Marakuja, papaja, plumeria, orchidea i rumianek



Kuszą Was czasami kosmetyki nowych marek, o których nigdy wcześniej nie słyszeliście? Mnie często, i gdy zobaczę takowe w drogerii prawie zawsze muszę je pomacać i chociażby obadać skład.
Dlatego przystałam na propozycję współpracy z marką Wellreal, której dystrybutorem jest Your Style, gdzie możecie kupić jej kosmetyki. Najbardziej zaintrygowało mnie to, że jest to marka niemiecko - białoruska - ciekawe połączenie, prawda? :P

Dziś na tapecie będą kosmetyki do ciała - dwa mleczka: z marakują i papają, orchideą i plumerią oraz rumiankowy krem do rąk.






Opakowanie: Mleczka zamknięte są w buteleczkach w pompką, a sam ich design jest oszczędny i nieprzeładowany grafiką ani tekstem - wizualnie trafiają w mój gust.

Pojemność / cena: 200ml/11 zł (w promocji taniej)

Składy:




Oba składy różnią się w zasadzie tytułowymi ekstraktami oraz zestawem zapachów, barwników i konserwantów.
Początek składu stanowi mieszanina emolientów (także parafiny i silikonów) , a zaraz po niej pojawiają się nadmienione wcześniej ekstrakty, odrobina hialuronianu sodu. Konserwowany parabenami i bromo-2-nitropropano-1,3-diolem - uwaga wrażliwcy.

Zapach: Wersja marakujowo-papajowa kojarzy mi się z tymi owocami, tylko w dość posłodzonym wydaniu, natomiast wersja plumeriowo-orchideowa pachnie kwiatowo, dużo lżej i mniej słodko - została moim zapachowym faworytem. Oba zapachy dość szybko wietrzeją ze skóry.

Konsystencja: Dość lekka, dokładnie "mleczkowata" ;).



Działanie: Te produkty bardzo przypadły mi do gustu w kontekście wchłaniania, które trwa dosłownie chwilę, i nie pozostawiają tłusto-oślizgłej warstwy na ciele. Przy doskonale rozwiniętych zdolnościach mojej skóry do przesuszenia mogę ich użyć nawet w ciągu dnia, odczekać minutkę i włożyć ubranie, ciesząc się optymalnym ukojeniem i natłuszczeniem ciała - nie bojąc się przy tym, że ciuchy przylegnią do mnie jak kokon :P. Całkiem dobrze sprawdzają się też jako kremy do rąk - butelka z pompką ustawiona na umywalce to coś, co powinno na stałe zagościć w moim domu i pracy (zapisać:P).
Dla megaprzesuszonej skóry, np. na kolanach czy łokciach (jeśli już doprowadzimy do takiego stanu) produkty te mogą jednak okazać się za słabe, za to w codziennej pielęgnacji uważam je za bardzo przyzwoite ;).

Jeszcze kilka słów na temat rumiankowego kremu do rąk:


Opakowanie: Matowa, miękka tuba o etykiecie charakterystycznej dla tej marki. Po prostu - ładne ;).

Pojemność / opakowanie: 100 ml/5,99 zł.

Skład:


Początek składu to mieszanka emolientu (w tym parafiny, olejku jojoba i silikonu), gliceryny, ekstraktu z rumianku, glikolu propylenowego oraz mikroskopijnych ilości hialuronianu sodu i mocznika.

Konserwowany parabenami.

Konsystencja:


Średnio gęsta, bardzo łatwo się rozprowadza.

Zapach: Typowy dla kremów rumiankowych, dość wiernie oddający zapach herbatki z tego ziela.

Działanie: Ten krem do rąk zrobił na mnie bardzo pozytywne wrażenie jak doręczny codzienniak - czyli mazidło do torebki, z którego korzystam "gdy mi się przypomni" lub gdy jest taka potrzeba. To chyba najszybciej wchłaniający się krem do rąk, jaki posiadałam, a przy tym czuję jego działanie - skóra dłoni jest miła w dotyku i elastyczna (a nie jak tarka, co dość często mi się zdarza :P) bez efektu tłustej otoczki.
Wykorzystałam go też jako kompres nocny pod rękawiczki - piorunujących efektów nie było, więc nie jest to krem do zadań specjalnych (czyli tak jak i mleczka), za do jako codzienniak sprawdza się zacnie.Trochę żałuję, że nie ma jego wersji z pompką :P

Widziałyście już gdzieś te kosmetyki stacjonarnie?

