Lanbena, Retinol Eye Mask - płatki pod (i nad) oczy z retinolem z Aliexpress!


Kosmetyki z Aliexpress - co się zmieniło?


Kosmetykom z Aliexpress mówiłam dość zdecydowane nie. Opowieści o wątpliwej jakości mazidłach, rozlewanych nie wiadomo gdzie, nie wiadomo do czego i w nieznanych warunkach nie nastrajały mnie optymizmem. Z tego względu ominęło mnie testowanie popularnego swego czasu olejku na porost włosów Andrea i pewnie kilku innych cudów. Niewielką zmianę w moim nastawieniu wygenerowała zmieniająca się sytuacja. Kolejne chińskie marki pojawiają się na rynku europejskim poprzez oficjalnych dystrybutorów (co wymusza badanie ich składu), co zwiększa moje zaufanie do tego, co jest w ich wnętrzu. Do tego zakup peelingu kawitacyjnego Xiaomi, który okazał się absolutnym kosmetycznym strzałem w dziesiątkę, mocno złamał moje opory przed szeroko rozumianą kosmetyką z Aliexpress. Dla jasności: nadal nie kuszą mnie różnego rodzaju magiczne mazidła i kremy o mocno nieznanym pochodzeniu :D. W kręgu moich zainteresowań znalazły się dwie marki podrzucone mi przez Was: Lanbena i Breylee.

Płatki pod oczy z retinolem Lanbena - skąd taki wybór?


Okolice moich oczu to jeden z bardziej problematycznych rejonów mojej cery. Wrodzone fałdko-zmarszczki, tendencja do obrzęków i zasinień z byle powodu (albo lepiej-bez powodu) oraz chęć chociaż minimalnego opakowania podocznej sytuacji sprawiły, że już od lat większość specyfików pod oczy trzymam w lodówce. Zimno w połączeniu z dobrym kosmetykiem pielęgnacyjnym daje najlepsze efekty :D. Jestem również całkowicie zakochana we wszelkich płatkach pod oczy, oczywiście pod prymatem tych z Purederm.  

Gdy więc zauważyłam, że Lanbena posiada płatki z retinolem (Retinol Eye Mask), które mają kształt litery U i obejmują całą okolicę oka (dolną i górną powiekę), to łapka sama kliknęła "Dodaj do koszyka" :D.

Lanbena, Retinol Eye Mask (płatki z retinolem pod oczy)

Płatki Lanbeny są naprawdę solidnie zapakowane w plastikowy słój, kartonik oraz folię, której zdjęcie z kartonu i spod wieczka przed pierwszą aplikacją dostarcza sporo rozrywki. Wszystkie płatki umieszczone są razem w słoiczku, więc w celu wygrzebania jednej pary do aplikacji trzeba niestety w opakowaniu trochę pogmerać.

Lanbena, Retinol Eye Mask (płatki z retinolem pod oczy)

Takie grzebanie w słoju nie jest szczególnie w moim guście, ale przy cenie około 15zł za 50 płatków (tak, aż pięćdziesiąt) nawet na to nie zamierzam szczególnie głośno narzekać. Nabyłam je jeszcze dodatkowo z kuponami z oficjalnego sklepu Lanbeny na Aliexpress, więc finalnie było jeszcze taniej. 

Retinol, ekstrakty i peptydy - co kryje się w składzie płatków Lanbena?



Lanbena, Retinol Eye Mask (płatki z retinolem pod oczy) skład

Gliceryna, retinol, ekstrakty z wąkroty i tarczycy bajkalskiej, kwas hialuronowy i koenzym Q10 - tak wygląda początek składu! Do tego modyfikowana witamina C, pentapeptyd i alantoina w okolicach konserwantów i kompozycji zapachowej. Dobroci jest tutaj naprawdę sporo, a skład, mimo wrodzonego niedowiarstwa, wygląda na autentyczny skład INCI. 

Czego można wymagać od takiej zawartości? Nawilżenia, wygładzenia, rozjaśnienia i poprawy jędrności. 

Same płatki są naprawdę spore i bez problemów pokrywają całą okolicę oczy od nosa aż do granicy włosów i brwi. Mają dość słaby, typowo drogeryjny, nieokreślony do końca zapach - nie jest od wyczuwalny już po kilku chwilach od aplikacji.

Lanbena Retinol Eye Mask - efekty!


Płatki stosowałam (i dalej stosuję) 1-2 razy w tygodniu na oczyszczoną skórę w wersji prosto z lodówki. Trzymam je od 15 minut do... czasem do rana, jeśli mi się przyśnie :D. Tuż po zdjęciu płatków potrzeba chwili, by żel całkowicie się wchłonął - nie pozostaje po nim żadna tłusta, śliska czy lepka warstwa. Raz po ich aplikacji wykonałam makijaż - nie stracił ani odrobiny ze swojej trwałości. 

Efekt, wzmocniony zimnem, jest natychmiastowy - opuchnięcia ulegają redukcji, zasinienia są mniej widoczne, a skóra jest bardziej napięta. Człowiek od razu w lustrze wygląda młodziej :D. Długodystansowo widocznie rozjaśnia przebarwienia - piegi, które mam wokół oczu są już prawie niewidoczne. Wydaje mi się również, że kondycja i grubość skóry pod oczami poprawiły się na tyle, że część widocznych wcześniej żyłek odeszła w niepamięć. Do tej pory nie zauważyłam nic niepokojącego - żadnego pieczenia, zaczerwienienia, podrażnienia czy łuszczenia.

Stosuję je już prawie 3 miesiące jako główny kosmetyk pielęgnacyjny w okolicach oczu i coś czuję, że zakupię kolejne opakowanie :D. Pierwszy kontakt z kosmetykiem z Aliexpress ogłaszam jako udany! :D

A może Wy macie jakieś doświadczenia z kosmetykami z Azji?

L'Oreal Elseve Dream Long, Odżywka rozplątująca a niesforne loki


"Dream long" w moim wykonaniu



Co pewien czas uruchamia mi się urodowa opcja zapuszczania włosów - czasami z przypadku, czasami z wewnętrznej chęci. Zwykle po jakimś czasie długość zaczyna mnie irytować i przeszkadza w codziennym życiu, co następnie owocuje wizytą u fryzjera. Nie ukrywam - właśnie jestem na etapie wspomnianej irytacji i gdy tylko sytuacja się uspokoi pobiegnę w podskokach do fryzjera i zakrzyknę "panie, tnij pan tak, żeby się tylko dało związać" :D. 

