Urządzanie własnego miejsca do życia bardzo wciąga ;)

Gdyby ktoś jeszcze kilkanaście miesięcy temu powiedział mi, że będę spędzała naprawdę sporo czasu na przeglądaniu wszelkiego rodzaju dekoracji do mojego wymarzonego lokum - popukałabym się w czoło ;). Prawdą jest jednak, że o wynajętym mieszkaniu myśli się inaczej. Nawet, gdy mieszka się w nim całkiem długo traktuje się je w kategoriach tymczasowego rozwiązania. Plakaty, wazony, obrazy, regały, ciekawe rozwiązania wizualne - potrafię w odmętach internetu przepaść nawet na kilka godzin. Nie ukrywam więc - możliwość kolejnej współpracy z Poster Store przyjęłam z wielką radością ;). Skandynawski styl, piękne galerie obrazów, korzystne ceny i rabaty oraz najwyższej jakości ekologiczny papier - to może się podobać ;). Nowe kolekcje plakatów pojawiają się co wtorek - koniecznie zajrzyjcie ;).


Tym razem wybrane przeze mnie grafiki nie skupiały się wyłącznie na temacie szeroko rozumianej "natury". Abstrakcyjne plakaty oraz obrazy w stylu glamour poszły w ruch - planuję w naszym domu umieścić w końcu wymarzoną toaletkę, na której postawię jeden z nich w niewielkiej, dopasowanej ramce :D. Wiele wskazuje, że w wystroju wnętrz szczególnie mocno skupimy się na skorelowaniu dobrego oświetlenia, milionów regałów z książkami, posterów w wersji "na ścianę" i "na półkę" oraz całej fury kwiatów, które już posiadamy :D. Mam nadzieję, że na nowym metrażu złapiemy między tym wszystkim zdrowy balans.


Ozdoby na ścianę stanowią główne pole moich aranżacyjnych zainteresowań. Podejrzewam, że wynika to z braku chęci do odkurzania stojących bibelotów, przez co cała moja dekoracyjna energia przeniosła się na ściany :D. Mój mąż śmieje się, że jeśli zostawi mi miejsce w kuchni czy łazience, to zapewne tam też coś powieszę :D. Nie ukrywam, że jest to możliwe, chociaż mam obawy przez wpływem wilgoci na grafiki oraz ramki.


Chciałabym również mieć możliwość sezonowej wymiany domowych dekoracji. Obrazy do salonu na wiosnę, lato, jesień i zimę w odpowiedniej kolorystyce to świetna sprawa - oczywiście jeśli ma się miejsce do ich właściwego przechowywania. Na razie jestem na etapie negocjacji w tej sprawie - trzymajcie kciuki aby się udało wygospodarować coś na kształt pawlacza lub strychu, bo na razie czarno to widzę :D. 


Na co stawiacie w wystroju własnego mieszkania? Minimalizm, glamour, Skandynawia czy też może Wasz własny, indywidualny pomysł nie pasujący do tych szufladek? ;).

Jeśli do Waszego stylu pasują plakaty Poster Store, to mam dla Was 35% rabat na hasło kascysko (z wyłączeniem kategorii Selection) ważny do 26 listopada do północy. Korzystajcie! <3

Olejki do kąpieli i pod prysznic Vis Plantis - odkrycie dla suchej skóry! Szkoda, że...

Sucha skóra na moim ciele dostarcza mi wątpliwej rozrywki od zawsze i nic nie wskazuje na to, aby cokolwiek kiedykolwiek zmieniło się w tym temacie ;). Pogodziłam się dawno z faktem, że cały przydział sebum dla mojej osoby wydziela się na mojej twarzy :D. Ciężko mi jednak było się pogodzić z faktem, że kąpiel tylko potęgowała wszelkie problemy z suchością skóry... Ale to już przeszłość ;). Olejki do kąpieli i pod prysznic Vis Plantis naprawdę poprawiły jakość mojego życia <3.


Vis Plantis olejek pod prysznic

Powyżej przedstawiam wersję Yerba Mate & Olej Monoi, ale przetestowałam już chyba wszystkie wersje i w swoim działaniu są w zasadzie takie same ;). Objętości 300ml oscylowały w cenie 17-25zł (w zależności od wersji: kąpielowej, prysznicowej, z pompką, bez), a do samych opakowań nie mam większych zastrzeżeń - czytelne, ładne, całkiem trwałe (dotyczy to również pompek - zdarza mi się nawet przelewać do nich inne kosmetyki i nadal działają).


Składy i inne cuda



Vis Plantis olejek pod prysznic

By nie tworzyć wielkiego tasiemca odsyłam Was do posta dotyczącego składów olejków Vis Plantis. Olej z nasion sojowych z emulgatorami, dodatkami innych, droższych olejów oraz skwalanem i gliceryną robi pozytywne wrażenie ;). Składy zawierają również kompozycję zapachową, jednak nie jest ona szczególnie wyczuwalna podczas mycia i kąpieli.

Jak większość tego typu cudów (które faktycznie są olejkami do mycia, a nie "olejkami" tylko z nazwy) prawie się nie pienią i domycie ciała z ich użyciem to trudna sztuka. Dlatego też po kilku próbach poprzestałam na dodawaniu około 3-4 pompek kosmetyku do wanny z wodą. Względy ekonomiczne wygrały :D. Woda z tym olejowym dodatkiem przybiera kolor nieco mleczny, ale poza tym nie obserwuję żadnych innych zmian. 


Skąd ten zachwyt i obawy?


Moja skóra jest mi dozgonnie wdzięczna za odkrycie tych olejków - w tak dobrym stanie nie była od lat ;). Balsamy czy masła stosuję teraz raczej okazjonalnie i z przyzwyczajenia niż z konieczności. Suchych skórek na łydkach i łokciach nie widziałam od bardzo dawna, a i moje rogowacenie okołomieszkowe nigdy nie było w tak dużym stopniu wyciszone <3. 

Polecam każdemu z problemami suchej skóry, jednak nieco się obawiam - obecnie dostaję je jedynie na Allegro (mam ośmiobutlowy zapas, nie pytajcie :D), ale mam nadzieję, że wrócą do sklepu Elfa Pharm po prostu w zmienionej szacie graficznej. Trzymam za to bardzo, bardzo mocno kciuki! 

Próbowałam także domowej wersji z dodatkiem po prostu łyżki kuchennego oleju do kąpieli, ale efekt jest dużo słabszy, a i wanna wymaga ostrzejszego mycia po takim eksperymencie. Zastanawiam się jednak na prowadzeniu emulgatora (np. lecytyny) do oleju - może tak sprawdzi się lepiej?

A jak Wy radzicie sobie z suchą skórą?

Aloesowa pielęgnacja włosów

 

O fenomenalnych efektach w wykorzystaniu aloesu do pielęgnacji skóry napisano już naprawdę wiele w wielu miejscach sieci. Sama w tym wykonaniu go nie stosuję, ze względu na rodzinne uwarunkowania, jednak dziś jednak chciałabym się skupić na innym zastosowaniu tego produktu. Żel z aloesu stanowi bowiem również kosmetyk, który warto użyć przy codziennym dbaniu o włosy.

