Dlaczego paznokcie się łamią, rozdwajają, pękają ?



Właściwie każda z nas na jakimś etapie życia doświadczyła jednego z paznokciowych problemów, jakie nadmieniłam z tytule posta. Wiadomo - jest objaw, musi być i przyczyna (chociaż pamiętam jak dziś, że gdy kilka lat temu przedstawiłam problem z rozdwajającymi się paznokciami kosmetyczce to usłyszałam - po eliminacji różnych czynników - że "taka moja uroda" :P).

Jakie mogą być więc przyczyny takiego stanu rzeczy?

  • Dieta - gdy organizmowi brakuje substancji odżywczych, soli mineralnych i witamin (zwykle wtedy, gdy nasze posiłki nie są zbyt urozmaicone lub gdy w niedługim czasie schudniemy bardzo szybko) ogranicza on ich dostarczanie do "nie niezbędnych" komórek, m. in. macierzy paznokcia, co odbija się na jego wyglądzie.
  • Technika piłowania i sprzęt, jaki do tego używamy - zwykle problem wynika z piłowania w dwie strony ("tam i z powrotem"), często pilnikiem metalowym i jeszcze dodatkowo - wymoczonych, rozmiękczonych paznokci. Warto pomyśleć o zmianach - piłować suche paznokcie w jedną stronę i dodatkowo spróbować pilniczków papierowych bądź szklanych (na temat których też warto zasięgnąć opinii, bo niektóre - nie nadają się do niczego).
  • Konkretne składniki, m.in. mocne detergenty (wtedy warto myć naczynia w rękawiczkach), aceton, alkohol izopropylowy czy formaldehyd. To wynika jednak z wrażliwości indywidualnego, jednak warto rozważyć taką możliwość.
  • Częste moczenie paznokci w wodzie, szczególnie ciepłej i z dodatkiem detergentów.
  • Mróz, zimno, wiatr - często problemy paznokciowe dopadają nas w okresie jesienno - zimowym właśnie z powodu występowania tych czynników. Warto polubić się z rękawiczkami i kremem do rąk ;).
  • Kształt paznokci - zdarza się i tak, że akurat opiłujemy paznokcie na kształt, przy którym łatwiej je złamać (prawa fizyki rządzą ;)).
  • Choroby paznokci, np. grzybica.
  • Choroby ogólnoutrojowe - szczególnie, gdy rozdwajaniu paznokci towarzyszą inne, niepokojące objawy - nie bójmy się więc badań.
  • Zdjęcie tipsów, lakieru hybrydowego, akryli itp.
  • Urazy w okolicach macierzy paznokcia - często lekceważone, dające objawy po dłuższym czasie.
  • Obgryzanie skórek i/lub paznokci - tutaj nic nie trzeba dodawać.
  • Burze hormonalne - m.in. okres dojrzewania, ciąży, menopauzy.
 Czasem występuje jeden z tych czynników i już można zauważyć niepokojące objawy, innym razem - dopiero zestaw bodźców generuje problem.

A jak jest u Was? Jak się miewają Wasze paznokcie w obliczu nadchodzącej zimy? ;)

Płyta granitowa... na paznokciach :P



Jak zapewne zauważyliście, w ostatnim czasie dopadł mnie szał na drobinkowo - brokatowy manicure, a dodatkowo zakochałam się w lakierach produkowanych dla SuperPharm ;).

Lakier Life nr 21 to miks większych i mniejszych biało-czarnych drobinek zanurzonych w bezbarwnej bazie (długo myślałam, że to białe drobinki zanurzone w czarnej bazie, ale jak widać - człowiek całe życie się uczy :P). Nie jest to produkt do stosowania solo (dopiero po sporej liczbie warstw osiągnęlibyśmy stan nieprześwitujący, jeśli w ogóle), za to zastosowany jako top coat na kolorowy lakier - daje świetny efekt.

Sama nałożyłam go na lakier Delii z serii Matt Effect nr 407 (szukałam odpowiedniej szarości i tylko taką miałam na stanie w mieszkaniu ;)), co dało efekt bardzo mocno kojarzący mi się z płytami granitowymi :P.

