Kumulacja sierpniowa



Sierpień nie był dla mnie dobrym miesiącem z różnych, niewesołych powodów. Teraz jest dużo lepiej, ale potrzebuję jeszcze trochę czasu na złapanie spokojnego oddechu ;).

Nie ukrywam, że najlepszą metodą mojej walki z dołem są zakupy, i przyznaję, że lekko w tym miesiącu przesadziłam, ale na nastrój ta terapia podziałała dobrze ;p.

Najpierw jednak denka ;).

Kosz w minionym miesiącu zaliczyły:

  • Isana, krem do ciała shea&kokos;
  • Facelle, żel do higieny intymnej;
  • Apis, żurawinowy krem do twarzy;
  • Alterra, krem "brązujący",
  • Eveline, tusz do rzęs;
  • żel hialuronowy 1%, butelka 120 ml;
  • gliceryna roślinna, butelka 60 ml;
  • Isana, pianka do włosów kręconych stara wersja;
  • Balea More Blonde, odżywka;
  • Dermedic, Hydrain 3 Hialuro, krem do rąk.
Słabo, ale liczę w tym miesiącu na zużycie jakiejś kobyły ;).

Natomiast w moich zbiorach miejsce znalazły:


Ozdobny grzebyczek do włosów z cyrkoniami, dorwany w Six, w sam raz do jakiegoś upięcia - 5 zł.


Lakiery piaskowe z Pierre Rene, dorwane w bytomskiej Agorze w cenie 11,39 zł za sztukę (jednego dostałam od zaprzyjaźnionej włosomaniaczki :*).


Obok Agory znajduje się drogeria Hebe, nie byłabym sobą, gdyby jej nie odwiedziła :P. Wyszłam z litrową maską Seri miodowo-migdałową w cenie 14,99 zł.


 Ażurowy, oversize'owo-nietoperzowy, pudroworóżowy sweterek z Innej, 19,90 zł.


Dżinsowa, ołówkowa spódnica - długo szukałam czegoś takiego, bo każda w potencjalnie dobrym rozmiarze bardzo brzydko odstawała mi z tyłu. 19,90zł w outlecie Terranovy :D


A takie cudo dorwałam w outlecie w Wadowicach, z metką Orsay (tym samym mam pierwszy ciuch stamtąd :P). Przód jest lekko prześwitujący. 19,90 zł.


Serum pod oczy z Apisu, zakupione na Allegro, ciekawe, jak się sprawdzi. 15 zł.


 Maska do włosów Kallos Argan, prawie pełna, trafiła do mnie w następstwie wymiany ;)


Płyn micelarny Melisa firmy Uroda - 7,79 zł, a skusiła mnie pewnie melisa - na uspokojenie :P.


Efekt wizyty w sklepie z chemią niemiecką w Andrychowie. Kilka tygodni temu zapytałam właścicielki, czy będą mieć odżywki do włosów z Balei - sprowadzili, w jakże przyjemnej cenie 4,10 zł za sztukę ;)


Lakiery znów: jeden jak wiecie dostałam od bratanicy (już go pokazałam KLIK!), a drugi od pewnej przemiłej Wizażanki wraz z lakierami z Marionnaud i China Glaze, które zawieruszyły się i nie doczekały zdjęcia :P.


Moje wielkie zakupy, zamówione na początku miesiąca: Kallos Color (7,75 zł), Scandic Coco (12,99 zł), Scandic Fruit (12,99 zł), Scandic Color Protection (12,99 zł). Cała paczka była większa, bo zamawiałam kosmetyki dla kilku osób - na przesyłkę czekałam dość długo, za co w gratisie dostałam drugą maskę Scandic Fruit :D.

Z odżywkami do włosów przesadziłam strasznie, jednak było warto ;D.

Jak tam Wasze podsumowania sierpniowe? ;)

Kiwi :D



Zostałam ostatnio narodowym ścinaczem - moje dwie bratanice z włosami do pasa (pewnie, że zazdroszczę długości :P) przybyły do mnie na obrzęd ścięcia w jednym przypadku 5, a w drugim 10 cm. Jakiś czas później wybrałam się z jedną z nich na zakupy - zahaczyłyśmy o Drogerię Naturę, gdzie zobaczyłam piękny lakier. Jednak w ramach pracy nad sobą postanowiłam go nie kupić, i już (taa, słaba asertywności)!

Jednak cóż, jestem jego właścicielką. Dostałam od Zuzi ze słowami -"Za podcięcie" :*

Lakier My Secret nr 167 Kiwi składa się z pięknej, kremowej, zielonojabłuszkowej bazy bez shimmera i zatopionych w niej drobinek czarnego pieprzu, całość faktycznie dość mocno kojarzy się z owocem kiwi ;).

W stanie płynnym produkt ten pachnie jak każdy, statystyczny lakier. Zamknięty jest w prostopadłościennej, geometrycznej buteleczce, co wygląda naprawdę nieźle. Pędzelek dość krótki, z rodzaju węższych, którym bardzo dobrze się maluje.