"Wszystko jest trucizną i nic nie jest trucizną"



Autorem słów w tytule jest XVI - wieczny uczony Paracelsus, ojciec nauki zwanej toksykologią. Cały cytat brzmi następująco: "Cóż jest trucizną? Wszystko jest trucizną i nic nie jest trucizną. Tylko dawka czyni, że dana substancja nie jest trucizną". Minęło tyle setek lat, a słowa te są nadal aktualne - nowoczesne gałęzie chemii i medycyny dodały tylko zależność od sposobu i drogi podania.

W dobie popytu na kosmetyki coś tam coś tam free często nie myślimy o tym, że dany znaczek ma działanie po prostu marketingowe. Bo widzimy np. "O% SLS, SLES", a w składzie mamy inny detergent anionowy, nawet... także siarczan, ale nie jest on SLS-em czy SLES-em. Czyli właściwie niewiele się zmieniło, ale już przyciągający wzrok klientów znaczek można na opakowaniu nalepić. A nie ukrywajmy, że szukając np. delikatniejszego szamponu chętniej zwrócimy na taki kosmetyk uwagę ;).

A co z substancjami, które faktycznie w dużych stężeniach są szkodliwe i przed którymi niektórzy uciekają w panice? Tutaj kłania się nam poczciwy Paracelsus ze swymi mądrościami - wszystko zależy od dawki. Jeśli nie jesteśmy na jakiś składnik uczuleni, to "zatrucia chemią zawartą w kosmetykach" nie musimy się obawiać - dawki "zła" są zbyt niskie, by uczynić nam krzywdę.

Gdy rozpoczął się boom na picie siemienia lnianego (pozdrawiam znad kubeczka z tym specyfikiem ;)) pojawiły się rozważania na temat szkodliwości spożywanego wraz z nim kwasu cyjanowodorowego - wiadomo, wszelkie cyjanki kojarzą się z szybką śmiercią następującą w kilka sekund po przegryzieniu ampułki z takim związkiem. Ilość kwasu cyjanowodorowego powstałego po zjedzeniu zalanych wodą nasion lnu (czy też zmielonych) jest minimalna (nie osiąga stężenia szkodliwego), a poza tym nasz organizm posiada mechanizmy obronne potrafiące zdezaktywować tak niewielkie dawki substancji szkodliwych.
Co więcej - spożycie migdałów powoduje wydzielenie sporo większej ilości kwasu cyjanowodorowego, a jednak nikt nie raportował o zatruciu po ich zjedzeniu (swoją drogą pochłaniam je w ilościach niemoralnych :P).

Świadomość możliwych ilości substancji szkodliwych w tym, czego używamy jest ważna. Tak samo jak świadomość, czy samo pojawienie się w składzie kosmetyku "substancji szkodliwej" jest w stanie zrobić nam krzywdę.

Dziękuję za pomoc Panu z Całką ;).


Czerwona plaża ;)



Nie miałam w swoich planach lakierowych (pytanie, czy ja takie plany posiadam, czy kupuję tylko kompulsywnie... :P) dokupowania kolejnych piaskowych lakierów Adosa, jednak dobre dusze, w ramach tajemniczej wymianki sprawiły, że chyba mam całą ich serię (muszę sprawdzić :P).

Lakier Ados Texture Effect nr 09 w buteleczce wygląda jak czerwona baza z zatopionym milionem czerwonych i złotych drobinek - efekt na paznokciu trochę traci na intensywności, jednak i tak wyglądają jak lekko przyprószone złotym piaskiem ;). Jest dość mocno chropowaty, jednak niezbyt "ostry" - nie trzeba bać się o rajstopy :P

Ładna, stylowa buteleczka kryje 10 ml produktu w cenie około 7 zł. Pędzelek jest dość szeroki (ale daleko mu do maxi brush na szczęście) i zbity, pozwala na łatwe malowanie. Po dwóch warstwach kryje całkowicie, schnie w średnich granicach normy, a po 4 dniach nie widać na nim uszkodzeń ;)

Czego chcieć więcej ;)







Brat i siostra, a tak niepodobni ;)



Kocham psiaki, i obecnie mam w domu dwa małe szczeniaki, które mają 5 tygodni i w planie prawdopodobnie rozniesienie naszego domu na strzępy :P. Zrobienie im zdjęcia bez złapania było prawie niemożliwe, bo biegają i bawią się jakby miały akumulatorki w nóżkach ;).