Całość wyschła całkiem szybko, na zdjęciach widzicie jedną warstwę szarego lakieru + dwie warstwy top coatu. Stan na czwarty dzień od zmalowania, mimo intensywnych działań w laboratorium i na pracowni - dopatrzyć się można tylko lekko startych końcówek ;)

Jak to brokaty - nie zmywają się tak łatwo jak kremy, jednak... tragedii nie ma ;).

Tym razem za 5,5ml lakieru zapłaciłam 4,99zł (promocja minęła).

Dzięki jednej z Czytelniczek (dziękuję!) zwróciłam uwagę na to, że te lakiery produkuje dla SuperPharm Ados :D





Jeszcze nigdy żaden mój manicure nie zebrał w realu tylu pochwał :D


Refleksja po "przygodzie uczuleniowej", czyli nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło?



Minęło 5 dni od publikacji posta opisującego moją dość ciekawą alergiczną przygodę. Sam opis, mimo, że dość sugestywny, nawet w połowie nie odzwierciedlał tej masakry na twarzy mej. Obecnie wszystko, co się łuszczyło należy do przeszłości, więc czas na małe podsumowanie stanu skóry "po":

  • Moja skóra mniej się przetłuszcza, ale też jest bardziej wrażliwa na wszelkie środki, których używałam wcześniej.
  • Zmiany alergiczne pozostawiły ślady jedynie w okolicy ust (nieliczne, myślę, że łatwe do usunięcia, czyli w domyśle złuszczenia).
  • Ilość zaskórników na brodzie zmniejszyła się o połowę.
  • Czoło na szczęście nie zostało pobłogosławione żadnymi pozostałościami, i dodatkowo mogę powiedzieć, że teraz, po jaszczurzeniu, jest jak pupka noworodka i nawet moje bardzo krytyczne oko nie zdołało dopatrzeć się na nim śladów zaskórników zamkniętych czy otwartych.
  • Nos i okolice przynosowe stały się bardzo wrażliwe na warunki atmosferyczne, głównie wiatr i zimno. Gdy tylko coś im nie odpowiada reagują delikatnym piórkowaniem (białe, suche skórki).
  • Zaskórniki otwarte na nosie uległy zwężeniu i być może - spłyceniu.
  • Policzki są w stanie nienaruszonym.
Podsumowując - przeżyłam ciężkie dwa tygodnie, ponieważ nie ukrywajmy - nasz wygląd wpływa na nasze samopoczucie, a ja najpierw wyglądałam jak wielka opryszczka, a potem - jak liniejąca jaszczurka (skóra naprawdę schodziła płatami, nie płatkami :P). Końcowy bilans wygląda następująco - skóra na razie jest "mniej tłusta", ale już nie sucha, bardziej wrażliwa, pojawiło się kilka śladów po zmianach w okolicach ust (łatwych do wyeliminowania), a populacja zaskórników została wyeliminowana z okolic czoła, zmniejszona natomiast na brodzie i nosie.

W konsekwencji... moje uczulenie dało efekt jak po głębokim peelingu kosmetycznym lub dermatologicznym (coś jak 70% kwas glikolowy) - spojrzałam nawet na zdjęcia "po" tego typu zabiegach i łuszczenie było bardzo podobne.

Miło mi bardzo, że cała sytuacja dała jakiś pozytywny efekt, niemniej nie chciałabym tego więcej przechodzić. Czekają mnie także lekkie zmiany w pielęgnacji, bo muszę poszukać tłustszego kremu na zimę...

Jakieś propozycje? Kuszą mnie kremy Fitomedu i chyba sobie jakiś sprawię.

P.S. Na 99% to uczulenie na lilie. Cieszę się niezmiernie, że to nie pirydyna :D

Jubileuszowy konkurs-rozdanie z Dermedic ;)



Niedawno minęły dwa lata od czasu, gdy zaczęłam pisać tego bloga jako Kascysko ;). Obiecałam Wam z tej okazji niespodziankę - trochę trzeba było na nią czekać ze względu na mój życiowy młyn, jednak mam nadzieję, że uznacie, iż było warto ;).

