Higiena intymna od Cien (Lidl) - analizy składów



Pewnie pamiętacie, że często narzekałam na to, że do Lidla mi nie po drodze. Obecnie sytuacja znacząco się poprawiła i w czasie ostatniej wizyty w tym przybytku wpadły mi w oko żele i emulsje do higieny intymnej marki lidlowskiej - Cien. Najbardziej zwróciły moją uwagę buteleczki, które są uderzająco podobne do mojej ulubionej Intimei z Biedronki (KLIK!). Przypadek? Nie sądzę ;). Wywołane opakowaniem skojarzenia obudziły oczywiście nadzieję na znalezienie czegoś z delikatnym, fajnym składem. A jak wyszło w praktyce?

Wcześniej omówiłam inne serie do higieny intymnej:


Cien, Emulsja do higieny intymnej Pro care


Skład:


SLES przełamany betainą kokamidopropylową zapewni mocne mycie - niekoniecznie wskazane dla wrażliwych okolic intymnych ;). Ten efekt miał zostać złagodzony sporym dodatkiem nawilżającej gliceryny, jednak pomimo tych starań spory dodatek soli kuchennej nieco pogorszył sprawę. Dalej znajdziemy już konserwanty i substancje zapachowe, między którymi znajdziemy alantoinę, glikol propylenowy (nawilżacze) oraz kwasy: mlekowy i linolowy wraz z witaminami A i E. 

Cien, Emulsja do higieny intymnej Sensitive


Skład:


Z wersją Sensitive wiązałam (jak można się było spodziewać) największe nadzieje składowe. Co dostałam? Wersję Pro care wzbogaconą kroplą pantenolu (nawilżacz). Niestety, ten dodatek absolutnie nie uczynił z tego kosmetyku wersji dla wrażliwców. A miało być tak pięknie...

Cien, Żel do higieny intymnej Fresh


Skład:


Tym razem wielkich zmian również nie zanotowałam - w porównaniu z wersją Pro care zniknął jeden detergent, a pojawiły się: odrobina ekstraktu z aloesu oraz barwnik (by żel był ładnie niebieski, taki w pełni "fresh" ;)).

Wszystkie trzy produkty zostały stworzone na jednej, bazowej kanwie - jeśli śledzicie tego typu wpisy u mnie to zapewne zauważyliście, że nie jest to odosobniona praktyka. W ten sposób dość łatwo mnoży się kolejne wersje produktów. Ważne, że nie poszli w stronę Lactacydu i nie rozlewają jednego produktu do różnych opakowań ;). Niemniej jednak "Sensitive" absolutnie nim nie jest. Może Rossmann ze swoim Facelle i Biedronka z Intimeą za bardzo mnie rozpuścili w kategorii budżetowych produktów do higieny intymnej i za dużo wymagam? ;)

Czego używacie obecnie do higieny intymnej? Chętnie przetestuję nowe typy ;)
Więcej »

Soczewki kontaktowe - moja historia



Początek grudnia zawsze przypomina mi o niezwykle ważnej, "użytkowej"zmianie w moim życiu - równo 10 lat temu w mojej łazience zagościły soczewki kontaktowe. Powód był prozaiczny - uważałam (i w zasadzie nadal uważam xD), że do mojego kształtu twarzy prawie żadne oprawki nie pasują. Okulary, ze względu na krótkowzroczność, nosiłam od 12 roku życia. Jeśli do tych zagadnień dodamy jeszcze chorobliwą dbałość o czystość szkieł (pucowanie ciągle i bez przerwy ;)) to nikogo nie zdziwi, że swoim rodzicom już od pierwszej klasy liceum wierciłam dziurę w brzuchu o soczewki.

W końcu się udało i umówiłam się na wizytę pod tytułem "dobór soczewek". Osobiście nazwałabym ją raczej "nauką obsługi". Zarówno to spotkanie jak i pierwsze trzy dni użytkowania moich nowych patrzałek wspominam jako katorgę - to nieprzerwane uczucie ciała obcego w oku xD. Zależało mi jednak bardzo na przejściu na soczewki, więc zaparłam się jak osioł i... czwartego dnia nie czułam już nic ;). Pierwszy sukces zaliczony.

Swoją pierwszą parę soczewek (Soflens 59) zamówiłam u optyka wraz z płynem Renu, przepłacając niemiłosiernie:

2 sztuki - 44zł (radzę nawet nie sprawdzać, ile kosztuje opakowanie liczące 6 sztuk w sieci... xD).

