Kosmetyki DLA, Zestaw Niszcz Pryszcz - niedoskonałości nie mają szans ;)



Widzę już w niedalekiej perspektywie trzydzieste urodziny, ale trądzik nie jest mi obcy. Jestem posiadaczką cery tłustej, a ta, oprócz profitów (zwiększonej grubości, odporności na czynniki zewnętrzne, spowolnionego starzenia) gwarantuje mi problem z łatwym zanieczyszczaniem ujść porów skóry. Moim najtrudniejszym problemem są zaskórniki otwarte, do których obecności się przyzwyczaiłam, ale i tak ciągle próbuję je eksterminować ;). Zwykle zmniejszam ich ilość poprzez terapie kwasowe, jednak z uwagi na stosowane zabiegi (depilacja laserowa m. in. brody i wąsika) nie wszędzie mogę je stosować. W tym sezonie wspomagam się więc Kremem na dzień i Płynem do mycia twarzy (bez użycia wody) z serii Niszcz Pryszcz od Kosmetyków DLA.


Kremy Niszcz Pryszcz znam z początków mojej świadomej pielęgnacji (7 lat temu! :D), a teraz, w ramach współpracy, mam okazję odświeżyć sobie ich działanie na mojej nieco "dojrzalszej" cerze ;). Miałam już okazję sporządzić dla Was analizy składów kosmetyków marki DLA (KLIK!), a także zrecenzować balsam ziołowy do ust (KLIK!)serum pod oczy (KLIK!) i krem wybielający (KLIK!).

Oba kosmetyki zapakowane są w solidne, plastikowe butelki z nieco aptecznymi etykietami. Buteleczka airless do kremu oraz niewielki otwór w zakrętce płynu zapewnia higieniczne dozowanie. Nie mam uwag ;).

30g kremu lub 180g płynu kosztują około 25-30zł, w zależności od miejsca.

Skład płynu: Infusion of herbs, Silver, Glycerin, Mandelic Acid , Benzyl Alcohol, Benzoic Acid, Dehydroacetic Acid. 

Napary roślinne (bez skonkretyzowania składu) w połączeniu z koloidalnym srebrem, gliceryną i kwasem migdałowym sugerują dokładne oczyszczanie, jednak bez eliminowania naturalnej warstwy ochronnej skóry. Nie miałabym jednak nic przeciwko temu, by w składzie zostały dokładnie podane wykorzystane zioła - byłoby to bardziej transparentne, bo dla laika wygląda to jak jeden produkt w różnych butelkach ;). 

Moją uwagę szczególnie przykuł fakt, że są to płyny do oczyszczania cery stosowane "bez użycia wody" - byłam niezwykle ciekawa, czy tego typu produkt oczyści należycie moją cerę, przyzwyczajoną do dwuetapowego oczyszczania.

Skład kremu: Infusion of Achillea Millefolium, Deoctum Salix Alba Bark, Cetearyl Alcohol, Borago Officinalis Oil, Simmondsia Chinensis Oil, Glycerin, Helianthus Annus Seed Oil, Glyceryl Stearate, Cetyl Alcohol, Titanium Dioxide, Ceteareth-18, Butyrospermum Parkii Butter, Kaolin, Allantoin, Panthenol, Ascorbic Acid, Alumina, Simethicone, Parfum, Citronellol, Limonene, Hexyl Cinnamal, Geraniol, Linalool, Benzyl Alcohol, Benzoic Acid, Dehydroacetic Acid.

Baza w przypadku kremu na dzień jest bardzo podobna do kremu na noc Niszcz Pryszcz. Napary z krwawnika i wierzby, zestaw emolientów (w tym olei: słonecznikowego, jojoba oraz masła shea) zaprawione gliceryną, alantoiną i pantenolem wzbogacone tlenkiem tytanu (w celu matowienia i ochrony przeciwsłonecznej) i glinką kaolinową (matowienie). Zawiera filmformer, ale dopiero w okolicach kompozycji zapachowej (złożonej ze składników naturalnie występujących w olejkach eterycznych). 

