohol, Lactic Acid, Phenoxyethanol, Caprylyl Glycol, Sodium Benzoate, Potassium Sorbate, Ethylhexylglycerin, Imidazolidinyl Urea, Hexyl Cinnamal, Bytylphenyl Methylpropional, Limonene, Linalool, Coumarin

Ta wersja ma odrobinę inną bazę. Tuż za pierwszym emolientem (syntetycznym) i kondycjonerem znajdziemy silikon amodimethicone i inne filmformery (kopolimer, polyquaterium). Na uwagę zasługuje dodatek filtra UV. Po pierwszym konserwancie BHT (a więc w ilościach niewielkich), który pojawia się wysoko w składzie znajdziemy glicerynę (nawilżacz), spory zestaw ekstraktów ziołowych (rozmaryn, rumianek, arnika, jasnota, szałwia, sosna, rukiew, łopian, cytryna, bluszcz, nagietek, nasturcja), keratynę (proteina), pantenol oraz kompozychę zapachową, regulatory pH i spory zestaw dodatkowych konserwantów (nie zawiera parabenów). Obecności orchidei nie stwierdziłam ;)

Producent sugeruje w opisie nakładanie tego produktu na skórę głowy, jednak szczerze powiem - byłabym ostrożna. Ekstraktów ziołowych (mimo robiącego wrażenie wypunktowania) jest w niej ilościowo niewiele, za to konserwantów i filmformerów - sporo, co może się nie spodobać szczególnie wrażliwszym skórom. Na długości natomiast może sprawdzić się - filmformery zabezpieczą, niewielki dodatek keratyny (to najmniej proteinowa esencja ze wszystkich) stwarza mniejsze zagrożenie przeproteinowaniem - ale i tak nie przesadzałabym z częstotliwością nakładania ;). Ogólnie rzecz biorąc skład nie powalił mnie na kolana.

WS Academy, Esencja odżywcza Bezzapachowa, Odżywka do włosów stabilizująco - odbudowująca


Skład: Aqua, Cetearyl Alcohol, Behentrimonium Chloride, Amodimethicone, Bis-Diisopropanolamino-PG-Propyl Dimethicone/Bis-Isobutyl PEG-14 Copolymer, Polysorbate 20, Butyloctanol, Polyquaternium-70, Dipropylene Glycol, Cetrimonium Chloride, Trideceth-12, Ethylhexyl Methoxycinnamate, BHT, Glycerin, Porphyra Umbilicalis Extract, Caesalpinia Spinosa Gum, Vitis Vinifera Fruit Extract, Hydrolyzed Keratin, Panthenol, Citric Acid, Isopropyl Alcohol, Lactic Acid, Phenoxyethanol, Caprylyl Glycol, Sodium Benzoate, Potassium Sorbate, Ethylhexylglycerin, Imidazolidinyl Urea

Baza została idealnie powielona z wersji Czarna Orchidea (emolient + kondycjoner + silikon + kopolimer + polyquaterium + filtr UV). Przed pierwszym konserwantem (BHT) znajdziemy nawilżacz (glikol dipropylenowy). Gliceryna (także nawilżacz) znajduje się już niestety po BHT wraz z innymi ciekawymi składnikami (ekstrakty z alg, guma z drzewa tara, ekstrakt z winogron, pantenol). Zawiera stosunkowo niewielki dodatek keratyny (posiadaczki włosów wrażliwych na proteiny powinny mieć się jednak na baczności), konkretny zestaw konserwantów oraz regulatory pH.

Tutaj producent zrezygnował z sugerowania w opisie aplikacji na skórę głowy ;). Na długości może się nieźle sprawdzić, jednak ponownie nie zanotowałam zachwytu.

Przyznaję, że seria WS Academy niczym mnie nie zaskoczyła. Większość "profesjonalnych produktów fryzjerskich" kojarzy mi się ze sporymi ilościami filmformerów i protein (szczególnie keratyny) i te kosmetyki w niczym nie odstają od tego wyobrażenia ;).

Z Eliksirów myjący ciekawie zapowiada się wersja Bezzapachowa, bazująca na delikatniejszych detergentach (wciąż dość rzadkich w szamponach na polskim rynku), natomiast pozostałe to fryzjerski standard.

