Manirouge - zacna alternatywa dla hybryd!



Trwały manicure - która z nas o tym nie marzy ;). Część z Was korzysta z uroków hybryd, jednak nie jest to rozwiązanie dla mnie z dwóch powodów: moje paznokcie na widok acetonu ulegają natychmiastowemu rozdwojeniu, a i lampy emitujące promieniowanie UV omijam szerokim łukiem. Z tego też powodu na wszelkie trwałe rozwiązania w manicure nie wymagające tych środków patrzę łaskawym okiem. Dlatego też zgodziłam się na testy zestawu Manirouge - termicznej alternatywy hybryd.


Manirouge to w skrócie termiczne naklejki na paznokcie. Pod wpływem ciepła ulegają one uelastycznieniu, a po ochłodzeniu utwardzają się tworząc trwałą powłokę na paznokciu. Brzmi fajnie? A jakże ;).

Zestaw Beauty Nails Box, który otrzymałam, składa się z: naklejek testowych, 6 wybranych przeze mnie wzorów, pilnika, polerki, kopytka, metalowego radełka, nożyczek, odtłuszczacza, oliwki do skórek i miniheatera (ogrzewacza). Przyznam, że przed pierwszą aplikacją obawiałam się, że przy moim plastycznym sieroctwie nic ładnego z takiego klejenia nie wyjdzie. Dlatego też skorzystałam z filmików instruktażowych dotyczących nakładania:


W telegraficznym skrócie: wykonanie Manirouge zaczynamy od dokładnego oczyszczenia i odtłuszczenia płytki paznokcia. Możemy użyć do tego swojego ulubionego zmywacza do paznokci, jednak musimy pamiętać, że nie może on zawierać żadnych składników natłuszczających. Inaczej trwałość naklejek będzie znacząco gorsza ;). Wykorzystać można również odtłuszczacza Manirouge, który jest czystym izopropanolem.


Do swojego pierwszego manicure tym sposobem wykorzystałam... arkusz naklejek testowych ;). Pomagają one dobrać odpowiedni rozmiar do paznokcia lub pozwalają na ćwiczenia w ich docinaniu ;). 


I powiem Wam więcej - bardzo się cieszę, że wykorzystałam właśnie je, bo pierwszy Manirouge mi nie wyszedł. Bąble, niedokładne doklejenie, odklejanie - naprawdę chciałam rzucić tym wszystkim w diabły, ale... weszłam na profil firmy na Facebooku i strzeliłam klasycznego "facepalma" nad swoją głupotą. Za słabo ogrzewałam moje naklejki, bo nie postawiłam miniheatera na nóżce xD. Przy drugim podejściu nie popełniłam już tego błędu i ogrzewałam naklejki jak należy ;).


Do prawidłowej aplikacji wybrałam wzór Monstera


Każdą z wybranych naklejek przecinałam na pół, odklejałam od podłoża, podgrzewałam (proces ten uelastycznia naklejkę)  i przyklejałam do paznokcia, dociskając ją palcami lub silikonowym kopytkiem. Następnie ogrzewałam paznokieć z naklejką ponownie i poprawiałam ewentualne niedociągnięcia, których było zadziwiająco niewiele. Ba, w zasadzie tylko na jednym kciuki zrobiła mi się nieestetyczna "falbanka", którą wyeliminowałam ogrzanym w miniheaterze radełkiem. Ten patent podkradłam z innego filmiku:


Wykorzystałam również pomysł z folią na sam koniec, by wygładzić całkowicie płytkę. Wcześniej jednak obcięłam nadmiar naklejki i równo opiłowałam oraz wypolerowałam brzegi. Pierwszy wykonany przeze mnie paznokieć prezentował się tak:


A całość wyglądała tak - zrobiona w 20 minut:




Bardzo mi się podobają - sama w życiu nie byłabym sobie w stanie wymalować takich wzorów na paznokciach ;). Wygląd to jednak, jak wiadomo, rzecz gustu, ale producent chwali się dwutygodniową trwałością. I powiem Wam tyle - jeśli Wasze paznokcie nie rosną jak szalone jak moje to naprawdę można je i 14 dni nosić ;). Ja swoje usunęłam w 10 dniu tylko z powodu odrostu. Na bokach i końcówkach wszystko było idealnie, nic się nie zadarło ani nie odkleiło ;). 