Krem z dobrym składem i jeszcze w dodatku obiecujący chociażby niewielką ochronę przeciwsłoneczną to produkt, na który zawsze zwracam uwagę ;). 

Krem ma białe zabarwienie i średnio gęstą konsystencję, a płyn to nieco herbaciana ciecz ;). Oba kosmetyki mają ziołowo-miodowy zapach, niewyczuwalny na skórze po aplikacji i dla mnie - neutralny. 

Najwięcej obaw miałam co do płynu - nie do końca byłam przekonana, że wacik nasączony płynem dobrze poradzi sobie z usunięciem makijażu i innych zanieczyszczeń z powierzchni skóry. Moje uprzedzenia okazały się bezzasadne - jednym wacikiem jestem w stanie oczyścić całą twarz z BB kremu, korektora i tuszu do rzęs. Skóra po jego zastosowaniu jest naprawdę czysta, a jednocześnie zadowolona - nie ma bezwzględnej konieczności nałożenia czegoś odżywczego tuż po. Idealne rozwiązanie dla zabieganych lub... zaspanych ;). Moich oczu nie podrażnia w żaden sposób.

Krem aplikowałam natomiast zgodnie z przeznaczeniem tylko rano (wieczorem stosowałam inny specyfik, o którym również przeczytacie niedługo ;)), pod makijaż. Wchłania się szybciutko bez pozostawiania tłustej warstwy, dzięki czemu dobrze współpracuje z makijażem. Efekt po aplikacji jest wręcz nieco matowy, co widocznie przedłuża trwałość makijażu na mojej twarzy ;).

Najważniejszym efektem stosowania tego zestawu jest utrzymanie zadowalającego stanu dolnych okolic mojej twarzy pomimo braku stosowania kwasów. Od kilku lat w tym okresie (jesienno-zimowym) stosuję kwasy, by ogarnąć skórę po lecie bez nich. Tym razem nie było takiej potrzeby - nowe stany zapalne się nie pojawiają, a i nowych zaskórników brak ;). Te, które były już wcześniej siedzą cicho, ładnie obkurczone do nie rzucających się w oczy rozmiarów.

Seria Niszcz Pryszcz śmiało może wylądować na Waszych listach "do spróbowania" przy cerach zanieczyszczonych. Ja, po latach, nadal jestem zadowolona :D.

Czym oczyszczacie cerę i jakiego kremu na dzień obecnie używacie?
Więcej »

Kosmetyki DLA, Ziołowy krem rozjaśniający - remedium na przebarwienia ;)



Moje przebarwienia skupione są w górnej części policzków, na nosie i na czole. W większości są to po prostu piegi, ale są też ślady mojej młodocianej głupoty i wyciskania niedoskonałości :D. Nie uważałam ich za wielki problem, jednak w momencie podjęcia współpracy z marką DLA pomyślałam, że w zasadzie mogę w końcu wypróbować krem typowo wybielający na obszarze twarzy, który nie jest depilowany laserowo ;). W taki sposób trafił do mnie Ziołowy krem rozjaśniający przebarwienia.


Wcześniej miałam już okazję zapoznać Was z kosmetykami DLA w ramach analiz ich składów (KLIK!) oraz recenzji balsamu do ust (KLIK!) i serum pod oczy (KLIK!).

Krem w zasadzie składa się z dwóch produktów - aktywatora i właściwego kremu wybielającego. Całość zapakowana jest w ładne, czytelne opakowania zapewniające higieniczne korzystanie (buteleczka z atomizerem / airless). Nic się nie zacina ani nie przecieka ;).

30g kremu + 50g aktywatora kosztują około 50-55zł, w zależności od miejsca zakupu.