Nie uważam również, by wyznacznikiem pielęgnacji włosów (czy bycia włosomaniaczką) była imponująca długość włosów. Moje kręćki lepiej układają się w krótszej wersji i chcę wrócić do tej bezproblemowości. Dłuższe włosy niestety bardziej się plączą, co przy moim unikaniu czesania nastręcza nieco trudności w rozczesywaniu w trakcie mycia. Na te kłopoty miała poradzić Odżywka rozplątująca Dream Long L'Oreal Elseve. Czy dała radę?

L'Oreal Elseve Dream Long Odżywka rozplątująca

Odżywka kryje się w plastikowej, niezwykle poręcznej tubie. Na razie korzysta mi się z niej całkiem wygodnie, ale obawiam się, że wydobycie końcówki produktu będzie wymagało cesarskiego cięcia wykonanego na opakowaniu :D. Całość wygląda przyzwoicie, chociaż dla mnie subiektywnie połączenie koloru pomarańczowego (brzoskwiniowego?) z różem jest mocno karkołomne ;). Nic się nie odkleja, nie ciapie ani nie wylewa.

Keratyna roślinna, olej rycynowy i niacynamid  w walce z plątaniem włosów


Wiem, że nazwa "keratyna" na opakowaniach produktów kosmetycznych do włosów sprzedaje się bardzo dobrze, ale nie ukrywam, że "keratyna roślinna" wzbudza moje rozbawienie za każdym razem, gdy o niej słyszę. Proteiny roślinne wszak brzmią dużo gorzej i mniej marketingowo, prawda? ;). 

L'Oreal Elseve Dream Long Odżywka rozplątująca - analiza składu

Bazę odżywki rozplątującej Elseve stanowią: emolienty syntetyczne przełamane kondycjonerem/emulgatorem wraz z dobrociami: niacynamidem, olejem rycynowym oraz zestawem protein roślinnych: pszenicznych, sojowych i kukurydzianych, które razem tworzą "keratynę roślinną". Składniki te zamykają również listę komponentów występujących przed pierwszym konserwantem. Później znajdziemy srogi zestaw substancji zapachowych i konserwujących przełamanych odrobiną silikonu i pantenolu - nie polecam więc jej nakładania na skórę głowy lub w jej pobliżu. 

Nie mam wielkich uwag do składu - litania substancji dodatkowych jest dość charakterystyczna dla produktów Elseve, więc wiedziałam, na co się piszę. Nie zmienia to oczywiście faktu, że producent mógłby pomyśleć o jej skróceniu ;).

Odżywka ma stosunkowo gęstą konsystencję i dość mocny, kwiatowo-pudrowy zapach, który na dłuższą metę jest dość męczący, ale szybko ulatnia się po myciu. Przy stosowaniu przed myciem również dość szybko wietrzeje.

Czy ta odżywka rozplątująca rzeczywiście pomaga w walce z kotłunami?


Spora ilość olejku rycynowego w składzie wzmogła moją czujność, więc już od pierwszej aplikacji ostrożnie szafowałam jej ilością. Wbrew obawom nie powodowała problemów ze zmyciem, ale też nie dała jakiegoś szczególnego efektu gładkości, który być może zmniejszyłby ilość supełków. Włosy po myciu też nie wyglądają jakoś rewelacyjnie - loki są dość mocno rozprostowane. Powiedziałabym, że zachowują się, jakby je coś ciągnęło w dół :D. Jednocześnie bejbiki, których mam całkiem sporo, żyją totalnie własnym życiem, tworząc radośnie alternatywną fryzurę dookoła głowy. W przypadku rozpuszczonych włosów to nie problem, ale po spięciu... jest naprawdę grubo :D. 

Testowałam ją kilka razy w różnym otoczeniu szamponowo/olejowo/odżywkowym, a także solo - efekty opisane powyżej niestety były bardzo powtarzalne :(. Jak wszystkie średniaki i większość kitów włosowych kończy swój żywot w mojej łazience zużywana sukcesywnie przed myciem jako podkład pod olej lub odżywienie solo.

Powrotów do niej nie planuję - szczególnie krzywdy mi nie zrobiła, ale znam sporo kosmetyków o lepszym działaniu ;).

A jakie Wy macie doświadczenia z kosmetyka Elseve?

Aloesowy żel myjący Biotaniqe - tak bardzo nam nie po drodze...


Aloes - ciekawość i obawa


Im jestem starsza tym więcej predyspozycji odziedziczonych po dziadkach i rodzicach zauważam u siebie. Są wśród nich także tematy zdrowotne i... alergiczne. Do niedawna miałam się za osobę "wolną od alergii", aż tu nagle, tak po ćwierćwieczu (potwierdzam: po dwudziestych piątych urodzinach organizm starzeje się szybciej :D), zaczęło się. Niektóre leki, laktoza, pyłki... . Nie są to nadwrażliwości ostre, ale potrafią uprzykrzyć żywot. Większość tych dolegliwości odziedziczyłam po mamie, więc ze sporym niepokojem zerkam z ciekawością w stronę aloesu. Moja rodzicielka jest na niego mocno uczulona - kontakt z jego ekstraktem wywołuje mocne podrażnienia czasem na granicy objawów silnego oparzenia. U siebie jeszcze nic niepokojącego nie zauważyłam, ale wewnętrzny hipochondryk nakazuje czujność :D.

Biotaniqe - trudne początki


Marka Biotaniqe zraziła mnie do siebie przy pierwszym, i to pośrednim kontakcie. Skład ich kremu "naturalnego" nie miał zbyt wiele wspólnego z naturą ;). Przez tą historię jakoś ignorowałam obecność tej marki w drogerii. Podczas którejś z promocji postanowiłam jednak nie najlepsze wrażenie składowe skonfrontować z rzeczywistością. Padło na Aloesowy żel myjący - o ironio, dzięki jego składowi :D.

Aloesowy żel myjący Biotaniqe

Żel myjący w niezłym opakowaniu


Przed pierwszym użyciem kosmetyku w opakowaniu z pompką zawsze mam moment na wróżenia z fusów: czy tym razem pompka zadziała? Ciężko zliczyć ile razy musiałam dane mazidło zużywać po partyzancku, bo jego główna część od samego początku nie chciała działać :D. Tutaj jednak nie miałam żadnych problemów - pompka działa jak złoto, dozując jednym "pompnięciem" akurat taką ilość produktu, która wystarczy na umycie całej twarzy. Do tego zielony odcień, dość minimalistyczna etykieta i trwałość całości w zewnętrznych warunkach "łazienkowych" - nie mam się do czego przyczepić.