Dlaczego warto stosować preparaty z aloesu na włosy? W jaki sposób ich używać, żeby osiągnąć najlepsze efekty? O tym opowiem poniżej.



Jak wykorzystać aloes na włosy?


W przypadku pielęgnacji włosów i kosmetyków z aloesu najlepiej sięgnąć po prostu po czysty żel z aloesu. Jest to środek najbardziej naturalny (w zależności oczywiście od wybranej marki), a jeśli zostanie użyty w prawidłowy sposób, potrafi dać naprawdę dobre rezultaty w kontekście nawilżenia włosów.

Można przygotować go samodzielnie, wykorzystując do tego liście rośliny doniczkowej, najlepiej aloe barbadensis, czyli aloesu zwyczajnego. Sama posiadam dwa egzemplarze, gdzie jeden właśnie „wychodzi w doniczki” i aż się prosi o kosmetyczne wykorzystanie.

Jeżeli jednak wolimy gotowe preparaty, bez trudu znajdziemy szeroki wybór żeli z aloesu w sklepach. Sięgajmy jednak wyłącznie po certyfikowane produkty, jak na przykład te na stronie NajlepszyAloes.pl, we współpracy z którą powstał ten wpis. Dzięki temu zyskamy pewność, że żel z aloesu zawiera dokładnie takie składniki, jakie powinien, i w deklarowanej ilości.


Co powinno się znaleźć w żelu z aloesu?


Naturalny i prawdziwy żel z aloesu powinien się składać w przynajmniej 98% z czystego żelu z miąższu liści tej rośliny. Sama substancja roślinna składa się z kolei w 99% z czystej wody. Jeden procent natomiast stanowią skondensowane składniki aktywne.

W miąższu aloesowym występuje ich naprawdę wiele. Naukowcy podają, że aloes stanowi źródło nawet 150 różnych substancji, które aktywnie wpływają na kondycję włosów i skóry.

Co takiego w nim znajdziemy? Zawiera między innymi witaminy (A, C, E, K oraz z grupy B), minerały, a także szereg polisacharydów.

Warto pamiętać, że spora ich ilość nie jest odporna na działanie wysokich temperatur. Dlatego należy wybierać żele, przy których produkcji nie przeprowadzano wysokotemperaturowej obróbki termicznej. Wówczas mamy pewność, że dostajemy preparat o optymalnym składzie i właściwościach.


Właściwości aloesu dla włosów – do czego się przydaje żel z liści aloesu?


Podstawową funkcją żelu z aloesu w przypadku włosów jest oczywiście zapewnienie głębokiego nawilżenia. Roślina ta zalicza się do humektantów, czyli substancji, które mają właściwości higroskopijne – przyciągają wodę i magazynują ją przez dłuższy czas. Pozwala to przetrwać roślinie przez dłuższy czas na pustyni. Właściwość ta potrafi też przynieść wiele dobrego naszym włosom.

Pamiętajmy, że aloes nawilża nie tylko same włosy, ale także skórę głowy (jeśli tam go stosujemy), co jest niezmiernie ważne w kompleksowej pielęgnacji. Dzięki właściwościom antybakteryjnym i antywirusowym łagodzi się także stany zapalne, zmniejsza podrażnienia. Żel przywraca również naturalne pH skóry, ale jak każdy nowy kosmetyk w naszej pielęgnacji – powinien zostać sprawdzony domową próbą uczuleniową ;).

W ten sposób kompleksowo dbamy o nasze włosy – od cebulek aż po same końce.



Jak stosować aloes na włosy?


Aby uzyskać głębokie nawilżenie i zdrowy wygląd włosów, wystarczy stosować się do kilku prostych zasad. Nakładanie samych humektantów często prowadzi do puszenia się włosów, zwłaszcza w deszczowe lub bardzo suche dni.

Dlatego, jeżeli zależy nam na optymalnym nawilżeniu i pięknym połysku, warto przetestować w swojej świadomej pielęgnacji olejowanie włosów na żel aloesowy. Taki eksperyment mam w planie w najbliższy weekend :D.

Na czym ono polega? Wystarczy połączyć żel z naturalnym olejem roślinnym, dobranym do typu włosów, a najlepiej - ulubionym. Można również najpierw nałożyć na włosy żel, a następnie olej. Metoda ta sprawdza się na sucho i mokro – w zależności od włosowych preferencji. Można ją stosować przy każdym typie włosów, ale wiadomo – każdy pomysł pielęgnacyjny trzeba przetestować na sobie. Jeśli aloes sprawdzi się na naszych włosach to będą one wyraźnie wygładzone i głęboko nawilżone.


Aloes – naturalny eliksir dla pięknych włosów


Żel z aloesu znany jest od wieków. Często sięgamy po niego przy pielęgnacji skóry, jako kosmetyk łagodzący podrażnienia oraz głęboko nawilżający.

Warto rozszerzyć jednak zakres działania i wykorzystać żel także do świadomego dbania o włosy. Jeśli będziemy przeprowadzać odpowiednie zabiegi regularnie, nasze włosy na pewno będą nam za to wdzięczne.

A jak wygląda Wasza włosowa historia z aloesem? Jak sprawdził się na Waszych włosach? Chętnie poczytam Wasze opinie zanim oskalpuję mój krzaczek :D.

Plakaty, postery i obrazy - ekologicznie, modnie i pięknie z Poster Store!

Aranżacja wnętrza - kiedy do niej dorosłam?


Nie ukrywam, że przez większą część mojego trzydziestoletniego życia przywiązywałam stosunkowo niewielką wagę do dopracowania wystroju wnętrz, w których mieszkałam. Powodów było wiele - brak budżetu, ograniczenia wynikające z mieszkania z rodzicami bądź współlokatorami, brak jednolitej wizji i ograniczenia lokalowe. Odkąd zamieszkałam z moim mężem sytuacja uległa poprawie - wynajmujemy niewielkie mieszkanie, które daje już pewne pole manewru :D. Oboje jednak unikamy jak tylko możemy typowych zbieraczy kurzu (na które zresztą nie mamy miejsca), więc skupiliśmy się na ozdabianiu ścian. Obrazy i nowoczesne plakaty od Poster Store - to było to!


Niniejszy wpis powstał przy współpracy z Poster Store - znajdziecie tam ramki i plakaty w skandynawskim stylu wraz z inspiracjami do stworzenia własnych galerii dopasowanych do Waszych wnętrz ;). Każda grafika drukowana jest w wysokiej jakości na ekologicznym papierze, a produkcja i transport plakatów na ścianę odbywa się z maksymalnym ograniczeniem śladu węglowego.

Co wtorek publikowane są nowe kolekcje i sądzę, że każdy zainteresowany znajdzie tam coś dla siebie. Sama znalazłam aż za dużo :D.

Z kodem kascysko30 do 30.08.2020r. możecie kupić plataty 30% taniej (z wyłączeniem kategorii Selection).