360ml płynu - 40zł.

Ze względu na wiecznie dziurawy budżet licealistki (a potem - studentki) pod koniec pierwszego miesiąca użytkowania zaczęłam się rozglądać za innymi, tańszymi opcjami zakupu soczewek i płynów do nich. Tak trafiłam na Allegro i rozpoczęła się moja przygoda z "kontaktami" Frequency 55 (za opakowanie liczące 6 sztuk płaciłam około 55zł). Płyn pozostał taki sam.


I tak przez 3 lata żyłam sobie spokojnie z soczewkami, aż... postanowiłam spróbować najbardziej budżetowego zestawu, przy którym obstaję do dziś - jednak nie przez cenę, ale dlatego, że się sprawdza ;)).

Stosuję zamiennie Soflens 59 i Soflens 38 (oba rodzaje noszę w systemie miesięcznym mimo tego, że Soflens 38 to wersja kwartalna), płacąc około 35zł za 6 sztuk soczewek.



Moim płynem został natomiast... półlitrowy Horien w zawrotnej cenie około 12zł ;).


Z perspektywy czasu muszę jednak przyznać, że w swojej przygodzie z soczewkami miałam naprawdę wiele szczęścia (czasami więcej niż rozumu, szczególnie w nastoletnich latach):

  • Przez wiele lat nosiłam tylko soczewki - obecnie popołudniami i w weekendy chodzę w okularach, by dać odpocząć rogówce.
  • W ciągu tych 10 lat może 4 razy zdarzyło mi się zapomnieć o zdjęciu soczewek na noc i może dwa razy udało mi się którąś zgubić ;).
  • Mam symetryczną wadę, która zmienia się również równomiernie - taką samą na obu patrzałkach (krótkowidztwo, -2.0), co znacząco obniża koszty i akrobacje przy zdejmowaniu.
  • W tym czasie tylko raz miałam problem ze spojówkami, spowodowany, a jakże, smogiem - już wiem jak sobie z nim radzić, nawrotów nie zanotowałam.
  • Nadal chętniej sięgam po soczewki ze względu na wygodę ich użytkowania.
  • Mogę nosić soczewki "długodystansowe" (miesięczne) bez niemiłych konsekwencji.
A jak jest z soczewkami i okularami u Was? Co wolicie, czego jesteście przeciwnikami, jakie są Wasze hity i kity w tej materii? Chętnie się zainspiruję ;).

Więcej »

Tisane - w kosmetyczce niezmiennie od lat ;)



Czy ktokolwiek z Was nie słyszał nigdy o balsamie do ust Tisane? Sama poznałam go jeszcze w czasach nastoletnich, przy okazji jednego z pobytów w szpitalu. Dorobiłam się tam dramatycznie spierzchniętych ust, na które żadne znane mi wtedy środki nie pomagały. Jedna z pielęgniarek podsunęła mi wtedy pomysł zakupu balsamu Tisane, który sprawdził się tak świetnie, że przez kolejne lata przewijał się nieustannie przez moją kosmetyczkę. W ramach współpracy z tą marką miałam także okazję poznać ich inne produkty: Balsam do paznokci 2x5 oraz pomadkę ochronną. Balsamik do ust dla dzieci poleciał do mojej małej bratanicy ;).


Klasyk, czyli balsam do ust w słoiczku, pójdzie na pierwszy ogień - z sentymentu ;)

Balsam do ust Tisane (w słoiczku)


Kosmetyk zamknięty jest w malutkim, uroczym słoiczku z zakrętką. Zawartość chroniona jest plombą - mamy pewność, że nikt nie gmerał przed nami w środku ;). Kwestia wygody przy takim rozwiązaniu jest zawsze dyskusyjna, jednak działanie tego balsamu przykrywa płaszczem niepamięci ewentualne niedogodności związane z operowaniem paluchami w kosmetyku - aczkolwiek osoby z dłuższymi paznokciami mogą go przeklinać ;). 

4,7g balsamu kosztuje od 7 do 10zł, w zależności od wybranej apteki - tam właśnie znajdziemy go najłatwiej.

