Do -40% na pielęgnację włosów w Hebe: polecenia i... zaskoczenia



Po dość długim okresie kosmetycznego regresu w kwestii zakupów łaskawszym okiem zerkam na promocje kosmetyczne. Tym razem w oko wpadła mi oferta drogerii Hebe, gdzie od 19 do 25 października kupimy produkty do pielęgnacji włosów do 40% taniej. Słówko "do" zaniepokoiło mnie od razu, i jak się okazało - słusznie xD. Akcja nie dotyczy produktów profesjonalnych, naturalnych, dla dzieci oraz koloryzacji i stylizacji włosów. 



Miałam po drodze, więc zajrzałam do sklepu Hebe na Floriańskiej w Krakowie. Od razu mogę się pochwalić, że sama niczego nie kupiłam, ale o powodach napiszę Wam nieco później ;).

Czym warto się zainteresować w czasie tej akcji? A proszę, mam kilka typów ;)


OleoKremy Biovax pokochałam miłością wzajemną (TUTAJ znajdziecie analizy ich składów, a TUTAJ ich recenzję porównawczą) i znajdziecie je na tej promocji, ale rabat ich nie dobił do 40% xD.


Linia 01. Basil Element (analizy składów znajdziecie TUTAJ) przyciąga uwagę (zbyt) rzadko widywanym w kosmetykach do włosów ekstraktem z bazylii. Testuję obecnie odżywkę i powiem, że jestem zadowolona ;)


Linia O'Herbal sprawdza się u mnie wyjątkowo dobrze (kilka recenzji: spray - KLIK!, odżywka z miętą - KLIK! i szampon do włosów kręconych - KLIK!), podobnie jak produkty Dr Sante tej samej firmy - Elfa Pharm (recenzje masek: KLIK!KLIK! i KLIK!, analiza porównawcza: KLIK!). W tym przypadku rabat również nie rozbił banku ;).


Odżywki w piance Jantar - jedną już nawet testuję (z obiecującymi efektami!) i ich cena jest bardzo korzystna w czasie trwania promocji ;). Analizę składu mojej wersji znajdziecie TUTAJ.

Chcę Wam też nieco opowiedzieć o moich smuteczkach związanych z tą promocją. Bardzo żałowałam, że produkty profesjonalne nie wchodzą do rabatów z dwóch powodów:


Kosmetyki Chantal Prosalon kuszą mnie mocno od czasu, gdy świetnie sprawdziła się u mnie maska arganowa (recenzja: KLIK!). Niestety, jako produkt profesjonalny nie zakwalifikowały się pod promocję (chociaż i tak są obecnie nieco przecenione ;)).


Kolejne pokuszenie, które swój początek wzięło w Biedronce (analizy składów: KLIK!). Niestety - są produktami profesjonalnymi, więc przeceny - brak.

Muszę się przyznać, że do Hebe udałam się z konkretnym planem. Chciałam kupić dwa nieznane mi z autopsji Kallosy: Fig i Biotin. Moje zaskoczenie było bezcenne, gdy okazało się, że Kallosy także są produktami profesjonalnymi wg Hebe xD.


Bawią mnie też nieco karteczki z napisem "Tylko w Hebe", co jak wiadomo - nie jest prawdą ;). Ciekawostką niech będzie też fakt, że maski Seri również są produktami profesjonalnymi ;)


Rozczarowanie brakiem Kallosowej przeceny zaważyło na rezygnacji z zakupów ;). Ogólnie, po wizycie w drogerii, cały urok tej przeceny dla mnie prysł.

Ale może u Was było inaczej i przynieśliście do domu coś ciekawego? ;)
Więcej »

Ziaja Pro, Maska zwężająca pory - wieloletnia przyjaciółka ;)



Lata temu, gdy byłam jeszcze "nastką", rozpoczął się u mnie kosmetyczny boom na wszelkiego rodzaju przeciwtrądzikowe kosmetyki do twarzy. Większość z nich nie działała w ogóle, działała słabo bądź pozostawiała moją facjatę w gorszym stanie niż była (jak widać moja droga do świadomej pielęgnacji też była mocno wyboista :P), ale jeden produkt z tamtego okresu wędruje ze mną do dziś ;). 

Po zachłyśnięciu się kosmetykami drogeryjnymi przyszedł czas na zagłębianie się w kosmetyki "przeznaczone do salonów kosmetycznych". Mój budżet w tamtym okresie nie pozwalał na wiele ekscesów (i bardzo dobrze xD), dlatego też bardzo szybko w kręgu moich zainteresowań znalazła się linia Ziaja Pro, a w niej, między innymi, Maska zwężająca pory.