Zaskoczył mnie trwałością - 4 dni wytrzymał bez uszkodzeń, potem zauważyłam startą końcówkę i "odrost". Wsadzę jednak do tej beczki miodu łyżkę dziegciu - smuży, i do ich pozbycia się niezbędne są 3 dość cienkie warstwy - na szczęście przy tym wszystkim schnie dość szybko ;).

Właśnie! "Pachnę podczas wysychania" - nie tylko, czułam go jeszcze o poranku kolejnego dnia po malowaniu (zwykle maluję paznokcie wieczorem ;)). Pytanie, czy jest to zapach kiwi - dawno tego owocu nie jadłam, jednak tak słodko mi się nie kojarzy ;P.






P.S. Post z dedykacją - dla Scar ;)

100 pytań do...



... do mnie ;).

W ostatnim czasie zauważyłam reaktywację zadawania pytań na moim blogu pod tagiem "50 pytań do...". Z racji, że dziś przypada ostatni dzień moich wakacji i nigdzie się nie wybieram, pozwolę sobie na powtórzenie tej akcji ;).

Jestem osobą otwartą, jednak wiadomo - nikt nie chce się spowiadać z całego swojego życia prywatnego, mam nadzieję, że zrozumiecie, jeśli z jakiś powodów na niektóre (ewentualne) pytania nie odpowiem.

Tak więc... jestem do Waszej dyspozycji dziś, nie krępujcie się ;)

Chusteczkowa pielęgnacja



Wyjazdy wiążą się z koniecznością rozważenia tego, jakie kosmetyki ze sobą wziąć. Wiadomo - nikt nie lubi dźwigać, poza tym - czasem ogranicza nas waga i pojemność walizki/bagażnika... W takich chwilach z pomocą przychodzą nam kosmetyki w formie chusteczek - dziś będzie o moich doświadczeniach z tego typu wyjazdową pielęgnacją.

Wiadomo - trochę kosmetyków posiadam. Moja rodzina już się do tego przyzwyczaiła i totalnie nie reaguje. Co jednak, gdy jadę na weekend do przyjaciółki? Myślę, że popatrzyłaby na mnie co najmniej dziwnie, gdy zobaczyłaby: żel/mydło do mycia twarzy, tonik, płyn micelarny i pakiet wacików. Nie mówiąc już o tym, że prawdopodobnie dzięki temu musiałabym sprawić sobie większą torbę (akurat mam niewielką :P), biorąc pod uwagę ogrom ciuchów konieczny w przypadku upałów.

Tak więc na wycieczki mniejsze i większe w czasie mijających wakacji jeździły ze mną chusteczki Cleanic.


Wszystkie one zamknięte są w poręczne opakowania z grubszej folii z wielokrotnym zamknięciem ("przylepiec" nie odmawia współpracy aż do opróżnienia opakowania), które przeciwdziała wysychaniu.


Dezodoranty w formie chusteczek Deo Fresh i Deo Soft ratowały mi życie w trakcie tegorocznych upałów, gdy musiałam spędzić kilka godzin w nie najlepiej (jeśli w ogóle) klimatyzowanych busach czy autobusach. Sam producent mówi o tym, że te kosmetyki nie zastąpią codziennego korzystania z antyperspirantu (co i ja potwierdzam), jednak pozwalają na zachowanie komfortu i zwycięską walkę z przykrym zapachem i poceniem pach, dłoni czy stóp właściwie w każdej możliwej sytuacji.
Przyznam szczerze, że wersja Soft ma bardzo słodki, cukierkowy zapach, przez co niezbyt przypadła mi do gustu. Za to Deo Fresh pachnie dużo delikatniej i bardziej świeżo - na pewno pozostanie w mojej torebce ze mną na dłużej ;)

Sam zapach chusteczek już po chwili nie jest wyczuwalny na ciele.

12szt./3,99zł.


Chusteczek do demakijażu do cery normalnej i mieszanej używałam tylko do oczyszczania skóry oczu - są dość tłuste (silikony i parafina) dzięki czemu bardzo dobrze rozpuszczają nawet mocny makijaż, jednak na reszcie powierzchni mojej twarzy mogłyby uczynić pewne szkody ;). Wystarczyło przyłożenie rogu chusteczki do oka na kilka-kilkanaście sekund i delikatne starcie całości, by usunąć cały tusz, eyeliner i cienie. Kolejny plus - oczy w żaden sposób nie zostały podrażnione.
Do całej twarzy nie używałam jak wspominałam - cera źle reaguje na parafinę.

Za to odkryłam jeszcze inne ich zastosowanie - cudownie sprawdzają się do odświeżania bardzo suchych dłoni (ostatnio z pewnych przyczyn dosłownie się sypię) - dłonie są czyste bez dodatkowego przesuszenia.