Skład:


Produkt przeznaczony do pielęgnacji i zabezpieczania ust powinien być mocno emolientowy - i tutaj nie jest inaczej ;). Wosk pszczeli połączony z oliwą z oliwek, wazeliną, olejem rycynowym i estrami oraz alkoholami tłuszczowymi zadba o odpowiednie natłuszczenie ust. Miód wraz wraz z glikolem propylenowym odpowiada za działanie nawilżające. Z ciekawych składników zawiera również ekstrakty z melisy i jeżówki, a także cholesterol (emolient) i witaminę E. Pochód składników zamyka naturalna substancja zapachowa. Konserwantów nie stwierdzono ;).

Ma postać żółto-beżowego masełka o delikatnym, nieco waniliowo-orzechowym zapachu, który jednak szybko ulatuje. Po nałożeniu na usta pozostawia cienką, błyszczącą, nieklejącą warstwę.


Sprawdza się w każdej sytuacji - zarówno jako codzienne smarowidło do ust jak i kosmetyk do zadań specjalnych. Nawilża, natłuszcza i chroni delikatny naskórek warg przed działaniem czynników pogodowych (słońca, wiatru, deszczu, mrozu), a jeśli zapomnimy zabrać go z domu i przesuszymy nasze usta - jego aplikacja znakomicie przyspieszy gojenie pęknięć, suchych skórek czy nawet efektów po opryszczce. 

Przy jego gęstej konsystencji wystarczy odrobina, by pokryć całe usta cienką warstwą - wydajność jest również jego mocną stroną. Stosowałam go również jako krem uniwersalny, w przypadku przesuszonej skóry nosa czy policzków w trakcie zimowych wyjazdów oraz jako ratunek na skórne efekty po katarze. Nawet dłonie zdarzało mi się nim smarować z braku kremu pod ręką ;). W każdym z przypadków działał jak swoisty "opatrunek w kremie" na potraktowaną nim skórę. Pomimo mnogości szminek w moich torebkach i płaszczach - nie zamierzam z niego rezygnować ;).

W odpowiedzi na sugestie klientów dotyczące aplikacji powstał również balsam w wersji "pomadkowej".

Pomadka ochronna Tisane Classic


Pomadka zamknięta jest w standardowym, plastikowym opakowaniu. Radzę uważać - może nie przeżyć spotkania z podłogą ;). Działa jednak dobrze, nie zacina się ani nie blokuje przy wsuwaniu i wysuwaniu. Z całą pewnością jest to higieniczniejsze rozwiązanie od słoiczka ;).

4,3g pomadki kosztuje 9-11zł, w zależności od wybranej apteki.

Skład:


Pomadka ta nie ma składu identycznego jak balsam. Tutaj składnikiem bazowym jest oliwa z oliwek wzbogacona estrami tłuszczowymi, olejem rycynowym, glicerydami, parafiną lanoliną i miodem. Znajdziemy w niej również ekstrakty (jeżówka, melisa, ostropest), wosk pszczeli, niewielki dodatek modyfikowanego silikonu, glikol propylenowy (nawilżacz) oraz witaminę E. Pomadka zawiera również konserwanty - parabeny, do których nie mam żadnych zastrzeżeń.

Zmiany składu w stosunku do balsamu mnie nie dziwią - trzeba wszak osiągnąć konsystencję odpowiednią do ulepienia trwałego, mlecznożółtego sztyftu o waniliowo-miodowym zapachu. 

Przy pierwszej aplikacji pomadka wymaga kilkukrotnego przesunięcia sztyftem po powierzchni ust. Przy kolejnych użyciach wystarczy jedno maźnięcie, by pokryć usta błyszczącą, nieklejącą i cienką warstwą kosmetyku - dzięki temu nie musiałam narzekać na wydajność ;). Nawilża i chroni usta niczym topowe pomadki z mojego prywatnego rankingu mazideł do ust, jednak nie ma aż tak intensywnego działania regenerującego jak balsam (do niego ciężko będzie doskoczyć czemukolwiek ;)). Jest dobrym rozwiązaniem, gdy nie chcemy brudzić sobie palców przy użytkowaniu, jednak i tak każdego będę namawiać do spróbowania balsamu w słoiczku ;).

