Sally Hansen, Odżywka Maximum Growth - paznokciowy hit!

Moje paznokcie raczej nie sprawiają mi kłopotów. Natura obdarzyła mnie całkiem długą i odporną płytką, która poddaje się tylko acetonowi i niskim temperaturom. Acetonowych zmywaczy unikam, na niskie temperatury mam rękawiczki ;). Na własny ślub postanowiłam zrobić sobie ten jeden jedyny raz hybrydy, a efekt był do przewidzenia :D. Połączenie frezarki i acetonu sprawiło, że moje paznokcie postanowiły radośnie rozpadać się w oczach. Ledwie wyrosły chociaż ułamek milimetra poza opuszek, a już były maksymalnie rozdwojone. Strach było nawet je piłować... .

Świadoma źródeł problemu i faktu, że na pełną regenerację płytki będę musiała poczekać do pełnego odrośnięcia szponów postanowiłam chronić moje paznokcie chociaż cienką warstwą odżywki. Mój wybór padł na Maximum Growth od Sally Hansen, którą od dłuższego czasu używałam w trybie "raz na ruski rok".


Szklana buteleczka zaopatrzona jest w całkiem wąski pędzelek. Bardzo mi to odpowiada, bo nie do końca umiem się należycie (i bez zachlapania skórek wokoło paznokcia) obsłużyć wersją "maxi brush" ;). Opakowanie jest minimalistyczne, czytelne i trwałe, a różowa zakrętka dodaje wesołości ;). Nie zmienia swojej konsystencji w ciągu użytkowania (moja ma ponad rok i nadal jest tak samo płynna jak na początku). 

13,3ml tej odżywki w cenie regularnej kosztuje około 14zł. Moja pochodzi z jednej z akcji promocyjnych 2+2 gratis w Rossmannie, więc była jeszcze tańsza ;).

Skład:

Butyl Acetate, Ethyl Acetate, Alcohol Denat, Nitrocellulose, Adipic Acid/Neopentyl Glycol/Trimellitic Anhydride Copolymer, Isopropyl Alcohol, Trimethyl Pentanyl Diisobutyrate, Triphenyl Phosphate, Etocrylene, Benzophenone-1, Hydrolyzed Corn/Soy/Wheat Protein Thioglycolamide/ Thiopropionamide, Hydrolyzed Silk, Caprylyl Glycol, Phenoxyethanol, Chlorphenesin, Butylene Glycol, Hexylene Glycol, D&C Red no. 6 Barium Lake (CI 15850), D&c Yellow No. 5 Aluminum Lake.

Produkty tego typu zawierają szereg rozpuszczalników organicznych (estry, etanol, izopropanol), które są niezbędne do nałożenia odżywki/lakieru, a następnie do jego wyschnięcia w rozsądnym czasie. Na uwagę w tym składzie zasługują: prekursor nylonu, hydrolizowane proteiny roślinne oraz jedwab. Końcówka składu to konserwanty i... barwniki, których widocznej obecności próżno szukać zarówno w buteleczce, jak i na paznokciu :D. Pachnie jak typowy lakier do paznokci (można lubić lub nie, ale nie jest to znany z chińskich lakierów charakterystyczny zapach toluenu). Nie zawiera formaldehydu, co dodatkowo zmniejsza możliwość wystąpienia przykrych objawów w postaci onycholizy.

Stosowałam tą odżywkę z częstotliwością około 1-2 razy w tygodniu. Bardzo szybko wysycha na paznokciu - można ją szybko nałożyć i wrócić do swoich zajęć, a wygląda jak typowy, bezbarwny lakier. Ma jednak jedną sporą wadę - łatwo się ściera z byle powodu. Zwykle kolejnego dnia nie mam jej już na końcówkach paznokci, ale nie rzuca się to szczególnie w oczy.

Szybszy przyrost paznokci zaobserwowałam bardzo szybko, bo już po jakiś 3 tygodniach stosowania, a jej ochronne właściwości pozwoliły mi dość bezboleśnie przeżyć odrastanie pokiereszowanych płytek. Potrafiła moje rozdwojone paznokcie utrzymać w ryzach i jako-takim wyglądzie, a teraz pomaga mi w noszeniu 3mm, naturalnych paznokci. Kolejny duży test jednak dopiero przed nią - zimą moje pazurki potrafią się rozdwoić na samą wzmiankę o mrozie. Jeśli to powstrzyma, to chyba zasłuży na pomnik :D.