Kosmiczne obrazy do sypialni 


W sypialni postanowiliśmy zamontować grafiki w stylu kosmicznym - dziwne, bo żadne z nas nie marzyło o byciu astronautą ;). Postawiliśmy na plakaty w rozmiarze 70x50cm, chociaż zastanawialiśmy się również nad większymi ilustracjami (100x70cm), jednak obawialiśmy się przytłoczenia. W taki sposób trafią do nas obrazy do sypialni: Earth i Luna



Być może dołożymy do tej aranżacji jeszcze trzeci kosmiczny plakat, np. z widokiem nieba w dniu naszego poznania czy ślubu albo grafikę jeszcze jednej planety. Wiecie - ja chcę Wenus albo Uran, mąż chciałby Marsa, kompromis jeszcze nie zbudowany :D. Całość planujemy zamontować za wezgłowiem łóżka w równych odstępach. Prawdopodobnie będą to jedyne dekoracje, na jakie zdecydujemy się w sypialni.



Obrazy do salonu - natura rządzi!


Oboje lubimy naturę i piesze wycieczki, a dodatkowo jesteśmy wielkimi pasjonatami zamków. Ba, nawet podrzucone powyżej obrazy do sypialni również mieszczą się w kategorii naturalnych grafik. Wybór był trudny, ale zdecydowaliśmy się plakaty powiązane tematycznie i kolorystycznie. Możliwe oczywiście, że będą wisiały osobno, ale sądzę, że przynajmniej jedna trójeczka utrzyma wspólną aranżację ;).

Pierwszy zestaw utrzymany jest w tonacji leśno-górskiej: Leśne Wzgórza, Tree Top Fog, Wodospad.



Drugi natomiast nawiązuje do naszej zamkowej pasji: Over The Hill, Fallen Castle, Leśne Refleksje.


Możliwe, że skończy się również na trzech grafikach na naszej jedynej ścianie bez okien, tuż nad kanapą ;). Również rozmyślaliśmy o maksymalnych wymiarach plakatów, stanęło jednak na uniwersalnym 70x50cm.


Ramki do plakatów - najtrudniejszy wybór


Paradoksalnie wybór plakatów wcale nie był trudny... w porównaniu z doborem koloru ramek. Ściany co kilka lat mogą zmieniać kolor (szczególnie, gdy w końcu dorobimy się zwierzaków) i zależało nam, by wybrane kolory były w miarę uniwersalne i pasowały "prawie do wszystkiego". Padło na ramki czarne i srebrne, które są dla nas najłatwiejsze do wkomponowania. Ewentualnie - ramę plakatu zawsze można zmienić, jeśli koncepcja wystroju z czasem zmieni się gwałtownie :D. 


Plakaty na ścianę to świetne rozwiązanie do aranżacji wnętrz, zarówno pod względem wyglądu, jak i finansów. Ich wymiana nie wydrenuje nam portfela do samego dna, a interesujące grafiki cieszą oko i nie przytłaczają nadmiernym przepychem, a jednocześnie pięknie uzupełniają pomieszczenia, nawet te zaaranżowane minimalistycznie - styl skandynawski rządzi! 

Fusswohl, Płyn z mocznikiem do kąpieli stóp - alternatywa dla skarpetek złuszczających?

Pielęgnacja stóp "po macoszemu"


Stopy to obszar mojego ciała, który pod względem pielęgnacji wyjątkowo słabo mnie interesuje. Pokazuję je rzadko - głównie z powodu problemu z zakupem każdego obuwia innego niż sportowe. Rozmiar 35.5 połączony ze sporą szerokością giczy niczego nie ułatwia :D. Całość mojej pielęgnacji w zasadzie sprowadza się do traktowania ich balsamem do ciała po kąpieli, stosowania antyperspirantu i walki ze zrogowaciałym naskórkiem przy użyciu tarki. A wierzcie mi - pocieranie stóp czymkolwiek jest dla mnie chyba najmniej przyjemnym zabiegiem pielęgnacyjnym na świecie, nawet licząc zabiegi uznane powszechnie za bolesne :D. Alternatywą były skarpetki złuszczające, ale ilekroć je zastosowałam, to pomimo naprawdę skrupulatnego wybrania terminu obłażenie płatami ze skóry zawsze przypadało na naprawdę niewygodne dni. Biednemu zawsze wiatr w oczy i chleb masłem do dołu ;). 

Z dużą dozą ciekawości przyjęłam obecność płynu do kąpieli stóp z mocznikiem marki Fusswohl w jednej z paczek otrzymanych od drogerii Rossmann. I chociaż ani razu nie użyłam go zgodnie z zaleceniami producenta - jestem nim zachwycona!

Bombowy pedicure ukryty w niepozornym opakowaniu


Fusswohl, Płyn z mocznikiem do kąpieli stóp

Butelka płynu z mocznikem Fusswohl absolutnie nie rzuca się w oczy na sklepowej półce, co nie zmniejsza oczywiście z automatu solidności jej wykonania. Solidna zakrętka (służąca także jako dozownik) kryje niewielki otwór dozujący zadowalającą ilość płynu bez marnowania nawet kropli. Całość wytrzymuje nawet kąpiele w wannie bez migracji etykiet ;).

200ml płynu kosztuje 8,99zł (cena regularna w Rossmannie). 

Płyn z mocznikiem... i czym jeszcze?


Fusswohl, Płyn z mocznikiem do kąpieli stóp - skład

W składzie tuż po wodzie pojawia się tytułowy mocznik, więc z całą pewnością jest go przynajmniej 15% ;). Znajdziemy w nim także składniki odpowiedzialne za działanie myjące i stabilizację piany (betaina kokamidopropylowa i glukozydy), a także sporą dawkę nawilżającej gliceryny oraz kroplę niacynamidu i witaminy E. Pozostałe składniki odpowiedzialne są za regulowanie pH gotowego kosmetyku, jego właściwości zapachowe, trwałość oraz konsystencję. Zawiera niewielki dodatek soli kuchennej, co w preparacie do stóp nawet nie razi ;).

Ma konsystencję rzadkiej oliwki i nieco drogeryjno-męski zapach, który jednak ma niewielką intensywność i bardzo szybko odparowuje.

Mocznik w stężeniu 15% ma właściwości nawilżające i lekko złuszczające, a dodatki pozwalają wzmocnić uzyskany efekt pielęgnacyjny oraz bezproblemowo zmyć płyn ze stóp. Nieprzeładowany skład z potencjałem na świetne działanie - to lubię!

Płyn z mocznikiem Fusswohl solo - efekt wow bez jaszczurzenia!


Producent rekomenduje wlanie 2-3 nakrętek płynu do 3-4 litrów ciepłej wody i około 15-minutową kąpiel w uzyskanym roztworze. Niestety, nie mogę ocenić skuteczności tej metody - sama po prostu nacierałam stopy kilkoma kroplami płynu, zakładałam bawełniane skarpety (polecam białe) i po jakiś 15-30 minutach (przy okazji brania prysznica) zmywałam pozostałości ze stóp. Już po pierwszej kuracji gładkość moich traktowanych po macoszemu stóp była wręcz niespotykana :O. W ciągu dwóch tygodni zastosowałam go w sumie cztery razy i śmiało mogę powiedzieć, że uzyskałam efekt miękkości i eliminacji zrogowaceń jak po stosowaniu skarpet złuszczających - tylko bez efektu gubienia naskórka za sobą. Nie zanotowałam także żadnych przykrych efektów w postaci szczypania czy podrażnień. Zmniejszeniu uległa również potliwość moich stóp, zapewne dzięki należytemu nawilżeniu skóry w trakcie zabiegu.