Wychodząc z tematu ust i problemów z nimi przy okazji okresu zimowego chcę nadmienić, że moje paznokcie i ich okolice również nie mają wtedy lekko. Słabe krążenie owocuje rozdwajaniem paznokci i suchymi skórkami wokół nich, które bezmyślnie skubię. Nigdy nie miałam problemu z obgryzaniem paznokci, ale skórki... to niestety co innego xD. Zależy mi więc na tym, żeby skórki wokół paznokci były odpowiednio nawilżone i niezadarte, a przy tym nie cierpię wręcz mieć tłustych rąk. Bez wielkich nadziei spróbowałam jednak Balsamu do paznokci 2x5 Tisane.

Balsam do paznokci 2x5 Tisane


Słoiczek znany nam z balsamu do ust pojawia się tutaj w roli opakowania jedynie ze zmienionym napisem. Zabezpieczany jest dodatkowo plastikowym blistrem z etykietą. W przypadku paznokci ciężko jest sobie wyobrazić lepsze rozwiązanie dla produktu o takiej konsystencji - tubka by nie przeszła. 

4,5g balsamu kosztuje od 7 do 10zł, w zależności od miejsca zakupu (apteki).

Skład:


Emolienty (wazelina, wosk pszczeli, olej rycynowy, estry i alkohole tłuszczowe) wzbogacone glikolem propylenowym i pantenolem (nawilżacze) oraz ekstraktami ze skrzypu, kopru i ostropestu. Zawiera również dodatki: keratynę, witaminy E i C oraz cholesterol. Końcówka składu to konserwanty (w tym parabeny) oraz substancja zapachowa. 

Zanim zobaczyłam skład i zawartość słoiczka obawiałam się nieco, że ten produkt będzie... balsamem nalanym w słoiczek z innym napisem, jednak na szczęście się tak nie stało ;). Żółtawe masełko bardzo podobne w dotyku do masła shea o delikatnie orzechowo-waniliowym zapachu całkiem łatwo się nakłada - wbrew pozorom bez brudzenia i tłuszczenia wszystkiego wokoło. 


Wchłania się zadziwiająco szybko, jednak pozostawia po sobie uczucie odżywionej, dopieszczonej skóry. Dość często nakładam go na całe dłonie pod rękawiczki na noc, dzięki czemu nie widzę jeszcze na nich objawów zimy. Paznokcie również nie ulegają mrozowej defragmentacji z żalu za latem - ba, są zdrowo błyszczące, a skórki - zadbane. Nawet w bardzo stresujących momentach (gdzie mimowolnie skubię przy palcach wszystko, co odstaje) nie mam czego uszkodzić przy palcach. Skórki są gładkie, nawilżone i nieodstające ;). Ze względu na swoją gęstą formułę również (jak balsam do ust i pomadka) starcza na bardzo długo.

Tisane to polska, niedroga marka pełna godnych uwagi produktów. Warto o niej pamiętać przy zakupach w aptece ;).

Opowiedzcie proszę o swoich doświadczeniach z produktami Tisane lub o Waszych ulubieńcach z kategorii pielęgnacja ust i paznokci ;).

P.S. W mikołajkowym konkursie na fanpage (KLIK!) możecie zgarnąć 5 zestawów produktów Tisane - zapraszam!
Więcej »

Kascyskowy list do Mikołaja ;)



Zbliżające się Święta Bożego Narodzenia motywują do sprawiania przyjemności sobie i bliskim. Czego ja już nie nakupiłam na wcześniejszych akcjach promocyjnych (Black Friday, Cyber Monday), a tu jeszcze 5 grudnia będziemy mieć Dzień Darmowej Dostawy. Tego dnia prezenty będziemy mogli zakupić wprost do domu nie ponosząc kosztów wysyłki. Fajna sprawa, gdy stacjonarnie w sklepach nie ma akurat czegoś, czego szukamy, albo... jesteśmy po prostu wygodni ;). 

W Świętach najważniejsza jest obecność naszych bliskich, jednak czemu nie umilić sobie tego okresu robieniem listy swoich wymarzonych prezentów? A nuż ktoś się nią zainspiruje ;). Moje zachciewajki rozciągają się od Sasa do lasa, co zresztą zaraz sami zobaczycie ;).

Moja mikołajkowa wish lista:


Filiżanki i kubki z oryginalnym motywem na "uszku" - ostatnio wygrywają u mnie motywy zwierzęce (poroża, łapy z pazurami, wiewiórczy ogon itp.). Koniecznie dwie sztuki, żeby M. nie był zazdrosny ;).


