Jak opanowałam trądzik XXIII: kolejne serum



Serum to grupa kosmetyków, które darzę szczególnym uczuciem. W zasadzie... ciągle jakiegoś używam ;). Lubię czuć intensywniejsze działanie tego, co nakładam, a poza tym - tego typu produkty (przynajmniej jeśli chodzi o moje doświadczenia) bardzo dobrze się wchłaniają nie zostawiając żadnej warstwy utrudniającej późniejsze zabiegi upiększające. Do tej pory, jeśli chodzi o serum, najlepiej sprawdzały się u mnie wersje samorobione (KLIK! KLIK! KLIK! KLIK!), jednak w końcu znalazłam też kupne mazidło, które swoim działaniem wbiło mnie w fotel.

Co jeszcze bardziej zaskakujące - jest to produkt rosyjski, a jak do tej pory tylko jeden z nich zrobił na mnie świetne wrażenie. Mowa tu o Serum Babuszki Agafii Zatrzymanie młodości do 35 lat, które otrzymałam do testów od sklepu New Soul.


Zachwyt po raz drugi ;)



Dziś o kolejnym lakierze "z przytupem", czyli nie do końca standardowym (w domyśle - kremowym). Dodatkowo jest on bardzo podobny do innego lakieru niedawno przeze mnie noszonego...

P2 Sand Style 080 Lovely w buteleczce wygląda jak miks wszelkiego rodzaju okołofioletowych, iskrzących drobin. Na paznokciu fiolet nabiera głębi, a drobinki odrobinę tracą na blasku (co akurat mi pasuje, bo inaczej dawałabym swoim manicure po oczach :P) - całość natomiast nabiera piaskowego, cukrowego wykończenia. Radzę uważać z cienkimi rajstopami/pończochami, bo można się dorobić konkretnego zaciągnięcia :P. 

Na paznokciach mam jedną (!) warstwę, która w moim przypadku kryje całkowicie, schnie w trymiga oraz przez 4 dni oprócz minimalnie startych końcówek nie pozwala sobie na większe uszkodzenia ;).

Pewnie widzicie uderzające podobieństwo do Rimmel Space Dust Moon Walking? ;)

Tak jak wszystkie lakiery P2, można go dostać w drogeriach DM (2,45 euro), a u nas głównie w sklepach internetowych.

Jak się Wam podoba? ;)


Sobota dla siebie ;)



Nigdy wcześniej nie miałam szczególnych problemów z podejmowaniem decyzji, zawsze wiedziałam czego chcę. Zbliżający się jednak wielkimi krokami koniec studiów sprawił, że... już znam to uczucie i niepokój o przyszłość. Dodajmy do tego nadmiar obowiązków wszelakiej maści i trwającą trzeci tydzień (!) infekcję i spójrzmy na wynik: Kascysko w nie najlepszym stanie fizycznym, z dość konkretnym dołem oraz wyglądające jak "śmierć na nartach" (nie każcie mi tłumaczyć, skąd wzięło się to porównanie - nie wiem - ale funkcjonuje na mojej wsi ;)).

Każda osoba ma jednak jakieś granice swojej wytrzymałości - ja swoje osiągnęłam wczoraj, dlatego też w ten weekend nie myślę o tym wszystkim, co muszę zrobić ani o tym, jakie decyzje powinnam podjąć. Znaczy... staram się nie myśleć, w końcu nie jestem cyborgiem tylko zwykłym człowiekiem. 

Co u mnie najlepiej działa na odreagowanie/odstresowanie? Hm... Upychanie kolumn magnetycznych, zbieranie malin, mycie podłóg na kolanach oraz zabiegi kosmetyczne :D.

Zaniedbałam ostatnio wpisy z serii Spa Days, więc zafunduję Wam opis tego, co zamierzam dziś uczynić dla swej urody i samopoczucia ;)

Akcja "Sprzątamy na wiosnę" :P



Nie ukrywam, że do pedantki mi tak daleko jak to tylko możliwe :P. W idealnym porządku czuję się po prostu źle - dlatego też takowy stan w moim otoczeniu nigdy nie trwa zbyt długo :P. Niemniej jednak wiosna jakoś tak mnie zmotywowała - sprzątnęłam szafę, spakowałam zimowe ciuchy (chociaż w weekend ma padać śnieg/śnieg z deszczem - zobaczymy :P), po długiej chorobie wracam do większej aktywności fizycznej... 