Usuwanie naklejek to kolejna fajna sprawa - wystarczy podważyć lekko naklejkę i odklejać ją poprzez wprowadzanie oliwki pod nią. Chyba delikatniej już się nie da ;)


Szczerze przyznam, że nie spodziewałam się aż takiego zadowolenia z mojej strony - naprawdę znalazłam hybrydową alternatywę ;). Bogactwo wzorów zadowoli każdego, a cena (24,90zł za wzornik wystarczający na 4 aplikacje bez promocji, które zdarzają się często) również jest zachęcająca. Jedno wielkie wow!

Jakie są Wasze patenty na udany, trwały manicure?

-49% w Rossmannie: odżywki do paznokci



Uff, zbliżam się do końca przecenowej sagi o -49% w Rossmannie ;). Posty o pielęgnacji ciała (KLIK!), ust (KLIK!) i odżywkach do włosów (KLIK!) cieszą się Waszą wielką popularnością, więc nie zamierzam odpuścić dwóch pozostałych działów. Kosmetyczna ściąga wszak zawsze w cenie ;).


Odżywki Sally Hansen



Jestem absolutnie zakochana w wersji Maximum Growth, ale z chęcią spróbuję innych wariantów. Proteiny jedwabiu i ceramidy odpowiadają za odżywienie, a wielu z Was przekona zapewne brak formaldehydu ;).

Serum Long4Lashes




Niedługo chyba zacznę sądzić, że ta linia słabą składowo (ze względu na bimatoprost KLIK!) ma tylko odżywkę do rzęs xD. Dwa produkty - jeden w formie olejku, drugi w formie typowej,  "lakierowej" odżywki do paznokci: oba warte uwagi i bez formaldehydu ;).

Odżywki Eveline


Mają tyle samo zwolenników co przeciwników, ponieważ sporo ich wersji (ale nie wszystkie!) zawiera formaldehyd. U mnie jednak sprawdzają się wyśmienicie - paznokcie są mocniejsze i rosną jak szalone ;). Niemniej jednak nadaje się tylko do paznokci odpornych na ten składnik - na innych może wywołać onycholizę. Podobny preparat z formaldehydem ma w swojej ofercie DermoFuture.

Odżywki Killys


Używałam ich jeszcze przed czasami świadomej pielęgnacji, nieświadoma totalnie składów ;). Typowe, lakierowe bazy wzbogacone perfluorodekaliną (składnik "dotleniający"), olejem arganowym, roślinnymi komórkami macierzystymi i witaminą A mają wiele zwolenniczek. Nie zawierają formaldehydu.

Jakie są Wasze typy? Chętnie się zainspiruję przy zakupach :D.

Jeżeli szukacie aktualnych promocji, sprawdźcie aktualną gazetkę Rossmann.

Miss Sporty Precious Pearl nr 050 - nocne niebo na paznokciach ;)



Tak uwielbiam malować paznokcie, a tak bardzo mi z tym rytuałem nie po drodze ;). Przejechanie płytki bezbarwnym lakierem jest szybsze (także w usuwaniu), a do hybryd nie mam przekonania ze względów "ideologicznych" ;). Lato działa jednak nawet na mnie i na moich paznokciach wylądował lakier Miss Sporty Precious Pearl nr 050, kojarzący mi się z rozgwieżdżonym, wieczornym niebem ;).


Jak na osobę, która w tym roku ledwie drugi raz pomalowała paznokcie kolorowym lakierem jego aplikacja była bezproblemowa. Dodatkowo ułatwił mi to wąski pędzelek - z "maxi brush" nadal się nie lubię i chyba nie polubię nigdy xD. Schnie szybko, a pokryty warstwą top coat'u Quick Dry od Golden Rose przez 3 dni wyglądał bez zarzutu. Nie testowałam jednak dłużej jego trwałości - czwartego dnia musiałam go zmyć przed egzaminem ;). Pomimo drobinek jego usunięcie tym sposobem (KLIK!) nie sprawiło mi żadnych problemów.

7ml lakieru kosztuje w Rossmannie 9zł, a na obecnej promocji 7zł ;).


Jak się Wam podoba? Tęskniliście może za paznokciowymi postami? ;)

CND Vinylux, lakier winylowy - alternatywa dla hybryd?