Niestety, nie zostaną z nami (mama Misia i Czarek to wystarczający stały psi inwentarz) - piesek (o roboczym imieniu Kudłacz) wybierze się do mojej siostry, a suczka (roboczo: Piszczałka) do brata.

Grupowo zachodzimy w głowę, jakim cudem pieski z jednego miotu mogą się tak od siebie różnić, ale nic mądrego nie wymyśliliśmy ;p.

Właśnie rozwiązują mi buty, a muszę lecieć :P






Słodzizny, prawda? :D

Ziołowy brak szału



Większość włosowych produktów do spłukiwania formy Bingo Spa klasyfikuje się do grona moich ulubieńców. Jednak aby nie było aż tak kolorowo - nie wszystkie. Przyznaję, że dzięki naprawdę dobremu działaniu półlitrowych masek tej firmy moje wymagania względem jej produktów są wysokie, a cóż... nie wszystkie kosmetyki je spełniają.

Trochę czasu temu weszłam w posiadanie Kuracji dla włosów 12 ekstraktów roślinnych tejże firmy.


Opakowanie: Plastikowy, solidny słój z "podwójnym zamknięciem". Miałam jeszcze wersję ze starymi etykietami, które cóż, przegrywały walkę z czynnikami zewnętrznymi :P

 Pojemność/cena: 1000g / 22-28 zł.

Skład:


Początek składu stanowi mieszanina składników kondycjonujących (emolientów), nawilżających(humektantów) i ułatwiających zmycie(emulgatorów). Dalej zobaczyć możemy morze wodnych i glikolopropylenowych ekstraktów roślinnych m.in. z rozmarynu, szałwii, rumianku, arniki, łopianiu, sosny, cytryny, aloesu
.
Konserwowany DMDM-Hydantoiną, parabenami i benzoesanem sodu - info dla wrażliwców.

Zapach: Podobno nowa wersja pachnie dużo lepiej, ale stara roztaczała woń taniej, męskiej wody kolońskiej. Całe szczęście, że moje włosy niezbyt przejmują zapachy od kosmetyków.

Konsystencja: Bardzo rzadka i szczerze ubolewam, że opakowanie nie jest przystosowane do zamontowania pompki - życie byłoby prostsze :P


Działanie: Mimo sugestii producenta nie nakładałam jej na skalp (w ogóle mało co nakładam na ten rejon :P), a jedynie na włosy. Cóż... po użyciu wydawało mi się, że nie użyłam produktu do spłukiwania w ogóle. Włosy były jakieś takie tępe, lekko szorstkie i nawet (co bardzo rzadko u mnie spotykane) częściowo spuszone. Hm, może nadmiar ziół wywoływał u mnie objawy przesuszenia? A może jak dla mnie ilość ekstraktów nie była wystarczająco zrównoważona składnikami emolientowymi? Nie wiem, w każdym bądź razie po kilku próbach zaniechałam jej używania jako d/s i wykończyłam jako bazę do wzbogacanych olejami, miodem i półproduktami masek - w tej roli nie dawała żadnych niepokojących objawów, jednak nie stosowałam jej "ciągiem".

Niemniej - nie polecam, za tę cenę możemy dostać coś w równie dużej objętości, a o lepszym działaniu ;)

Mieliście styczność z tym produktem? Jakie macie wrażenia?

Wzorkowanie z przygodami :P



Nie mam zdolności plastycznych i nigdy nie miałam (zajęcia z plastyki w szkole przeżywałam bardzo ciężko :P), więc szczerze przyznam, że przynajmniej na razie dla mnie malowanie wzorków na paznokciach za pomocą wykałaczki/sondy/cienkiego pędzelka i innych tego typu przyrządów jest poza granicami moich możliwości :P

Co oczywiście nie oznacza, że czasem nie chciałabym mieć jakiegoś wzorka na paznokciu...

Dlatego też z ciekawością wypróbowałam zestawu do stemplowania(JR1137) i płytki ze wzorkami (NNAIL-SPPMM34) od kkcenterhk.com.



Stempelek ma dwie końcówki - mniejszą i większą, w do wyboru w zależności od wielkości wybranego wzorku.

Wraz ze zdrapką wykonane są z szorstkiego plastiku, co sprawia, że raz zabrudzone na powierzchni chwytu, szczególnie ciemnym lakierem, są praktycznie nie do domycia, co widać na zdjęciach (chyba namoczę zdrapkę w rozpuszczalniku, może to pomoże...).
 