Sprzątanie nie ominęło także bloga - zwalczyłam spam w dwóch najbardziej "zaspamionych" postach - spisach odżywek emolientowych i proteinowych, a także je delikatnie zaktualizowałam. Jeśli macie propozycje produktów, które powinny się w nich znaleźć - zapraszam do podrzucania ich w komentarzach bądź na maila, w wolnych chwilach nadal będę dbać o ich rozwój ;). Z racji ilości odwiedzin wydaje mi się, że takie spisy są dość przydatne, szczególnie dla osób raczkujących w pielęgnacji włosów (chociaż przyznaję, że gdy ostatnio szukałam dla siebie "bomby proteinowej" także przeglądałam własny spis :P).

Chusteczkowa (i nie tylko) pielęgnacja po raz drugi ;)



Prowadząc odrobinę rozjazdowy tryb życia, a także będąc obecnie na etapie poszukiwania rozwiązań na dłuższy wyjazd szukam kosmetyków, które nie zagracą mi połowy bagażu, a jednocześnie nie będą ostawać działaniem od "stacjonarnych" produktów. Efekty takich prób są różne, o czym zresztą będzie można dziś przeczytać :P.

Po raz drugi miałam okazję wziąć udział w testach marki Cleanic. Tym razem w paczce znalazły się płatki kosmetyczne Pure Effect Soft Touch, chusteczki do demakijażu z płynem micelarnym, patyczki Professional i nawilżane chusteczki do peelingu Professional.

Gwiezdna miłość ;)



Ciemne lakiery (w domyśle około-czarne) nie zajmują zbyt dużej części mojej lakierowej kolekcji. Kolor ten chyba nie do końca do mnie pasuje, jednak "ciemne wyjątki" od reguły się zdarzają ;).

P2 Lost in glitter 080 Go dangerous to żelkowa, ciemna baza z utopionym w niej dość drobnym, niebiesko-różowo-złotym brokatem. Na paznokciach wygląda dokładnie tak samo jak w buteleczce, natomiast w czasie aplikacji dość mocno mnie zaskoczył - i to pozytywnie! Spodziewałam się pół-transparentnego glittera, którego w celu uzyskania pełnego krycia będę musiała wykorzystać na kremowej bazie, a tu - niespodzianka!



Na Dzień Kobiet :D + wyniki ;)



Nieszczególnie obchodzę to kobiece święto, ot, czasem "trafi się" jakiś tulipan czy inna czekolada (chociaż przyznaję, w tym roku jeden z moich braci zaskoczył mnie konkretnie :P), co oczywiście nie oznacza, że nie czuję się kobietą :P

Okazja jest (nawet więcej niż jedna, przecież jest Was już ponad 1100 na moim fanpage!), więc i nagrody się znalazły - w liczbie trzech :D

Zestaw I



Problemy włosowe XIII: czy można włosy całkowicie "zasilikonować"?



Pytania o "zasilikonowanie" w różnych kontekstach i konfiguracjach pojawiają się w Waszych mailach bardzo często - zwykle w kontekście wnikania substancji odżywczych przez warstwę filmformerów lub "sfałszowanego" piękna włosów, ale też wtedy, gdy szukacie porady odnośnie wyboru konkretnego produktu.

Zanim zagłębię się w temat "zasilikonowania" (czyli pokrycia włosa filmformerami: silikonami, gumą guar i jej pochodnymi, polyquateriami czy quateriami) wrócę na moment do kwestii budowy włosa. Jak każda z nas wie - włos ma łuski, które "pracują" - w zależności od warunków środowiska zewnętrznego i zastosowanych środków unoszą się i opadają. W zależności od posiadanej przez włos porowatości i zastosowanych kosmetyków ta "praca" jest mniej lub bardziej intensywna.

