Schwarzkopf BC Repair Rescue, Regenerująca maska do włosów zniszczonych - produkt... na lata? ;)
Profesjonalne kosmetyki fryzjerskie nie znajdują jakiegoś bardzo poczesnego miejsca w mojej łazience. Nie odżegnuję się od nich, ale na razie jakoś nieszczególnie mi z nimi po drodze ;). Podczas jednej z wizyt u mojego fryzjera (o ostatniej możecie poczytać TUTAJ) zabrałam ze sobą do domu profesjonalny produkt fryzjerski Schwarzkopf BC Repair Rescue - Regenerującą maskę do włosów zniszczonych.
Maska zamknięta jest w bardzo solidnym, plastikowym słoiczku. Przy moich dość nieforemnych dłoniach (krótkie palce, szerokie śródręcze) gwarantuję problemy z wygrzebaniem produktu w momencie, gdy zużyjemy ponad połowę ;). Otwór jest trochę za wąski - miło by było, gdyby był szerokości słoika, a nie ulegał zwężeniu jak obecnie. Brzegi etykiet niestety nie wytrzymują konfrontacji z wilgocią.
200ml maski kosztuje od 25zł (sklepy internetowe - cena do zniesienia) do ponad 60zł (w salonach fryzjerskich - tłuściutka marża, prawda? ;)).
Skład prezentuje się następująco:
Emolienty syntetyczne (z dużą dawką filmformerów: silikonów i pochodnej gumy guar) wzbogacone keratyną oraz jej modyfikowanymi pochodnymi - tak w telegraficznym skrócie można opisać produkt Schwarzkopf. Całość domykają: spora ilość kwasu mlekowego (odpowiedzialnego za niskie pH kosmetyku, typowe w produktach fryzjerskich do spłukiwania), konserwanty (w tym paraben) oraz kompozycja zapachowa. Zawiera również alkohol izopropylowy (izopropanol, IPA), nielubiany przez wiele włosomaniaczek, i ciut pantenolu pod koniec składu.
Skład nie wywołał mojego zachwytu, ale z drugiej strony - od silikonów nie uciekam, proteiny lubię, szkodliwego działania IPA na swoich włosach jeszcze nie zauważyłam ;). Postanowiłam więc ją przetestować.
To absolutnie najbardziej gęsty kosmetyk do włosów z jakim miałam do czynienia. Dosłownie masło :D. Zapachu nie zaliczę do najbardziej udanych - połączenie czegoś orzechowego z nutami mocno pudrowymi może zmęczyć ;).
Maskę stosowałam po myciu na 1-5 minut, bez czepka i ręcznika, rozpoczynając aplikację mniej więcej 5cm od skóry głowy. Trzymana dłużej lub nałożona od nasady wywoływała na mojej głowie efekt "smalec of nature" (albo też "3xP: przyklap, przetłuszcz, przychlast", kto co woli ;)) niezależnie od innych zastosowanych specyfików.
Zresztą, nie tylko przedłużony czas trzymania generował problemy ;). Sprawdza się u mnie stosowana w mikroskopijnych ilościach najwyżej 2 razy w miesiącu w opcji solo, czyli mycie szamponem + maska. Inaczej mam powtórkę z obciążenia ;). Żadnych dobroci przed i najlepiej żadnych dobroci przez dwa kolejne mycia od jej zastosowania - moja fryzura ma wtedy dużo większe tendencje do obciążenia.
Jeśli jednak uda mi się spełnić wszystkie warunki udanego użycia tej maski Schwarzkopf to efekt jest naprawdę zacny: mięsiste, wyglądające na gęstsze i grubsze włosy o zacnym skręcie i pięknym blasku. Szkoda tylko, że ten stan wymaga ogarnięcia miliona czynników - dlatego też nie planuję zakupu kolejnych opakowań tego specyfiku ;). Ze względu na konsystencję będę ją jeszcze zużywać pewnie z rok xD.
Używacie bądź używaliście profesjonalnych kosmetyków fryzjerskich? Co się u Was sprawdziło? Od czego będziecie się trzymać z daleka?