Solidne, plastikowe opakowanie pozwala na jedynie wagową kontrolę zużycia produktu, ale trzeba przyznać - jest trwałe i higieniczne dzięki zastosowaniu pompki. Wizualnie opakowanie jest mocno apteczne i ascetyczne, ale jednocześnie nawiązuje do innych, Ziajowych linii. Oceniam je jednak na plus ;).

270ml maski kosztuje, w zależności od miejsca, od 15 do 20zł - naprawdę niewiele. Swoje egzemplarze (łącznie 5 opakowań) kupowałam na Allegro.

Skład:


Trzy zacne ekstrakty znajdziemy tuż po wodzie: z oczaru wirgilijskiego, lukrecji i herbaty chińskiej, zatopione w glikolu propylenowym i pantenolu (humektanty). W dalszej części składu znajdziemy substancje konsystencjotwórcze (karbomer) oraz zestaw konserwantów, regulator pH i kompozycję zapachową.

Już na pierwszy rzut oka można zauważyć prostotę składu - trzy ekstrakty w humektantowej bazie utrwalone konserwantami. Może się podobać ;). Ze względu na ekstrakty roślinne oraz zastosowane konserwanty polecam jednak wykonanie domowej próby uczuleniowej (więcej TUTAJ) przed zastosowaniem.

Ma postać dość gęstego, herbacianego żelu o bliżej nieokreślonym, perfumeryjnym zapachu. Jest on jednak bardzo delikatny i szybko wietrzeje, więc raczej nikomu nie będzie przeszkadzał ;).


Używałam jej na milion różnych sposobów - zgodnie z przeznaczeniem, jako serum pod krem, latem solo oraz jako produkt na zakończenie zabiegu pielęgnacyjnego (np. po masce glinkowej lub z błotem z Morza Martwego - KLIK! i KLIK!). Tak szerokie zastosowanie zawdzięcza temu, że bardzo szybko się wchłania, pozostawiając delikatnie lepką warstwę - z tego względu nie stosuję jej pod makijaż. Zmywa się również bezproblemowo. Obecnie myślę o jej zastosowaniu na skalp i pewnie wprowadzę to w życie niedługo ;). Na całą twarz średnio zużywam 2-3 pompki produktu.

Wierzcie lub nie, ale jest to jeden z niewielu produktów, który faktycznie u mnie widocznie zmniejsza pory. Pod tym względem bije u mnie nawet niektóre maski glinkowe ;). Dzięki swojemu nawilżającemu składowi nieźle sprawdza się też w okolicach oczu, redukując opuchnięcia i zasinienia. Najefektywniej działa schłodzona jeszcze dodatkowo w lodówce ;). Nawilżenie połączone z domknięciem porów to naprawdę rzadko spotykane połączenie, a bardzo pożądane ;). Jeśli dodamy do tego jeszcze czasową redukcję przetłuszczania cery to pewnie przestanie Was dziwić, że zużywam kolejne opakowanie tej maski z myślą o kupnie następnego ;).

Dobrze sprawdza się też w momentach skórnych kryzysów (wysypów niespodzianek z różnych okazji) - łagodzi zaczerwienienia i przyspiesza gojenie. Żadnych objawów niepożądanych przez te lata jej stosowania nie zauważyłam.

Wiem, że stosunek do marki Ziaja jest wśród Was dość różny, ale ten produkt (o ładnym składzie za niewielkie pieniądze) mogę z czystym sumieniem Wam polecić ;).

A może Wy także macie swoich ulubieńców wśród produktów Ziaji lub marek dedykowanych do salonów kosmetycznych?

Więcej »

-55% na kolorówkę w Rossmannie: nieoczekiwana dogrywka ;)



Naprawdę nie miałam w planach żadnych dodatkowych zakupów w Rossmannie na obecnej, makijażowej promocji. Jedna wizyta dostarczyła mi już wystarczająco dużo wrażeń (możecie o nich poczytać TUTAJ, tak samo jak o moich zakupach), a i wzbogaciłam się o wszystko, co potrzebne. Tja :P.