Nagrody będą 3, ufundowane prze firmę Dermedic - pierwsza dla odpowiedzi, która skradnie moje serce, a pozostałe dwie powędrują do dwóch innych uczestników ;).




Nagroda I:
  • Płyn micelarny Hydrain3Hialuro
  • Koncentrat balsamu nawadniający skórę Hydrain3Hialuro (duży)
  • Olejek do kąpieli Emolient Linum (duży)
  • Żel pod prysznic odbudowujący barierę ochronną skóry Emolient Linum
Nagroda II:
Nagroda III:
  • Płyn micelarny Hydrain3Hialuro
  • Krem nawilżający o dogłębnym działaniu Hydrain3Hialuro
  • Peeling enzymatyczny Hydrain3Hialuro
Kosmetyki wraz z opisem możecie obejrzeć na stronie Dermedic.

Jak widać, jest o co grać ;)

 Regulamin:

  • Organizatorami konkursu jest właścicielka bloga kascysko.blogspot.com oraz firma Dermedic.
  • Warunkiem koniecznym do wzięcia udziału jest publiczne obserwowanie w/w bloga (1 los) lub polubienie jego fanpage (1 los), ponadto polubienie fanpage Dermedic oraz wypełnienie PEŁNEGO szablonu zgłoszenia (wraz z odpowiedzią na pytanie konkursowe)  i pozostawienie go w komentarzu pod tym postem.
  • Wysyłka na terenie Polski.
  • Koszty wysyłki pokrywa organizator.
  • Rozdanie trwa od 13 listopada 2013 roku do 4 grudnia 2013 roku do godziny 23:59.
  • Wyniki zostaną opublikowane w ciągu tygodnia od zakończenia konkursu.
  • Nagrody, w liczbie 3, zostaną przyznane: I - najlepszej odpowiedzi, II i III - rozlosowane wśród pozostałych uczestników spełniających kryteria.
  • Po opublikowaniu wyników zwycięzca ma 3 dni (72 h) na przesłanie danych adresowych - w przeciwnym wypadku wybrany będzie nowy zwycięzca.
  • Pytanie konkursowe: Podpowiedź mi, w jaki sposób mam uczcić swój blogowy jubileusz, dysponując kwotą 100 zł na ten cel ;)
  • Dodatkowe losy przyznawane są za:

  1. Odpowiednio: polubienie FB w/w bloga lub publiczne obserwowanie: po 1 losie.
  2. Opublikowanie posta z linkiem do rozdania na FB: 1 los.
  3. Dodanie bloga do blogrolla: 2 losy.
  4. Notka z linkiem do rozdania: 2 losy.
  5. Dodanie banera z linkiem do rozdania na głównej stronie bloga: 3 losy.

  • Maksymalnie można zebrać 10 losów.
  • Szablon zgłoszenia:
Obserwuję jako:
Obserwuję bloga na FB jako (imię i pierwsza litera nazwiska):

Obserwuję Dermedic na FB jako (imię i pierwsza litera nazwiska):
e-mail:

Odpowiedź:
Link do posta na FB: tak/nie (link)
Blogroll: tak/nie (link)
Notka: tak/nie (link)
Baner: tak/nie(link)


  • Zgłoszenie do konkursu oznacza akceptację niniejszego regulaminu oraz przetwarzanie danych osobowych zgodnie z Ustawą o Ochronie Danych Osobowych (Dz.U.Nr 133 pozycja 883).
  • Rozdanie nie podlega Ustawie z dnia 29 lipca 1992 roku o grach i zakładach wzajemnych (Dz.U. z 2004 roku Nr 4 poz. 27 z późniejszymi zmianami).
Zapraszam do udziału i wszystkim życzę powodzenia ;)


Nieudana mięta po tuningu ;)



Kolory okołomiętowe kojarzą mi się z latem, a jak wiadomo - zimy i brzydkiej jesieni nie cierpię z wzajemnością, dlatego też często manicure mam zgoła nieprzystający do pory roku ;).