Skład:

Krem: Infusion of herbs, Cannabis Sativa (Hemp) Seed Oil, Glycerin, Papaver Somniferum (Poppy) Seed Oil, Cetearyl Alcohol, Linolenic Acid/Oleic Acid/Linoleic Acid/Palmitic Acid/Stearic Acid/BHT, Tocopheryl Acetate, Ceteareth-18, Cetyl Alcohol, Glyceryl Stearate, Allantoin, Panthenol, Retinyl Palmitate, Benzyl Alcohol, Benzoic Acid, Dehydroacetic Acid, Mandelic Acid.

Aktywator: Salt

Ten krem to zestaw wybielający składający się z aktywatora (roztworu soli - podejrzewam, że chlorku sodu w bardzo niskim stężeniu) uaktywniającego dobroczynne składniki samego kremu. Napary z roślin o właściwościach wybielających (nie skonkretyzowanych, a szkoda!) wzbogacone olejami z konopi siewnej i maku oraz zestawem alkoholi i kwasów tłuszczowych (emolientów) doprawionych witaminami A i E, alantoiną, pantenolem oraz zamykającym skład kwasem mlekowym. Nie zawiera kompozycji zapachowej, natomiast za jego trwałość odpowiadają nie budzące moich wątpliwości konserwanty.

Ze względu na skład i deklarowane właściwości polecam stosowanie dodatkowo wysokiej ochrony przeciwsłonecznej ;).

Spray nie ma zapachu, natomiast krem jest dość gęsty, beżowy i pachnie trawiasto, ale jest to dla mnie zapach neutralny. 

Opisywany zestaw stosuję tylko w górnej części twarzy (górne okolice policzków, nos i czoło). Tylko tam mam przebarwienia i piegi, a poza tym reszta powierzchni mojej twarzy poddawana jest depilacji laserowej ;). Stosowany na noc wchłania się całkiem szybko na bazie z dołączonego aktywatora. Nie wywołuje pieczenia, szczypania, podrażnień ani niczego podobnego. Trochę się obawiałam, że moja twarz zacznie reprezentować "dikolor" (skóra mająca kontakt z kremem stanie się jaśniejsza niż ta na szczęce), ale nic takiego się nie wydarzyło. Pewnie dlatego, że ogólnie jestem bladziochem :D. Efekt rozjaśniający dotknął tylko przebarwień i był zauważalny po około 5-6 tygodniach. 

Piegów na nosie praktycznie już nie zauważam (9 tygodni stosowania), ale też umówmy się - one były najłatwiejsze do eksterminacji. Ślady mojej głupoty na czole są sporo jaśniejsze, i nawet moja mama (która do pielęgnacji podchodzi bardzo ortodoksyjnie - tego samego kremu używa już pewnie od 30 lat) pytała, czy nie mogłaby spróbować tego zestawu. A wierzcie mi - to naprawdę wyczyn :D.

Co dla mnie jest szczególnie ważne - nie pogorszył stanu mojej łatwej do zanieczyszczenia twarzy. Żadnego wysypu, nowych zaskórników - do niczego takiego nie doszło ;). Pewnie swój udział mają w tym też pozostałe kosmetyki DLA z serii Niszcz Pryszcz, których również obecnie używam, jednak i tak liczę mu za to wielkiego plusa.

Nie mam wielkiego doświadczenia z kosmetykami wybielającymi, jednak mogę potwierdzić - mazidło od Kosmetyki DLA działa :D.