Szczerze polecam - zapewne przy większych problemach z rogowaceniem na efekty trzeba będzie poczekać nieco dłużej, ale przy tak niskiej cenie naprawdę warto!

Jak miewają się Wasze stopy latem?

Breylee Hair Growth Essential Oil (Olejek na porost włosów) - pewniejszy substytut Andrei z Aliexpress?

Dlaczego nie Andrea?


Część z Was (jeśli nie wszyscy) pamięta pewnie spory szał na olejek na porost włosów Andrea wprost z Aliexpress. Różnie z nim bywało - przesyłka nie trafiała do zamawiającego, a jeśli już trafiła, to bogactwo zawartości mogło zaskoczyć. Nie raz i nie dwa widziałam w sieci wpisy, które mówiły o różnych konsystencjach, zapachu i właściwościach olejków w tych samych opakowaniach. Skład na opakowaniu też budził wątpliwości co do swojej rzetelności. Zresztą to właśnie składowe niepewności bardzo długo powstrzymywały mnie przed jakimikolwiek zakupami mazidłowymi na Aliexpress. Pojawienie się jednak firm dystrybuujących swoje kosmetyki wprost z Azji na rynek europejski, takich jak Lanbena (pamiętajcie o ich cudownych płatkach pod oczy) czy Breylee złamały mój opór. 

Dzisiaj mam dla Was olejek na porost włosów Breylee, który w mojej opinii jest pewniejszym zamiennikiem słynnej Andrei.

Breylee - maleńki olejek w równie małych pieniądzach



Breylee olejek na porost włosów

Olejek trafił do mnie w przeciągu 3 tygodni od zamówienia (z oficjalnego sklepu) zapakowany w solidny i dodatkowo zafoliowany kartonik. Sama buteleczka jest z grubego plastiku i niestraszne jej podłogowe wyzwania (no i jest niebieska, ale to mój własny fetysz :D). Do zmiany jest natomiast zakraplacz - by kropla olejku trafiła tam, gdzie jej miejsce należy dość mocno strzepnąć flakonik, co nie jest szczególnie wygodne pod prysznicem przy mokrych dłoniach. Etykiety na kontakt z wodą kompletnie nie reagują ;).

20ml olejku kosztuje około 10-15zł, w zależności od aktualnej promocji i dostępności kuponów.


Olejek na porost włosów Breylee - co kryje się w jego wnętrzu?



Breylee olejek na porost włosów - skład

Ekstrakty z imbiru, żeń-szenia, Ku Shen, czarnego orzecha i rdestowca rozpuszczone w mieszance oleju winogronowego, glicerolu, karbomeru, glikolu propylenowego i olejku rozmarynowego (eterycznego). Skład sprawia wrażenie poprawnego, bo producent nie ukrył karbomeru (substancji odpowiedzialnej za konsystencję) oraz konserwantu, którym jest tutaj metyloparaben. Mnie parabeny nie przeszkadzają z racji ich szerokiego przebadania, ale sądzę, że przy dylematach zakupowych będzie to dla Was ważna informacja. Nie mam się do czego przyczepić.

Olejek ma konsystencję wody i nieszczególnie wyczuwalny, trawiasto-korzenny zapach. Producent zaleca wymieszanie 3ml produktu ze 100ml naszego szamponu lub dodanie kropli olejku do jednorazowej porcji szamponu. Postanowiłam nie kombinować i zastosowałam opcję drugą, bo przechowywanie takich mieszanek jest dość problematyczne, a ich trwałość i wzajemne długotrwałe interakcje są zagadką. Sądzę jednak, że absolutnie nie powinien być stosowany w formie nierozcieńczonej, a i przy stosowaniu w roli wcierki (po rozcieńczeniu) zalecam ostrożność. Sama - nie próbowałam takich podejść.

Olejek Breylee - efekty


Olejek stosuję przy każdym myciu włosów (co 2-3dni) już od ponad dwóch miesięcy i zużyłam jakieś pół opakowania, więc jest naprawdę wydajny. Nie zmienia jakoś widocznie konsystencji szamponu po wymieszaniu na dłoni, nie zmienia także jego mocy myjącej (akurat stosuję go z szamponem O'Herbal) ani łatwości spłukiwania. Pierwszym zauważalnym efektem (i to po pierwszym myciu!) było zwiększenie objętości fryzury tuż przy skórze głowy oraz przedłużenie świeżości czupryny przy coraz cieplejszej pogodzie. Zachęcona efektem nie przerwałam testów i dzisiaj mogę pochwalić się całym tabunem malutkich bejbików, a to przecież na gęstości najbardziej mi zależy ;).

Przyspieszenie przyrostu włosów również odczułam, ale ciężko mi go podać liczbowo (nie mierzę włosów, a loki jeszcze bardziej utrudniają obserwację). Najlepiej sytuację odda fakt, że chyba od czasów dzieciństwa nie miałam tak długich włosów jak obecnie. Fryzjerze, przybywam w przyszłym tygodniu na drastyczne cięcie! :D

Nie zauważyłam w trakcie jego stosowania żadnych negatywnych efektów zarówno na skórze głowy, jak i na okolicznych połaciach, z którymi ma kontakt piana z szamponu. Pozbyłam się nawet odwiecznego efektu delikatnego swędzenia skóry głowy, które pojawiało się czasami w momencie, gdy włosy domagały się mycia. Spodziewam się, że to również zasługa jego właściwości seboregulujących.

Nie spodziewałam się, że zadziała w jakikolwiek sposób. Wyznaję wszak zasadę, że szampon ma myć, a działanie porostowe mogą mieć produkty, które dłużej przebywają na skórze głowy. To w zasadzie drugie tego typu zaskoczenie, po szamponie Biokap w starej wersji. 

Jak wygląda Wasze zapuszczanie lub zagęszczanie włosów? ;)

Lanbena, Retinol Eye Mask - płatki pod (i nad) oczy z retinolem z Aliexpress!


Kosmetyki z Aliexpress - co się zmieniło?


Kosmetykom z Aliexpress mówiłam dość zdecydowane nie. Opowieści o wątpliwej jakości mazidłach, rozlewanych nie wiadomo gdzie, nie wiadomo do czego i w nieznanych warunkach nie nastrajały mnie optymizmem. Z tego względu ominęło mnie testowanie popularnego swego czasu olejku na porost włosów Andrea i pewnie kilku innych cudów. Niewielką zmianę w moim nastawieniu wygenerowała zmieniająca się sytuacja. Kolejne chińskie marki pojawiają się na rynku europejskim poprzez oficjalnych dystrybutorów (co wymusza badanie ich składu), co zwiększa moje zaufanie do tego, co jest w ich wnętrzu. Do tego zakup peelingu kawitacyjnego Xiaomi, który okazał się absolutnym kosmetycznym strzałem w dziesiątkę, mocno złamał moje opory przed szeroko rozumianą kosmetyką z Aliexpress. Dla jasności: nadal nie kuszą mnie różnego rodzaju magiczne mazidła i kremy o mocno nieznanym pochodzeniu :D. W kręgu moich zainteresowań znalazły się dwie marki podrzucone mi przez Was: Lanbena i Breylee.