Aceton kontra moje paznokcie - ku przestrodze. Posłowie do zestawu CND Vinylux.



Moje paznokcie są w zasadzie bezproblemowe. Oczywiście do momentu, gdy nie potraktuje ich czymś, czego nie lubią ;). Odżywki z formaldehydem czy mycie naczyń bez rękawiczek nie robi im krzywdy, natomiast zwykłe "piłowanie w obie strony" już wywołuje problemy. Pamiętacie, jak opowiadałam Wam o zestawie CND Vinylux (KLIK!)? Znajdziemy w nim m. in. odtłuszczacz, który jest w zasadzie zabarwionym na niebiesko acetonem. Użyłam go na swoich szponach dosłownie RAZ. Jeden jedyny raz i zapowiadam, że swoje pazury będę trzymać od acetonu jak najdalej.

Dlaczego?

Popatrzcie poniżej na zdjęcia moich paznokci w niedalekiej przeszłości:


Zero rozdwojeń. Wiadomo - zdarza mi się złamać paznokcia, ale rozdwojenia raczej się mnie nie imały. 

Taa... Spójrzcie, jak moje szpony wyglądają teraz:


Każdy z nich rozdwaja się od wolnego brzegu -.-. Zdjęcie zrobiłam tydzień temu tuż przed obcięciem ich do zera. Wiecie, że na przyroście dokładnie widać jaka część płytki miałam kontakt z acetonem? Ta część jest matowa ;). Przewiduję więc, że problemy z paznokciami będę mieć do całkowitego odrośnięcia płytki...

Atrakcją dodatkową stały się też skórki - suche, ciężkie do natłuszczenia i uelastycznienia. Tak się płaci za podejście "a może się uda" ;). 

Jeśli ktoś z Was ma problemy z paznokciami o nieznanych przyczynach - warto rozważyć zmianę zmywacza do paznokci. Nie mówię tutaj od razu o rozwiązaniach bezacetonowych - to, że moja płytka jest nadwrażliwa na aceton nie znaczy, że u Was będzie tak samo. Znam także osoby, którym podobną krzywdę wyrządzają octany etylu lub butylu, czyli rozpuszczalniki wykorzystywane w bezacetonowych zmywaczach do paznokci. 

Niemniej jednak nie mogę wyjść z podziwu, że jedno szybkie przetarcie płytki wacikiem nasączonym acetonem może spowodować taką defragmentację płytki paznokciowej. Człowiek się całe życie uczy i zbiera kolejne przestrogi ;).

Co szkodzi Waszym paznokciom?

Paznokciowe "trudne sprawy"...



Kto śledzi mój internetowo-kosmetyczny pamiętnik ten zapewne zauważył, że posty paznokciowe bardzo straciły na częstotliwości. Fakt ten jest lekko zaskakujący nawet dla mnie :P. Powodów takiej sytuacji pewnie znalazłoby się sporo, ale może przytoczę najważniejsze ;).

Nagle i niespodziewanie lakiery do paznokci przestały mnie podniecać. Stanu tego nie poprzedziły żadne rozważania typu "mam za dużo lakierów, po co mi to" itd., ba, nadal uważam, że mogłabym kupować nowe mazidła paznokciowe. Tyle tylko, że za Chiny Ludowe nic mi się na sklepowych półkach nie podoba -.-. 

Główną motywacją do napisania tego posta była weekendowa wizyta w Drogerii Natura, gdzie brokatowe nowości Sensique i My Secret nie podniosły mi ciśnienia nawet o jotę. Nawet moje bratanice zapytały, czy nie jestem chora :P. Przyznaję, że i mnie sytuacja dość konkretnie zaskoczyła, bo spodziewałam się raczej przebudzenia lakierowego potwora :P.