Walczycie z przebarwieniami? A może akceptujecie ich istnienie? ;) 
Więcej »

Garnier Fructis, Maska wzmacniająca 3 w 1 Oil Repair 3 Butter - emolientowy przyjemniaczek ;)



Włosy to mój absolutny pielęgnacyjny święty Graal ;). Uwielbiam maziać je wszelkiego rodzaju kosmetykami i domowymi samoróbkami, a także olejami. Nie zawsze mam jednak na to czas, a i też nie zawsze moje kudły odwdzięczają mi się pięknym wyglądem po takim włosowym spa. Dużym problemem jest tutaj moja bardzo niska porowatość - moje włosy dość łatwo jest przez to obciążyć. Z tego względu też z dużą dozą rezerwy podchodzę do masek o gęstej, wręcz maślanej konsystencji. Na temat Maski wzmacniającej 3w1 Garnier Fructis naczytałam się jednak tyle superlatywów, że przy okazji jednej z akcji promocyjnych w drogerii Rossmann postanowiłam zaryzykować. I nie zawiodłam się ;).


Maskę dostajemy w porządnym, plastikowym słoiczku. Może idea gmerania paluchami w kosmetyku średnio do mnie przemawia, ale w przypadku mazidła o tak gęstej konsystencji ciężko wyobrazić sobie inną opcję. 

Opakowanie maski (300ml) kosztuje 14-20zł, w zależności od miejsca.

Skład:


Emolientowa baza (alkohole i estry tłuszczowe wraz z olejem kokosowym) to główna składowa zaleta tej maski. Bardzo wysoko w składzie (już w początkach drugiej linijki) pojawiają się barwniki, więc pozostałych składników jej w niej jak na lekarstwo. Wśród nich są: ekstrakty z trzciny cukrowej, herbaty, jabłka i rzodkiewki, oleje (makadamia, jojoba, masło shea, migdałowy) oraz niacynamid. Zawiera niewielką ilość filmformeru (silikonu) oraz alkoholu izopropylowego, do którego można się przyczepić.

Skład jako całość nie jest super powalający, ale też nie wzbudza wątpliwości. Liczy się efekt na włosach ;).

Maska ma dość słodki zapach, który na włosach jest niewyczuwalny, i bardzo-bardzo gęstą konsystencję, niczym masło.


Maskę stosuję w różnorakich konfiguracjach: przed myciem, po, solo i jako bazę do miksów odżywczych. Pomimo dość częstej eksploatacji ubytek jest naprawdę znikomy - to wszystko dzięki swojej gęstej konsystencji. Wystarczy naprawdę niewielka ilość, by całkowicie pokryć moje włosy, jednak zanim tą optymalną dawkę znalazłam zaliczyłam 3xP. Dlatego polecam - nie przesadzajcie z nią, bo będzie ciężko ją w pełni spłukać z włosów ;). 

Włosy po jej użyciu są bardzo zadowolone. Loki są mięsiste, błyszczące, zwarte (a przy tej długości rzadko mi się to zdarza...) i pogodoodporne, a dodatkowo naprawdę sprężyste ;). Maski nakładam wprawdzie 5-7cm od skóry głowy, jednak zawsze (chociażby przy spłukiwaniu) skóra głowy ma z nią kontakt. Ta nie wywołała u mnie żadnych niepokojących objawów (żadnego swędzenia czy podrażnienia) pomimo tego, że do marki Garnier Fructis mam taki średni stosunek. Pamiętam, jak jeszcze przed czasami świadomej pielęgnacji szamponami Fructis za Chiny Ludowe nie mogłam domyć włosów. I to delikatne swędzenie w pakiecie :D. Muszę sobie także ich działanie odświeżyć.

Dla poszukiwaczy solidnej, emolientowej maski - zdecydowanie tak!

Jaka jest obecnie Wasza ulubiona maska do włosów?

Więcej »

Proste drożdżówki z nadzieniem ;)



Obiecuję - częstotliwość postów kulinarnych się zmniejszy, ale akurat w ostatnim czasie trafiłam na kilka bardzo prostych i smacznych przepisów ;). Pierwszym był najprostszy chleb na świecie (KLIK!), a teraz mam dla Was buły drożdżowe, czyli jak kto woli - drożdżówki. Żyłam w przeświadczeniu, że ciasto drożdżowe jest trudne - trudno się wyrabia, z byle powodu nie wyrasta i takie tam. Okazało się, że są to tylko prawidła wpojone mi w domu i wcale nie było tak źle :D. Bez wpadki się jednak nie obyło :D.