250ml tego żelu kosztuje około 20zł, w zależności od miejsca zakupu i trwającej promocji. Za swój zapłaciłam jakoś sporo taniej w trakcie jednej z akcji Rossmanna.

Ile aloesu jest w tym żelu aloesowym?



Aloesowy żel myjący Biotaniqe - zdjęcie składu

Odpowiem szybko - jak na żel myjący to jest go bardzo, bardzo dużo. Pojawia się tuż po wodzie w składzie, wyprzedzając pierwszy detergent (jakim jest betaina kokamidopropylowa). Do jego zakupu przekonała mnie obecność mocnego detergentu nieco dalej w składzie (ALS na czwartym miejscu), bo jednak, mimo miłości do mocnych detergentów w myciu włosów, do twarzy wolę łagodniejsze środki. A i skład w dalszej części też jest niezły i czegóż tam nie ma! Ekstrakty z kultur bakteryjnych, ananasa, limonki i cytronu, betaina, pantenol, gliceryna (nawilżacze) - przyznacie, że to sporo dobroci. Ma wprawdzie dość długi zestaw substancji dodatkowych (głównie konserwantów) oraz niewielki dodatek soli kuchennej, ale moja skóra na razie nie reaguje na takie sytuacje źle. 

Żel ma dość rzadką konsystencję (odpowiednią dla dozowania pompką) oraz dość nieokreślony, niezbyt intensywny zapach z nutką cytrusów - dla mnie kompletnie neutralny i po kilku chwilach od użycia niewyczuwalny. Pieni się słabo, co jest jego kolejnym plusem - znaczy, że stabilizatorów piany i detergentów jest w nim stosunkowo niewiele.

Na nic dobroci i aloes, gdy na facjacie Sahara...


Nastawiona całkiem dobrze niezłym składem przystąpiłam ochoczo do testów. Moją tłustą cerę ogólnie trudno jest wzruszyć czymkolwiek - preparaty do mycia zwykle jej pasują jakiekolwiek by nie były. Także ten żel określiłabym jako preparat domywający należycie, ale... Po trzech dniach stosowania okazało się, że moją cerę niemiłosiernie przesusza :(. Suche skórki na czole, brodzie, nosie i policzkach w okolicach nosa zaskoczyły mnie niemożebnie, bo przesuszu nie doznałam od bardzo dawna, a taką ilość białych płatków widywałam z rzadka nawet przy bardzo ostrym "kwaszeniu się". Zaskoczenie było tym większe, że w żaden sposób nie podrażniał mi oczu, a użyłam go typowo, bez jakiegoś osłaniania tych okolic. Szybkie odstawienie oraz następnie równie szybkie ustanie objawów tylko potwierdziło moje przypuszczenia - ten produkt nie jest dla mojej cery. 

Zużywam go sukcesywnie do prania pędzli oraz mycia rąk i ciała, ale nie taki był plan... . Nadal jednak nie kładę kreski na aloesie, jeszcze do niego podejdę, bo objawy wskazywały na typowy przesusz bez dodatków w postaci podrażnienia. Ale niesmak niestety pozostał :(.

Wierzę jednak, że chociaż u części z Was ten żel sprawił się dobrze - pochwalcie się koniecznie efektami i swoimi ulubionymi myjadłami do twarzy ;).

Drożdżowa maska do włosów Babuszki Agafii - czasem hit, czasem kit


Maska drożdżowa Babuszki Agafii - ze mną od zawsze


Uwielbiam kosmetyczne nowości, przez co rotacja produktów w mojej łazience jest (delikatnie mówiąc :D) spora. Są jednak kosmetyki, do których regularnie wracam. Jednym z takowych jest Maska drożdżowa na porost włosów Babuszki Agafii, która jest ze mną prawie od początku mody na kosmetyki rosyjskie :D. Ile tych opakowań było? Nie zliczę. A najzabawniejsze w tym wszystkim jest to, że moje włosy nieszczególnie za nią przepadają :P. Świetnie sprawdza się jednak w innych, włosowych zastosowaniach.

maska drożdżowa Agafia

Opakowanie, które kryje 300ml maski, jest typowe - solidny słoik z plastiku przeżyje mniejsze wstrząsy, ale płytkom w łazience może nie dać rady :D. Etykiety kosmetyków z linii Bania Agafii kojarzą mi się naprawdę dobrze - tradycyjnie, naturalnie, recepturowo, no typowo Babuszkowo ;). Słoik wprawdzie zmusza do gmerania paluchami w kosmetyku, ale cóż zrobić - nie można mieć wszystkiego. Kosztuje od 8 do 15zł, w zależności od miejsca zakupu.

Maska drożdżowa - a co poza "grzybkami" w niej siedzi?



Kosmetyki rosyjskie słyną wręcz z bazowania na "aqua with infusions of", czyli mieszaninie hydrolatów roślinnych zawierających w tym przypadku ekstrakty z drożdży, brzozy, omanu, mącznicy, ostropestu i dzikiej róży oraz zimnotłoczone oleje z ziaren pszenicy, pestek porzeczki i pinii syberyjskiej. Ich zawartość procentowa w kosmetyku nie jest porywająca, ale już samą obecność poczytuję na plus ;). Całość dopełniają emolienty syntetyczne, emulgatory i guma guar (wspólnie odpowiedzialne za konsystencję gotowego produktu) oraz niewielkie dodatki witaminy C, pantenolu (humektant-nawilżacz) oraz składników konserwujących, zapachowych i regulujących pH (litania jest niezbyt długa - co również przemawia na plus tej maski).

Maska jest dość rzadka - śmiało mogłaby być zapakowana w butelkę, tubę lub opakowanie z pompką. Kiedyś cieszyła mój nos przecudownym, ciasteczkowym aromatem... jednak od jakiegoś czasu pachnie mocno, i to tak drogeryjno-perfumeryjnie. Po pewnym czasie trzymania na głowie można jednak wyczuć delikatną nutę smakowitego, wcześniejszego zapachu. Wiadomo jednak, że preferencje zapachowe to rzecz gustu i każdy z nich w większym natężeniu może wywołać mdłości :D.