Wybór płytki był dość prosty - kocham motywy roślinno-kwiatowe i motylki, a na tej właśnie mam prawie same tego typu wzorki;). Warto zachować pewną ostrożność przy zabawie w stempelkowanie ze względu na możliwość uszkodzenia paluszków krawędziami płytki.

Nie będę opisywać tego, w jaki sposób odtwarzałam wzorki na paznokciach - dużo lepiej sprawdzi się filmik, na którym sama bazowałam: KLIK!

I tutaj nadszedł czas na ujawnienie, dlaczego powinnam dostać nagrodę Darwina :P.

Otóż przy każdym ścieraniu nadmiaru lakieru z płytki... nie zostawało na niej nic, co mogłoby zostać przeniesione na pędzelek. Próbowałam raz, drugi... dziesiąty, aż byłam tak poirytowana, że chciałam tym całym zestawem rzucić w kąt.

Co się okazało? Na płytce była naklejona folia :P - na tyle dokładnie, że nie wystawała poza brzegi ani przy bardzo dokładnym obejrzeniu nie była widoczna. Ba, jej usunięcie nie należało do prostych :P

Gdy już rozwiązałam swoje problemy stempelkowanie poszło szybko i bezboleśnie, natomiast widać, że potrzebuję większej wprawy w takiej działalności ;). Wzorkami odświeżyłam lakier kiwi.









Widać, że był to mój pierwszy raz z tego typu zabawą, niemniej - będę próbować dalej :D

Macie może dla mnie jakieś rady związane ze stempelkowaniem? Same stempelkujecie? ;)

PS. Dla zainteresowanych - 10% rabat ;)


Kumulacja sierpniowa



Sierpień nie był dla mnie dobrym miesiącem z różnych, niewesołych powodów. Teraz jest dużo lepiej, ale potrzebuję jeszcze trochę czasu na złapanie spokojnego oddechu ;).

Nie ukrywam, że najlepszą metodą mojej walki z dołem są zakupy, i przyznaję, że lekko w tym miesiącu przesadziłam, ale na nastrój ta terapia podziałała dobrze ;p.

Najpierw jednak denka ;).

Kosz w minionym miesiącu zaliczyły:

  • Isana, krem do ciała shea&kokos;
  • Facelle, żel do higieny intymnej;
  • Apis, żurawinowy krem do twarzy;
  • Alterra, krem "brązujący",
  • Eveline, tusz do rzęs;
  • żel hialuronowy 1%, butelka 120 ml;
  • gliceryna roślinna, butelka 60 ml;
  • Isana, pianka do włosów kręconych stara wersja;
  • Balea More Blonde, odżywka;
  • Dermedic, Hydrain 3 Hialuro, krem do rąk.
Słabo, ale liczę w tym miesiącu na zużycie jakiejś kobyły ;).

Natomiast w moich zbiorach miejsce znalazły:


Ozdobny grzebyczek do włosów z cyrkoniami, dorwany w Six, w sam raz do jakiegoś upięcia - 5 zł.


Lakiery piaskowe z Pierre Rene, dorwane w bytomskiej Agorze w cenie 11,39 zł za sztukę (jednego dostałam od zaprzyjaźnionej włosomaniaczki :*).


Obok Agory znajduje się drogeria Hebe, nie byłabym sobą, gdyby jej nie odwiedziła :P. Wyszłam z litrową maską Seri miodowo-migdałową w cenie 14,99 zł.


 Ażurowy, oversize'owo-nietoperzowy, pudroworóżowy sweterek z Innej, 19,90 zł.


Dżinsowa, ołówkowa spódnica - długo szukałam czegoś takiego, bo każda w potencjalnie dobrym rozmiarze bardzo brzydko odstawała mi z tyłu. 19,90zł w outlecie Terranovy :D


A takie cudo dorwałam w outlecie w Wadowicach, z metką Orsay (tym samym mam pierwszy ciuch stamtąd :P). Przód jest lekko prześwitujący. 19,90 zł.


Serum pod oczy z Apisu, zakupione na Allegro, ciekawe, jak się sprawdzi. 15 zł.


 Maska do włosów Kallos Argan, prawie pełna, trafiła do mnie w następstwie wymiany ;)


Płyn micelarny Melisa firmy Uroda - 7,79 zł, a skusiła mnie pewnie melisa - na uspokojenie :P.