Niewiele mam w swojej kolekcji lakierów zapachowych, jednak połączenie ładnego odcienia z delikatnym złotawym shimmerem oraz niską ceną (3,49zł/8ml)przekonało mnie do kupna Miyo Mini Drops nr 43 Mint. Buteleczkę posiada zgrabną, pędzelek dobrze przycięty i nie za duży - nic tylko malować

Dwie warstwy kryją całkowicie, bez smug,  dając żelkowy efekt, pachnie bardzo przyjemnie słodzoną miętą... Jednak cóż z tego, jeśli po 2,5 h od malowania i użyciu wysuszacza dorobiłam się na swoim manicure niechcianej tekstury:





Niewiele więc myśląc złapałam za jeden z moich nowych nabytków, czyli lakier Life nr 40 (4,99zł/ 5,5 ml), który zawiera drobinki brokatu w dwóch wielkościach - drobniutkiej mgiełki zielono-niebieskiej i większych, różowo-wrzosowych.

Na każdy z paznokci nałożyłam dwie warstwy, które wyschły w trymiga i obecnie mogę pochwalić się takim zdobieniem:





Oto lakiery wykorzystane:



Fascynacja lakierami Life rośnie. A Wy - macie jakiś albo polujecie na któryś? ;)


Coraz mniej tego, co "skórne", jest mi obce...



Na wstępie muszę Was przeprosić za moją blogową niebytność - nadmiar zajęć, wyjść i wizyt w szpitalu sprawił, że najzwyczajniej w świecie mam niewiele czasu. Nadrobiłam komentarze i maile, jednak prawie na pewno coś przeoczyłam - proszę więc o przypomnienie się na maila bądź w komentarzach ;).

Skórę twarzy mam tłustą, i to właściwie książkowo tłustą. Czasem nawet śmieję się, że przydział sebum przeznaczony na całe moje ciało wydziela się tylko i wyłącznie na mojej facjacie :P. Z racji, że taką cerę posiadam od czasów nastoletnich to pielęgnację mam w zarysie opracowaną - wiadomo, produkty się zmieniają.

Jednak nawet moja skóra, która od jakiegoś czasu była dla mnie względnie obliczalna - potrafi mnie zaskoczyć.

Otóż od jakiś 10 dni posiadam skórę suchą na twarzy. Książkowo suchą, jednak wiem, że jest to stan przejściowy ;). Jak do tego doszło?

Zostałam pobłogosławiona uczuleniem. Do końca jeszcze nie wiem, czy to nowa postać mojej alergii na lilie (do tej pory tylko "płakałam" i miałam katar - opcja bardziej prawdopodobna) czy nadwrażliwość na pirydynę (opcja mniej prawdopodobna, ale na niej pracuję, więc może...).

Pewnego pięknego dnia obudziłam się z podskórnymi, niewielkimi gulami na czole, nosie, okolicach ust, brodzie i dolnej połowie powierzchni policzków. Pomacałam - uczucie, jakbym miała 70% twarzy usianej początkowym stadium opryszczki wargowej... co dodatkowo zostało utwierdzone tym, że po 2-3 dniach ze zmian zaczął sączyć się płyn surowiczy.

Lekarz, diagnoza alergii nie do końca znanego pochodzenia, leki...

Zmiany "wyschły"i całkiem szybko się goiły. Jednak oczywiście był też drugi akt ten skórnej tragedii :P. Skóra twarzy zaczęła się łuszczyć. Na bogatości, czyli schodzić płatami jak po mocnych, dermatologicznych peelingach (jaszczurzenie trwało jakieś 2 dni). W czasie tego procesu oraz po nim (czyli już od tygodnia) doświadczam tego, że nakładam krem do twarzy i po kilku minutach w ogóle nie czuję, że cokolwiek zastosowałam :/ Rekordem było sześciokrotne nałożenie arbuzowego kremu Apis w ciągu godziny, zanim poczułam cokolwiek pokroju nawilżenia.