Płatki pod oczy z retinolem Lanbena - skąd taki wybór?


Okolice moich oczu to jeden z bardziej problematycznych rejonów mojej cery. Wrodzone fałdko-zmarszczki, tendencja do obrzęków i zasinień z byle powodu (albo lepiej-bez powodu) oraz chęć chociaż minimalnego opakowania podocznej sytuacji sprawiły, że już od lat większość specyfików pod oczy trzymam w lodówce. Zimno w połączeniu z dobrym kosmetykiem pielęgnacyjnym daje najlepsze efekty :D. Jestem również całkowicie zakochana we wszelkich płatkach pod oczy, oczywiście pod prymatem tych z Purederm.  

Gdy więc zauważyłam, że Lanbena posiada płatki z retinolem (Retinol Eye Mask), które mają kształt litery U i obejmują całą okolicę oka (dolną i górną powiekę), to łapka sama kliknęła "Dodaj do koszyka" :D.

Lanbena, Retinol Eye Mask (płatki z retinolem pod oczy)

Płatki Lanbeny są naprawdę solidnie zapakowane w plastikowy słój, kartonik oraz folię, której zdjęcie z kartonu i spod wieczka przed pierwszą aplikacją dostarcza sporo rozrywki. Wszystkie płatki umieszczone są razem w słoiczku, więc w celu wygrzebania jednej pary do aplikacji trzeba niestety w opakowaniu trochę pogmerać.

Lanbena, Retinol Eye Mask (płatki z retinolem pod oczy)

Takie grzebanie w słoju nie jest szczególnie w moim guście, ale przy cenie około 15zł za 50 płatków (tak, aż pięćdziesiąt) nawet na to nie zamierzam szczególnie głośno narzekać. Nabyłam je jeszcze dodatkowo z kuponami z oficjalnego sklepu Lanbeny na Aliexpress, więc finalnie było jeszcze taniej. 

Retinol, ekstrakty i peptydy - co kryje się w składzie płatków Lanbena?



Lanbena, Retinol Eye Mask (płatki z retinolem pod oczy) skład

Gliceryna, retinol, ekstrakty z wąkroty i tarczycy bajkalskiej, kwas hialuronowy i koenzym Q10 - tak wygląda początek składu! Do tego modyfikowana witamina C, pentapeptyd i alantoina w okolicach konserwantów i kompozycji zapachowej. Dobroci jest tutaj naprawdę sporo, a skład, mimo wrodzonego niedowiarstwa, wygląda na autentyczny skład INCI. 

Czego można wymagać od takiej zawartości? Nawilżenia, wygładzenia, rozjaśnienia i poprawy jędrności. 

Same płatki są naprawdę spore i bez problemów pokrywają całą okolicę oczy od nosa aż do granicy włosów i brwi. Mają dość słaby, typowo drogeryjny, nieokreślony do końca zapach - nie jest od wyczuwalny już po kilku chwilach od aplikacji.

Lanbena Retinol Eye Mask - efekty!


Płatki stosowałam (i dalej stosuję) 1-2 razy w tygodniu na oczyszczoną skórę w wersji prosto z lodówki. Trzymam je od 15 minut do... czasem do rana, jeśli mi się przyśnie :D. Tuż po zdjęciu płatków potrzeba chwili, by żel całkowicie się wchłonął - nie pozostaje po nim żadna tłusta, śliska czy lepka warstwa. Raz po ich aplikacji wykonałam makijaż - nie stracił ani odrobiny ze swojej trwałości. 

Efekt, wzmocniony zimnem, jest natychmiastowy - opuchnięcia ulegają redukcji, zasinienia są mniej widoczne, a skóra jest bardziej napięta. Człowiek od razu w lustrze wygląda młodziej :D. Długodystansowo widocznie rozjaśnia przebarwienia - piegi, które mam wokół oczu są już prawie niewidoczne. Wydaje mi się również, że kondycja i grubość skóry pod oczami poprawiły się na tyle, że część widocznych wcześniej żyłek odeszła w niepamięć. Do tej pory nie zauważyłam nic niepokojącego - żadnego pieczenia, zaczerwienienia, podrażnienia czy łuszczenia.

Stosuję je już prawie 3 miesiące jako główny kosmetyk pielęgnacyjny w okolicach oczu i coś czuję, że zakupię kolejne opakowanie :D. Pierwszy kontakt z kosmetykiem z Aliexpress ogłaszam jako udany! :D

A może Wy macie jakieś doświadczenia z kosmetykami z Azji?

L'Oreal Elseve Dream Long, Odżywka rozplątująca a niesforne loki


"Dream long" w moim wykonaniu



Co pewien czas uruchamia mi się urodowa opcja zapuszczania włosów - czasami z przypadku, czasami z wewnętrznej chęci. Zwykle po jakimś czasie długość zaczyna mnie irytować i przeszkadza w codziennym życiu, co następnie owocuje wizytą u fryzjera. Nie ukrywam - właśnie jestem na etapie wspomnianej irytacji i gdy tylko sytuacja się uspokoi pobiegnę w podskokach do fryzjera i zakrzyknę "panie, tnij pan tak, żeby się tylko dało związać" :D. 

Nie uważam również, by wyznacznikiem pielęgnacji włosów (czy bycia włosomaniaczką) była imponująca długość włosów. Moje kręćki lepiej układają się w krótszej wersji i chcę wrócić do tej bezproblemowości. Dłuższe włosy niestety bardziej się plączą, co przy moim unikaniu czesania nastręcza nieco trudności w rozczesywaniu w trakcie mycia. Na te kłopoty miała poradzić Odżywka rozplątująca Dream Long L'Oreal Elseve. Czy dała radę?

L'Oreal Elseve Dream Long Odżywka rozplątująca

Odżywka kryje się w plastikowej, niezwykle poręcznej tubie. Na razie korzysta mi się z niej całkiem wygodnie, ale obawiam się, że wydobycie końcówki produktu będzie wymagało cesarskiego cięcia wykonanego na opakowaniu :D. Całość wygląda przyzwoicie, chociaż dla mnie subiektywnie połączenie koloru pomarańczowego (brzoskwiniowego?) z różem jest mocno karkołomne ;). Nic się nie odkleja, nie ciapie ani nie wylewa.

Keratyna roślinna, olej rycynowy i niacynamid  w walce z plątaniem włosów


Wiem, że nazwa "keratyna" na opakowaniach produktów kosmetycznych do włosów sprzedaje się bardzo dobrze, ale nie ukrywam, że "keratyna roślinna" wzbudza moje rozbawienie za każdym razem, gdy o niej słyszę. Proteiny roślinne wszak brzmią dużo gorzej i mniej marketingowo, prawda? ;). 