Nie jestem zwolenniczką manicure hybrydowego. Mój światopogląd powstrzymuje mnie przed regularnym wkładaniem łap pod lampę UV, ale nie zamierzam nikogo nawracać ;). Wyjątek zapewne zrobię w przypadku własnego ślubu, ale poza tym nie przewiduję odstępstw. Nie oznacza to oczywiście, że nie marzę o manicure, którego trwałość wynosiłaby chociaż tydzień przy normalnym trybie życia. Dlatego też od czasu, gdy po raz pierwszy usłyszałam o lakierach polimerowych czekałam tylko na okazję, by je przetestować. Tak się złożyło, że w ramach jednego ze spotkań blogerek otrzymałam zestaw produktów CND Vinylux do tworzenia manicure winylowego (odmiana produktów polimerowych). Piękny, czerwony kolor lakieru Rouge Red przypieczętował decyzję o testach ;).


Zestaw zawiera trzy buteleczki: odtłuszczacz/zmywacz, lakier kolorowy i top.

Zarówno kolorowe Vinyluxy jak i top można kupić pojedynczo w cenach od 25 do 40zł (15ml), w zależności od miejsca 

Skład odtłuszczacza "prezentuje" się następująco: Acetone, Isopropyl Alcohol, Butyl Acetate, CI 42090. Jego widok narodził obawy: czyżby ten lakier dało się usunąć jedynie acetonem (w kontakcie z którym moje paznokcie lubią ulegać zbiorowej defragmentacji)? Słowo się jednak rzekło, ciekawość zwyciężyła i odtłuściłam nim moje szpony przed aplikacją lakieru.


Producent zaleca nakładanie kolorowego lakieru na czyste i odtłuszczone paznokcie, bez żadnych baz czy odżywek. Tutaj ostrzegawcza lampka zaświeciła mi się po raz drugi - a co, jeśli odbarwi mi paznokcie na przecudnej urody żółć? No nic, "ni ma ryzyka ni ma wynika" - mimo obaw zabrałam się do malowania.


Pierwszym pozytywnym zaskoczeniem były pędzelki. Vinylux na szczęście nie uległ trendowi na "maxi brush" - wiem, że większość z Was je lubi, ale dla mnie operowanie nimi to katorga. Kolorowy lakier kryje w pełni po jeden średniej grubości warstwie lub dwóch cienkich, a maluje się nim zadziwiająco łatwo. Nie smuży, nie rozlewa się po skórkach - po prostu miodzio. Po nałożeniu ostatniej warstwy koloru można przejść od razu do nałożenia warstwy topu. Tutaj nakładanie także jest bezproblemowe.

Całość jest sucha i twarda do 5 minut. Top ma dodatkowe właściwości nabłyszczające, więc całość manicure wygląda naprawdę zachęcająco.


Teraz najważniejsze - trwałość. Manicure tym lakierem wykonałam dwukrotnie. Za pierwszym razem na odtłuszczoną firmowym odtłuszczaczem płytkę nałożyłam jedną warstwę koloru i jedną warstwę topu. Za drugim - paznokcie odtłuściłam bezacetonowym zmywaczem do paznokci, następnie nałożyłam dwie warstwy koloru i jedną warstwę topu. W obu przypadkach trwałość była taka sama, czyli...

Po dwóch dniach widoczne są starte końcówki i stan ten pogarsza się w czasie. Odpryski są rzadkie, ale pojedyncze się trafiają. I, co zadziwiające dla mnie, głównie u góry płytki, a nie na brzegu paznokcia. Poniżej znajdziecie zdjęcia manicure w 6 dniu noszenia, tuż przed zmyciem:



Turbo tragedii może i nie ma, ale zachwytu również nie zanotowałam. Niektóre zwykłe lakiery potrafią się trzymać lepiej po tych 6-7 dniach. Czytałam jednak na innych blogach, że trwałość Vinyluxów zależy od wybranego koloru - może po prostu ta czerwień jest taka "miękko pół średnia".

Na szczęście te lakiery winylowe zmywają się bezproblemowo zwykłym, bezacetonowym zmywaczem (u mnie - różowa Isana) i przy tych dwóch podejściach nie zabarwiły mi płytki na żółto.

Przyznam, że po cichu liczyłam na większą trwałość tych lakierów (producent obiecuje 7 dni - zakładam, że w nienaruszonym stanie ;P). Starte końcówki pojawiają się nieco za szybko jak na moje standardy.

Być może wypróbuję jeszcze jeden inny kolor Vinyluxów dla pełnego obrazu ich trwałości. Ogłaszam więc, że na razie bezlampowego substytutu hybrydy nie znalazłam ;).