Wracając do tematu "zasilikonowania" - nawet korzystając z prawie czysto filmformerowego serum do włosów od samej skóry głowy nie uda nam się całkowicie pokryć nim włosów. Najpierw z powodu czysto "wizualnego" - z dużym prawdopodobieństwem doznalibyśmy obciążenia (przyklapu, przychlastu i przetłuszczu) stulecia. Pomijając argument wyglądowy - włos mimo swojej niewielkiej grubości ma sporą powierzchnię, którą należałoby pokryć, a gdy pomnoży się tą powierzchnię przez liczbę włosów na głowie (100 000 - 150 000) wyszłoby, że buteleczka serum wystarczyła by nam na zaledwie kilka aplikacji.

Kolejnym "problemem" w osiągnięciu całkowitego "zasilikonowania" jest nadmieniony już wcześniej unoszenie i opadanie łusek. Ruch powierzchni pokrytej warstwą filmformeru powoduje jej rozrywanie i rozciąganie, co generuje w niej otwory. Znów nasze "pokrycie" nie jest pełne ;). Sama powierzchnia włosa nie jest wdzięcznym materiałem do pokrywania go czymkolwiek ze względu na niejednorodność i niestabilność jego powierzchni oraz... ładunku. Wszak włosy można zelektryzować ;).

Każdy z nas włosy też myje - odżywką albo łagodnymi czy mocnymi myjadłami. Nawet wykorzystując w pielęgnacji ciężkie do zmycia filmformery sam proces mycia (niezależnie od użytego środka) usunie przynajmniej część warstwy - jeśli nie na drodze chemicznej, to przez tarcie mechaniczne. Ba, niektóre z filmformerów rozpuszczają się w tłuszczach, więc nasze sebum oraz olejowanie dodatkowo przyśpieszają ich usunięcie.

A siłom tarcia nasze włosy przeciwstawiają się właściwie ciągle - w czasie spania, ubierania, noszenia rozpuszczonej fryzury... Sukcesywnie więc ilość filmformerów na naszych włosach ulega zmniejszeniu w trakcie dnia.

Stosujecie w swojej pielęgnacji filmformery czy też unikacie ich?

P.S. Dziś o północy kończy się rozdanie, więc każdego, kto nie wziął jeszcze udziału - zapraszam :D

Pomóżcie mi podjąć decyzję ;) + informacyjnie, technicznie...



Wczoraj na fanpage bloga wywiązała się dyskusja na temat tego, jak publikuję od jakiegoś czasu linki (w sensie - znajdują się one w komentarzach do posta, a nie w samym poście). Facebook ogranicza zasięg fanpage'ów i dzięki takiemu zabiegowi powiadomienia docierają do większej liczby odbiorców.

Wiem jednak, że jest to pewne utrudnienie, na co została mi zwrócona uwaga - dlatego w prawym pasku bocznym na blogu widzicie ankietę. Potrwa tydzień i wedle jej wyników zmienię lub zachowam system publikacji postów na Facebooku. Będę bardzo wdzięczna za głosy, bo pomoże mi to w podjęciu decyzji ;). Na ten tydzień linki wrócą do treści wiadomości, a później... wszystko zależy od Was ;).

Ograniczenia Facebooka można bardzo łatwo obejść, jeśli chcecie być na bieżąco ;). Wystarczy w rozwijanym menu przycisku "Lubisz to" (jeśli oczywiście lubicie fp mojego bloga :P) wybrać opcję "Otrzymuj powiadomienia" ;).






Skoro już się tak rozgadałam "informacyjnie" to dodam, że do jutra do północy trwa moje rozdanie urodzinowe, do udziału w którym zapraszam Was wszystkich (a nagrody są cztery: kosmetyki Pat&Rub, Soraya, Eveline ;)).

Kolejna sprawa - pewnie zauważyliście, że jest mnie trochę mniej na blogu i na Wizażu. Cóż... chyba trochę przesadziłam z ilością zajęć, jaką na siebie wzięłam :P. Bloga nie porzucam i pisanie dla Was nie przestało mnie rajcować (:)), jednak czasami (no może nawet częściej niż czasami) ze zmęczenia nie pamiętam, jak się nazywam. Wszystko wróci do normy, obiecuję ;).

Ostatnia sprawa - w tym roku prawdopodobnie (z naciskiem na to słowo) moja blogerska działalność zostanie zawieszona na około 2 miesiące. Zamykać go absolutnie nie zamierzam, ale coś, czego się podejmę, prawdopodobnie odetnie mnie od łączności ze światem na trochę ;). Nie zamierzam jednak znikać na zawsze i na pewno będzie mi bardzo smutno bez możliwości kontaktu z Wami...