10szt./4,39zł


Chusteczki odświeżające Clean&Chic oraz Pure&Glamour stały się dla mnie substytutem żelu antybakteryjnego. Są zapakowane w malutkie opakowania, dzięki czemu bezproblemowo mieszczą się w plecaku czy torebce. Właściwie nie wychodzę bez nich z domu, w końcu - różnie bywa ;). Nie postawiłabym ich na równi z Dezodorantami w chusteczce, bo jednak tamten produkt daje odczuwalnie dłuższe uczucie świeżości.

Znów dwie wersje, z których Pure &Glamour jest dla mnie zapachowo za słodka, a Clean&Chic idealna, kwiatowa i nieprzesłodzona ;). Także i w tym przypadku zapach nie utrzymuje się na ciele.

15szt./2,99zł


Chusteczki do higieny intymnej Cleanic Intimate z ekstraktem z płatków róży zostały moim faworytem. Dlaczego? Lubię produkty uniwersalne, a one sprawdzają się dobrze zarówno w funkcji, do której są dedykowane, jak i do odświeżania dłoni, stóp czy pach, a także do demakijażu całej twarzy (żadnych filmformerów) - tak więc na krótkie nocowanie poza domem są niezastąpione w moim przypadku. Nie zaobserwowałam żadnych podrażnień czy innych niepokojących reakcji, skóra twarzy była wręcz zadowolona ;).

Z wszystkich chusteczek, które używałam, one mają najdelikatniejszy, najsłabszy i najładniejszy zapach ;)

10 szt./4,99zł

Korzystacie czasami z tego typu produktów?

Edit. Nigdy nie pisz postów po północy i nie ustawiaj na harmonogramie, bo okaże się, że o czymś zapomniałaś :P (to do mnie)

Tak, jest to paczka w ramach współpracy, jednak nie sądziłam, że po wysypie recenzji tej marki ktoś pomyślał inaczej. Jednak - mea culpa ;)

Zróbmy coś... dla siebie i naszej okolicy ;)



Każdy z nas słyszał o zakupach grupowych oferowanych przez różne serwisy - np. Groupon. Działalność taka kojarzy się z korzystnymi ofertami usług - sama kilkukrotnie skorzystałam z tego typu udogodnień (tak znalazłam najlepszą na świecie kosmetyczkę ;)) i byłam bardzo zadowolona z jakości świadczonych usług.

Serwis ten poszedł o krok dalej, promując lokalne inicjatywy i oferty społeczne zgłaszane... przez nas samych ;)
Do 1 września na platformie starter.groupon.pl możemy zgłaszać własne inicjatywy (coś, co można zrobić dla Twojego miasta - Krakowa, Poznania, Łodzi, Aglomeracji Trójmiasta (Gdańsk, Gdynia, Sopot), Warszawy czy Wrocławia oraz ich mieszkańców) bądź atrakcyjne oferty (coś, o czym marzysz, a co jest niedostępne w Twojej okolicy), które w kolejnym etapie na drodze głosowania będą walczyć o sześć grantów w wysokości 10 tysięcy złotych na realizację - bo w grupie siła, jak wiadomo (mówi nawet o tym bardzo ciekawy raport ;).



Nawet stosunkowo niewielka inwestycja może przecież wywołać lawinę pozytywnych zmian w naszym najbliższym otoczeniu - mieście, osiedlu, dzielnicy...Nie każdy jednak wie, jak się za to zabrać ani do kogo zwrócić się o pomoc.

Czas od 2 do 15 września przeznaczony będzie na otwarte głosowanie, a w dniach od 23 września do 7 listopada zostaną wyłonieni zwycięzcy, a ich projekty poddane realizacji.

Szczerze zachęcam do przedstawienia swojej propozycji - może od dawna chodzi Wam coś ciekawego po głowie, ale jakoś nie było okazji lub chęci na urealnienie planów? Chwila pracy związana z rejestracją może zaowocować realizacją tej właśnie koncepcji ;).

Razem możemy więcej - wykorzystajmy społeczny potencjał ;)

Macie jakieś pomysły? ;)

Zbiór przypadkowy ;)



Po bezdennych otchłaniach blogosfery wędruje tag "50 przypadkowych faktów o mnie", więc z racji, że niedawno nastąpiła reaktywacja pytań pod tagiem "50 pytań do mnie" (swoją drogą, chyba muszę go znów przeprowadzić ;)) - postanowiłam napisać co nie co o mnie.

Przyznaję, że napisanie "z buta" 50 faktów nie jest proste i miałam do pisania kilka podejść, ale oto i one:

50 przypadkowych faktów o Kascysku

1. Mam na imię Kasia, co zapewne większość z Was wie lub podejrzewa po nicku ;). Miałam mieć na imię Ewa (tak ustalili rodzice), jednak tata idąc do USC spotkał moją siostrę i tak zostałam Katarzyną ;). Na temat reakcji mojej szacownej rodzicielki po tym fakcie kroniki i usta rodzinne milczą :P.