Wasze ulubione lakiery do paznokci to...? ;)

Pierre Rene Professional, Royal Mat Lipstick i lakier Monroe Red - czerwienie na święta



Ponad rok nie malowałam paznokci ;). Powód był prosty - bardzo denerwują mnie wszelkie ubytki w manicure, a z czasem na wszelkie poprawki i przemalowywanie jest krucho. Jeśli dodamy do tego mój stosunek do manicure hybrydowego zostaje w zasadzie jeden wybór - paznokcie saute :P. 

Święta to jednak czas mniejszej ilości obowiązków, więc wypróbowałam na swoich szponach lakier Pierre Rene Professional nr 319 Monroe Red (który znalazłam w paczuszce - KLIK!) - piękną, klasyczną czerwień bez udziwnień. 

11ml lakieru kosztuje 10-12zł, w zależności od miejsca.

Ileż miałam śmiechu z samej siebie - totalnie wyszłam z wprawy w malowaniu, co możecie zobaczyć na zdjęciach. Niemniej jednak lakier rozprowadza się dobrze, ma odpowiednią konsystencję i krótki czas schnięcia. Bąbelkowania i smug nie zanotowałam ;). 

Pod topem Golden Rose Quick Dry przez 3 dni trzymał się bez ubytków, potem końcówki zaczęły się ścierać. Zmył się bezproblemowo stosowaną przeze mnie metodą (KLIK!), na razie nie zauważyłam przebarwień na płytce ;).

Malutki minus, który pewnie część z Was poczyta za plus - ma dużą szczoteczkę (tzw. maxi brush), która przy moich wąskich paznokciach średnio się sprawdza.




To nie koniec świątecznych czerwieni ;). Mimo, że maluję się rzadko i oszczędnie nie odmówiłam sobie przyjemności wypróbowania pomadki Rene Professional Royal Mat Lipstick nr 18 Aurora Red (znów bardzo klasyczna czerwień). 


W czarnym, matowym kartoniku dostajemy złote cudo. Metalowe opakowanie jest naprawdę przepiękne, a magnes gwarantuje, że szminka nie otworzy się nam w torebce. Bardzo mi się podoba ;).

4,8g kosztuje 18-20zł, w zależności od miejsca.



Z matowymi szminkami mam niestety nie najlepsze wspomnienia - zwykle suszyły moje usta na wiór.Tutaj jednak sprawa ma się inaczej. Uzyskany mat jest w wersji jakby kremowej, usta są wręcz delikatnie pielęgnowane - co nie dziwi przy takim składzie:

Ricinus Communis Seed Oil, Caprylic/Capric Triglyceride, Candelilla Cera, Ozokerite, Octyldodecanol, Copernica Cerifera Cera, Cera Microcristalina, Ethylhexyl Palmitate, Octyl Dodecyl Stearoyl Stearate, Hydrogenated Coconut Oil, Simmondsia Chinensis Seed Oil, Tocopheryl Acetate, Tocopherol.

Oleje: rycynowy, kokosowy (modyfikowany - uwodorniony) oraz jojoba są sowicie doprawione emolientami syntetycznymi, woskami (candelilla, carnauba) oraz witaminą E. Oczywiście usta nie są tak dopieszczone jak po dobrej szmince ochronnej, jednak i tak jestem miło zaskoczona ;).

Trzyma się dobrze przez 3-4 godziny, także w czasie jedzenia czy picia - pokonują ją jedynie tłuste potrawy, ale na szczęście schodzi z ust równomiernie.




Pozostaje mi więc przekonać mojego M. do pogodzenia się z noszeniem przeze mnie kolorowej szminki xD.

Wolicie matowe, kremowe, perłowe czy błyszczące wykończenia pomadek? ;).

Brokatowe, błękitne niebo - ostatni podryg wakacji



Upały dały się chyba nam wszystkim we znaki w tym roku ;). Pomimo to smutek mnie ogarnia na myśl o jesieni. W tym okresie notorycznie cierpię na spadek nastroju. Dla jego poprawienia zafundowałam sobie na paznokciach ostatni powiew letniej bryzy ;). W pakiecie z brokatem :D.

Smart Girls Get More, wraz z wprowadzeniem swoich kosmetyków do Drogerii Natura, zadbało o numerowanie swoich mazidełek. Dzięki temu poszukiwanie ulubionego odcienia jest dużo łatwiejsze ;). 

Na moich paznokciach widzicie Smart Girls Get More nr 17 (3,99zł) - piękny, rozbielony błękit. Dwie średniej grubości warstwy w pełni kryją płytkę paznokcia. Ma cienki pędzelek - taki, jak lubię :D. Lakier wysycha w granicach normy, ale z przyzwyczajenia i wygody pobłogosławiłam topem Quick Dry od Golden Rose.