Sytuacja się jednak poprawia z każdym dniem i myślę, że niedługo będę mieć znów swoją tłustą cerę - nie myślałam, ze kiedykolwiek będę za nią tęsknić ;). Gdy już do tego dojdzie zabiorę się za likwidację pojedynczych śladów, jakie pozostawiły po sobie te tajemnicze zmiany. Chwilowo mam więc cerę bardziej nieidealną niż zwykle :P.

Macie za sobą takie dziwne, twarzowe historie? Jeśli chcecie - podzielcie się nimi w komentarzach ;)


Jogurt jagodowy po raz drugi? ;)



Z objęć szału piaskowego wpadłam wprost w ramiona szału brokatowego - poluję na coraz to nowe lakiery w kropeczkowym stylu i nawet dziś udam się w poszukiwaniu kolejnych ;).

Lakier Life nr 24 jeszcze bardziej kojarzy mi się z jogurtem jagodowym niż jego brat - we wrzosowo-różowej bazie zatopione zostały nieregularnej wielkości drobinki białego i czarnego brokatu. Wymaga zastosowania podkładu (u mnie - biały lakier z Miss Selene), bo niestety, ale pełne krycie zostałoby chyba osiągnięte po milionie warstw. Zastosowanie bazy ma jednak swoje plusy - zmycie go jest wyraźnie łatwiejsze po jej użyciu ;). Lakier schnie szybko, więc mimo dodatkowej warstwy emalii nie wydłużamy drastycznie czasu robienia manicure.

Na moich paznokciach są dwie warstwy tego lakieru pokryte topem.

W promocji dostałam go w Superpharm w cenie 3,49 zł/5,5 ml.

I znów jestem zakochana i... chcę więcej tego typu lakierów, doradzicie? ;)








Jak się Wam podoba? ;)

Problemy włosowe VII: czy warto nakładać olej/maskę/wcierkę na włosy potraktowane wcześniej silikonami i innymi filmformerami?




Pytanie tego typu często przewija się przez wątki na Wizażu, w Waszych mailach do mnie oraz w komentarzach. Substancje filmotwórcze (filmformery inaczej) to silikony, polyquateria, quateria oraz guma guar i jej pochodne. Do tej grupy zalicza się też parafinę ze względu na to, że do całkowitego jej zmycia potrzeba mocnego detergentu.

Ze względu na powłokotwórcze właściwości filmformerów (jak sama nazwa wskazuje) wiele włosomaniaczek zastanawia się, czy odżywcze składniki dostarczone wraz z olejem, maską, wcierką czy serum mają szansę przebić się przez tą powłokę zadziałać, a co za tym idzie - czy na włosy potraktowane rozważanymi składnikami (bez zmycia) warto nałożyć coś odżywczego?

Jak najbardziej warto. W ferworze naszej włosowej pielęgnacji warto zatrzymać się na chwilę nad tym problemem i zastanowić, by określić własne stanowisko w temacie ;). Kosmetyki zawierające filmformery zwykle nie składają się tylko i wyłącznie z nich (wyjątek może stanowić serum na końcówki). Część z tych składników odparowuje w czasie, jest zmywanych wodą bądź łagodnym detergentem, a także... po prostu ścierają się w czasie z powierzchni włosa i skóry.

Kooperacja niemiecko-białoruska kontra moje włosy



Niemiecko-białoruska marka Wellreal była mi do niedawna nieznana i nadal pamiętam moje zaskoczenie, gdy przeczytałam, jakiej "narodowości" jest ta firma :P. Miałam już okazję spróbować kilku produktów do ciała, a teraz... przyszedł czas na włosy ;). Tak więc dziś powiem więcej o szamponach: wzmacniającym i do włosów suchych oraz odżywki/balsamu do włosów suchych.