Bluza lub koszulka z motywem z Gwiezdnych Wojen - wiecie, że pierwszą część tej serii obejrzałam zaledwie dwa lata temu? Dzięki M. zostałam fanką (psychofanką? ;)) i teraz chciałabym mieć jakiś tematyczny gadżet - a najpraktyczniejszym będzie bluza lub koszulka. P.S. 18 grudnia idziemy do kina na nowe SW <3.


Gra planszowa "Pan tu nie stał!" - opis gry bardzo przykuł moją uwagę. Może zdyskredytuje moich ulubionych "Osadników z Catanu"? ;)


"Harda" Cherezińskiej - po przeczytaniu (ba, wręcz łyknięciu w całości) trylogii "Odrodzone królestwo" chciałabym się bliżej przyjrzeć twórczości tej autorki. Najbardziej przykuwa moją uwagę "Harda" - pewnie dlatego, że traktuje o historii Świętosławy, naprawdę twardej kobiety jak na swoje czasy.

Pakiet mafijny Mario Puzo: "Ojciec chrzestny", "Sycylijczyk", "Ostatni don" - filmową trylogię "Ojca chrzestnego" wciągnęłam ostatnio (w końcu!) dosłownie jednym tchem i chętnie porównałabym ekranizację z pierwowzorem książkowym.


"Millenium tom 3. Zamek z piasku, który runął." Stiega Larssona - kontynuacja mojej niedokończonej historii czytelniczej z przeszłości. Dwie pierwsze części przeczytałam z wypiekami na twarzy i mam je w swojej biblioteczce - czas na kolejną ;).

Czarny pasek z ozdobną, srebrną klamrą - szczególnie podobają mi się te w styli vintage, z pięknymi, kwiatowymi motywami (ale czy kogoś tutaj w ogóle to dziwi? ;)).

Komplet "gwiazdkowej" biżuterii - motyw gwiazdki lub pięciopłatkowego kwiatu kusi mnie od bardzo dawna. Szukam też wersji, która korespondowałaby z moim pierścionkiem ;). Tutaj komplet od W.KRUK, gdzie do 24 grudnia każdy zakup powyżej 500zł premiowany jest Gwiazdą o wartości 149zł i 15% rabatu ;).

Love Chloe EDP - podsunęliście mi ją ostatnio na blogowym FB. Poniuchałam, ponosiłam próbny psik i... tak, chcę ją mieć (jak już kiedyś obrabuję jakiś bank... ;)).


Urządzenie do domowej depilacji światłem (IPL) - to bardziej ciekawość niż typowe, zakupowe "chcę". Zastanawiam się jakie są efekty po tego typu urządzeniu i jaka jest jego żywotność w domowych warunkach. Może kiedyś przetestuję - na obecną chwilę moje zaufanie najbardziej wzbudzają propozycje Remingtona.

Kochani, a co wy chcielibyście dostać od Mikołaja? ;)
Więcej »

Mesoboost: Perfect Illusion oraz Collagen & Elastin: bogaty zestaw odżywczy ;)



Wspominałam Wam przy okazji recenzji kremu Filler Max od Peel Mission, że nie używałam go regularnie - jedynie w momentach podrażnień skóry z różnych powodów. W ramach współpracy z Empire Pharma miałam okazję przetestować jeszcze dwa produkty do pielęgnacji twarzy z serii Mesoboost: żel Collagen & Elastin oraz krem Perfect Illusion. Oba kosmetyki wybrałam z serii do pielęgnacji domowej - dostępne są również warianty do użytku profesjonalnego.


Oba kosmetyki zamknięte są w plastikowych opakowaniach typu airless, które zapewniają higieniczne dozowanie produktów. Nie trzeba w nich gmerać palcami ;). Sam wygląd opakowań jest przejrzysty, czytelny i dość apteczny - budzi zaufanie "od pierwszego wejrzenia". 

Wezmę pod lupę najpierw krem, a następnie żel Mesoboost.

Krem Mesoboost Perfect Illusion


30ml tego kremu kosztuje od 120 do 160zł - słono, ale ponownie rolę gra tutaj kwestia profesjonalnego sygnowania.

Skład:


Emolientowa baza (masło shea, alkohol i emolient tłuszczowy) została wzbogacona sporymi dawkami hialuronianu sodu (nawilżacz) oraz kolagenu (proteina). Resztę składu stanowią substancje odpowiadające za konsystencję kosmetyku oraz konserwanty. Pod koniec składu znajdziemy kopolimer (filmformer) oraz barwnik. 