Całość dopełniła warstwa brokatu NYC Lights-Camera-Glitter nr 105 (3zł), w którym mgiełka brokatu holograficznego wymieszana jest ze srebrno-niebieskimi heksami. Znalazłam go dość dawno temu w Pepco (za czasów, gdy mieli tam więcej kosmetyków, bo obecnie w moim... ich nie ma). Mgiełka tworzy w miarę równą warstwę na paznokciu, natomiast wyłowienie większych kawałków brokatu wymaga trochę zachodu :P. W tym lakierze pędzelek jest szerszy, ale nie utrudnia mi malowania.

Noszę to połączenie 3 dzień, jutro lub pojutrze zmyję z powodu widocznego odrostu - całość trzyma się zacnie ;)

Jak się Wam podoba to połączenie? ;)

P.S. Przypominam Wam o wcierkowych rozdaniach: na blogu i na Fanpage ;)


Niebieska biedronka ;)



Maczki, brokaty, kropeczki... któż nie zna mojej miłości do nich na paznokciach :D. Tym razem zdecydowałam się na manicure w błękitach.

Paznokcie, po nałożeniu odżywki, potraktowałam jedną warstwą lakieru Turqousie z H&M. Kupiłam go jakieś 2-3 lata temu i idealnie nadał się na bazę pod maczek. Ma pewną wadę - bardzo wąziutki pędzelek. Mimo, że nie jestem zwolenniczką "maxi brush" tak w tym przypadku - nawet dla mnie jest za mały.

Nałożyłam też jedną warstwę czarnych kropek Life nr 104 zatopionych w błękitnej bazie. Tym razem nie mam żadnych zastrzeżeń do pędzelka. Lubię lakiery Life - mają dobrze skrojone pędzelki, dość dużą gamę kolorów i w promocji w SuperPharm można je dostać za 2,50zł za sztukę ;).

Całość, pobłogosławiona topem Golden Rose Quick Dry wyschła w trymiga. Nosiłam je 5 dni bez uszkodzeń, po tym czasie odrost za bardzo rzucał mi się w oczy i zmyłam, w miarę bez problemów :P. 

Jak się Wam podoba ten efekt?


Muchomorek ;)



Dawno nie było manicure na blogu, oj dawno... ;). 

Paznokcie tym razem potraktowałam dwoma warstwami Sally Hansen 550 All Fired Up nałożonymi na odżywko-utwardzacz ze złotem tej samej firmy. W zasadzie mogłam zastosować jedną warstwę koloru, ale z rozpędu machnęłam dwie, jak zwykle xD. Lakier kryje świetnie, nie smuży i szybko wysycha. Ta czerwień jest boska :D. 

To mój trzeci lakier Sally Hansen i chyba zainteresuję się innymi ;).

Paznokcie pobłogosławiłam też jedną warstwą brokatu My Secret 237 Pink Mist. Liczyłam na wyłowienie jakiegoś kwiatuszka, jednak trafiły mi się kropeczki i pojedyncze większe heksy. Słyszałam już, że wydobycie kwiatka graniczy z cudem :P.

Całość utrwaliłam topem Golden Rose Quick Dry, dzięki czemu noszę je już czwarty dzień i nie zanotowałam uszkodzeń. Ale zaraz pojawi się odrost :P.

Biedroneczki są różowe... i w kropeczki xD




Autorką tytułu dzisiejszego posta jest moja bratanica - wielka fanka malowania paznokci i moich brokatowych mani :P. Nie przepadam w ogólności za różowym kolorem, jednak w okresie wakacyjnym odcień ten króluje na moich paznokciach. Nie każcie mi tłumaczyć tej zależności, sama jej nie ogarniam :P.

Lakierem bazowym dla dzisiejszego manicure jest Rimmel 60 Seconds 323 Don't be shy - piękny, mocny róż kryjący po dwóch cienkich warstwach. Schnie szybko, jest trwały (4 dni bez problemów, po tym okresie zmywam, bo odrost działa mi na nerwy :P). Jedyny mój zarzut mam do pędzelka - absolutnie nie jestem wielbicielką "maxi brush" -.-.

By nie było zbyt monotonnie - każdy z paznokci prześwięciłam brokatem My Secret Nail Art 221 Polite Dots. Lakier ten składa się z "heksów" różnej wielkości i barwy: od białych przez bladoróżowe po czarne ;). Nałożyłam jedną warstwę kropek.