Na 9 sporych drożdżówek potrzebujemy:

  • 3,5 szklanki mąki
  • 4 łyżki cukru
  • 2 łyżeczki cukru waniliowego
  • szczyptę soli
  • 1/4 kostki drożdży
  • 3/4 szklanki ciepłego mleka
  • 2 jajka
  • pół kostki masła
  • nadzienie: do tej pory przetestowałam śliwki (do jednej wchodzi cała węgierka), truskawki z serkiem mascarpone (1 większa lub 2-3 mniejsze) oraz morele z serkiem mascarpone (połówka) - do każdej dodawałam 1 łyżeczkę serka. Następnym razem wykorzystam marmoladę ;).
  • jajko do posmarowania drożdżówek z wierzchu
  • opcjonalnie: kruszonka z niepełnej szklanki mąki, połowy kostki masła i połowy szklanki cukru - całość zagniatamy do uzyskania kleisto-sypkiej konsystencji ;). Osobiście zawsze robię więcej kruszonki, a nadmiar przechowuję w zamrażalniku, by do każdego ciasta nie robić jej ponownie ;).
Bardzo cenię sobie przepisy, przy których nie trzeba niczego ważyć :D.

Drożdże rozpuszczam w mleku z dodatkiem łyżki cukru i łyżki mąki, odstawiam na 10-30 minut (w zależności od cierpliwości... ;)). Do miski odmierzam pozostałe sypkie składniki (mąka, cukier, cukier waniliowy, sól). Masło roztapiam w rondelku i po ostudzeniu, razem z przygotowanym zaczynem, wlewam do miski z mąkami i cukrami. Zagniatam ciasto (w razie potrzeby podsypując je mąką), ale nawet bez wczuwania się w idealnie jednorodną konsystencję. Staram się pozostawić ciasto do wyrośnięcia (10-30 minut), ale zdarzyło mi się już lepić bułki od razu i nie straciły one przez to na jakości ;).

 Odrywam po garści ciasta, spłaszczam i wkładam do środka wybrane składniki nadzienia. Całość zalepiam i zalepioną częścią układam do spodu na blaszce zabezpieczonej papierem do pieczenia. Metoda ułożenia jest ważna - za pierwszym razem "udało mi się" ułożyć wszystkie miejscem klejenia ku górze i wszystkie drożdżówki radośnie mi popękały :D. Przy kolejnych podejściach niedoróbki tego typu zdarzały mi się przy pojedynczych sztukach ;). Każdą bułę smaruję rozbełtanym jajkiem i posypuję kruszonką... lub nie, jeśli akurat skończyła mi się w zamrażalniku, a nie chce mi się robić nowej :P. 

 Piekę je w 180 stopniach przez 30-35 minut (bez termoobiegu, grzałki góra-dół). Wychodzą ładne, puszyste, a przede wszystkim - przepyszne!

Cenię sobie proste i smaczne przepisy, więc pewnie jeszcze takowe będę Wam podrzucać ;). Przede mną pierwsze samodzielnie zrobione pierniczki :D.

Jakie domowe słodkości lubicie najbardziej?
Więcej »

Kosmetyki DLA, Serum pod oczy - mistrzowski kosmetyk olejowy ;)



Okolice oczu do u mnie temat-rzeka. Nie dość, że mam "wrodzone zmarszczki" (skóra wokół oczu układa mi się w określone fałdki :D) to jeszcze nieobce mi są cienie i obrzęki w tych okolicach. Dbam o nie jak mogę, a w ostatnim czasie wykorzystywałam w tym celu kolejny kosmetyk polskiej marki Kosmetyki DLA - Serum pod oczy. Wcześniej recenzowałam dla Was ziołowy balsam (KLIK!), a także omówiłam składy wszystkich kosmetyków tej firmy (KLIK!). Serum olejowe pod oczy jest dla mnie sporą nowością - nieczęsto używam mazideł o takiej formule.