2. Mam czwórkę rodzeństwa: trzech braci i siostrę, sama jestem najmłodsza (i to młodsza o 19-11 lat :P).

3. Jestem dziewięciokrotną ciocią w pierwszej linii, a dwie moje bratanice i siostrzeniec są już ode mnie o głowę wyżsi :P.

4. Można więc podejrzewać, że jestem niska - tak, mam jedynie 152 cm wzrostu, ale nie przeszkadza mi to (no ok, nie licząc skracania spodni :P).

5. Mam sporo blizn (najciekawsza - na czole, w kształcie półksiężyca, widoczna "pod światło" - pochodzenie nieznane) głównie na dłoniach, a także posiadam niebywałą łatwość wybijania sobie stawów w palcach, za to nigdy nic nie złamałam (nawet ostatnie podejrzenie złamania palca u stopy okazało się przestawionym stawem ;)), nie licząc paznokci :P.

6. Według Wikipedii mam oczy mieszane - w zależności od światła i kąta obserwacji są zielone, niebieskie, szare bądź (taka ocena zdarzyła się tylko raz) piwne. Z racji, że taka opcja nie występowała w formularzu o wydanie dowodu osobistego po przeprowadzeniu konsultacji z paniami w okienku - oficjalnie mam wpisaną zieleń :P.

7. Od prawie siedmiu lat noszę soczewki kontaktowe, i tak samo długo nie miałam na nosie okularów korekcyjnych - i raczej już więcej mieć nie będę, nie lubię. Wcześniej nosiłam takowe 3 lata.

8. Gdy jestem na zewnątrz bądź gdzieś, gdzie jest jakiś hałas - nie odbieram telefonu, bo po prostu nie słyszę - mimo dokładnego przebadania nie mam żadnych problemów ze słuchem ;).

9. Nienawidzę kupować butów, co wynika z posiadania rozmiaru 35 i szerokiej stopy zapewne. Niestety, do kompletu posiadam umiejętność piorunująco szybkiego niszczenia obuwia.

10. Za to ciuchów, kosmetyków i lakierów do paznokci mam dużo :P.

11. Panicznie boję się dentysty (traumatyczne wspomnienia z dzieciństwa) - stomatolog bez podania mi znieczulenia nie ma po co zbliżać się do mnie z wiertłem :P.

12. Od 4 lat większość czasu spędzam w Krakowie, jednak pochodzę ze średniej wielkości wsi i w przyszłości nadal chciałabym mieszkać poza miastem.

13. Od 4 lat także studiuję chemię - teraz czeka mnie ostatni rok studiów magisterskich.

14. Mało co mi śmierdzi. Za to zapach pieczonej wątróbki jest dla mnie nie do przejścia - momentalnie mam nudności i ból głowy, potrafię wyczuć nawet po 2-3 dniach, że gdzieś było robione takie danie.

15. Boję się obcych psów (efekt wypadku w dzieciństwie). Swoje znam od szczeniaka i przez to jestem trochę spokojniejsza, jednak nieznajome pieski(szczególnie większe) biegające wokół mnie bez smyczy i kagańca wywołują u mnie lęk.

16. Najdłuższe w życiu włosy posiadam w tej chwili i bardzo bym chciała, żeby były jeszcze sporo dłuższe ;).

17. Zwykle chodzę w sukienkach i spódnicach, spodnie - jak jest mi naprawdę zimno ;).

18. Lodowate stopy i dłonie - mój znak rozpoznawczy w okresie wrzesień-maj :P. Chociaż "trupie" stopy mam w zasadzie cały rok.

19. Dwa lata prostowałam codziennie włosy. Czasem nawet dwa razy dziennie...

20. ...a po tym przyszedł czas na dwuletnie farbowanie włosów jasnym brązem Palette, który zawsze wychodził na czarno początkowo :P.

21. Uważam, że najlepszy możliwy dla mnie kolor włosów to ten, który obecnie posiadam (ciemny blond), co jednak nie powstrzymuje mnie przed domowymi próbami lekkiej zmiany koloru ;p.

22. Nie potrafię pływać i nawet nie chcę mówić od ilu lat próbuję się nauczyć :P.

23. Podobno jestem człowiekiem o mocnej budowie (czy jak kto woli "o grubych kościach" :P) - mój nadgarstek ma 18 cm w obwodzie i nie potrafię go objąć kciukiem i palcem środkowym drugiej dłoni...

24. ... co miałoby potwierdzenie w praktyce, bo mało kto daje mi taką wagę, jaką rzeczywiście posiadam ;). Zwykle jest to 6-10 kg mniej, a lekarze na kontrolach są zdziwieni.

25. Jeśli nikt mnie nie budzi i nie mam ustawionego budzika, notorycznie śpię po 9-12h. Niestety, ta rozpusta niedługo mi się skończy :P.

26. Śpię w stoperach, cenię sobie komfort mojego snu, a pobudki "bez powodu" potrafią mnie tak wkurzyć, że nie mogę znów zasnąć :P.