Czekam na Wasze opinie ;)





Jogurt z arganem?



Dość mocno "arganowo" zrobiło się w mojej włosowej pielęgnacji - ilość kosmetyków (odżywek/masek) z tym olejem w moich zbiorach mocno się rozrasta. Kolejnym tego typu kosmetykiem, który chcę Wam przedstawić, jest Kuracja arganowa z jogurtem firmy Bingo Spa.


Kurację otrzymujemy w litrowym opakowaniu (kosztującym 32 zł). Tutaj mam najwięcej zastrzeżeń - słoik jest wprawdzie solidny, jednak etykiety pozostawiają dużo do życzenia. Naklejka na moim egzemplarzu wyglądała, jakby ją czteroletnie dziecko wycinało :P, co zresztą można zauważyć na zdjęciach. Sama jakość papieru i kleju także pozostawia sporo do życzenia.

Skład:


Mieszanina typowych dla produktów Bingo Spa emolientów, po których pojawia się tytułowy olej arganowy i ekstrakty: rozmarynu, rumianku, arniki, jasnoty białej, szałwii, sosny, rukwi wodnej, łopianu, cytryny, bluszczu, nagietka, nasturcji, aloesu, lnu. Pod koniec składu pojawiają się proteiny: kolagen, jedwab i ekstrakt z jogurtu. Konserwowana między innymi parabenami i DMDM-Hydantoiną - uwaga wrażliwcy. Skład jest minimalnie różny od Kuracji arganowej.

Jeśli chodzi o samą konsystencję, to jest ona dość rzadka, prawie-prawie lejąca, ale produkt jeszcze nie przecieka między palcami :P. Nie ma to jednak piorunującego wpływu na wydajność (zapewne też dzięki wielkości opakowania... :P).



Zapach też niekoniecznie powala, bo jak dla mnie jest po prostu mydlany, bez żadnego polotu (chociaż lepsze to, niż zapach tanich, męskich perfum :P).

Używam jej m. in. po myciu na 3-10 minut (już dość dawno temu porzuciłam dłuższe seanse z produktami do spłukiwania po myciu) i mogę powiedzieć, że dołączy do grona moich ulubieńców ;). Obecnie najważniejsze dla mnie w tego typu produktach jest "działanie bez obciążania" - ten kosmetyk idealnie spełnia to wymaganie. Włosy po użyciu są błyszczące, loki fajnie podkreślone, nie spuszone, odporne na działanie czynników zewnętrznych takich jak wiatr czy ogrzewanie, a dodatkowo - mają całkiem przyjemną objętość - brak objawów 3xP to jest to! :D. Mimo długiego stosowania (2 miesiące) nie zauważyłam podsuszenia, które mogłoby być generowane przez zioła (ale wiadomo, to sprawa indywidualna).

Nadaje się także do miksów odżywczych przed myciem czy też pod olej. Mimo zaleceń producenta nie wcierałam jej w skórę głowy (kontakt produktów d/s ze skalpem może się różnie skończyć, a wolę dmuchać na zimne :P), więc o jej działaniu na porost czy wypadanie nic nie mogę powiedzieć.

Zauważyłam już w sklepie, że wypuścili kolejną wersję kuracji arganowej... pewnie też będzie w przyszłości moja xD

Jakie są Wasze doświadczenia z kosmetykami arganowymi i samym olejem arganowym? Wstyd się przyznać, ale ja jeszcze swojej buteleczki nie rozpieczętowałam xD

Kropki do oporu :P



Kremowe lakiery prawie całkowicie poszły w odstawkę jeśli chodzi o mój manicure :P. Piaski, kropki, brokaty, cuda na kiju... Dziś kolejny lakier z serii "na bogato" ;)

Delia Coral Prosilk M07 to ciemnoszara baza upstrzona wielokolorowym brokatem o różnej wielkości. Nie polecam jego stosowania "solo" - po pierwsze bardzo słabo kryje (musiałabym zaaplikować chyba 4-5 warstw), a po drugie - warstwa kremowego lakieru bazowego ułatwia jego późniejsze zmycie, co jak ogólnie wiadomo przy brokatach nie jest sprawą trywialną.