Maska drożdżowa Agafii - cudo na skórze głowy, nieporozumienie na długości włosów


Nagłówek mówi w zasadzie wszystko o moich doznaniach z drożdżową maską Babuszki Agafii. Jej lekka konsystencja sprawiła, że nigdy nie udało mi się z nią przesadzić. Zmywa się pięknie, łatwo i szybko nawet z moich mocno niskoporowatych włosów, które po wyschnięciu... żyją własnym życiem bardziej niż zwykle :D. Ta maska puszy mi włosy, co jest niezwykle trudne do osiągnięcia. Pod jej wpływem moje bejbiki zachowują się, jakby grawitacja ich kompletnie nie dotyczyła - tworzą radosną aureolę wokół mojego czerepu, którą nie sposób opanować :D. Kariera tej maski na długości moich włosów zakończyła się bardzo szybko - z wiadomych względów.

Zachęcona opiniami w sieci, pomimo mocnych oporów przed nakładaniem czegokolwiek na skórę głowy, zabrałam się do jej aplikowania na skórę głowy na 10-30 minut przed myciem. I powiem tyle - u mnie daje naprawdę świetne efekty. Zmniejsza przetłuszczanie, poprawia objętość włosów przy nasadzie i... wywołuje wysypy babyhair'ów <3. Pamiętajcie jednak, by przed próbami tego typu wykonać chociaż domową próbę uczuleniową, bo podrażnienie w kontakcie z kosmetykiem zawsze może się przytrafić.

Moim włosom nie przypadła do gustu, ale skóra głowy pieje nad nią z zachwytu. Niedrogi kosmetyk porostowy zawsze chętnie przytulę :D.


Dieta pudełkowa - moda czy sposób na zdrowe żywienie w zabieganiu?


Zdrowa żywność w jadłospisie - trudne początki


Nie znam osoby, która nie byłaby w jakimś okresie swojego życia na diecie. To postanowienie najczęściej dotyczyło oczywiście redukcji masy ciała i wymiarów, ale coraz częściej "przejście na dietę" wynika z chęci poprawy nawyków żywieniowych, różnego rodzaju nietolerancji pokarmowych lub schorzeń czy chęci budowania wymarzonej sylwetki. Niezależnie od powodu zmiany trybu żywienia - początki bywają trudne. Pamiętam dokładnie, jak kilka lat temu relacjonowałam tutaj moje starcie z budową zdrowszego jadłospisu i jak niewyraźnie czułam się w ciągu pierwszych tygodni. Zdrowa żywność musiała mnie do siebie przyzwyczaić :D. Przy większym zabieganiu utrzymanie swoich postanowień jest jeszcze bardziej skomplikowane. Czasami zwyczajnie w naszej codzienności brakuje czasu na zwykłe gotowanie. Wtedy z pomocą może przyjść dieta pudełkowa serwowana chociażby przez Be Diet Catering, we współpracy z którym powstał ten wpis.

Dieta z dostawą do domu.

Fit catering - dieta to nie tylko odchudzanie


Dieta dla większości z nas kojarzy się z redukcją masy ciała, ale przy wyborze diety pudełkowej można skorzystać z różnorakich opcji. Konkretna wartość kaloryczna posiłków, eliminowanie składników uczulających klienta (najczęściej to laktoza - jak w moim przypadku, czy gluten), dieta specjalna w przypadku ciąży bądź konkretnych schorzeń, jadłospis dostosowany do naszego planu treningowego czy krótki detox żywieniowy - to tylko kilka z możliwych opcji. W morzu ofert osoba zainteresowana dietą pudełkową z pewnością znajdzie coś dla siebie, szczególnie w większych miastach. Decyzji nie trzeba podejmować samemu metodą "chybił-trafił" w razie wątpliwości - większość firm specjalizujących się w dietach z dostawą do domu oferuje również konsultacje dietetyka. W przypadku wątpliwości co do wyboru warto także przemyśleć poradę u niezależnego dietetyka, niezwiązanego z żadną firmą oferującą fit catering.

Diety z doborem kaloryczności zwykle zamykają się w przedziale 1000-3000 kalorii i tutaj akurat uważam, że dolny pułap powinien być nieco podniesiony, bo tysiąc kcal to naprawdę niewiele nawet przy bardzo "stacjonarnym" trybie życia.


Dieta z dostawą - któż nie ceni sobie wygody!


Dieta z dostawą do domu ma z całą pewnością wielką zaletę, z którą nie sposób dyskutować - jest niebywale wręcz wygodna. Wystarczy wybrać firmę działającą na terenie naszego zamieszkania, dogadać szczegóły naszego żywienia (łącznie ze szczegółami dotyczącymi składników, których nie lubimy :D oraz porami posiłków), zapłacić za odpowiedni okres abonamentowy i codziennie o poranku bądź innej porze odbierać spod drzwi zestaw pudełek z pysznościami. Takie rozwiązanie szczególnie docenią osoby mocno zajęte i zabiegane.

Dieta pudełkowa - ta ciemniejsza strona


Dieta z dostawą do domu to, nie ma co ukrywać, droga usługa - w większości przypadków za dzienny zestaw, w zależności od wybranej opcji, trzeba zapłacić 45-80zł. Catering to rozwiązanie uniwersalne, więc możliwe, że koniecznym będzie przyprawienie po swojemu otrzymanych dań ;). Warto też wybierać firmy oferujące różnorodność - duża powtarzalność posiłków może spowodować, że szybko zrezygnujemy z nowej drogi żywieniowej. Poszukiwanie właściwego cateringu też nie jest proste, a opinie bywają naprawdę rozbieżne. Kto zapewni nam produkty o jakości, jakiej oczekujemy, a kto sprzeda standardowe, hurtownicze warzywa w cenie żywności ekologicznej? Niestety, także w tej branży trzeba uważać i wykonać naprawdę dokładną analizę rynku przed wyborem ;). 

Spore wątpliwości wzbudzały też we mnie same opakowania i ewentualne tony plastikowych odpadów związane z dostawą diety do domu, ale na szczęście - coraz więcej firm (ale wciąż za mało!) stosuje opakowania z materiałów biodegradowalnych i przyjaznych środowisku bądź stosuje opakowania wielorazowe (oczywiście indywidualne dla każdego klienta :D).