Szampon do włosów suchych:


Opakowanie: Wysoka butelka zamykana na "pstryk", wygodna w użytkowaniu, nie wyślizguje się z ręki. Naklejki są odporne na czynniki zewnętrzne ;)

Pojemność / cena: 500 ml / 16 zł; 250 ml / 9,99 zł.

Skład:




Mimo mocnej mieszanki detergentowej nie jest typowym szamponem oczyszczającym, ponieważ zawiera po zapachu pochodną gumy guar. Poza tym znajdziemy modyfikowane estry pochodzące z masła babassu oraz ekstrakt z pszenicy (po zapachu). Zawiera zestaw konserwantów, chlorek sodu oraz barwniki - uwaga wrażliwcy.

Konsystencja:


Pomarańczowy żel, dość gęsty jak na szampon do włosów, ale nie przeszkadza to w jego używaniu.

Zapach: Czuję lekką nutkę jakiejś męskiej wody kolońskiej, ale nie zostaje na włosach.

Szampon wzmacniający: 


Opakowanie, cena, pojemność: jak wyżej.

Skład:

 

Baza detergentowa jest taka sama, jak u jego brata, i on także zawiera pochodną gumy guar po zapachu. Znajduje się w nim także ekstrakt z krwawnika oraz kompleks ceramidowy.
Zawiera konserwanty, chlorek sodu i barwniki - uwaga wrażliwcy.

Konsystencja:


Dość gęsty, jasnoróżowy żel.

Działanie: Szampony opiszę razem, ponieważ jeśli chodzi o moje włosy - nie widzę między nimi różnicy. Mimo zawartości filmformeru produkty te naprawdę bardzo dobrze myją - widocznie jest go naprawdę niewiele. Jestem fanką mocnych szamponów i te z całą pewnością mogę zaliczyć do grupy tych, które się sprawdziły - włosy po myciu są należycie oczyszczone, odświeżone, nieobciążone. Dodatkowo nie są szorstkie (rzadko bo rzadko, ale po niektórych produktach do mycia przydarzały mi się takie historie), a w związku z tym nie mają tendencji do kołtunienia.

Mój skalp także wydał opinię pozytywną - nie zanotowałam żadnego swędzenia przy ich stosowaniu.

Zapach: Kwiatowy.

Odżywka/balsam do włosów suchych:


Opakowanie, cena, pojemność: jak wyżej.

Skład:



Znajdziemy w niej mieszankę emolientów (także filmformerów: silikony, polyquaterium i pochodnej gumy guar), ekstrakt z nasion pszenicy oraz olej z palmy Orbignya Oleifera.
Zawiera konserwanty (w tym paraben) oraz barwniki - uwaga wrażliwcy.

Konsystencja: 


Dość gęsty krem, ale nie na tyle, by utrudniać aplikację produktu z butelki.

Działanie: Przyznaję, że lubię nakładać produkt do spłukiwania "na bogatości" - tak mam od chyba początków włosomaniactwa i ciężko będzie to zmienić ;). Ten kosmetyk natomiast jest z gatunku tych, które muszę dozować rozsądnie, by nie zostać pobłogosławioną przyklapem, przyliżem i przetłuszczem. Na szczęście wiem już, jaką ilość tej odżywki nałożyć, by nie przedobrzyć. Dla mnie jest to produkt pogodoodporny - po jego użyciu deszcz za oknem w żadnym stopniu nie był straszny moim lokom. Nadal wyglądały jak tuż po wyjściu z domu, bez jakiś dziwnych zmian kształtu i faktury. Nie rozprostowuje mi skrętu, ujarzmia i definiuje loki.

Całkiem nieźle sprawdza się jako odżywka bez spłukiwania, ale tutaj dobranie ilości takiej, by końcówki nie były przeciążone to dopiero była sztuka :P. I kolejne spostrzeżenie - nie mogę używać jej jako d/s i b/s w jednym cyklu mycia, bo po wyschnięciu mam image na "włosy średnio-świeże".