27. Jestem umysłem ścisłym, aż nazbyt xD.

28. Mam wielki problem z kupnem wygodnych butów, szczególnie takich "niepłaskich".

29. Nie pije kawy, bo nie lubię jej smaku (zdarza mi się wypić 2-3 w roku, ale to w sytuacjach, gdy niezbyt mogę odmówić).

30. Za to herbat mam też za dużo ;).

31. Jeśli tylko moje urodziny nie wypadają w weekend, to zawsze mam w ten dzień egzamin :P.

32. Bardzo lubię gotować, za to piec ciast wręcz nie cierpię i nie wiem, czym to jest spowodowane ^^.

33. Łącznie w uszach mam 4 dziurki - jedną w lewym i trzy w prawym, podejrzewam, że kiedyś osiągnę pięć.

34. Nie boję się myszy, pająków czy wszelkiego robactwa, ale jakikolwiek wężowo-jaszczurkowy gad
przyprawia mnie o palpitację serca :P.

35. Nie wiem, co to znaczy "nudzić się" - ta funkcja nie została u mnie zainstalowana, albo na razie jej nie odkryłam ;).

36. Totalnie mnie nie rusza widok krwi, ran i tym podobnych...

37. ... za to na każde pobieranie krwi muszę się wybrać z "osobą towarzyszącą". Zwykle od mojego wstania z łóżka do pobrania mija więcej niż pół godziny - jeśli w takim czasie nie zjem śniadania, mogę w każdej chwili odlecieć (co z samym pobieraniem właściwie nie ma związku).

38. Nie byłam u fryzjera od 3 lat. Czasem mam chęci, ale siadam i czekam, aż mi przejdzie :P.

39. Nie trawię stereotypów, żadnych.

40. Jestem dość dziwnym człowiekiem, bo... nie mam kompleksów, lubię siebie w całości ;).

41. Nie mam prawa jazdy, ale zamierzam zrobić w nadchodzącym roku akademickim. Jednak jeśli mam być szczera... do kierowania pojazdem osobowym w ogóle mnie nie ciągnie :P.

42. Podobno mam mocny charakter - w każdej sytuacji biorę się w garść i po prostu działam.

43. Jestem człowiekiem bardzo punktualnym i spóźnialstwa nie lubię. A już spóźnialstwa bez żadnej informacji typu "przepraszam, spóźnię się 15 minut" to już w ogóle.

44. Stres najlepiej rozładowuje u mnie mycie podłóg na kolanach, upychanie kolumn magnetycznych i spora dawka Metalliki.

45. Nie posiadłam sztuki makijażu w zbyt zaawansowanym stopniu, zamierzam się jednak rozwinąć w tej kwestii.

46. Zawsze najpierw zakładam najgorszą opcję, zgodnie z zasadą, że lepiej zostać przyjemnie zaskoczonym niż rozczarowanym.

47. Kupując alkohol notorycznie muszę pokazywać dowód. Co jest o tyle ciekawe, że mam 23 lata :P.

48. Notorycznie zasypiam na horrorach, nie potrafię w żaden sposób wytłumaczyć tego fenomenu :P.

49. Nie lubię swoich zdjęć, uważam się za osobę wysoce niefotogeniczną - ale pracuję nad tym ;).

50. Często rozmawiam ze sobą i śpiewam, idąc ulicą, oczywiście nie na cały głos :P.








Jak opanowałam trądzik XVIII: krem bez mieszania II



Długo byłam wierna swojemu wielkiemu kremowemu odkryciu - Kremowi Intensywnie Nawilżającemu Evy Natury i szczerze powiem - uważałam, że ciężko będę miała znaleźć coś lepszego od niego w podobnej cenie. Okazało się, że znalazłam coś tańszego (w przeliczeniu na mililitr ;)), co niespodziewanie zdetronizowało mojego wcześniejszego faworyta ;).

Moim nowym ulubieńcem został Ujędrniający krem z żurawiną i olejkiem arganowym firmy Apis.



Opakowanie: Solidny, zakręcany słoiczek z estetycznymi etykietami, odpornymi na warunki zewnętrzne ze smakowitą miniaturą owoców żurawiny ;)

Pojemność / cena: 110ml / około 13 zł, dostępny na doz.pl

Skład:

  
Aqua, Grape Seed Oil, Sunflower Oil, Argania Spinosa Oil/Argania Spinosa Kernel Oil, Glycerin, Carbomer, Cranberry Extract, Aloe Extract, Cetearyl Alcohol & Ceteareth 20, Collagen, Elastin, Zinc Oxide, Titanium Dioxide, Triethanoloamine, Ascorbyl Palmitate, Ascorbic Acid, Citric Acid, Tocopherol, Methylchloroisothiazolinone, Methylisothiazolinone, Benzyl Alcohol, Parfum, Annatto

Tuż po wodzie znajdziemy w składzie 3 oleje: winogronowy, słonecznikowy i arganowy oraz glicerynę i emolienty "nieolejowe", karbomer odpowiedzialny za konsystencję oraz ekstrakty: z żurawiny i aloesu. 
Zawiera także kolagen, elastynę, tlenki cynku i tytanu (fizyczne filtry przeciwsłoneczne), regulatory pH, konserwanty oraz kompozycję zapachową.