Na zdjęciach widać jedną warstwę lakieru bazowego + dwie warstwy Delii.

Do buteleczki i pędzelka (wąski :D) nie mam żadnych zastrzeżeń, sam lakier schnie szybko, jednak warto go pobłogosławić warstwą topu, by drobinki nie haczyły o ubrania - tak zabezpieczony przetrwał na moich paznokciach 4 dni bez uszkodzeń.

11ml kosztuje około 5zł ;)

Jak się Wam podoba? ;)





Jak opanowałam trądzik XXII: mydło z glinką Ghassoul



"Era mydeł" w pielęgnacji skóry mojej twarzy trwa w najlepsze, zmieniają się tylko tylko typy "kostek" stosowanych w tym celu ;). W ostatnim czasie na tapecie miałam mydło z olejem arganowym i glinką Ghassoul Arganisme ze sklepu Dotyk Maroka.



Kostka waży 85g i kosztuje 14,90zł - cena sama w sobie nie jest wygórowana, a biorąc pod uwagę szatańską wręcz wydajność staje się bardzo przyjemna ;). 

Sama kostka przed jakimkolwiek użyciem wygląda tak:


Ciemnobrązowa kostka, nierówna, niejednolita kolorystycznie, bez żadnych zdobień - wyglądem nie powala, jednak trzeba pamiętać o tym, że w zasadzie wszystkie mydła po kilku użyciach wyglądają podobnie :P.

W czasie użytkowania daje delikatną, niezbyt obfitą, biało-szarą pianę, a pachnie jak połączenie typowo mydlanej woni z zapachem... marchewki ;). Zapach nie pozostaje na skórze.

Jeśli chodzi o skład, to nie znalazłam konkretnego INCI, tylko Składniki: woda, olej arganowy, glinka Ghassoul, gliceryna, wodorotlenek sodu, konserwanty, kompozycja zapachowa - standardowe mydło sporządzone na arganie z dodatkiem glinki Ghassoul i gliceryny.

Jest to z całą pewnością najdelikatniej działające mydło z tych, które używałam w całej swojej mydlanej karierze. Zrobiłam nawet test "bez użycia kremu po" i nawet w takiej sytuacji nie wyczułam spierzchnięcia czy jakichkolwiek innych objawów podsuszenia. Jego delikatność wcale nie oznacza, że słabo myje - usuwa wszystkie zanieczyszczenia, a co dla mnie najważniejsze - nadaje się nawet do mycia wrażliwych okolic oczu mych. Nie pozostawia jednak "samej, gołej skóry" - podsumowałabym to jako czystość bez odarcia z nawilżenia i natłuszczenia. 

Dla mnie na pewno jest to idealne mydło na zimę - wydaje mi się, że zmiana myjadła twarzowego na ten produkt powstrzymała pojawienie się typowego mojego związanego z chłodem problemu: suchych skórek. W tym roku nawet na nosie nie zarejestrowałam tego problemu, a muszę przyznać, że ten rejon reaguje wybitnie szybko :P. 

Jeśli chodzi o moje jakże ukochane zaskórniki - sytuacja w żaden sposób nie uległa pogorszeniu w trakcie jego używania, a nowi czarni nieprzyjaciele na brodzie (związani prawdopodobnie z noszeniem golfów i chust) zostali zahamowani w rozwoju, a nawet lekko przetrzebieni. 

Wykorzystywałam je też jako peeling-maseczkę na twarz i ramiona - namydlałam te rejony na 10 minut, potem zmywałam. Efekt jak po użyciu delikatnego peelingu enzymatycznego - naskórek usunięty bez pocierania i bez podrażnienia czy innego wysuszenia.

Ważne - mydło po użyciu musi mieć okazję wyschnąć, ponieważ inaczej po jakimś czasie (około 7-10 dni) dorobimy się miękkiej papki w miejscu kostki. Tak więc odpowiednia mydelniczka jako inwestycja w pielęgnację wskazana :P

Podsumowując - kolejne mydełko na mojej pielęgnacyjnej drodze warte uwagi, delikatniejsze od reszty :D.

A jakie są Wasze doświadczenia z mydełkami? A może nigdy nie próbowałyście tego typu pielęgnacji? Mnie w najbliższym czasie kusi jeszcze to na pewno: KLIK!