Wybraliśmy się z M. na krótki, weekendowy wypad na kolejną, zamkową trasę (Ujazd, okolice Opatowa, Sandomierz i inne, mniej znane zamki i ruiny - może chcielibyście o naszych eskapadach poczytać? ;)), a gdy wracaliśmy do Krakowa postanowiliśmy uzupełnić zapasy jedzenia w Biedrze na Wzgórzach Krzesławickich. Nie muszę pewnie dodawać, że obok tego przybytku stoi Rossmann xD.

Wybrałam się tam w zasadzie tylko po kapsułki do prania, ale gdy zauważyłam brak tłumów - podeszłam również do szaf z kolorówką. A tam... porządek, część produktów pozaklejana i... prawie wszystko było! Dlatego mówię oficjalnie: zgadzam się z Wami - nie każdy Ross to Sodoma i Gomora w czasie przecen ;). Z tego pozytywnego zaskoczenia przyniosłam do domu jeszcze trzy produkty (już nie pierwszej potrzeby ;)) - świeże, nieotwierane, a pudry są nawet zafoliowane ;).


Nie sposób nie zauważyć, że mocno zaintrygowała mnie marka Miss Sporty ;). Za moje zakupy makijażowe zapłaciłam niecałe 18zł (wykorzystałam rabat z aplikacji M.). Warto też zauważyć, że w ferworze poszukiwań nie zapomniałam o tym, po co przyszłam - czyli o kapsułkach do prania xD. A było blisko xD.




Podkład So Matte Miss Sporty wylądował w moim koszyku dzięki... jego bratu z linii So Clear ;). Pomimo, że użyłam go dosłownie kilka razy zachwycił mnie swoim kolorem i wykończeniem, dlatego też z dużym zainteresowaniem skłoniłam się ku kolejnemu podkładowi MS. Ten także ma ładny skład:

Aqua/Water/EAU, Dicaprylyl Ether, Talc, Butylene Glycol, Cetearyl Alcohol, Isostearic Acid, Aluminum Starch Octenylsuccinate, Magnesium Aluminum Silicate, Polysorbate 60, Cetyl Alcohol, Dimethicone, Stearic Acid, Phenoxyethanol, Triethanolamine, Xanthan Gum, Kaolin, Acrylates/C12-22 Alkyl Methacrylate Copolymer, Caprylyl Glycol, Galactoarabinan, Disodium EDTA, Pentylene Glycol, Sorbic Acid, Tocopheryl Acetate, Saccharomyces/ Zinc Ferment, Saccharomyces/ Calcium Ferment, Saccharomyces/Copper Ferment, Saccharomyces/ Iron Ferment, Saccharomyces/ Magnesium Ferment, Saccharomyces/ Manganese Ferment, Saccharomyces/ Potassium Ferment, Propylene Glycol, Chlorphenesin, [May Contain/Peut Contenir/+/-: Titanium Dioxide (CI 77891), Iron Oxides (CI 77491, CI 77492, CI 77499)].

Emolientowo-humektantowa baza z dodatkiem talku, glinokrzemianów, glinki kaolinowej oraz ekstraktów z drożdży i witaminy E wygląda naprawdę nieźle i obiecująco. Filmformery znajdziemy tutaj w okolicach konserwantów, więc liczę, że moja skóra ich nie zauważy ;).

Pudry: So Clear 001 (w kolorze) i So Matte (transparentny) zabrałam z chęci przetestowania czegoś poza moją ulubioną... mąką ziemniaczaną w roli pudru ;). Dodatkową motywacją był fakt, że akurat na tym wyjeździe w jakiś magiczny sposób otworzyło mi się opakowanie z mąką w kosmetyczce - efekt możecie sobie wyobrazić xD. 



Tutaj idę na żywioł - składów nie znam, chociaż po produktach tego typu nie spodziewam się morza tego, czego moja skóra nie lubi - czyli głównie filmformerów ;).

Gdyby mi ktoś powiedział dwa tygodnie temu, że z tej przeceny przyniosę do domu 6 produktów, to bym chyba nie uwierzyła i miałabym co teraz odszczekiwać :P. Mam jednak nadzieję, że mój kosmetoholik weźmie teraz trochę na wstrzymanie ;).

A jak było u Was? Daliście sobie spokój z akcją czy też może przynieśliście nieco dobra? Jakie są Wasze ogólne odczucia? ;). U mnie było słodko-gorzko, jak widać.
Więcej »

-55% w Rossmannie na kosmetyki do makijażu: moje łupy ;)



Broniłam się rękami i nogami, miałam też wątpliwości (więcej - TUTAJ), ale w końcu postanowiłam zaryzykować i wziąć udział w Rossmannowym szaleństwie makijażowym ;). Zakupów dokonałam przez internet (z odbiorem w wybranej drogerii) i powiem w skrócie - mnie się udało, ale nie wszyscy mają tyle szczęścia.