Przydatność do użytku: 6 miesięcy od otwarcia.

Zapach: Słodki, nienachalny, trochę jak kisiel czy galaretka owocowa w proszku, mi osobiście z żurawiną w ogóle się nie kojarzy ;)

Konsystencja:


Lekko różowy, dość gęsty krem.

Działanie: Używam go zarówno na dzień jak i na noc na obszarze twarzy, szyi i dekoltu (bo zużycie 110 ml kremu w pół roku na samą twarz byłoby bardzo trudne ;p). Wpadłam na niego totalnie przypadkiem, przeglądając składy kremów w racjonalnych dla mnie granicach cenowych. Przekonał mnie do siebie tym, że posiada filtr, może nie wysoki, ale SPF 15 to zawsze lepiej, niż nic ;).

Spodziewałam się lekkiego bielenia (w końcu filtry fizyczne w składzie), jednak niczego takiego nie zaobserwowałam. Wchłania się dość szybko, jednak nie do matu, ale nie zostawia tłustej warstwy - odrobina skrobi ziemniaczanej załatwia sprawę połysku. Dobrze współgra z moim makijażem, nie powoduje jego szybszej emigracji, a nałożony grubszą warstwą wieczorem idealnie koi ściągnięcie i przesuszenie skóry.

Co dla mnie najważniejsze - w żaden sposób nie przyczynił się do zwiększenia ilości moich zaskórników otwartych(bo zmian zamkniętych ani zapalnych właściwie nie posiadam obecnie), za to poprawił w znaczący sposób nawilżenie i koloryt mojej skóry, dodatkowo - faktycznie lekko ją ujędrnił (oczywiście liftingu jak spod skalpela nie można oczekiwać :P).

Nie podrażnia okolic oczu i z powodzeniem zastępuje krem dedykowany do tych okolic.

Zachwycona jego działaniem sięgnęłam już po kolejną wersję - arbuzową :D.

Pokusicie mnie jakimś innym, fajnym kremikiem? ;)

Gdy rodzina uważa, że zwariowałaś - pokaż im mnie III - oleje.



Ten post nie zrobi raczej takiego wrażenia jak ten o moich półproduktach czy produktach włosowych do spłukiwania, jednak i tak zbiór jest spory ;). Moje włosy lubią właściwie wszystkie oleje, po niektórych jest tylko większy szał ;). Pewna część została mi z czasów, gdy oleje stosowałam na twarz.

Obecnie posiadam w swoich zbiorach:
  • olej kokosowy: rafinowany i nierafinowany;
  • olej Oilmedica;
  • olej Vatika;
  • olej Heenara;
  • olej sojowy;
  • olej rycynowy;
  • olej winogronowy;
  • olej ryżowy;
  • olej palmowy;
  • olej słonecznikowy;
  • olej rzepakowy (nie mam oporów przed olejowaniem włosów swojsko brzmiącym olejem Kujawskim :P);
  • olej lniany;
  • olej z krokosza;
  • olej z orzecha włoskiego;
  • oliwa z oliwek;
  • olejek The Body Shop Pink Grapefruit;
  • masło shea;
  • oliwka Babydream niebieska.
19 pozycji (olej kokosowy x 2) - ostro siostro... :P

Zdjęcia nie przedstawiają wszystkich moich zdobyczy, bo nadal nie mieszkam w jednym miejscu :P




Kilka olei jeszcze mnie kusi, ale na razie nie sądzę, bym dokupiła coś jeszcze ;). Te oleje w zasadzie zużywam tylko na włosy, bo moja skóra twarzy zarządziła strajk przeciwolejowy ^^.

A jak u Was ze zbiorami olejowymi? ;)

Piaskowy kameleon ;)



Lakier potrafi mnie czasem zirytować, czasem - nie ze swojej winy ;) - czyli mała opowieść o tym, by nie oceniać koloru w świetle sztucznym, "ciemną nocą" :P.

W swoich zbiorach miałam już chabrowy, ciemnoniebieski piasek, jednak chciałam spróbować czegoś jaśniejszego. Lakier Pierre Rene Top Flex Longlasting Sand Effect nr 09 nie był może dużo jaśniejszy w buteleczce, ale ciekawy, morski shimmer skutecznie mnie do siebie przyciągnął ;).

Paznokcie maluję zwykle wieczorem - machnęłam więc dwie warstwy i patrzę, a tu kolor... intensywnie ciemnozielony, taki, który obok niebieskiego nawet nie stał :P. Delikatnie mówiąc poirytowana poszłam spać... by rano ujrzeć wyczekiwaną niebieskość na paznokciach ;). Śmiało mogę powiedzieć, że to mój pierwszy piaskowy kameleon ;).