Efekt wizyty w sklepie z chemią niemiecką w Andrychowie. Kilka tygodni temu zapytałam właścicielki, czy będą mieć odżywki do włosów z Balei - sprowadzili, w jakże przyjemnej cenie 4,10 zł za sztukę ;)


Lakiery znów: jeden jak wiecie dostałam od bratanicy (już go pokazałam KLIK!), a drugi od pewnej przemiłej Wizażanki wraz z lakierami z Marionnaud i China Glaze, które zawieruszyły się i nie doczekały zdjęcia :P.


Moje wielkie zakupy, zamówione na początku miesiąca: Kallos Color (7,75 zł), Scandic Coco (12,99 zł), Scandic Fruit (12,99 zł), Scandic Color Protection (12,99 zł). Cała paczka była większa, bo zamawiałam kosmetyki dla kilku osób - na przesyłkę czekałam dość długo, za co w gratisie dostałam drugą maskę Scandic Fruit :D.

Z odżywkami do włosów przesadziłam strasznie, jednak było warto ;D.

Jak tam Wasze podsumowania sierpniowe? ;)

Kiwi :D



Zostałam ostatnio narodowym ścinaczem - moje dwie bratanice z włosami do pasa (pewnie, że zazdroszczę długości :P) przybyły do mnie na obrzęd ścięcia w jednym przypadku 5, a w drugim 10 cm. Jakiś czas później wybrałam się z jedną z nich na zakupy - zahaczyłyśmy o Drogerię Naturę, gdzie zobaczyłam piękny lakier. Jednak w ramach pracy nad sobą postanowiłam go nie kupić, i już (taa, słaba asertywności)!

Jednak cóż, jestem jego właścicielką. Dostałam od Zuzi ze słowami -"Za podcięcie" :*

Lakier My Secret nr 167 Kiwi składa się z pięknej, kremowej, zielonojabłuszkowej bazy bez shimmera i zatopionych w niej drobinek czarnego pieprzu, całość faktycznie dość mocno kojarzy się z owocem kiwi ;).

W stanie płynnym produkt ten pachnie jak każdy, statystyczny lakier. Zamknięty jest w prostopadłościennej, geometrycznej buteleczce, co wygląda naprawdę nieźle. Pędzelek dość krótki, z rodzaju węższych, którym bardzo dobrze się maluje.

Zaskoczył mnie trwałością - 4 dni wytrzymał bez uszkodzeń, potem zauważyłam startą końcówkę i "odrost". Wsadzę jednak do tej beczki miodu łyżkę dziegciu - smuży, i do ich pozbycia się niezbędne są 3 dość cienkie warstwy - na szczęście przy tym wszystkim schnie dość szybko ;).

Właśnie! "Pachnę podczas wysychania" - nie tylko, czułam go jeszcze o poranku kolejnego dnia po malowaniu (zwykle maluję paznokcie wieczorem ;)). Pytanie, czy jest to zapach kiwi - dawno tego owocu nie jadłam, jednak tak słodko mi się nie kojarzy ;P.






P.S. Post z dedykacją - dla Scar ;)

100 pytań do...



... do mnie ;).

W ostatnim czasie zauważyłam reaktywację zadawania pytań na moim blogu pod tagiem "50 pytań do...". Z racji, że dziś przypada ostatni dzień moich wakacji i nigdzie się nie wybieram, pozwolę sobie na powtórzenie tej akcji ;).

Jestem osobą otwartą, jednak wiadomo - nikt nie chce się spowiadać z całego swojego życia prywatnego, mam nadzieję, że zrozumiecie, jeśli z jakiś powodów na niektóre (ewentualne) pytania nie odpowiem.

Tak więc... jestem do Waszej dyspozycji dziś, nie krępujcie się ;)

Chusteczkowa pielęgnacja



Wyjazdy wiążą się z koniecznością rozważenia tego, jakie kosmetyki ze sobą wziąć. Wiadomo - nikt nie lubi dźwigać, poza tym - czasem ogranicza nas waga i pojemność walizki/bagażnika... W takich chwilach z pomocą przychodzą nam kosmetyki w formie chusteczek - dziś będzie o moich doświadczeniach z tego typu wyjazdową pielęgnacją.

Wiadomo - trochę kosmetyków posiadam. Moja rodzina już się do tego przyzwyczaiła i totalnie nie reaguje. Co jednak, gdy jadę na weekend do przyjaciółki? Myślę, że popatrzyłaby na mnie co najmniej dziwnie, gdy zobaczyłaby: żel/mydło do mycia twarzy, tonik, płyn micelarny i pakiet wacików. Nie mówiąc już o tym, że prawdopodobnie dzięki temu musiałabym sprawić sobie większą torbę (akurat mam niewielką :P), biorąc pod uwagę ogrom ciuchów konieczny w przypadku upałów.