Podsumowując - żałuję, że nie widuję (jeszcze?) tych produktów stacjonarnie, bo kuszą mnie inne ich szampony. Odżywka natomiast jest dobra, ale przy mojej galopującej niskoporowatości używanie jej wymaga ode mnie sporej precyzji :P

Spotkałyście się już z tymi kosmetykami stacjonarnie?


Jogurt jagodowy ;)



Nie ma to jak uczestniczyć w wizażowym wątku włosowym, gdzie notorycznie kuszą cudami paznokciowymi :P. Przyznaję, że ostatnio jestem bardzo nie na czasie, jeśli chodzi o wszelkie kosmetyczne promocje - jakoś nie po drodze mi z przeglądaniem gazetek promocyjnych ;).

Na Wizażanki jednak zawsze można liczyć - to one sprawiły, że usłyszałam o promocji na lakiery Life w Superpharm oraz pokazały mi piękne "kropkowe" egzemplarze tej firmy. Nie zastanawiając się długo wybrałam się na spacer (w tempie rączej gazeli :P) wzdłuż Wisły do Galerii Kazimierz na zakupy :D.

W ten oto sposób w moje ręce trafił lakier Life nr 22 - w buteleczce jest to krwistoczerwona baza z zanurzonymi w niej drobinkami czarnego i białego brokatu o różnej wielkości. Na paznokciach kolor staje się rasowo-malinowy i przywołuje u mnie skojarzenia z domowym jogurtem jagodowym ;).

Ładna, zgrabna buteleczka z dobrze skrojonym pędzelkiem kryje 5,5 ml lakieru (jest nadzieja, że może go zużyję :P) w obłędnej cenie 3,49 zł (w promocji, bez niej kosztuje 5 zł). Jako bazę użyłam jednej warstwy białego lakieru Miss Selene (myślę, że lakier Life nałożony dwoma warstwami na paznokieć "bez podkładu" będzie półprzeźroczysty na końcówkach). Schnie całkiem szybko, a nałożenie warstwy topu przeciwdziała odrywaniu się pojedynczych drobinek brokatu.

Nosiłam go od środy do dziś, nie zanotowałam uszkodzeń, a dzięki warstwie lakieru bazowego zmycie go nie przysporzyło mi wielki trudności ;).

Chyba się w nim zadurzyłam <3






A Wam jak się podoba? ;)

A jednak - podcięłam włosy!



Kilka dni temu pisałam o tym (KLIK!), że chodzi za mną jakaś włosowa zmiana - podcięcie i/lub fioletowe ombre zrobione gencjaną. Właściwie jednogłośnie w komentarzach odciągaliście mnie od decyzji o podcięciu - dziękuję, że moje włosy mają u Was tak wysokie oceny ;).

Wczorajszego wieczora naszła mnie znów ochota na podcięcie, a z racji tego, że w ostatnim czasie moje nieprzemyślane decyzje są wyborami najlepszymi - zrobiłam to ;). Ściągnęłam rodzicielkę z łóżka, namoczyłam włosy, rozczesałam (ciekawe doświadczenie swoją drogą ;)).

Mama stwierdziła, że ich nie podetnie, bo po 3 sekundach od rozczesania były już konkretnie skręcone :P. Byłam już mocno zafiksowana na podcięcie, więc... nałożyłam na włosy sporo oleju, by je dociążyć - zrobiły się trochę prostsze (na chwilę :P).

Mama podcięła mi je w lekkie U, i tak z włosów odrobinę za stanik w wyproście mam włosy do połowy łopatek. Czyli poleciało jakieś 10-12 cm, może nawet więcej... ;). Po rozczesaniu włosów na mokro faktycznie widziałam, że podciąć trzeba - końcówki nie były rozdwojone, jednak mocno odznaczał się jeszcze ten cieniowany dół od reszty włosów. Dodatkowo były pewnie przerzedzone przez urazy mechaniczne - swetry, szale, torebki, plecaki...

"W lokach" nie było tego widać, ale rozczesanie "na prosto" odkryło nagą prawdę :P.