Wśród Esencji odżywczych moje zainteresowanie szczególnie przykuła "Paczula Wonna" - może kiedyś się na nią skuszę. Mój niesmak wzbudził jednak napis "bez alergenów" (nie tylko kompozycje zapachowe wywołują alergie) na kosmetyku zawierającym alergeny. Nieładnie Panie Producencie, oj nieładnie....

Wiedzieliście o istnieniu tej linii kosmetyków do włosów? Jak się na nią zapatrujecie?
Więcej »

Isana Mademoiselle Raspberry, Balsam do ciała Malina - cukierkowe cudo także do włosów ;)



Balsamy, kremy, lotiony i mleczka do ciała - mogłabym z nich napisać doktorat ;). Tak się złożyło, że cały tłuszcz produkowany przez moje ciało wydzielany jest na twarzy, a wszystkie pozostałe rejony skóry są suche na wiór. Ta sytuacja niesie ze sobą całe "dobrodziejstwo inwentarza" - łuszczenie, przesuszenie, swędzenie i zaczerwienienie pojawiają się często, gdy zapominam o pokąpielowym natłuszczeniu. Dziś mam dla Was recenzję malinowego balsamu do ciała marki Isana, który znalazłam w jednym z rossmannowych pudełek. Z jego pomocą odświeżyłam także w swojej włosowej pielęgnacji kremowanie - koniecznie muszę do niego częściej wracać ;).


Buteleczka z przeźroczystego plastiku z pompką fajnie się sprawdza w produktach tego typu. Ułatwia dozowanie, eliminuje konieczność duszenia tłustymi łapkami tuby czy butelki. Etykiety - ładne, nienachalne, wesołe i dziewczęce - są odporne na działanie wilgoci. Za opakowanie daję plusa ;).

350ml balsamu kosztuje 9,99zł (w promocji 7,99zł), znajdziemy go w Rossmannach.

Skład:


W produkcie tego typu spodziewamy się mnóstwa emolientów (także syntetycznych) - i tak też jest, chociaż głównym składnikiem tego mazidła jest humektant (nawilżacz): gliceryna. Znajdziemy w nim oleje (masło shea, kokosowy, uwodornioną oliwę), nawilżacze (wspomniana wcześniej gliceryna, pantenol, glikole) i tytułowy ekstrakt z malin. Zawiera niewielkie dodatki filmformeru (kopolimer), substancji powierzchniowo czynnej, regulatorów pH, kompozycji zapachowej, konserwantów (bez parabenów) i barwników.

Skład bogaty, ale jednocześnie nieprzekombinowany. Do udanych kremów do ciała Isany śmiało go dołączam ;). 

Ma postać dość luźnego (ale nie rzadkiego) w konsystencji różowawego kremu (stąd możliwość zastosowania pompki) o zapachu malinowej Mamby. Wypisz wymaluj - aż przypomniało mi się dzieciństwo ;). Wyczuwalny jest jednak jedynie przez kilkanaście minut po aplikacji.


Początkowo stosowałam go tylko do ciała. Z racji, że wchłania się szybko i bezproblemowo mogłam go wykorzystywać zarówno rano, jak i wieczorem. Pomimo tego, że skóra po aplikacji jest widocznie nawilżona i ukojona nie pozostawia tłusto-oślizgłej warstwy (czego bardzo nie lubię ;)). Radzi sobie całkiem nieźle nawet teraz, w najgorszym okresie dla moje skóry - grube ciuchy, ogrzewanie i rajstopy nie najlepiej na nią działają. Nie odczułam potrzeby wymiany balsamu na coś solidniejszego przed końcem opakowania ;).

Przy okazji któregoś balsamowania potraktowałam nim włosy. Później stosowałam go różnie - zarówno na mokre jak i na suche włosy przed myciem (0,5-4h, w zależności od tego ile miałam wolnego czasu). Zmywa się bezproblemowo, a loki bardzo go polubiły ;). Podbija blask włosów, utrwala i wzmacnia skręt, a dodatkowo sprawia, że fryzura jest bardziej "pogodoodporna" ;). Na włosach zapach także jest niewyczuwalny już po kilkunastu minutach od mycia. 