Dieta z dostawą - moje (małe) doświadczenia


Sama na diecie pudełkowej byłam tylko przez chwilę - 7 dni. Dotyczyła ona eliminacji laktozy, miała kaloryczność na poziomie 1500kcal i całkiem dobrze się sprawdziła. Po jej stosowaniu został mi ważny, dietetyczny nawyk przyrządzania posiłków na cały dzień poprzedzającego wieczora i regularniejsze odżywianie. No i przekonanie, że laktoza faktycznie w tym wieku już nie jest dla mnie :D. Skorzystałam wtedy z oferty zakupów grupowych i cała przyjemność nie kosztowała mnie szczególnie dużo - możliwe, że w przypadku kolejnych problemów żywieniowych czy zdrowotnych spróbuję jej ponownie. Dla zabieganych i nieszczególnie obeznanych z niuansami zdrowego odżywiania to może być dobry start do samodzielnych działań.

Domowa uprawa imbiru - ależ proszę!


Przez jakieś 28 lat mojego życia uważałam się za ogrodniczy antytalent. Każdą roślinę potrafiłam unicestwić, chociaż nie robiłam tego z rozmysłem :D. Odmieniło mi się mocno, gdy zamieszkałam "na swoim" - o atmosferę i wygląd mieszkania, które współdzielę z mężem zabiegam jakoś bardziej ;). W tej chwili współdzielimy kwadrat z trzema storczykami, miniaturową różą, skrzydłokwiatem, dwoma aloesami, czterema sukulentami nieznanej nazwy (ale z jednej siejki powstały), awokado, draceną, kalanchoe i fiskusem... fikusem znaczy się :D. Jest także spory las w słoiku, i to wszystko w malutkim mieszkaniu ;D. 

Do niedawna był z nami także imbir, ale naszymi rękami dokonał w końcu uprawnego żywota. Jak do tego doszło?

Korzeń imbiru - wyhodowany w doniczce

Kupiliśmy w markecie kawałek świeżego imbiru (do jakiegoś orientalnego dania), ale oczywiście, typowo - było go za dużo :D. Bezpańska pozostałość leżała na regale zawinięta w woreczek, nie niepokojona przez nikogo... . A przy okazji któryś kolejnych porządków moim oczom ukazał się piękny, dorodny, zielony kiełek. Niewiele myśląc wsadziliśmy go do nieszczególnie dużej doniczki (co okazało się sporym błędem...) ze zwykłą ziemią ogrodniczą i umieściliśmy na parapecie. 

Szybko okazało się, że nasz nowy roślinny kolega bardzo lubi duże ilości wody (był obficie podlewany co drugi dzień), a jeśli jego potrzeby są zrealizowane rośnie jak głupi. Nie minęły 3 tygodnie od zasadzenia, gdy musieliśmy szukać nowej, dużo większej doniczki, gdyż stara zaczęła przypominać swoim kształtem jajo i groziła rozerwaniem. W międzyczasie pojawiły się też pędy - w końcowym momencie było ich 5 - cztery o wysokości 1-1,2m (tak, aż tyle!) z liśćmi oraz jeden, typowo kwiatowy, dużo niższy (możecie go obejrzeć na Instagramie).

Z racji, że nie mogliśmy sobie pozwolić na jeszcze większą doniczkę (a ta, całkiem spora, groziła dezintegracją), nadszedł czas na poważną decyzję: jak przekwitnie, go to wykopujemy i oceniamy zbiory :D. W międzyczasie nabijaliśmy się, że którejś nocy w końcu rozerwie swoje domostwo i nas zeżre ;). Nie zdążył.

Po wykopaniu i wielokrotnym stosowaniu naszego korzenia w różnych wariantach mogę powiedzieć tyle - wyhodowany w domowym zaciszu imbir smakuje tak jak "sklepowy". Po wyczyszczeniu i wysuszeniu trzyma się długo w temperaturze pokojowej - wykopaliśmy go końcem grudnia, a reszta korzenia ma się jak najlepiej i nadal dobrze smakuje ;).

Jeśli macie kawałek świeżego imbiru pod ręką - polecam spróbować ;). Naczytałam się trochę w sieci o mozole uprawy imbiru, ale jakoś w ogóle jej nie odczułam ;).

Hodowaliście coś egzotycznego w przeszłości lub obecnie? Pochwalcie się ;)

SUNSU by Isana, Krem na dzień - ma potencjał, ale...


Dzień dobry, dawno mnie tutaj nie było... ;). W tym trudnym okresie, w jakim wszyscy się znaleźliśmy, każdy chyba szuka spokoju w tym, co lubi najbardziej. Ilość zajęć i życie codzienne mocno mnie w tym roku przytłoczyły, ale mam nadzieję, że ten post będzie zwiastował mój powrót na stałe. Nie przestałam się przecież pasjonować szeroko rozumianą kategorią "Uroda i Zdrowie", tylko... wiecznie brakowało mi czasu. A teraz, z wiadomych przyczyn, zajęć nieco mi ubyło. Postaram się wykorzystać ten czas jak najbardziej pozytywnie ;).

Przybywam do Was z kremem, który naprawdę ma potencjał, ale już mogę Wam zdradzić, że niestety - moja facjata musiała się z nim rozstać :(. Linia SUNSU by Isana zainteresowała mnie zainteresowała mnie z miejsca (nawet rozłożyłam składy na czynniki pierwsze), więc gdy tylko weszłam w posiadanie kosmetyków z tej linii (otrzymałam je w paczce od drogerii Rossmann) ochoczo zabrałam się do testów. Na krem również przyszła pora...

Krem na dzień SUNSU by Isana

Plastikowy, a mimo to solidny słoiczek kryje 50ml kremu w cenie 24,99zł (bez promocji), co wydaje mi się standardową ceną za krem do twarzy. Poza zakrętką opakowanie posiada również dodatkową przykrywkę pozwalającą na jeszcze bardziej higieniczne przechowywanie mazidła. Wizualnie opakowanie bardzo mi się podoba - ale nigdy nie ukrywałam braku odporności na motywy florystyczne :D. Nic się nie odkleja, nie ściera ani nie roluje na krawędziach etykiet. Słoiczek przeżył też jeden upadek na płytki w łazience bez większych uszkodzeń.

Skład:

Krem na dzień SUNSU by Isana - skład

Podtrzymuję wszystko, co napisałam przy okazji analizy składów całej serii. Skład mocno emolientowy (enigmatyczny olej roślinny na pokładzie ;)), z niewielkim dodatkiem nawilżaczy nieco mnie zaniepokoił obecnością trójglicerydów dość wysoko w składzie.  Z racji, że moja skóra nieco zmienia preferencje (takie ładniejsze określenie na "starzeje się" :D) i jest bardziej liberalna - postanowiłam zaryzykować.