Można powiedzieć dosadnie: krótko, treściwie i na temat ;). Skład zachowuje dobrą równowagę między natłuszczaniem i zabezpieczaniem (emolienty) a nawilżaniem i regeneracją (hialuronian sodu i kolagen). Śladowa ilość filmformeru mojej cerze nie przeszkadza ;).

Krem ma gęstą, wręcz masełkowatą konsystencję (zasługa dużej zawartości masła shea?) oraz przyjemny, lekko kwiatowy zapach.


Krem stosowałam dwa razy dziennie - rano pod makijaż i wieczorem pod żel Collagen & Elastin. Przy pierwszej aplikacji, gdy zobaczyłam jego konsystencję, obawiałam się, że jego wchłanianie będzie trwało wieki, a samo rozsmarowywanie również nie będzie przyjemnością. Rzeczywistość jednak zaskoczyła mnie pozytywnie - krem rozsmarowuje się całkiem dobrze, a wchłania szybko do lekko pudrowego wykończenia. Bez tłustych warstewek i bez rolowania pod makijażem - w żaden sposób nie skraca jego trwałości ;). Tyle o sprawach użytkowych - działanie użytkowe ocenię wraz z żelem.

Żel Mesoboost Collagen & Elastin


30ml żelu kosztuje od 130 do 160zł - jak wyżej ;).

Skład:


Hialuronian sodu, kolagen, elastyna, glukonolakton i konserwant - ponownie krótko i bardzo treściwie ;). Nawilżenie, regeneracja i szanse na zmniejszenie przebarwień w pakiecie ;).

Gęsty, lekko mleczny żel nie ma żadnego zapachu i łatwo rozprowadza się na skórze.


Stosowałam go zgodnie z zaleceniami producenta codziennie wieczorem, a po 20 minutach od aplikacji na twarz (z pominięciem okolic oczu), szyję i dekolt zmywałam wodą. Pierwsza aplikacja wywołała u mnie lekki niepokój, ponieważ po 1-2 minutach od nałożenia twarz ulega zaczerwienieniu i nieco "pali". Po około 10 minutach to uczucie znika, pozostaje natomiast napięta warstewka. Ze względu na te efekty popieram producenta - przy nakładaniu lepiej omijać okolice oczu ;). Zmywa się bezproblemowo.

Efekty stosowania tego zestawu nie dały na sobie długo czekać ;). Już po pierwszej aplikacji skóra jest zauważalnie mocniej nawilżona, gładka i miękka, a jednocześnie nie sprawia wrażenia, że jest przeładowana kosmetykami pielęgnacyjnymi. Pod względem zaskórnikowym w żaden sposób nie wpłynął na pogorszenie stanu cery, natomiast pojedyncze zmiany ropne, które czasami mi się przydarzają (w okolicach menstruacji) zagoiły się jakby szybciej. Kolejne aplikacje zaowocowały poprawą napięcia skóry, ujednoliceniem kolorytu oraz bardziej wypoczętym wyglądem (pomimo tego, że moja doba nadal nie uległa rozciągnięciu ;)). Rozszerzone pory na mojej twarzy stały się mniej widoczne - to pewnie też zasługa wzrostu napięcia i jędrności skóry. 

Mam 27 lat (jeszcze ;)), więc zbyt wielu zmarszczek do ukrycia nie mam, jednak niewielkie mimiczne, które mam wokół ust stały się mniej widoczne. Ten zestaw w ogóle sprawił na mojej cerze efekt niczym po zastosowaniu bazy pod makijaż. 

Zdaję sobie sprawę, że są to drogie kosmetyki profesjonalne, jednak tutaj cena idzie w parze z działaniem i jakością. Jak sami wiecie czytając opinie w różnych miejscach w sieci - nie zawsze tak jest, więc uważam, że o takich markach (i to na dodatek polskie!), które dbają o dobro klienta należy pisać ;).

Stosowaliście w przeszłości jakiekolwiek profesjonalne kosmetyki? Jak je wspominacie?
Więcej »

Peel Mission Filler Max Krem na zmarszczki - odkrycie sezonu jesiennego ;)



Staro się może jeszcze nie czuję, jednak kolejne lata w metryce i tryb życia powoli zostawia swoje ślady i na mojej twarzy, szyi czy też dekolcie. Szczególnie niedosypianie dokłada tutaj niechlubne cegiełki. By powstrzymać powstawanie oznak starzenia skłaniam się coraz łaskawszym okiem ku produktom przeciwzmarszczkowym, a w wyniku współpracy z Empire Pharma miałam okazję przetestować Krem na zmarszczki Filler Max od Peel Mission.