Serum otrzymujemy w dość ascetycznej, aptecznie wyglądającej buteleczce z pipetką. Wielki plus za możliwość niezwykle higienicznej aplikacji ;). Opakowanie jest szklane, więc kontakt z płytkami w łazience może skończyć się bardzo źle - miejcie to na uwadze ;). Etykieta jest trwała i bardzo czytelna mimo niewielkich rozmiarów.

20g (co objętościowo odpowiada około 30ml w tym przypadku) serum kosztuje 59,90zł, co w tej kategorii produktów nie jest zaskakujące.

Skład:


Skład: Calendula Officinalis Flower/Oryza Sativa/Trigonella Foenum Graecum Seed/Camelia Sativa Oil, Tocopheryl Acetate, Retinyl Palmitate, Linolenic Acid, Oleic Acid, Linoleic Acid, Palmitic Acid, Stearic Acid. 

Maceraty z nagietka i kozieradki na olejach ryżowym i rydzowym (inaczej: z lnianki/lnicznika) wraz z witaminami A i E oraz kwasami tłuszczowymi mogą śmiało uchodzić za przykład prostego w składzie, a jednocześnie treściwego serum olejowego. Na uwagę zasługuje też fakt, że nie zawiera konserwantów - za jego trwałość odpowiada dodatek witaminy E. Bardzo możliwe, że świetnie sprawdzi się u wrażliwców - producent postarał się o eliminację substancji zapachowych, barwników i wspomnianych już konserwantów. 

Czego można się po samym składzie spodziewać? Kozieradka zawiera fitohormony, które mogą wspomóc odnowę komórkową, a przez to - zmniejszyć i przeciwdziałać tworzeniu się nowych zmarszczek. Nagietek - remedium dla skóry delikatnej i wrażliwej. Witamina E to wymiatacz wolnych rodników, więc i ona wspomoże w walce ze zmarszczkami. Witamina A reguluje proces keratynizacji (odnowy) naskórka, a kwasy tłuszczowe przeciwdziałają odparowaniu wody i przy okazji chronią skórę przed czynnikami zewnętrznymi.

Serum ma postać żółtopomarańczowego olejku o ziołowo-orzechowym zapachu. Nie jest on intensywny i wynika z zapachu samych składników mieszanki (głównie maceratów), a na skórze po aplikacji jest niewyczuwalny.


Serum stosuję na noc pod krem (zawsze) i rano w dni, w które się nie maluję (makijaż u mnie na olejowym podkładzie niestety się nie trzyma, a odrobina korektora pod oczami zawsze w cenie :D). Nakładam je zawsze na wilgotną skórę (zwilżoną mgiełką lub tonikiem). Rozprowadza się dobrze, wchłania średnio (co jest typowe dla mieszanek olejowych), ale nie zostawia tłusto-oślizgłej warstwy na skórze. Spotkałam się z wieloma kosmetykami olejowymi, które nie wchłaniały się w ogóle :D. Tłustość serum pod kremem nie jest już w ogóle wyczuwalna.

Serum nie wywołało żadnych niepożądanych reakcji w okolicach moich oczu, co jest dla mnie szczególnie ważne (nawet nie chcę wspominać swojej historii z olejem rycynowym na porost rzęs xD). Skóra jest odżywiona, napięta i zadowolona, a przez to nawet moje fałdki są jakieś mniej widoczne ;). Okolice oczu dobrze też zniosły ostatnie zmiany temperatur na bardziej jesienno-zimowe: zwykle w tym okresie zaliczam przesusz i delikatne łuszczenie skóry pod oczami. Obecnie nie ma na to szans :D. Cienie pod oczami są nieco jaśniejsze, ale możliwe, że jest to zasługa innego specyfiku, o którym opowiem Wam już niedługo :D. 