Uważam, że efekt jest całkiem zacny: letni, dziewczęcy, świeży, a przede wszystkim trwały! :D.Całość została zabezpieczona warstwą top coat'u Golden Rose Quick Dry. A co Wy myślicie o tym manicure? ;)

P.S. Zapraszam do udziału w konkursie na Fanpage ;).


Pierwsze malunkowe próby po długiej przerwie - w szczytnym celu ;)




Jak już Wam wspominałam, z totalnie nieznanych przyczyn przez ponad trzy miesiące nie malowałam paznokci. Sama zwalam to po prostu na połączenie stresu, braku czasu i... lakierową impotencję :P. Okres ten niemniej już minął, jednak... pozostawił po sobie pewne ślady. Przede wszystkim - naprawdę wyszłam z wprawy w malowaniu, co za moment będziecie mieli okazję obejrzeć :P.

Na pierwszy ogień sprawiłam sobie dwukolorowy manicure z wykorzystaniem dwóch lakierów Astor z serii Quick&Shine: delikatnie pudroworóżowy 201 Before Sunshine i kremowy 101 Delicate Morning. Pierwszy z nich do pełnego krycia potrzebuje 2 cienkich warstw, natomiast drugi trzech (co zapewne związane jest z lekko "frenchowym" kolorem). 

Całość schnie szybko i bezproblemowo, a manicure przez 4 dni nie wykazuje śladów noszenia. To pierwsze testowane przeze mnie lakiery tej firmy i jestem bardzo mile zaskoczona ;). Bez "skórkowych" niedociągnięć się nie obyło, ale pracuję nad powrotem do formy :D.

Jasny odcień na paznokciu serdecznego palca miał stanowić bazę pod  Wzór do Naśladowania. O czym mówię? O akcji promującej symbol będący znakiem walki z rakiem krwi. Na paznokciu, mimo wielu prób nie wylądował, bo... cierpię na totalny brak zdolności w tej manualnej materii :/. Ale Was zachęcam do takiego wsparcia tej akcji ;)



Paznokciowe "trudne sprawy"...



Kto śledzi mój internetowo-kosmetyczny pamiętnik ten zapewne zauważył, że posty paznokciowe bardzo straciły na częstotliwości. Fakt ten jest lekko zaskakujący nawet dla mnie :P. Powodów takiej sytuacji pewnie znalazłoby się sporo, ale może przytoczę najważniejsze ;).

Nagle i niespodziewanie lakiery do paznokci przestały mnie podniecać. Stanu tego nie poprzedziły żadne rozważania typu "mam za dużo lakierów, po co mi to" itd., ba, nadal uważam, że mogłabym kupować nowe mazidła paznokciowe. Tyle tylko, że za Chiny Ludowe nic mi się na sklepowych półkach nie podoba -.-. 

Główną motywacją do napisania tego posta była weekendowa wizyta w Drogerii Natura, gdzie brokatowe nowości Sensique i My Secret nie podniosły mi ciśnienia nawet o jotę. Nawet moje bratanice zapytały, czy nie jestem chora :P. Przyznaję, że i mnie sytuacja dość konkretnie zaskoczyła, bo spodziewałam się raczej przebudzenia lakierowego potwora :P.

Innym powodem jest czas. Nie cierpię nosić uszkodzonego manicure (starte końcówki, odpryski etc.), a bywa, że po zepsuciu malunku nie mam czasu tego dnia na poprawki. Z racji, że taki stan ostatnio jej u mnie dość stabilny, to i kolorowe emalie poszły trochę w odstawkę.

Ostatni powód to... zima. Moje paznokcie w końcu ją odczuły, na co postanowiły zareagować zespołowym rozdwojeniem swojej struktury :P. Dlatego też obecnie noszę szpony maksymalnie półmilimetrowe pokryte warstwą transparentnej odżywki i czekam na lepsze, cieplejsze czasy ;). Prawdopodobnie ma to też wpływ na to, że trwałość mojego manicure niezależnie od użytych środków jest... mierna.

Zastanawiam się, czy moja impotencja lakierowe to stan przejściowy czy w miarę stały xD. Jeśli się jednak utrzyma to będzie to chyba jedno z najbardziej nieoczekiwanych wyleczeń z lakieromaniactwa w blogosferze xD.

Malujecie swoje paznokcie regularnie, od przypadku do przypadku czy w ogóle? ;)