Casyopea, Maska do ciała z błotem z Morza Martwego - hit dla problemowej skóry



Rogowacenie okołomieszkowe - schorzenie, z którym zapewne boryka się wielu z Was. I mnie ono dotknęło. Pomimo peelingów, nawilżania, złuszczania - raz jest lepiej, a raz gorzej. W ostatnim czasie, pewnie ze względu na trochę intensywniejszy czas w pracy, zaliczyłam pogorszenie. Czerwone kropeczki opanowały całe ręce, nogi i pośladki -.-. Z myślą o walce z nimi trafiła do mnie Maska do ciała z błotem z Morza Martwego firmy Casyopea (nowa marka na polskim rynku - w ramach współpracy ze sklepem East Garden). 


Solidny słoiczek z grubego, przeźroczystego plastiku to dobre rozwiązanie dla tego typu kosmetyku. Przednia, papierowa etykieta niestety nie jest odporna na wilgoć, natomiast tylna (ze składem INCI) jest na szczęście nie do zdarcia ;). 

250ml maski kosztuje 39,40zł - sporo, jednak ceną nie zabija ;).

Skład:


Głównym składnikiem tej maski jest błoto z Morza Martwego, w tym przypadku rozbite na części składowe (krzemionkę, tlenki: glinu, żelaza, wapnia, magnezu, chlorki: potasu, sodu i magnezu, wodorowęglan sodu i bromian sodu). Poza nim znajdziemy substancje zapachowe oraz konserwujące.

Dla osób nie mających czasu bądź mających problem z uzyskaniem odpowiedniej konsystencji w proszkowych maskach może to być bardzo dobry wybór ;).

Ma gęstą konsystencję i delikatny, męski zapach. W razie rozwarstwienia się maski (co nie zaburza jej właściwości) wystarczy ją delikatnie wymieszać, by przywrócić jej pierwotną postać.


Maskę nakładałam 1-2 razy w tygodniu po peelingu rękawicą na 10 minut (na nogi, pośladki i ręce) - czyli rejony dotknięte zmianami. Cóż, przyznaję, że byłam zdesperowana, bo takiego nasilenia objawów nie zarejestrowałam nigdy wcześniej. Nogi zabezpieczałam dodatkowo folią spożywczą (żeby nie ubabrać całego otoczenia ;)), co darowałam sobie w przypadku rąk. Łatwo się zmywa ciepłą bądź letnią wodą.


Już po pierwszym zastosowaniu zauważyłam zmniejszenie zaczerwienienia, jednak wstrzymałam się z radością (zmiany tego typu mają to do siebie, że potrafią zblednąć w każdej chwili by za godzinę dosłownie zionąć czerwienią). Stan ten utrzymał się jednak do kolejnej aplikacji, po której zauważyłam przyspieszone gojenie krostek na łydkach i przedramionach oraz zahamowanie pojawiania się nowych paskudztw. 

Obecnie w tych rejonach zostały mi zaledwie ślady po zmianach (wiecie, takie lekkie zaróżowienie skóry w miejscu, gdzie był wcześniej strupek), ale myślę, że i one znikną w ciągu miesiąca. Zmian na ramionach, udach i pośladkach też jest sporo mniej.

Zaskoczyło mnie także to, że maska nie wywołała przesuszenia skóry (jedynie lekkie zaczerwienienie, utrzymujące się przez kilka minut po zmyciu) ani też długotrwałego podrażnienia.

Używałam jej również na twarzy - z efektem równie dobrym jak przy sproszkowanym błocie.

Pozostaje mi tylko pluć sobie w brodę, że wcześniej nie pomyślałam o takiej metodzie walki z rogowaceniem okołomieszkowym :P.

Stosujecie bądź stosowaliście jakiekolwiek maski do ciała?
loading...