Krem ma dość masełkowatą konsystencję i nieszczególnie intensywny, kwiatowy zapach - dla mnie kompletnie neutralny i po krótkim czasie po aplikacji nie jest wyczuwalny. Przy pierwszym kontakcie bardziej martwiła mnie konsystencja - obawiałam się, że nic się nie wchłonie, a ponadto na skórze będzie wyczuwalny tłusty film, którego nie lubię. Na szczęście krem aplikuje się całkiem łatwo i wchłania się w trymiga to lekkiego matu, dzięki czemu makijaż na nim trzyma się dobrze przez cały dzień (bez rolowania i spływania). Zastosowany w okolicach oczu nie wywołuje podrażnień, a skóra ma wszystkie objawy zadowolenia, odżywienia, nawilżenia i dodatkowo - ochrony przed czynnikami zewnętrznymi. Zdrowszy koloryt to dodatkowy przyjemny gratis ;).

Taaa... i ta piękna historia trwała przez prawie trzy tygodnie - do momentu, aż moje czoło, nos i broda nie zasiedliły drobne, zapalne niedoskonałości. Staram się nie wprowadzać na raz miliona nowych rzeczy do swojej pielęgnacji, by w razie czego szybko diagnozować problemy - co uratowało mnie po raz kolejny. Odstawienie tego kremidła i powrót do ulubieńca uspokoił sytuację w jakieś dwa tygodnie. Niestety, mnie po kremie na dzień SUNSU by Isana kolokwialnie mówiąc - wysypało :(. I szczerze powiem, że tak jasnego sygnału od swojej skóry nie dostałam od bardzo dawna.

Sądzę jednak, że ten krem może się naprawdę nieźle sprawdzić u osób z mniej tłustą lub skłonną do zapychania i zanieczyszczenia cerą, bo na początku naprawdę byłam z niego zadowolona. Mój egzemplarz zejdzie na dłonie i na włosy, cóż zrobić ;).  

A co tam Kochani nowego w Waszej pielęgnacji? Na półkach, w kosmetyczkach, na wishliście, na liście do zanalizowa? ;)

A po przerwie... ;)

Wiecie, końcówka roku zachęca do tworzenia postanowień noworocznych ;). Unikałam takowych całe swoje życie (bo takich postanowień chyba najtrudniej dotrzymać ;)), ale tym razem zrobię wyjątek. Chcę tutaj wrócić,, z jakąś rozsądną częstotliwością. Przerwa dobrze mi zrobiła, ale nie ukrywam, że w natłoku różnego rodzaju spraw i porzuconych z tych okazji życiowych tematów najbardziej brakowało mi bloga. 

Źródło: Pinterest
Mogę się pochwalić, że zaliczyłam pierwszy semestr mojej wymarzonej matematyki, a w Nowy Rok patrzę z lekkim niepokojem, ale też nadzieją na nowe/stare wyzwania. Anno Domini 2019 ciężko będzie pobić, bo absolutnie był to najbardziej przełomowy okres w moim życiu. W marcu wzięliśmy z M. ślub, który przebiegł dla nas w sposób absolutnie wymarzony (dobra, gdybym miała to powtórzyć to nie wzięłabym bukietu i welonu, bo tylko mi zawadzały xD), a nasze wesele było najlepszą zabawą, na jakiej byłam ;). Był to jeden z najpiękniejszych... tygodni w moim życiu (wesele de facto trwało tydzień, nawet nie pytajcie ;)), ale wraz z M. staramy się, by pięknych wspomnień było coraz więcej.

Potem zabrałam się za spełnianie licealnych marzeń i trafiłam na AGH-owską matematykę. Heheszka problemowo-egzystencjalna na dziś: jeśli ją skończę, to jak powinnam reagować na "kto nie skacze ten z UJ?" :D. Trzymajcie proszę kciuki, bo dość ciężko znoszę to, że amputowałam sobie prawie całkowicie dni wolne - zawsze mam coś do roboty w pracy albo na studiach. Chyba widmo zbliżającej się trzydziestki mnie dopada, bo jeszcze niedawno miałam jakąś lepszą organizację pracy... .

Łaknę nowości kosmetycznych bardzo, zresztą już niedługo przestawię Wam nowości, które do mnie trafiły ;). Chwilowo walczę z opryszczką (Heviran 800mg moją miłością <3), ale jak tylko zaleczę to paskudztwo to rzucę się na serię SUNSU by Isana i pewnie wiele innych cudowności, które mam nadzieję także Wy mi podrzucicie ;).

A na razie - życzę jak najlepszej końcówki roku!

Żel do włosów Taft (różowy) - solidny średniak bez błysku

Zaliczyłam chyba najdłuższą przerwę w mojej blogowej karierze i niestety mogę powiedzieć, że posty z całą pewnością będą pojawiały się rzadziej. Mówią, że nie można mieć wszystkiego - i w pełni potwierdzam to porzekadło. Jak pewnie wiecie z mojego FB i IG, postanowiłam spełnić marzenie sprzed 20 lat i zostać... matematykiem ;). Przy wszystkich innych moich zajęciach pojawienie się tych studiów podyplomowych w moim grafiku sprawiło, że na bloga nie starcza mi czasu. Nie zarzucę go całkowicie, bo studia się skończą, a moja kosmetyczna pasja - pewnie nigdy (;)), dlatego mam nadzieję, że jakoś przeżyjecie ze mną ten mega intensywny czas.

Pielęgnację swoich włosów i ciała mam opanowaną na tyle, że w zasadzie problemy kosmetyczne u mnie nie występują - albo przynajmniej nie tak duże, żeby o nich trąbić. No właśnie... od jakiegoś czasu nie jest to całkowita prawda. Od czasu wycofania żółtego żelu do włosów Rossmann w wielkim słoju nie potrafię dobrać sobie stylizatora, który chociażby w ułamku procenta dorównywał mojemu nieodżałowanemu ulubieńcowi. Zachwalany na zakręconych grupach pomarańczowy żel Syoss prawie wyrzuciłam przez okno, a zastąpił go w mojej łazience produkt Taft.