By odebrać swoje łupy musiałam się udać do tego przybytku kosmetycznego szczęścia - to, co tam widziałam może mnie już nie zaskakuje, ale szokuje nadal (dziwne połączenie, wiem xD). Otwieranie pierdyliarda opakowań tego samego produktu przez jedną klientkę, upaćkane szafy, Sodomia i Gomoria - tak wyglądał mój Rossmann w pierwszy dzień promocji, gdy poszłam odebrać zamówienie. Pretensje mam w zasadzie tylko do klientów - przy takim zainteresowaniu nie sposób upilnować tylu osób. Pozostaje mi tylko życzyć, żeby nikt się nie zaraził czymś ciekawym po tej promocji... (tak, panie z aktywną opryszczką malujące się szminkami też widziałam...). 

Po tych doznaniach z niepokojem udałam się do kas po moje zamówienie. Przyznaję - rozpakowałam je na miejscu i muszę stwierdzić, że wybrane przeze mnie kosmetyki były świeże oraz nieotwierane. Wiem jednak, że nie zawsze tak jest - obsługa pakuje zamówienia z tego, co jest na sklepie i tylko łutem szczęścia nie dostałam żadnego kukułczego jaja. Innym czynnikiem, który wpłynął na ten stan rzeczy, było pewnie złożenie zamówienia w pierwszy dzień akcji ;).

Mój rachunek opiewał na śmiesznie niską kwotę ;)


Wśród moich łupów można znaleźć zakup: kompulsywny, przemyślany i na uzupełnienie potrzeb ;).


Curling Pump Up Mascara od Lovely to oczywiście zakup kompulsywny ;). Naczytałam się miliarda pozytywnych recenzji, które obudziły mojego wewnętrznego kosmetoholika. Już niedługo testy i nie powiem - wymagania mam bardzo duże :D.


Podkład So Clear od Miss Sporty był zakupem przemyślanym. Po wycofaniu mojego ulubieńca, jakim był krem BB z Rival de Loop (KLIK!) nadal szukam jego godnego następcy. Do tego produktu przekonał mnie jego skład:


Aqua/Water/Eau, Dicaprylyl Ether, Butylene Glycol, Talc, Cetearyl Alcohol, Isostearic Acid, Aluminium Starch Octenylsuccinate, Magnesium Aluminium Silicate, Polysorbate 60, Cetyl Alcohol, Dimethicone, Stearic Acid, Phenoxyethanol, Triethanolamine, Farnesol, Xanthan Gum, Kaolin, Acrylates/C12-22 Alkyl Methacrylate Copolymer, Caprylyl Glycol, Galactoarabinan, Disodium EDTA, Pentylene Glycol, Sorbic Acid, Tocopheryl Acetate, Saccharomyces/Zinc Ferment, Saccharomyces/Calcium Ferment, Saccharomyces/Copper Ferment, Saccharomyces/Iron Ferment, Saccharomyces/Magnesium Ferment, Saccharomyces/Manganese Ferment, Saccharomyces/Potassium Ferment, Propylene Glycol, Chlorphenesin, [May contein / Peut contenir/+/-: Titanium Dioxide (CI 77891), Iron Oxides (CI 77491, CI 77492, CI 77499)].

Baza humektantowo - sorpcyjna (np. talk, krzemiany) odpowiada za efekt matowienia. Po zapachu znajdziemy ekstrakty z drożdży. Zawiera filmformery, ale w okolicach pierwszego konserwantu i szczerze ufam, że moja cera ich nie wyczuje w tak małej ilości i nie zareaguje radosnym wysypem niedoskonałości ;). Dziś nałożyłam go po raz pierwszy, kolor ma idealny dla mnie - zobaczymy jak sprawdzi się w dłuższej perspektywie ;). Niemniej wiążę z nim wielkie nadzieje.

Korektor w płynie Perfect Stay od Miss Sporty uzupełni moje zapasy - właśnie dobijam do dna mojego ulubieńca od Eveline i chętnie sprawdzę na sobie coś nowego ;). Tym razem zakup w składowej ciemnicy - INCI brak ;). Zamierzam go stosować pod oczy.


Nie przewiduje kolejnych zakupów na tej akcji (ale może życie mnie zaskoczy? ;)), jednak bardzo chętnie poczytam o Waszych łupach.