L'Oreal Elseve Dream Long Odżywka rozplątująca - analiza składu

Bazę odżywki rozplątującej Elseve stanowią: emolienty syntetyczne przełamane kondycjonerem/emulgatorem wraz z dobrociami: niacynamidem, olejem rycynowym oraz zestawem protein roślinnych: pszenicznych, sojowych i kukurydzianych, które razem tworzą "keratynę roślinną". Składniki te zamykają również listę komponentów występujących przed pierwszym konserwantem. Później znajdziemy srogi zestaw substancji zapachowych i konserwujących przełamanych odrobiną silikonu i pantenolu - nie polecam więc jej nakładania na skórę głowy lub w jej pobliżu. 

Nie mam wielkich uwag do składu - litania substancji dodatkowych jest dość charakterystyczna dla produktów Elseve, więc wiedziałam, na co się piszę. Nie zmienia to oczywiście faktu, że producent mógłby pomyśleć o jej skróceniu ;).

Odżywka ma stosunkowo gęstą konsystencję i dość mocny, kwiatowo-pudrowy zapach, który na dłuższą metę jest dość męczący, ale szybko ulatnia się po myciu. Przy stosowaniu przed myciem również dość szybko wietrzeje.

Czy ta odżywka rozplątująca rzeczywiście pomaga w walce z kotłunami?


Spora ilość olejku rycynowego w składzie wzmogła moją czujność, więc już od pierwszej aplikacji ostrożnie szafowałam jej ilością. Wbrew obawom nie powodowała problemów ze zmyciem, ale też nie dała jakiegoś szczególnego efektu gładkości, który być może zmniejszyłby ilość supełków. Włosy po myciu też nie wyglądają jakoś rewelacyjnie - loki są dość mocno rozprostowane. Powiedziałabym, że zachowują się, jakby je coś ciągnęło w dół :D. Jednocześnie bejbiki, których mam całkiem sporo, żyją totalnie własnym życiem, tworząc radośnie alternatywną fryzurę dookoła głowy. W przypadku rozpuszczonych włosów to nie problem, ale po spięciu... jest naprawdę grubo :D. 

Testowałam ją kilka razy w różnym otoczeniu szamponowo/olejowo/odżywkowym, a także solo - efekty opisane powyżej niestety były bardzo powtarzalne :(. Jak wszystkie średniaki i większość kitów włosowych kończy swój żywot w mojej łazience zużywana sukcesywnie przed myciem jako podkład pod olej lub odżywienie solo.

Powrotów do niej nie planuję - szczególnie krzywdy mi nie zrobiła, ale znam sporo kosmetyków o lepszym działaniu ;).

A jakie Wy macie doświadczenia z kosmetyka Elseve?

Aloesowy żel myjący Biotaniqe - tak bardzo nam nie po drodze...


Aloes - ciekawość i obawa


Im jestem starsza tym więcej predyspozycji odziedziczonych po dziadkach i rodzicach zauważam u siebie. Są wśród nich także tematy zdrowotne i... alergiczne. Do niedawna miałam się za osobę "wolną od alergii", aż tu nagle, tak po ćwierćwieczu (potwierdzam: po dwudziestych piątych urodzinach organizm starzeje się szybciej :D), zaczęło się. Niektóre leki, laktoza, pyłki... . Nie są to nadwrażliwości ostre, ale potrafią uprzykrzyć żywot. Większość tych dolegliwości odziedziczyłam po mamie, więc ze sporym niepokojem zerkam z ciekawością w stronę aloesu. Moja rodzicielka jest na niego mocno uczulona - kontakt z jego ekstraktem wywołuje mocne podrażnienia czasem na granicy objawów silnego oparzenia. U siebie jeszcze nic niepokojącego nie zauważyłam, ale wewnętrzny hipochondryk nakazuje czujność :D.

Biotaniqe - trudne początki


Marka Biotaniqe zraziła mnie do siebie przy pierwszym, i to pośrednim kontakcie. Skład ich kremu "naturalnego" nie miał zbyt wiele wspólnego z naturą ;). Przez tą historię jakoś ignorowałam obecność tej marki w drogerii. Podczas którejś z promocji postanowiłam jednak nie najlepsze wrażenie składowe skonfrontować z rzeczywistością. Padło na Aloesowy żel myjący - o ironio, dzięki jego składowi :D.

Aloesowy żel myjący Biotaniqe

Żel myjący w niezłym opakowaniu


Przed pierwszym użyciem kosmetyku w opakowaniu z pompką zawsze mam moment na wróżenia z fusów: czy tym razem pompka zadziała? Ciężko zliczyć ile razy musiałam dane mazidło zużywać po partyzancku, bo jego główna część od samego początku nie chciała działać :D. Tutaj jednak nie miałam żadnych problemów - pompka działa jak złoto, dozując jednym "pompnięciem" akurat taką ilość produktu, która wystarczy na umycie całej twarzy. Do tego zielony odcień, dość minimalistyczna etykieta i trwałość całości w zewnętrznych warunkach "łazienkowych" - nie mam się do czego przyczepić.

250ml tego żelu kosztuje około 20zł, w zależności od miejsca zakupu i trwającej promocji. Za swój zapłaciłam jakoś sporo taniej w trakcie jednej z akcji Rossmanna.

Ile aloesu jest w tym żelu aloesowym?



Aloesowy żel myjący Biotaniqe - zdjęcie składu

Odpowiem szybko - jak na żel myjący to jest go bardzo, bardzo dużo. Pojawia się tuż po wodzie w składzie, wyprzedzając pierwszy detergent (jakim jest betaina kokamidopropylowa). Do jego zakupu przekonała mnie obecność mocnego detergentu nieco dalej w składzie (ALS na czwartym miejscu), bo jednak, mimo miłości do mocnych detergentów w myciu włosów, do twarzy wolę łagodniejsze środki. A i skład w dalszej części też jest niezły i czegóż tam nie ma! Ekstrakty z kultur bakteryjnych, ananasa, limonki i cytronu, betaina, pantenol, gliceryna (nawilżacze) - przyznacie, że to sporo dobroci. Ma wprawdzie dość długi zestaw substancji dodatkowych (głównie konserwantów) oraz niewielki dodatek soli kuchennej, ale moja skóra na razie nie reaguje na takie sytuacje źle. 

Żel ma dość rzadką konsystencję (odpowiednią dla dozowania pompką) oraz dość nieokreślony, niezbyt intensywny zapach z nutką cytrusów - dla mnie kompletnie neutralny i po kilku chwilach od użycia niewyczuwalny. Pieni się słabo, co jest jego kolejnym plusem - znaczy, że stabilizatorów piany i detergentów jest w nim stosunkowo niewiele.

Na nic dobroci i aloes, gdy na facjacie Sahara...


Nastawiona całkiem dobrze niezłym składem przystąpiłam ochoczo do testów. Moją tłustą cerę ogólnie trudno jest wzruszyć czymkolwiek - preparaty do mycia zwykle jej pasują jakiekolwiek by nie były. Także ten żel określiłabym jako preparat domywający należycie, ale... Po trzech dniach stosowania okazało się, że moją cerę niemiłosiernie przesusza :(. Suche skórki na czole, brodzie, nosie i policzkach w okolicach nosa zaskoczyły mnie niemożebnie, bo przesuszu nie doznałam od bardzo dawna, a taką ilość białych płatków widywałam z rzadka nawet przy bardzo ostrym "kwaszeniu się". Zaskoczenie było tym większe, że w żaden sposób nie podrażniał mi oczu, a użyłam go typowo, bez jakiegoś osłaniania tych okolic. Szybkie odstawienie oraz następnie równie szybkie ustanie objawów tylko potwierdziło moje przypuszczenia - ten produkt nie jest dla mojej cery. 