Wypróbowałam go także w roli produktu bez spłukiwania, jednak tutaj się nie sprawdził - włosy były widocznie obciążone. Mnie jednak wystarczy to, że do ciała i kremowania włosów sprawdza się świetnie ;).

Jakiego obecnie kremu do ciała, balsamu czy lotionu używacie? ;)
Więcej »

Dermokosmetyki Termissa: Szampon i Odżywka do włosów - siła wody termalnej z Podhala



Nowości kosmetyczne zawsze wzbudzają moje zainteresowanie, a jeśli na dodatek na rynku pojawia się nowa, polska marka - moja ciekawość jest znacznie większa ;). Propozycja współpracy z firmą Termissa, produkującą dermokosmetyki na bazie wody termalnej z Podhala szczególnie przykuła moją uwagę. Wody termalne dość rzadko pojawiają się w składach polskich kosmetyków (a szkoda!), więc stanowiły dla mnie dość sporą niewiadomą. Testowałam dla Was Nawilżającą odżywkę do włosów, a także przygotowałam omówienie składu (i nie tylko) Nawilżającego szamponu do włosów tej marki.

Oba te produkty zapakowane są w ładne, biało-niebieskie kartoniki i podobne w kolorystyce buteleczki. Całość przywodzi na myśl skojarzenia z produktami aptecznymi - co jest zrozumiałe, gdyż Termissa ma w swojej ofercie dermokosmetyki. Opakowania zaopatrzone są w niewielkie otwory i łatwe zamykanie. Z racji swojej nieprzeźroczystości - ubytek produktów będziemy mogli ocenić tylko "wagowo" ;). 



250ml odżywki kosztuje 28,55zł na stronie producenta.

Skład:


Można ją zakwalifikować do produktów emolientowo-kondycjonujących. Zawiera masło shea, olej arganowy oraz ekstrakt z owsa. Amfoteryczny detergent pojawiający się w połowie składu ma za zadanie ułatwić zmycie odżywki (to bardzo gęste mazidło). Całość doprawiona jest nawilżaczami: d-pantenolem i glikolem propylenowym. Zawiera kompozycję zapachową, konserwanty (w tym parabeny, których ja się nie obawiam - wspominałam Wam o tym nie raz ;)) oraz substancję regulującą pH - kwas mlekowy.

Prosto, a jednocześnie całkiem treściwie. 

Odżywka ma postać gęstego kremu o przyjemnym, średnio intensywnym, kwiatowo-pudrowym zapachu, który jest niewyczuwalny na włosach po spłukaniu.


Stosowałam ją zarówno przed myciem jak i po myciu włosów - jako produkt do spłukiwania. Na pokrycie całych włosów wystarcza mi ilość odrobinę większa od orzecha laskowego (dzięki czemu odżywka jest bardzo wydajna). Przyznaję jednak, że przy pierwszym podejściu nałożyłam jej zdecydowanie dużo więcej i nie udało mi się jej domyć - ale praktyka czyni mistrza ;). 

Zarówno przed jak i po myciu sprawdza się dobrze. Loki mają fajnie podkreślony skręt, zacną objętość i dobrą wytrzymałość na czynniki zewnętrzne, co w sezonie kapturowo-czapkowym jest dla mnie bardzo ważne. Nie skraca świeżości włosów - obecnie mogę je myć co 3 dni. Pukle są miękkie, ale nie "rozmiękczone" (nazywam to "efektem kaczuszki", którego bardzo nie lubię). Nie stosowałam jej jako produktu bez spłukiwania po myciu ze względu na obecność surfaktantu.

Odżywce daję mocną "okejkę" - myślę, że jeszcze trochę zajmie mi jej wykończenie ;).

Nawilżający szampon do włosów Termissa nie został przetestowany przeze mnie z prostego powodu - moje włosowe jaśniepaństwo potrzebuje naprawdę silnych środków do mycia, a ten kosmetyk zawiera tylko łagodne detergenty. Z racji, że na polskim rynku takich produktów jest ciągle za mało myślę, że zainteresuje wielu z Was ;).



Skład:


250ml tego szamponu kosztuje 30,27zł.