Spora, 50ml plastikowa tuba z niewielkim otworem zapewnia higieniczne i dokładne dozowanie kremu. Bordowy, nieprzesadzony design opakowania nasuwa nam skojarzenia farmaceutyczne, co budzi zaufanie. Całość jest trwała, nic się nie odkleja ani nie odbarwia. Produkt jest zabezpieczony plombą - mamy więc pewność, że nikt w nim przed nami nie gmerał.

50ml kremu kosztuje od 100 do 170zł w zależności od miejsca - sporo, jednak nie jest to cena niespotykana wśród produktów profesjonalnych, a do takiej kategorii właśnie należy.

Skład:


Jest to krem mocno emolientowy. Zawiera zarówno emolienty syntetyczne (trójglicerydy, alkohole i estry tłuszczowe, silikon, izoparafina, poliakrylamid) jak i naturalne (oleje: moringa, arganowy, modyfikowany olej rycynowy) przełamane sporymi ilościami humektantów (nawilżaczy: glikole, gliceryna). W roli niewielkich dodatków znajdziemy: kwas ferulowy, witaminy A i E oraz ekstrakty z: ostropestu, soi i pszenicy. Niewielka ilość etanolu została wykorzystana zapewne jedynie jako konserwant i rozpuszczalnik, nie zostanie zauważona przez skórę. Pochód składników zamykają konserwanty (bez parabenów) oraz kompozycja zapachowa.

Z racji obniżenia temperatur oraz stosowanej kuracji kwasowej poszukiwałam kremu, który sprawi, że nie będę wyglądała notorycznie jak obłażąca ze skóry jaszczurka ;). Pomimo kaprysów mojej skóry do unikania filmformerów i trójglicerydów mogłam sobie na nie pozwolić. Po pierwsze zauważyłam, że skóra jakoś mniej zwraca na nie uwagę (może to jednak starość? ;)), a po drugie ewentualne działanie zapychające zniweluje serum z kwasem. Pamiętajcie jednak, że te składniki wcale nie muszą zadziałać na Was komedogennie - zależy to od preferencji danej skóry.

W wyborze tego kremu do testów pomogła mi obecność kwasu ferulowego w składzie - pożądałam jego gruntownego przetestowania już od dawna, a pierwsze podejścia spalały na panewce.

Krem ma postać gęstego, jednak dobrze rozprowadzającego się na skórze mazidła o dość drogeryjnym, kwiatowo-ziołowym zapachu, który uznaję za neutralny. Nie jest on jednak inwazyjny i po kilku minutach od aplikacji wietrzeje całkowicie.


Krem aplikowałam na czystą skórę wokół oczu rano lub po 20-60 minutach od nałożenia serum wieczorem. Stosowałam go również na całą twarz w momentach, kiedy dorabiałam się przesuszeń (przodują w nich nos, czoło i broda). Rozprowadza się prosto, wchłania całkiem nieźle do pudrowego, przyjemnego dla oka matu. Co więcej - tuż po aplikacji naprawdę wyczuwa się efekt napięcia skóry - najdrobniejsze zmarszczki wokół oczu (uroki bogatej mimiki w tych regionach ;)) stają się nieco mniej widoczne. Efekt wygładzenia ma też inny plus - na tak przygotowanej cerze makijaż trzyma się dłużej (szczególnie, że ten krem nie ulega rolowaniu), a świecenie mojej tłustej cery jest nieco ograniczone. Po około 2 tygodniach regularnego stosowania zauważyłam też delikatne rozjaśnienie sińców pod oczami - a to u mnie zawsze w cenie ;).

Na podrażnienia od chłodu i suche skórki działa jak swego rodzaju opatrunek - przyspiesza ich niwelowanie. Nie wywołuje również pieczenia czy podrażnień powiek czy oczu, za to chroni skórę przed czynnikami zewnętrznymi (wiatrem, zimnem). Ot, dobry krem odżywczo-ochronny z dodatkowymi bonusami w postaci wizualnego "liftingu" niewielkich zmarszczek i właściwości delikatnie rozjaśniających. Z kosmetykami profesjonalnymi bywa naprawdę różnie, ale uważam, że ten śmiało można brać pod uwagę przy kosmetycznych zakupach ;).