Chwalcie się (także silną wolą i omijaniem drogerii :D)!
Więcej »

Promocja na kolorówkę w Rossmannie - wziąć udział czy nie?



Gdyby ktoś jeszcze nie wiedział - właśnie dzisiaj rozpoczyna się wyczekiwana promocja w Rossmannie: -49% lub -55% (w Klubie Rossmann) przy zakupie trzech różnych kosmetyków do makijażu (najprawdopodobniej po prostu różniących się kodem kreskowym). Akcja potrwa do 19 października lub do wyczerpania zapasów.


Rossmannowskie imprezy tego typu, poza działami lakierowymi, omijałam szerokim łukiem już od kilku edycji - o powodach możecie poczytać TUTAJ, TUTAJ, TUTAJ, TUTAJ i TUTAJ. W skrócie - odrzucał mnie wszechobecny syf i bajzel. 

Nie ukrywam wprawdzie, że wiele rzeczy mnie kusi, głównie tusze do rzęs z szaf Lovely, ale boję się, że przytargam do domu otwarty produkt. A w przypadku szminki czy właśnie mascary może się to wyjątkowo źle skończyć. Nowy podkład czy puder z przybytków Wibo, Eveline czy Miss Sporty też chętnie bym przetestowała - na zimę przyda się mocniejsza izolacja skóry od czynników zewnętrznych, także makijażem xD. Nadal jednak pamiętam moją historię z zapaleniem spojówek po tuszu (trzecie opakowanie, więc nie było to uczulenie) i obawiam się ryzyka, ale może Wy pomożecie mi z decyzją ;).

Wiecie może jak sprawa ma się z drogerią internetową? Zdarzyło się Wam w taki sposób dostać w paczce z Rossmanna produkt otwarty i niepełnowartościowy? Przyznaję, że w obecnej chwili uważam to za jedyną opcję dla siebie (Rossmanna odwiedziłabym dopiero jutro wieczorem, więc raczej niewiele ciekawego by zostało :P), ale z drugiej strony nie chcę wyrzucać swojej krwawicy w błoto xD.

Trudne sprawy pierwszego świata :P. Wybieracie się do Rossmanna? Pochwalcie się swoimi listami zakupowymi i przede wszystkim - samymi zakupami ;).
Więcej »

U fryzjera: kolejna, potrójna wizyta ;)



Marudziłam długo o konieczności podcięcia kudeł, aż w końcu udało mi się umówić do mojego fryzjera ;). Ba, po raz kolejny umówiłam się na zbiorowe cięcie z moimi bratanicami (o naszej pierwszej wspólnej akcji możecie poczytać TUTAJ). Ostatni raz traktowałyśmy włosy nożyczkami w lutym - szmat czasu, ale jakoś wcześniejsza wizyta nam z różnych powodów nie wyszła ;). Każda z nas ma inny typ włosów i różne oczekiwania - zobaczcie więc co powstało na naszych głowach dzięki Panu Dawidowi z Trendy Hair Fashion (Kraków, ul. Karmelicka 33).

Na pierwszy ogień poszła J. - najhojniej obdarzona włosowo z naszej trójki ;).


Jej włosy falują się tylko czasami i tylko na końcach, które chciała zagęścić oraz ułatwić sobie ich codzienne układanie odpowiednim cięciem. Miało być ładnie i bez zbytniego kombinowania ;). Efekt po wyglądał tak:


Delikatne skrócenie i nadanie całości kształtu delikatnego U, bez cieniowania. Strata w długości niewielka, a jaki efekt zagęszczenia ;). Czasami niewiele trzeba (zwykle zmiany kształtu cięcia), by wygląd fryzury zmienił się diametralnie. Włosy nie były traktowane prostownicą. Klientka zadowolona bardzo ;).

Falowana Z. natomiast (jak zwykle zresztą) miała ochotę na większą metamorfozę ;).



Fryzjer zaproponował jej long boba z krótszym tyłem i przedłużonymi przednimi partiami włosów przy twarzy, na co ochoczo przystała. Nie skończyło się tak krótko jak za pierwszym razem - ale zmiana i tak jest mega!



Podbicie skrętu widoczne jest wręcz gołym okiem ;). Odpowiednie cieniowanie (cegiełkowe) połączone z płynną linią dolnych partii włosów zrobiło naprawdę kawał świetnego efektu ;). Wydłużone przednie partie w żaden sposób nie odstają od szablonu. Klientka bardziej niż zadowolona :D.