Zużywam go sukcesywnie do prania pędzli oraz mycia rąk i ciała, ale nie taki był plan... . Nadal jednak nie kładę kreski na aloesie, jeszcze do niego podejdę, bo objawy wskazywały na typowy przesusz bez dodatków w postaci podrażnienia. Ale niesmak niestety pozostał :(.

Wierzę jednak, że chociaż u części z Was ten żel sprawił się dobrze - pochwalcie się koniecznie efektami i swoimi ulubionymi myjadłami do twarzy ;).

Drożdżowa maska do włosów Babuszki Agafii - czasem hit, czasem kit


Maska drożdżowa Babuszki Agafii - ze mną od zawsze


Uwielbiam kosmetyczne nowości, przez co rotacja produktów w mojej łazience jest (delikatnie mówiąc :D) spora. Są jednak kosmetyki, do których regularnie wracam. Jednym z takowych jest Maska drożdżowa na porost włosów Babuszki Agafii, która jest ze mną prawie od początku mody na kosmetyki rosyjskie :D. Ile tych opakowań było? Nie zliczę. A najzabawniejsze w tym wszystkim jest to, że moje włosy nieszczególnie za nią przepadają :P. Świetnie sprawdza się jednak w innych, włosowych zastosowaniach.

maska drożdżowa Agafia

Opakowanie, które kryje 300ml maski, jest typowe - solidny słoik z plastiku przeżyje mniejsze wstrząsy, ale płytkom w łazience może nie dać rady :D. Etykiety kosmetyków z linii Bania Agafii kojarzą mi się naprawdę dobrze - tradycyjnie, naturalnie, recepturowo, no typowo Babuszkowo ;). Słoik wprawdzie zmusza do gmerania paluchami w kosmetyku, ale cóż zrobić - nie można mieć wszystkiego. Kosztuje od 8 do 15zł, w zależności od miejsca zakupu.

Maska drożdżowa - a co poza "grzybkami" w niej siedzi?



Kosmetyki rosyjskie słyną wręcz z bazowania na "aqua with infusions of", czyli mieszaninie hydrolatów roślinnych zawierających w tym przypadku ekstrakty z drożdży, brzozy, omanu, mącznicy, ostropestu i dzikiej róży oraz zimnotłoczone oleje z ziaren pszenicy, pestek porzeczki i pinii syberyjskiej. Ich zawartość procentowa w kosmetyku nie jest porywająca, ale już samą obecność poczytuję na plus ;). Całość dopełniają emolienty syntetyczne, emulgatory i guma guar (wspólnie odpowiedzialne za konsystencję gotowego produktu) oraz niewielkie dodatki witaminy C, pantenolu (humektant-nawilżacz) oraz składników konserwujących, zapachowych i regulujących pH (litania jest niezbyt długa - co również przemawia na plus tej maski).

Maska jest dość rzadka - śmiało mogłaby być zapakowana w butelkę, tubę lub opakowanie z pompką. Kiedyś cieszyła mój nos przecudownym, ciasteczkowym aromatem... jednak od jakiegoś czasu pachnie mocno, i to tak drogeryjno-perfumeryjnie. Po pewnym czasie trzymania na głowie można jednak wyczuć delikatną nutę smakowitego, wcześniejszego zapachu. Wiadomo jednak, że preferencje zapachowe to rzecz gustu i każdy z nich w większym natężeniu może wywołać mdłości :D.

Maska drożdżowa Agafii - cudo na skórze głowy, nieporozumienie na długości włosów


Nagłówek mówi w zasadzie wszystko o moich doznaniach z drożdżową maską Babuszki Agafii. Jej lekka konsystencja sprawiła, że nigdy nie udało mi się z nią przesadzić. Zmywa się pięknie, łatwo i szybko nawet z moich mocno niskoporowatych włosów, które po wyschnięciu... żyją własnym życiem bardziej niż zwykle :D. Ta maska puszy mi włosy, co jest niezwykle trudne do osiągnięcia. Pod jej wpływem moje bejbiki zachowują się, jakby grawitacja ich kompletnie nie dotyczyła - tworzą radosną aureolę wokół mojego czerepu, którą nie sposób opanować :D. Kariera tej maski na długości moich włosów zakończyła się bardzo szybko - z wiadomych względów.

Zachęcona opiniami w sieci, pomimo mocnych oporów przed nakładaniem czegokolwiek na skórę głowy, zabrałam się do jej aplikowania na skórę głowy na 10-30 minut przed myciem. I powiem tyle - u mnie daje naprawdę świetne efekty. Zmniejsza przetłuszczanie, poprawia objętość włosów przy nasadzie i... wywołuje wysypy babyhair'ów <3. Pamiętajcie jednak, by przed próbami tego typu wykonać chociaż domową próbę uczuleniową, bo podrażnienie w kontakcie z kosmetykiem zawsze może się przytrafić.

Moim włosom nie przypadła do gustu, ale skóra głowy pieje nad nią z zachwytu. Niedrogi kosmetyk porostowy zawsze chętnie przytulę :D.


Dieta pudełkowa - moda czy sposób na zdrowe żywienie w zabieganiu?


Zdrowa żywność w jadłospisie - trudne początki


Nie znam osoby, która nie byłaby w jakimś okresie swojego życia na diecie. To postanowienie najczęściej dotyczyło oczywiście redukcji masy ciała i wymiarów, ale coraz częściej "przejście na dietę" wynika z chęci poprawy nawyków żywieniowych, różnego rodzaju nietolerancji pokarmowych lub schorzeń czy chęci budowania wymarzonej sylwetki. Niezależnie od powodu zmiany trybu żywienia - początki bywają trudne. Pamiętam dokładnie, jak kilka lat temu relacjonowałam tutaj moje starcie z budową zdrowszego jadłospisu i jak niewyraźnie czułam się w ciągu pierwszych tygodni. Zdrowa żywność musiała mnie do siebie przyzwyczaić :D. Przy większym zabieganiu utrzymanie swoich postanowień jest jeszcze bardziej skomplikowane. Czasami zwyczajnie w naszej codzienności brakuje czasu na zwykłe gotowanie. Wtedy z pomocą może przyjść dieta pudełkowa serwowana chociażby przez Be Diet Catering, we współpracy z którym powstał ten wpis.

Dieta z dostawą do domu.