Innym powodem jest czas. Nie cierpię nosić uszkodzonego manicure (starte końcówki, odpryski etc.), a bywa, że po zepsuciu malunku nie mam czasu tego dnia na poprawki. Z racji, że taki stan ostatnio jej u mnie dość stabilny, to i kolorowe emalie poszły trochę w odstawkę.

Ostatni powód to... zima. Moje paznokcie w końcu ją odczuły, na co postanowiły zareagować zespołowym rozdwojeniem swojej struktury :P. Dlatego też obecnie noszę szpony maksymalnie półmilimetrowe pokryte warstwą transparentnej odżywki i czekam na lepsze, cieplejsze czasy ;). Prawdopodobnie ma to też wpływ na to, że trwałość mojego manicure niezależnie od użytych środków jest... mierna.

Zastanawiam się, czy moja impotencja lakierowe to stan przejściowy czy w miarę stały xD. Jeśli się jednak utrzyma to będzie to chyba jedno z najbardziej nieoczekiwanych wyleczeń z lakieromaniactwa w blogosferze xD.

Malujecie swoje paznokcie regularnie, od przypadku do przypadku czy w ogóle? ;)

Dlaczego paznokcie się łamią, rozdwajają, pękają ?



Właściwie każda z nas na jakimś etapie życia doświadczyła jednego z paznokciowych problemów, jakie nadmieniłam z tytule posta. Wiadomo - jest objaw, musi być i przyczyna (chociaż pamiętam jak dziś, że gdy kilka lat temu przedstawiłam problem z rozdwajającymi się paznokciami kosmetyczce to usłyszałam - po eliminacji różnych czynników - że "taka moja uroda" :P).

Jakie mogą być więc przyczyny takiego stanu rzeczy?

  • Dieta - gdy organizmowi brakuje substancji odżywczych, soli mineralnych i witamin (zwykle wtedy, gdy nasze posiłki nie są zbyt urozmaicone lub gdy w niedługim czasie schudniemy bardzo szybko) ogranicza on ich dostarczanie do "nie niezbędnych" komórek, m. in. macierzy paznokcia, co odbija się na jego wyglądzie.
  • Technika piłowania i sprzęt, jaki do tego używamy - zwykle problem wynika z piłowania w dwie strony ("tam i z powrotem"), często pilnikiem metalowym i jeszcze dodatkowo - wymoczonych, rozmiękczonych paznokci. Warto pomyśleć o zmianach - piłować suche paznokcie w jedną stronę i dodatkowo spróbować pilniczków papierowych bądź szklanych (na temat których też warto zasięgnąć opinii, bo niektóre - nie nadają się do niczego).
  • Konkretne składniki, m.in. mocne detergenty (wtedy warto myć naczynia w rękawiczkach), aceton, alkohol izopropylowy czy formaldehyd. To wynika jednak z wrażliwości indywidualnego, jednak warto rozważyć taką możliwość.
  • Częste moczenie paznokci w wodzie, szczególnie ciepłej i z dodatkiem detergentów.
  • Mróz, zimno, wiatr - często problemy paznokciowe dopadają nas w okresie jesienno - zimowym właśnie z powodu występowania tych czynników. Warto polubić się z rękawiczkami i kremem do rąk ;).
  • Kształt paznokci - zdarza się i tak, że akurat opiłujemy paznokcie na kształt, przy którym łatwiej je złamać (prawa fizyki rządzą ;)).
  • Choroby paznokci, np. grzybica.
  • Choroby ogólnoutrojowe - szczególnie, gdy rozdwajaniu paznokci towarzyszą inne, niepokojące objawy - nie bójmy się więc badań.
  • Zdjęcie tipsów, lakieru hybrydowego, akryli itp.
  • Urazy w okolicach macierzy paznokcia - często lekceważone, dające objawy po dłuższym czasie.
  • Obgryzanie skórek i/lub paznokci - tutaj nic nie trzeba dodawać.
  • Burze hormonalne - m.in. okres dojrzewania, ciąży, menopauzy.
 Czasem występuje jeden z tych czynników i już można zauważyć niepokojące objawy, innym razem - dopiero zestaw bodźców generuje problem.

A jak jest u Was? Jak się miewają Wasze paznokcie w obliczu nadchodzącej zimy? ;)