Oryginalna buteleczka bardzo przypadła mi do gustu, pędzelek jest dobrze wyprofilowany i łatwo się nim maluje. Malutki minus za długi trzonek pędzelka (uwarunkowany wysokością buteleczki) - ciężko jest doczyścić opakowanie i zamknąć bez brudzenia szyjki ;)

Po dwóch warstwach czasami przebijały się końcówki, jednak nie rzutowało to na całkiem mocny, chropowaty efekt. Pomalowałam nim paznokcie w środę i zmyłam... w kolejną środę, kiedy tylko końcówki były lekko starte (i widać było lekki przyrost paznokcia).

Za swój egzemplarz zapłaciłam 11,39 zł (11 ml).

Kusi mnie bardzo koralowy odcień z tej serii <3







Ciekawy gadżet do mycia twarzy ;)



Skusiła mnie do testów obietnicą demakijażu samą wodą, co wydawało mi się nie do wyobrażenia ;).
Chodzi oczywiście o rękawicę do demakijażu Glov Hydro Dermaquillage Comfort od Phenicoptere:








Zapakowana w sztywny kartonik oraz folię, w pierwszym kontakcie robi wrażenie jak mała poszewka na poduszkę z kwadratowym otworem ;). W dotyku milsza niż nowa ściereczka z mikrofibry. Duża kosztuje 49,90zł, a mniejsza 39,90zł.

Zgodnie z zaleceniami namoczyłam ją wodą (letnią, żeby było trudniej :P), wkładałam dłoń w jeden z rogów i przykładałam na chwilę do oka, a następnie zbierałam makijaż z okolic oczu - w razie potrzeby zmieniałam rogi, a potem środkiem ściereczki oczyszczałam resztę powierzchni twarzy.

Do demakijażu oczu sprawdza się świetnie, tak samo jak przy zastosowaniu lekkiego podkładu  czy kremu tonującego - po późniejszym przetarciu twarzy tonikiem nie zauważyłam żadnych resztek malunków ;). Natomiast przy cięższych kalibrach (podkład City Matt Lirene) widać niedociągnięcia w demakijażu i to całkiem spore.

Trochę bałam się o czystość tej ściereczki, jednak wystarczy odrobina mydła czy żelu, kilka potarć i materiał jest czysty jak nowy. Producent mówi o trzymiesięcznej trwałości (oczywiście przy pamiętaniu o każdorazowym wysuszeniu ;)).

Niemniej ciekawy gadżet, który całkiem dobrze może sprawdzić się w podróży albo przy wrażliwości okolic oczu, jednak wiodącym środkiem do demakijażu u mnie nie zostanie ;)

Produkt otrzymałam do testów od sklepu Ciao.pl za pośrednictwem portalu Uroda i Zdrowie.

Zaciekawiłam? ;)

"Perełki" ;)



Profesjonalnej obsługi cieni do powiek dopiero się uczę, jednak jak wiadomo - ćwiczenie czyni mistrza ;)

Dziś przedstawię Wam cienie Ikos LS6 w zimnej tonacji kolorystycznej:


5 cieni(po 2g) zamkniętych w przeźroczystym, solidnym opakowaniu kosztuje 45 zł. Całość dodatkowo zapakowana jest w kartonik z twardego plastiku.

Same cienie prezentują się "w akcji" tak:


.

Na dłoni nie mam bazy, więc jak widać pigmentacji nie można nic zarzucić. Samym jednak tym zestawem możemy zmalować jednak tylko makijaż dość subtelny (drugi z dwóch zestawów tych cieni myślę, że dałby większe pole manewru), jednak użyte do rozświetlenia oka (mają perłowe wykończenie) sprawdzają się znakomicie.

Dołączone aplikatory, jak można się spodziewać, niezbyt dobrze współpracują z moją średnio wprawną makijażowo dłonią :P. 

Spróbowałam ich na moich powiekach bez bazy - pobiły oficjalny rekord (mam bardzo tłuste powieki, wszystko z nich spływa) pozostając 6 godzin w nienaruszonym stanie, bez osypywania, rolowania, zbierania w zagłębieniu powieki. Nie zarejestrowałam też żadnej negatywnej reakcji ze strony moich oczu, żadnego podrażnienia.

Z całą pewnością - warte uwagi ;). Zastanawiam się nad kupnem zestawu LS7, by mieć większe pole manewru, ale najpierw - muszę się makijażowo rozwinąć ;)

Cienie otrzymałam od sklepu ciao.pl za pośrednictwem portalu Uroda i zdrowie.

Parafina - upokorzony dobroczyńca czy diabeł w kosmetycznej skórze?



Parafina to składnik często przewijający się w blogowych postach. Składnik przez jednych palony na stosie kosmetycznej inkwizycji, przez innych kochany. Nie minę się z prawdą, gdy powiem, że należę do obu tych grup - parafinę jednocześnie kocham i nienawidzę, w zależności od tego, gdzie ją użyję.