Fit catering - dieta to nie tylko odchudzanie


Dieta dla większości z nas kojarzy się z redukcją masy ciała, ale przy wyborze diety pudełkowej można skorzystać z różnorakich opcji. Konkretna wartość kaloryczna posiłków, eliminowanie składników uczulających klienta (najczęściej to laktoza - jak w moim przypadku, czy gluten), dieta specjalna w przypadku ciąży bądź konkretnych schorzeń, jadłospis dostosowany do naszego planu treningowego czy krótki detox żywieniowy - to tylko kilka z możliwych opcji. W morzu ofert osoba zainteresowana dietą pudełkową z pewnością znajdzie coś dla siebie, szczególnie w większych miastach. Decyzji nie trzeba podejmować samemu metodą "chybił-trafił" w razie wątpliwości - większość firm specjalizujących się w dietach z dostawą do domu oferuje również konsultacje dietetyka. W przypadku wątpliwości co do wyboru warto także przemyśleć poradę u niezależnego dietetyka, niezwiązanego z żadną firmą oferującą fit catering.

Diety z doborem kaloryczności zwykle zamykają się w przedziale 1000-3000 kalorii i tutaj akurat uważam, że dolny pułap powinien być nieco podniesiony, bo tysiąc kcal to naprawdę niewiele nawet przy bardzo "stacjonarnym" trybie życia.


Dieta z dostawą - któż nie ceni sobie wygody!


Dieta z dostawą do domu ma z całą pewnością wielką zaletę, z którą nie sposób dyskutować - jest niebywale wręcz wygodna. Wystarczy wybrać firmę działającą na terenie naszego zamieszkania, dogadać szczegóły naszego żywienia (łącznie ze szczegółami dotyczącymi składników, których nie lubimy :D oraz porami posiłków), zapłacić za odpowiedni okres abonamentowy i codziennie o poranku bądź innej porze odbierać spod drzwi zestaw pudełek z pysznościami. Takie rozwiązanie szczególnie docenią osoby mocno zajęte i zabiegane.

Dieta pudełkowa - ta ciemniejsza strona


Dieta z dostawą do domu to, nie ma co ukrywać, droga usługa - w większości przypadków za dzienny zestaw, w zależności od wybranej opcji, trzeba zapłacić 45-80zł. Catering to rozwiązanie uniwersalne, więc możliwe, że koniecznym będzie przyprawienie po swojemu otrzymanych dań ;). Warto też wybierać firmy oferujące różnorodność - duża powtarzalność posiłków może spowodować, że szybko zrezygnujemy z nowej drogi żywieniowej. Poszukiwanie właściwego cateringu też nie jest proste, a opinie bywają naprawdę rozbieżne. Kto zapewni nam produkty o jakości, jakiej oczekujemy, a kto sprzeda standardowe, hurtownicze warzywa w cenie żywności ekologicznej? Niestety, także w tej branży trzeba uważać i wykonać naprawdę dokładną analizę rynku przed wyborem ;). 

Spore wątpliwości wzbudzały też we mnie same opakowania i ewentualne tony plastikowych odpadów związane z dostawą diety do domu, ale na szczęście - coraz więcej firm (ale wciąż za mało!) stosuje opakowania z materiałów biodegradowalnych i przyjaznych środowisku bądź stosuje opakowania wielorazowe (oczywiście indywidualne dla każdego klienta :D).

Dieta z dostawą - moje (małe) doświadczenia


Sama na diecie pudełkowej byłam tylko przez chwilę - 7 dni. Dotyczyła ona eliminacji laktozy, miała kaloryczność na poziomie 1500kcal i całkiem dobrze się sprawdziła. Po jej stosowaniu został mi ważny, dietetyczny nawyk przyrządzania posiłków na cały dzień poprzedzającego wieczora i regularniejsze odżywianie. No i przekonanie, że laktoza faktycznie w tym wieku już nie jest dla mnie :D. Skorzystałam wtedy z oferty zakupów grupowych i cała przyjemność nie kosztowała mnie szczególnie dużo - możliwe, że w przypadku kolejnych problemów żywieniowych czy zdrowotnych spróbuję jej ponownie. Dla zabieganych i nieszczególnie obeznanych z niuansami zdrowego odżywiania to może być dobry start do samodzielnych działań.

Domowa uprawa imbiru - ależ proszę!


Przez jakieś 28 lat mojego życia uważałam się za ogrodniczy antytalent. Każdą roślinę potrafiłam unicestwić, chociaż nie robiłam tego z rozmysłem :D. Odmieniło mi się mocno, gdy zamieszkałam "na swoim" - o atmosferę i wygląd mieszkania, które współdzielę z mężem zabiegam jakoś bardziej ;). W tej chwili współdzielimy kwadrat z trzema storczykami, miniaturową różą, skrzydłokwiatem, dwoma aloesami, czterema sukulentami nieznanej nazwy (ale z jednej siejki powstały), awokado, draceną, kalanchoe i fiskusem... fikusem znaczy się :D. Jest także spory las w słoiku, i to wszystko w malutkim mieszkaniu ;D. 

Do niedawna był z nami także imbir, ale naszymi rękami dokonał w końcu uprawnego żywota. Jak do tego doszło?

Korzeń imbiru - wyhodowany w doniczce

Kupiliśmy w markecie kawałek świeżego imbiru (do jakiegoś orientalnego dania), ale oczywiście, typowo - było go za dużo :D. Bezpańska pozostałość leżała na regale zawinięta w woreczek, nie niepokojona przez nikogo... . A przy okazji któryś kolejnych porządków moim oczom ukazał się piękny, dorodny, zielony kiełek. Niewiele myśląc wsadziliśmy go do nieszczególnie dużej doniczki (co okazało się sporym błędem...) ze zwykłą ziemią ogrodniczą i umieściliśmy na parapecie. 

Szybko okazało się, że nasz nowy roślinny kolega bardzo lubi duże ilości wody (był obficie podlewany co drugi dzień), a jeśli jego potrzeby są zrealizowane rośnie jak głupi. Nie minęły 3 tygodnie od zasadzenia, gdy musieliśmy szukać nowej, dużo większej doniczki, gdyż stara zaczęła przypominać swoim kształtem jajo i groziła rozerwaniem. W międzyczasie pojawiły się też pędy - w końcowym momencie było ich 5 - cztery o wysokości 1-1,2m (tak, aż tyle!) z liśćmi oraz jeden, typowo kwiatowy, dużo niższy (możecie go obejrzeć na Instagramie).

Z racji, że nie mogliśmy sobie pozwolić na jeszcze większą doniczkę (a ta, całkiem spora, groziła dezintegracją), nadszedł czas na poważną decyzję: jak przekwitnie, go to wykopujemy i oceniamy zbiory :D. W międzyczasie nabijaliśmy się, że którejś nocy w końcu rozerwie swoje domostwo i nas zeżre ;). Nie zdążył.

Po wykopaniu i wielokrotnym stosowaniu naszego korzenia w różnych wariantach mogę powiedzieć tyle - wyhodowany w domowym zaciszu imbir smakuje tak jak "sklepowy". Po wyczyszczeniu i wysuszeniu trzyma się długo w temperaturze pokojowej - wykopaliśmy go końcem grudnia, a reszta korzenia ma się jak najlepiej i nadal dobrze smakuje ;).

Jeśli macie kawałek świeżego imbiru pod ręką - polecam spróbować ;). Naczytałam się trochę w sieci o mozole uprawy imbiru, ale jakoś w ogóle jej nie odczułam ;).

Hodowaliście coś egzotycznego w przeszłości lub obecnie? Pochwalcie się ;)