Okolice oczu są dość newralgicznym punktem mojej twarzy. Zmarszczki mimiczne towarzyszą mi od zawsze (uroki genetyki i mojej mimiki ;)), a dodatkowo obrzęki i zasinienia nie są mi obce. Od dawna przykładam dużą wagę do pielęgnacji tych rejonów (a odkąd skończyłam ćwierćwiecze nawet większą... ;)). Ze sporym zainteresowaniem zabrałam się więc za testy
Przeciwzmarszczkowego kremu pod oczy marki Bioselect (we współpracy z dystrybutorem, który jako jedyny oferuje te kosmetyki z polskimi etykietami i notyfikacją PIP).
Szklany słoiczek z plastikową nakrętką dodatkowo zapakowany jest w ładny, zielono-szary, matowy karton, na którym znajdziemy napisy w języku greckim i angielskim, a dodatkowo - polską nalepkę dystrybutora. Nie polecam upuszczania słoiczka na płytki w łazience - szkło, mimo solidnego wykonania, może tego nie znieść. Etykiety są czytelne i trwałe. Zarejestrowałam także dwa dodatkowe plusy opakowania.
Pierwszym z nich jest dodatkowe, plastikowe wieczko, eliminujące problem ubrudzonego gwintu zakrętki. Estetyczny plus ;).
Drugim jest, wciąż jeszcze zbyt rzadko spotykana w kremach, szpatułka dołączona do opakowania. Plus za higienę ;).
30ml tego kremu kosztuje (
sklep internetowy Bioselect - do końca sierpnia można skorzystać z 10% rabatu) około 110zł (cena zależna od kursu euro). Sporo, ale warto zauważyć, że opakowanie jest dwukrotnie większe niż standardowe.
Skład:
Już przed wodą znajdziemy hydrolat szałwiowy i olej jojoba. Olei zresztą jest w nim sporo więcej (oliwa z oliwek, masło shea, oleje: arganowy i słonecznikowy) stabilizowanych alkoholami tłuszczowymi. Znajdziemy w nim także glicerynę (humentant), morze ekstraktów (dziurawiec, lebiodka kreteńska, lucerna, rozmaryn, olbrzymka) i mączkę ryżową. Zawiera łagodne konserwanty (bez parabenów) i substancje odpowiedzialne za pH (kwas cytrynowy). Warto zauważyć, że nie znajdziemy w nim kompozycji zapachowej, filmformerów czy barwników.
Jak widać - mamy do czynienia z kosmetykiem o bardzo bogatym, olejowo-ziołowym składzie. Pewnie nikogo już nie dziwi, że mnie skutecznie skusił ;).
Sam krem ma gęstą, maślaną konsystencję i delikatny, szałwiowy zapach - dla mnie przyjemny.
Początkowo podeszłam do niego z pewną dozą nieufności. Moje powieki w ostatnim czasie sporo przeszły i ostatnie, czego bym chciała, to powrót stanu zapalnego. Po domowej próbie uczuleniowej rozpoczęłam ostrożne stosowanie kremu w dedykowanym rejonie.
Mimo bogatej konsystencji krem wchłania się dobrze i możliwe jest stosowanie go pod makijaż (nie obniża jego trwałości). Powiem Wam też, że producent nie popłynął z zapewnieniami - to kosmetyk do wrażliwych okolic oczu. Nie zanotowałam najmniejszego podrażnienia, zaczerwienienia, przesuszenia czy swędzenia, nie wywołuje także łzawienia. Nadaje się więc także dla osób noszących szkła kontaktowe.
Co do samych efektów stosowania tego kremu - przyjemnie łagodzi skórę po kontakcie ze słońcem/wiatrem i naprawdę zmniejsza opuchnięcia (szczególnie trzymany dodatkowo w lodówce - rada ode mnie). Skóra powiek jest przyjemnie napięta, ujędrniona. Z tej zapewne okazji mniejsze linie i zagłębienia stały się niewidoczne (większych, cóż, nic prócz mocno inwazyjnych zabiegów już u mnie nie ruszy), co ewidentnie rozświetliło spojrzenie i dało efekt jak po porządnym urlopie ;).
Ze względu na gęstą konsystencję jest bardzo wydajny - ledwie maźnięcie starcza bezproblemowo na jedną aplikację.
Bonus dodatkowy - wydaje mi się, że rzęsy od czasu jego stosowania wyglądają lepiej (w końcu też go dostają ;)), a nie stosuję żadnych innych odżywek w tych rejonach. Magia!
Podsumowując - bardzo polubiłam się z tym kremem bardziej, niż spodziewałam się na początku. W kolejce do recenzji czeka jeszcze serum tej firmy i powiem Wam, że z ciekawością poszukam innych jej kosmetyków - pozytywne zaskoczenie robi swoje ;).
Słyszeliście o tych greckich produktach?
loading...