Krem pod oczy - dopasowujecie go do pory roku czy też przez cały rok macie jeden pewnik w kosmetyczce? ;)
Więcej »

Kosmetyczne łupy ostatnich dni - Rossmann i Ezebra ;)



Dzisiejszy dzień obfitował w odbiór paczuszek ;). Najpierw dostałam informację od InPostu, że moje zamówienie z Ezebra czeka w paczkomacie, a chwilę później Rossmann pochwalił się tym, że moje zakupy oczekują na odbiór. W jednym i drugim przypadku czekałam wyjątkowo długo, ale jestem w stanie to zrozumieć:

  • Zakupy w Ezebra (72zł) zrobiłam z okazji darmowej wysyłki do paczkomatów na Allegro - przepełnione skrytki zrobiły swoje.
  • Rossmann swoją ostatnią promocję na pachnidła przeprowadził jedynie w formie zamówień internetowych - co było dodatkowym obciążeniem dla personelu w i tak gorącym, przedmikołajkowym okresie.
Całość moich zakupów prezentuje się tak:



Kosmetyki Makeup Revolution już niedługo wylądują w jednym z prezentów mikołajkowych ;). Mam nadzieję, że osoba obdarowana będzie z nich zadowolona równie bardzo jak ja z palety Flawless tej marki ;).


Elizabeth Arden: Arden Beauty i Splendor zakupiłam z okazji promocji w Rossmannie (1+1 na zapachy) za jedynie 54,99zł. Kusiły mnie już kiedyś, a teraz cena wygrała z rozsądkiem ;).


Klasyczny grzebień z wąskim rozstawem ząbków i płatek oczyszczający na nos trafią do mojego M. Z grzebienia z pewnością będzie zadowolony, ale czy da sobie nakleić ten plasterek - tego najstarsi górale nie wiedzą xD. Mój grzebień z rączką już sprawdziłam pod kątem plastikowych zadziorków - jest ok, zobaczymy, kiedy i jak często będę go używać. W przypadku klipsów popełniłam wtopę - nie sprawdziłam sobie ich długości. Są naprawdę wielkie i najprawdopodobniej wykorzystam je do podpinania włosów przy olejowaniu i odżywianiu. Mają maleńkie, nieostre ząbki - gdyby ktoś był zainteresowany kupnem ;).


Bania Agafii Balsam na kwiatowym propolisie "Puszystość" - właśnie ta obiecana puszystość mnie przekonała do zakupu ;). Skład niestety średnio go obiecuje:


Dwa filmformery (pochodna gumy guar i silikon) pojawiają się dość wysoko w składzie, jednak zestaw ekstraktów, olejów i proteiny mleczne z całą pewnością są warte uwagi. Wypróbuję z ciekawością i zdam relację. 


Bania Agafii Szampon tonizujący do włosów tłustych - dopisek o "tłustych włosach" obiecuje mocne mycie, a skład temu nie przeczy:


SLES obłożony łagodniejszymi detergentami i naprawdę sporą dawką soli kuchennej (uwaga wrażliwcy). Znajdziemy w nim też filmformer - polyquaterium, jednak mam nadzieję, że nie wpłynie to znacząco na jego moc myjącą. Dodatek ekstraktów - na plus.


Bania Agafii Szampon z maliną moroszką - moroszka skusiła, skład mnie na razie nieco martwi:


Dwa filmformery w połowie składu (polyquaterium i kopolimer) to może być za dużo dla moich skłonnych do obciążenia kudeł. SLES z dużą dawką soli i innymi detergentami może sobie jednak ze sprawą poradzi ;). Ponownie - ekstrakty roślinne na plus.


Buna Szampon aloesowy - zakup totalnie kompulsywny wywołany ciekawością nowej marki ;). Skład zapowiada mocne mycie (SLES i łagodniejsze detergenty) i problemy dla wrażliwców (duże ilości soli).


Całkiem wysoko w składzie pojawia się sok z aloesu, a tuż po zapachu znajdziemy też keratynę i dwa filmformery (polyquaterium i pochodną gumy guar). Wiele się po nim nie spodziewam, ale może pozytywnie mnie zaskoczy?

Od czego zacząć swoje testy? ;)
Więcej »
Szablon dopasowała Karolina Gie