Czy wykorzystujecie oleje i olejowe kosmetyki w swojej pielęgnacji? Pochwalcie się jak ;).
Więcej »

Kto zgarnia zestawy kosmetyków Elfa Pharm? ;)



Chwilę zajął mi wybór zwycięzców, ale myślę, że nagrody wynagrodzą chwile czekania ;).


Zestawy kosmetyków Elfa Pharm zgarniają:

Dziadumiła
Daquerre
so eine Kleinigkeit

Gratuluję serdecznie i zaraz zabieram się do pisania maili do Was ;). Wszystkim dziękuję za udział w zabawie i zapraszam do kolejnych akcji, które... już naprawdę niedługo ;).

P.S. TUTAJ znajdziecie wyniki konkursu realizowanego na FB ;)

Więcej »

Szampony Oriflame Love Nature - solidne, ale jednak średnio myjące



Zwykle każdy kosmetyk omawiam pojedynczo - na blogu trafiło się do tej pory naprawdę niewiele porównań kosmetycznych. W momencie jednak, gdy testuję kilka kosmetyków tej samej marki (a w dzisiejszym przypadku są to nawet kosmetyki z tej samej linii), a ich działanie jest bardzo zbliżone - nie widzę innej opcji niż zbiorcze omówienie ;). Taka historia przytrafiła mi się z szamponami Oriflame z serii Love Nature.


Plastikowe, przeźroczyste buteleczki z niewielkim otworem sprawdzają się nieźle, i całkiem nieźle też wyglądają ;). Trwałe etykiety, ładne, roślinno-owocowe grafiki i dobrze dobrane kolory podobają mi się.

250ml tych szamponów kosztuje poza promocjami nawet 20zł, ale w różnego rodzaju zestawach ceny wahają się od 7 do 12zł. 

Składy - nawet nie będę ich tutaj wrzucać (bez problemu je wygoglujecie ;)), bo baza w każdym w nich jest podobna: woda + SLES + betaina kokamidopropylowa + chlorek sodu + gliceryna + zapach + odpowiadające za nazwę dodatki + konserwanty (i jest ich sporo, niestety) + barwniki. Co warto zauważyć - każdy z nich jest prawdziwym włosowym "rypaczem", gdyż nie zawierają one filmformerów (więcej o doborze mocno oczyszczającego szamponu przeczytacie TUTAJ). 

Składy zapowiadające się na typowe zdzieraki nie każdemu będą odpowiadać - przy wrażliwej skórze warto przemyśleć sprawę testów ;). Moje kudły natomiast uwielbiają mocne mycie, więc entuzjastycznie weszłam w posiadanie kilku szamponów (w ramach współpracy). 

Po raz kolejny przyszło mi sprawdzić na sobie kosmetyczne porzekadło, że... skład to nie wszystko ;). Naprawdę spodziewałam się konkretnego mycia i włosów świeżych przez przynajmniej 2-3 dni, a tu... klops. Włosy oczywiście były należycie domyte, ale ten efekt utrzymywał się jedynie pierwszego dnia po myciu. Drugiego dnia włosy wykazywały już pierwsze oznaki nieświeżości, a pod koniec dnia naprawdę wołały o mycie. 

Tuż po myciu włosy naprawdę wyglądały dobrze - ładne, mięsiste, odbite od skóry głowy loki to coś, co lubię na swym łbie ;). Ale to skrócenie świeżości jest dla mnie nie do przyjęcia. Skóra głowy w żaden sposób nie skarżyła się na ich użycie.

W ramach ciekawostki powiem Wam, że pod względem odświeżenia lepiej radziły sobie wersje przeźroczyste :D. 

Miało być pięknie, a wyszło - średnio xD. A może Wy mieliście podobną przygodę z szamponami?


Więcej »
Szablon dopasowała Karolina Gie