Jestem bardzo, bardzo zadowolona ze swojej decyzji, teraz mogą rosnąć (biorąc pod uwagę odporność moich końcówek następne cięcie będzie pewnie za rok :P), ale oczywiście - muszę się przyzwyczaić. Czuję się dziś trochę, jakbym włosów nie miała, ale myślę, że do tygodnia mi przejdzie ;).

Tak moje włosy wyglądały kilka dni temu (specjalnie nie wybrałam zdjęcia z tego postu z opcją megaskrętu, bo jest niemiarodajne porównawczo ;)):


A tak wyglądają dziś:


To jeszcze nie do końca "moje" loki - po takiej dawce czesania nie doszły jeszcze skrętowo do siebie, jednak i tak jestem bardzo zadowolona :D. Myślę, że po kolejnym myciu będzie jeszcze lepiej ;).

A co Wy o moim cięciu myślicie? ;)

Jak opanowałam trądzik XIX: mydło węglowe



Swego czasu podchodziłam do mydeł w pielęgnacji skóry twarzy jak pies do jeża, jednak po bardzo dobrze sprawdzającym się mydle Alepia z czerwoną glinką zmieniłam zdanie na ten temat. Skuszona opiniami dziewczyn z Wizażu jakiś czas temu weszłam w posiadanie mydełka węglowego z Mydlarni Tuli. Kostka lub krążek takiego mydełka kosztuje 10 zł - na zdjęciu odcięty kawałek (moje małe łapki nie nadają się do operowania całością :P).




Kostka ma odciśnięty kwiatek pokroju tulipana i sama jest koloru ciemnografitowego. Pieni się lepiej niż mydło Alepia, jednak nadal nie tak mocno jak tradycyjne mydła w kostce. Piana jest kremowa, myjąc się nim nie upaćkamy się na szaro-buro ;). Pachnie też słabiej, jak skrzyżowanie szarego mydła z jakimś męskim zapachem. Po użyciu niezmiernie ważne jest, by zostawić je do wyschnięcia - inaczej po kilkunastu dniach zamieni się w paćkowatą breję (sprawdziłam to na małym kawałku ;)).

Skład mydełka węglowego prezentuje się następująco: Sodium Olivate, Sodium Cocoate, Aqua, Sodium Palmate, Sodium Shea Butterate, Sodium Castorate, Sodium Rice Branate, Glycerin, Sodium Beeswax, Salvia Officinalis Leaf, Urtica Dioica Leaf, Arctium Lappa Radix, Flavor.

Znajdziemy tutaj mieszaninę mydeł sodowych stworzonych z olejów m.in.: z oliwek, kokosowego, palmowego, masła shea, ryżowego z dodatkiem gliceryny oraz wyciągów z szałwii, pokrzywy i łopianu. Mydło ma pH zasadowe (a skóra kwaśne), więc warto po jego użyciu przemyć twarz tonikiem bądź płynem micelarnym w celu szybszego przywrócenia równowagi ;).

Najważniejsze jest jednak działanie ;). Mydło to nie wywołało u mnie żadnych podrażnień (nawet oczu), wysuszenia czy uczucia ściągnięcia. Czyli zasada "nie szkodzić" została przez nie wypełniona w 100%. Poza tym właściwie od czasów, gdy go używam datuje się fakt, że prawie nie posiadam zmian ropnych na stałe, tylko czasem pojawi się jakaś pojedyncza wredota. Przyspiesza gojenie takich zmian, nie powoduje wysypu nowych niespodzianek (pryszczy, zaskórników, grudek), a nawet muszę przyznać, że wpłynęło na redukcję ilości zaskórników otwartych na mojej twarzy. Producent obiecuje (przy długim stosowaniu, a moje trwa już około pół roku ;)) rozjaśnienie kolorytu i przebarwień - nie zauważyłam takiego działania, ale być może z jednego powodu: u mnie nie ma czego rozjaśniać :P

Podsumowując - obok mydła Alepia to mój kolejny myciowo-twarzowy faworyt za niewielkie pieniądze ;)

Używacie mydeł w pielęgnacji twarzy?