Parafina nie jest pojedynczym związkiem - jest mieszaniną węglowodorów nasyconych (najprostszych związków węgla i wodoru) pozyskaną w procesie destylacji ropy naftowej. Samo źródło parafiny budzi złe skojarzenia u niektórych, co jest o tyle dziwne, że przecież poczciwa ropa... jest naturalnym surowcem występującym na Ziemi.

W zależności od swego składu (długości łańcucha węglowego alkanów wchodzących w jej skład), parafina może występować w formie płynnej (tzw. olej parafinowy), miękkiej w temperaturze pokojowej lub stałej. Spotykamy ją w kosmetykach do włosów, ciała, twarzy, w czasie zabiegów parafinowych w kosmetyczki, lekarza czy... w aptece.

Jeśli chodzi o kosmetyki, to zadanie parafiny jest jasne - zatrzymać wodę w skórze/włosach, czyli pełni zadanie okluzyjne (jest emolientem). Może zadziałać komedogennie (wywołać powstanie zmian trądzikowych), jednak jest to sprawa wysoce indywidualna - tak samo jak od danej osoby zależy, czy któryś z naturalnych, roślinnych olejów nie spowoduje kolokwialnie mówiąc zapchania. Przyznaję, że dokładnie takie negatywne efekty jej używania obserwowałam na swojej twarzy, dlatego w tych rejonach jej nie stosuję.

Bardzo sucha skóra mojego ciała natomiast kocha parafinę ze względu na jej ochronne właściwości. Wiele razy spotkałam się z zarzutem, że składnik ten nie pozwala skórze "oddychać". Zapominamy jednak o tym, jak szybko taką okluzyjną, parafinową warstwę ścieramy ze swojego ciała bardzo szybko w czasie snu, ubierania i zdejmowania odzieży, dotyku... Warstwa ta to nie beton, który bezwarunkowo zrobi nam krzywdę, za to może zapobiec wysuszeniu skóry na wiór.

Składnik ten często wykorzystywany jest w kosmetykach dla niemowląt. Zamiast krzyczeć, że producenci chcą bobasom zrobić krzywdę, pomyślmy - wiele typowo naturalnych składników, takich jak oleje roślinne czy ekstrakty, potrafi porządnie uczulić. Parafina jest środkiem natłuszczającym dużo bezpieczniejszym pod tym względem do zastosowania u dzieci, jeśli chodzi o statystykę występowania alergii (parafina farmaceutyczna uznana jest wręcz za substancję obojętną, jednak jak wiadomo - uczulonym można być na wszystko, jednak w tym wypadku jest to bardzo rzadkie ->nie mylić z objawami komedogennymi). Niestety, w tego typu kosmetykach zdarzają się też zapachy oraz konserwanty, na które reaguje wrażliwa skóra, a efekty zrzucamy od razu na niekoniecznie winną parafinę.

Zabiegi parafinowe dłoni i stóp to także ciekawa sprawa - sama parafina nie jest w stanie odżywić w takim wypadku skóry (może tylko ochronić przed utratą nawilżenia, wbrew obiegowym opiniom o cudownym działaniu samego okładu parafinowego). W takim przypadku najważniejsze jest to, co nałożymy pod okład i co w następnym etapie zostanie aktywowane przez ciepło.

Cały sekret zabiegów parafinowych tkwi właśnie w cieple, które rozluźnia, wspomaga wchłanianie, zmniejsza ból i rozszerza naczynia krwionośne. Okłady i kąpiele tego typu stanowią sporą pomoc w chorobach układu ruchu.

Parafina jest też stosowana wewnętrznie jako środek przeczyszczający, chętniej polecana niż naturalny olej rycynowy (który powoduje przekrwienie śluzówki jelit, w przeciwieństwie do parafiny).

Jeśli chodzi o włosy - parafina zabezpiecza, chroni przed puchem związanym z przyjmowaniem i utratą wody przez włos. Nie jest w stanie zrobić włosom krzywdy innej niż wizualnej (puch, obciążenie, strączkowanie -> do zniwelowania jednym myciem) i potrzebuje mocnego detergentu do zmycia, jednak... porządnie nadbudowane oleje roślinne (tak, one też mogą ;)) usuwamy w identyczny sposób. Wiele włosomaniaczek odżegnujących się od stosowania parafiny używa nafty do włosów, która na pierwszym miejscu w składzie ma Petrolatum, czyli parafinę (inne nazwy: Paraffinum liquidum, Petrolatum liquidum, Oleum Paraffini, Oleum minerale album, White oil, Mineral oil, Olej parafinowy, Parafina płynna, Olej mineralny). Sama parafina nie odżywia, tak samo jak w przypadku zabiegów na ciało, jednak nie można pominąć jej zabezpieczających zasług.

Tekst ten nie ma na celu gloryfikowania czegokolwiek, przedstawia mój punkt widzenia na sprawę jednej z wielu kosmetycznych nagonek.

Unikacie parafiny czy nie? A może tak jak ja - kochacie i nienawidzicie? ;)

P.S. Dziękuję mojemu Recenzentowi, Panu z Całką ;)