Tak więc na wycieczki mniejsze i większe w czasie mijających wakacji jeździły ze mną chusteczki Cleanic.


Wszystkie one zamknięte są w poręczne opakowania z grubszej folii z wielokrotnym zamknięciem ("przylepiec" nie odmawia współpracy aż do opróżnienia opakowania), które przeciwdziała wysychaniu.


Dezodoranty w formie chusteczek Deo Fresh i Deo Soft ratowały mi życie w trakcie tegorocznych upałów, gdy musiałam spędzić kilka godzin w nie najlepiej (jeśli w ogóle) klimatyzowanych busach czy autobusach. Sam producent mówi o tym, że te kosmetyki nie zastąpią codziennego korzystania z antyperspirantu (co i ja potwierdzam), jednak pozwalają na zachowanie komfortu i zwycięską walkę z przykrym zapachem i poceniem pach, dłoni czy stóp właściwie w każdej możliwej sytuacji.
Przyznam szczerze, że wersja Soft ma bardzo słodki, cukierkowy zapach, przez co niezbyt przypadła mi do gustu. Za to Deo Fresh pachnie dużo delikatniej i bardziej świeżo - na pewno pozostanie w mojej torebce ze mną na dłużej ;)

Sam zapach chusteczek już po chwili nie jest wyczuwalny na ciele.

12szt./3,99zł.


Chusteczek do demakijażu do cery normalnej i mieszanej używałam tylko do oczyszczania skóry oczu - są dość tłuste (silikony i parafina) dzięki czemu bardzo dobrze rozpuszczają nawet mocny makijaż, jednak na reszcie powierzchni mojej twarzy mogłyby uczynić pewne szkody ;). Wystarczyło przyłożenie rogu chusteczki do oka na kilka-kilkanaście sekund i delikatne starcie całości, by usunąć cały tusz, eyeliner i cienie. Kolejny plus - oczy w żaden sposób nie zostały podrażnione.
Do całej twarzy nie używałam jak wspominałam - cera źle reaguje na parafinę.

Za to odkryłam jeszcze inne ich zastosowanie - cudownie sprawdzają się do odświeżania bardzo suchych dłoni (ostatnio z pewnych przyczyn dosłownie się sypię) - dłonie są czyste bez dodatkowego przesuszenia.

10szt./4,39zł


Chusteczki odświeżające Clean&Chic oraz Pure&Glamour stały się dla mnie substytutem żelu antybakteryjnego. Są zapakowane w malutkie opakowania, dzięki czemu bezproblemowo mieszczą się w plecaku czy torebce. Właściwie nie wychodzę bez nich z domu, w końcu - różnie bywa ;). Nie postawiłabym ich na równi z Dezodorantami w chusteczce, bo jednak tamten produkt daje odczuwalnie dłuższe uczucie świeżości.

Znów dwie wersje, z których Pure &Glamour jest dla mnie zapachowo za słodka, a Clean&Chic idealna, kwiatowa i nieprzesłodzona ;). Także i w tym przypadku zapach nie utrzymuje się na ciele.

15szt./2,99zł


Chusteczki do higieny intymnej Cleanic Intimate z ekstraktem z płatków róży zostały moim faworytem. Dlaczego? Lubię produkty uniwersalne, a one sprawdzają się dobrze zarówno w funkcji, do której są dedykowane, jak i do odświeżania dłoni, stóp czy pach, a także do demakijażu całej twarzy (żadnych filmformerów) - tak więc na krótkie nocowanie poza domem są niezastąpione w moim przypadku. Nie zaobserwowałam żadnych podrażnień czy innych niepokojących reakcji, skóra twarzy była wręcz zadowolona ;).

Z wszystkich chusteczek, które używałam, one mają najdelikatniejszy, najsłabszy i najładniejszy zapach ;)

10 szt./4,99zł

Korzystacie czasami z tego typu produktów?

Edit. Nigdy nie pisz postów po północy i nie ustawiaj na harmonogramie, bo okaże się, że o czymś zapomniałaś :P (to do mnie)

Tak, jest to paczka w ramach współpracy, jednak nie sądziłam, że po wysypie recenzji tej marki ktoś pomyślał inaczej. Jednak - mea culpa ;)