Pewnie będziecie się śmiać, ale najmniej mam do powiedzenia o sobie xD. Z jednego prostego powodu - nie zdążyłam jeszcze po fryzjerze umyć włosów ;).

Włosy przed fryzjerem:


A po cięciu standardowo poprosiłam o wyprostowanie na szczotce. Samej mi się nie chce takich cudów robić, a włosowa odmiana 2-3 razy w roku należy się nawet mnie - niezależnie od tego, że swoje loki kocham ;).


Żadnych ekscesów nie było ;). Poprawiłam kształt cięcia, cieniowanie (cegiełkowe) i minimalnie podcięłam końcówki, bo... robię prawdopodobnie ostatnie podejście do zapuszczania kudeł. Lepszej motywacji niż obecnie już raczej nie będę mieć, ale bądźmy szczerzy - jak mnie włosy zaczną irytować długością to i za miesiąc mogę je standardowo obciąć na krótko ;). Więcej informacji i zdjęć przekażę po 2-3 myciach, jak włosy zapomną o przyjętej dawce czesania ;).

Chętnie poczytam też o Waszych ostatnich cięciach ;).
Więcej »

DIY: Cassia - maseczka na twarz ;)



Zdarza się Wam czasami narobić czegoś za dużo? Mnie się zdarza to notorycznie z miksami przedmyciowymi na włosy. Jak się rozpędzę, to wychodzi mi ponad dwie łyżki mazidła i dobroci wręcz nie mieszczą się na włosach :P. Ba, zdarza mi się to nawet wtedy, gdy dany rytuał mam opracowany w pełni. 

Niby wiem, że płaska łyżeczka Cassii wystarczy mi do jednej porcji glossa (o Cassii znajdziecie sporo TUTAJ, TUTAJ, TUTAJ, TUTAJ i TUTAJ), ale zdarzyło mi się nabrać czubatą i... wyszło z tego coś fajnego ;).


Cassię do włosów przygotowałam zalewając proszek gorącą wodą (do konsystencji gęstej śmietany) i pozostawiłam do ostygnięcia. Po jakiś 10 minutach dodałam do całości sok z połowy cytryny i... stwierdziłam, że powstałą papką obdzieliłabym jeszcze drugą włosomaniaczkę :P. Przypomniało mi się jednak, że kiedyś czytałam o stosowaniu Cassii na twarz. Szybciutko odświeżyłam więc swoją wiedzę i nadmiar mieszanki zaaplikowałam dość niestandardowo. Trzymałam całość przez 20 minut:


Oczywiście - miałam obawy co do zostania "żółtą twarzą" po zmyciu mieszanki, jednak do niczego takiego nie doszło ;). Mieszanka zmyła się zacnie, a w przeciwieństwie do glinek - nie wymaga spryskiwania w czasie noszenia (nie zasycha w tym czasie w skorupę). Pozostawia skórę odświeżoną, matową i bardzo przyjemną w dotyku, a na dodatek przyspiesza gojenie wszelkich zmian zapalnych. To całkiem wygodne rozwiązanie - Cassia pozwala uzyskać efekty jak po glince zielonej bez konieczności zraszania maski i bez groźby wysuszenia (nawet z dodatkiem soku z cytryny ;)). 

Ciekawa jestem, czy z czasem, dzięki dodatkowi cytryny, moje pojedyncze piegi ulegną rozjaśnieniu ;). Próbowałam także tej mieszanki bez cytryny i efekty po zmyciu były bardzo podobne. Podoba mi się kilkudniowy efekt zmatowienia  po jej zastosowaniu - pomaga mi w opanowaniu świecenia mojej tłustej cery i przedłuża dzięki temu trwałość makijażu.

Obecnie za każdym razem, gdy planuję zabawy włosowe z Cassią (co 2-3 tygodnie) nakładam ją też na twarz - niemniej jednak osobom o bardzo jasnej cerze polecam ostrożność - możliwe są zażółcenia skóry nawet pomimo tego, że ja ich nie doznaję ;). W zasadzie jestem tym faktem bardzo zaskoczona ;).

Obecnie myślę o przetestowaniu innych indyjskich ziółek na twarzy: Hesh z płatków róży, skórki pomarańczy, cytryny, Skin Life czy Neem Tone. Macie z nimi jakieś doświadczenia i polecicie mi coś podobnego na początek? ;)
Więcej »
Szablon dopasowała Karolina Gie