Przeźroczysta tuba o średniej miękkości i niewielkim otworze dobrze dozuje produkt, ale zapewne utrudni zużycie żelu do ostatniej kropli ;). Nie zliczę, ile razy wpadła mi do wanny z wodą, a etykiety nadal wyglądają jak nietknięte. Całość jest czytelna, funkcjonalna i charakterystyczna w wyglądzie dla marki Taft. Nie udało mi się też urwać zawleczki (:D), co też poczytuję temu opakowaniu na wielki plus ;). 

Za 150ml tego żelu zapłaciłam około 7zł na jednej z przecen w Rossmannie.

Skład:


Ten żel to głównie mieszanina kilku kopolimerów i innych filmformerów (w tym silikonu i pq) z niewielkimi dodatkami dobroci pokroju modyfikowanego oleju rycynowego, pantenolu, kofeiny i tauryny. Końcówka składu to srogi zestaw substancji zapachowych, konserwujących i barwnika - polecam jego stosowanie w rozsądnym oddaleniu od skóry głowy. 

Nie jest to absolutnie produkt zgodny z metodą CG, ale też na takowym mi nie zależało. Ważny był trwały efekt ładnie zdefiniowanych i odpornych na wszystko loków. Szkoda tylko, że uzyskany efekt nie do końca mnie zachwyca.

Żel nakładam na odciśnięte z nadmiaru wody włosy - każde inne podejście zabiera mi niezwykle pożądaną objętość. Nie wydłuża czasu schnięcia włosów i daje łatwe do odgniecenia sucharki, jeśli nie zastosuje się go w nadmiarze. W pierwszy dzień po myciu włosy wyglądają naprawdę dobrze i nic nie jest im straszne, ale po kolejnej nocy nawet nie ma czego reanimować xD. Mój wcześniejszy stylizator mocno mnie pod tym względem rozwydrzył, bo kudły potrafiły się trzymać w wyjściowym stanie przez 3-4 dni, a co tyle myję włosy. Zużywam go jednak w obawie, że nic lepszego na moje włosy nie znajdę ;). Chętnie jednak przejrzę Wasze typy stylizatorów do włosów, bo koniecznie muszę znaleźć coś lepszego. W planach mam eksplorację różnego rodzaju słoiczkowych cudów z marketu za grosze, ale może podsuniecie mi jakiś swój włosowo-stylizujący Graal.

Tego Tafta klasyfikuję jako średniaka. Co u Was sprawdziło się lepiej?

Żele pod prysznic Bambino - producent mówi swoje, a skład... co innego

Zwykle w mojej łazience jest przynajmniej jeden produkt do pielęgnacji przeznaczony dla dzieci. Najczęściej jest to jakiś lotion/płyn do kąpieli, który sprawia, że miłośnik długich kąpieli posiadający skórę suchą (czyli ja) może się czasami oddawać tej przyjemności bez negatywnych konsekwencji. Dzięki temu jestem też na bieżąco z większością "dzieciowych" kosmetyków oraz marek. Bambino bez wątpienia kojarzy mi się z dzieciństwem, a niedawno wypuścili linię Rodzina, przeznaczoną dla wszystkich niezależnie od wieku. Z niej pochodzą dwa żele pod prysznic: jarzębina i melisa.

Bambino, Żel pod prysznic o zapachu jarzębiny


Skład:Aqua, Sodium Myreth Sulfate, Coco-Glucoside, Cocamidopropyl Betaine, Glycerin, Sodium Chloride, Sodium Cocoamphoacetate, Lactic Acid, Glycine Soja Oil, Panthenol, Pantolactone, Glyceryl Oleate, Tocopherol, Hydrogenated Palm Glycerides Citrate, Polysorbate 20, Citric Acid, Disodium EDTA, Sodium Benzoate, Parfum. 

Bambino, Żel pod prysznic o zapachu jarzębiny


Skład: Aqua, Sodium Myreth Sulfate, Coco-Glucoside, Cocamidopropyl Betaine, Glycerin, Sodium Chloride, Sodium Cocoamphoacetate, Lactic Acid, Glycine Soja Oil, Panthenol, Pantolactone, Glyceryl Oleate, Tocopherol, Hydrogenated Palm Glycerides Citrate, Polysorbate 20, Citric Acid, Disodium EDTA, Sodium Benzoate, Parfum.

Oba te żele to typowe myjadła pod prysznic bazujące na mocnym detergencie (w tym przypadku SMS) występującym w towarzystwie niejonowych i amfoterycznych braci (w tym betainy kokamidopropylowej). Znajdziemy w nich także glicerynę, olej sojowy, pochodną oleju palmowego, pantenol, pantolakton czy witaminę E. Szkoda jednak, że w litanii składników wyprzedza je spory dodatek soli kuchennej (zagęstnik i wypełniacz). Końcówka składu to regulatory pH, konserwant i substancja zapachowa. Ogólnie - zestaw ten jest typowy dla pierwszego lepszego zwyklaczka z drogerii. Jako wisienkę na torcie podrzucę Wam opis producenta dla jednego z nich:

"Łagodny żel pod prysznic i do kąpieli w wannie o przyjemnym zapachu jarzębiny do codziennego stosowania.

  • Zawiera legendarną oliwkę Bambino i pantenol. 
  • Utrzymuje prawidłowe nawilżenie skóry i pomaga łagodzić podrażnienia . 
  • Delikatna, lekka formuła, opracowana dla całej rodziny, skutecznie oczyszcza skórę i pozostawia uczucie świeżości oraz przyjemny zapach. 
  • Hiperdelikatny, pH neutralne dla skóry. 
  • Odpowiedni dla skóry wrażliwej. 
  • Przebadany dermatologicznie.
  • Przebadany okulistycznie.
  • Skóra wrażliwa i atopowa. 
  • Łagodność potwierdzona dermatologicznie. 
  •  Stworzone i wyprodukowane w Polsce."
Autentycznie zastanawiam się, czy ktoś w marketingu nie popłynął za bardzo albo nie pomylił produktów. Hiperdelikatny, łagodzi podrażnienia, odpowiedni dla skóry wrażliwej i atopowej? :O

Chyba tylko dzięki mocnym detergentom i sporej dawce soli kuchennej :D. Dla jasności przypomnę - nie mam nic do mocnych detergentów czy soli (moja skóra nie reaguje na nie negatywnie, a obecności soli nie odczuwa), używam ich namiętnie w pielęgnacji, ale takich rozbieżności pomiędzy zawartością opakowania a opisem producenta bardzo nie lubię. Powiedziałabym nawet, że jestem uczulona...