Szampon ten bazuje na łagodnych, amfoterycznych i niejonowych detergentach sowicie doprawionych ekstraktami z owsa i ryżu, nawilżaczami (modyfikowany miodem, propanediol, gliceryna) oraz proteinami i aminokwasami (proteiny pszeniczne, prolina, alanina, seryna). Znajdziemy w nim także niewielką ilość etanolu (konserwant) i biotyny. Zawiera kompozycję zapachową, konserwanty (bez parabenów) oraz regulatory pH.

Skład ładny, nieprzekombinowany i całkiem łagodny. Ma postać półtransparentnego, lekko mlecznego, rzadkiego żelu o mydlano-kwiatowym, całkiem przyjemnym zapachu.


Moja mama mówi, że pieni się nieźle (ale oczywiście słabiej od typowych, drogeryjnych szamponów) i myje również zacnie. Jest posiadaczką włosów kręconych, i na dodatek - rozjaśnianych.

Myślę, że Termissa jest ciekawą pozycją na mapie polskich marek kosmetycznych. Bardzo możliwe, że skuszę się jeszcze na ich żel do mycia twarzy ;).

Jak się Wam podobają te nowości? ;)
Więcej »

Kascysko sukienkożerca!



Bywałam mocno zakręcona na punkcie różnych dziedzin. Lakieromaniactwo minęło z powodu braku czasu, kosmetykoholizm chyba został... zaspokojony (? :P), a sukienkoholizm był w stanie głębokiego uśpienia. Kilkoro z Was nawet narzekało, że tęskni za moimi haulami - dziś do nich wracam ;).

Do czasu. Kiedyś, przy przeglądaniu Facebooka wpadła mi w oko reklama sklepu z odzieżą damską. Podejrzanie niska cena połączona z podejrzanie podobającymi mi się fasonami wzbudziły moją nieufność. Doczytałam jednak, że sklep udostępnia opcje darmowej wysyłki Pocztą Polską (odbiór w punkcie) przy zamówieniach powyżej 100zł oraz darmowy zwrot (także przez Pocztę Polską). Doszłam do wniosku, że wiele nie ryzykuję i zamówiłam kilka kiecek.

Nie jest to żadna forma współpracy - chcę się po prostu podzielić z Wami wiedzą na temat miejsca, w którym kupuję ostatnio sukienki w ilościach niemoralnych xD. Sklep zwie się zoio.pl. 

Pokażę Wam moje pierwsze zamówienie (ceny sukienek wahają się między 30 a 40zł). Obecnie mam za sobą już 4 xD. Przyznaję, że część sukienek zwracałam, jednak zawsze powodem był fason - ciuch po prostu na mnie nie leżał. Do jakości nie mam zastrzeżeń - wszystko jest ładnie odszyte, nie wystają nigdzie nitki, niedociągnięcia, zaciągnięcia ani odbarwienia. Jest to dla mnie bardzo ważne - z powodu takich właśnie wpadek mocno ograniczyłam swoje zakupy na vubu.pl. Gdy w dwóch kolejnych paczkach znalazłam ciuchy ze skazami przyznaję - trochę się wkurzyłam.

Niebieska minisukienka na mnie jest nieszczególnie "mini" (tyle, że ja mam wzrost siedzącego psa: 150cm), ale bardzo podobają mi się jej rozszerzane rękawy.


Elegancka, granatowa sukienka z wycięciem na plecach obszytym koronką - cudo nad cuda, świetnie leży (nie spodziewałam się, że nie będzie podkreślać wystającego brzucha).



Pudrowo różowa sukienka z kołnierzykiem i rozkloszowanym dołem - dziewczęca, cieplutka, nawet zastanawiałam się nad dokupieniem innego koloru xD.


Dzięki tej butelkowo zielonej sukience z marszczeniami odkryłam, że całkiem nieźle wyglądam w tym kolorze :D. Obecnie to moja ulubiona kiecka na co dzień. 


Czarna sukienka obszyta koronką - nic się nie pruje, nie odstaje, ładnie leży i jednocześnie nie jest mocno zobowiązująca.


Każda z nich była już prana (zielona i różowa kilkukrotnie) i na razie nie zauważyłam żadnych niepokojących objawów. 

Jakby co nie biorę odpowiedzialności za Wasze portfele :P. Ale... może podsuniecie mi w komentarzach adresy internetowych sklepów odzieżowych, które polecacie? ;)

Więcej »
Szablon dopasowała Karolina Gie