Spotkałyście się w ostatnim czasie z taką marketingową historią? Myślałam, że jest ich coraz mniej (ze względu na wzrost składowej świadomości w społeczeństwie), a tu taki kwiatek.

Peeling kawitacyjny Xiaomi InFace - szybki zachwyt!

Ledwie dwa tygodnie temu pisałam Wam o moim nowym nabytku wprost z Aliexpress, a dzisiaj już przychodzę z jego wstępną recenzją xD. Miałam się za osobę naprawdę odporną na nagłe, kosmetyczne zachwyty, ale to niewielkie urządzenie chyba jest tym, czego brakowało w pielęgnacji mojej odpornej, ale skłonnej do zanieczyszczenia skóry. Obecnie jestem po trzech zabiegach z użyciem tego cuda i na pewno nie będzie to ostatni wpis na jego temat ;). Peeling kawitacyjny Xiaomi InFace na pewno wart jest zainteresowania <3.


Na razie ładowałam go raz i zajęło to ledwie kilka minut (być może bateria była w części naładowana, ale nie sprawdziłam tego przed podpięciem do sieci). W trakcie ładowania przycisk oraz tryby pracy podświetlają się w "falujący" sposób, a po naładowaniu całość jest podświetlona. Używałam go do tej pory trzy razy (każdy zabieg trwał około 10 minut) i nadal nic nie wskazuje na konieczność ponownego ładowania. Urządzenie samoistnie wyłącza się po 3 minutach działania (więc stosuję na jeden zabieg trzy cykle). Stosowałam do tej pory tryb ION+, który podobno ma najmocniejsze działanie złuszczające. Reszty natomiast nie sprawdziłam w ogóle (na razie ;)).

Urządzenie działa na razie bez zarzutu, radośnie smagając ultradźwiękami wilgotną powierzchnię mojej facjaty. Na razie zabiegi wykonuję na aktywatorze do maseczek Bielendy, który nie dał u mnie żadnych efektów w stosowaniu zalecanym. Peeling bardzo mocno "rozpryskuje" kropelki cieczy (co świadczy o faktycznej produkcji ultradźwięków), a na łopatce bezproblemowo znajduję ślady jego działania już po jednym pociągnięciu (mleczne smugi sebum i martwego naskórka).

Po pierwszym zabiegu, poza zauważalnie czystszą skórą, zaobserwowałam efekt ukazania ukrytych zanieczyszczeń (w formie zaskórników i niewielkich zmian zapalnych), które między zabiegami się zagoiły. A nos! <3 W życiu nie miałam tak niewielkich i tak ładnie oczyszczonych porów na moim jakże problematycznym kinolu <3. Od kolejnych zabiegów zamierzam połączyć ten peeling z maską oczyszczającą i stosowaniem kwasów w różnych wersjach, by jeszcze podbić efekt oczyszczania.

Mój sprzedawca to inFace Official Store, gdyby ktoś z Was był zainteresowany ;). Obecnie planuję sprawdzić w końcu inne tryby pracy tego urządzenia oraz z czasem ocenić jego trwałość i jakość wykonania.

Absolutnie zbyt długo się wzbraniałam z tym zakupem! A może i Was zainteresowałam? ;)

Dr Gaja ProOdporność - remedium na przesilenie

Wrzesień jest dla mnie najtrudniejszym zdrowotnie miesiącem w roku. Powrót do szkoły co roku muszę okupić jakąś infekcją - przeziębieniem, grypą, zapaleniem gardła czy krtani... . Sporo opcji już przeszłam :D. Nauczona nieprzyjemnym doświadczeniem zeszłych lat postanowiłam w tym roku wspomóc się jakimś środkiem "na odporność". Miody Manuka wraz z propozycją testów suplementu ProOdporność Dr Gaja spadły mi jak z nieba ;). Minęły dwa tygodnie - i na razie (odpukać w niemalowane) nic nie wskazuje na chorobową powtórkę z przeszłości.


Jedno opakowanie suplementu kryje 10 saszetek zawierających po 2g proszku, co pozwala wziąć ze sobą porcję suplementu np. do pracy. Można go łączyć z koktajlami, muesli, jogurtem czy też po prostu z wodą, w której bardzo łatwo się rozpuszcza. Tylko pamiętajcie - napoje i inne produkty powinny być zimne lub mieć temperaturę pokojową ;). W najprostszej wersji z wodą wygląda jak średnio mocna, dość kwaśna herbata. Z racji tego, że kwaskowate napoje bardzo lubię nie mam do tego smaku uwag ;). W jogurcie jego smak jest prawie nieinwazyjny, a innych wersji nie próbowałam.

10 saszetek suplementu Dr Gaja ProOdporność kosztuje około 13zł.


Skład suplementu:


Ekstrakty: z kwiatu oraz owocu czarnego bzu, jeżówki i dzikiej róży standaryzowane na witaminę C z dodatkiem rutyny to znane i dobre rozwiązanie wspomagające odporność organizmu. Warto zwrócić uwagę na dużą zawartość witaminy C - takich dawek nie przyjmuje się w sposób ciągły, tylko w miarę potrzeb, w okresach zmniejszonej odporności, w trakcie menstruacji czy dużego wysiłku. Produkt Dr Gaja ProOdporność jest w pełni naturalny, bez aromatów, konserwantów, barwników i wszelkich innych niepotrzebnych składników ;).

Połączenie rutyny i witaminy C podoba mi się z jeszcze jednego powodu - mam problemy z krążeniem żylnym w nogach (początki żylaków). Ten zestaw wzmacnia również ściany żył, co objawia się u mnie złagodzeniem bólu łydek po całodziennym łażeniu ;). Dodaje również energii - nie jestem aż tak mocno rozespana jak zwykle przy przesileniu, kiedy mogłabym zasnąć nawet na stojąco w krakowskiej komunikacji miejskiej. 

Wiadomo, że żaden, nawet najlepiej zbilansowany środek nie zastąpi zdrowego trybu życia i nie może być traktowany jako jego substytut, ale czasami warto sobie pomóc w okresach przemęczenia, przesilenia i zmniejszenia odporności ;). Szczególnie, gdy tak jak u mnie można mniej-więcej przewidzieć takie okresy, którymi są przesilenia.

Z efektów jestem zadowolona, ale oczywiście moje obserwacje się nie kończą - jesień i choróbska atakują zewsząd :D.