Urodzinowo-imieninowa wishlista, niekoniecznie kosmetyczna ;)



Starość nie radość, młodość nie wieczność, trampki nie sandały... A tak na poważnie (;)) - mam jutro urodziny, i to pierwsze, których jakoś nie odczuwam. Nie ma radosnego podniecenia, nie ma kupowania sobie prezentów (jeszcze ;p), było natomiast nieco stresu. W moje święto wypada termin złożenia ostatecznych deklaracji maturalnych (a ja jestem wychowawcą w jednej z klas trzecich :D), ale na szczęście moje dzieciaki stanęły na wysokości zadania i ta sprawa została już odfajkowana ;). Bardziej ciśnienie podniósł mi mój dowód osobisty - byłam pewna, że jest nieco dłużej ważny :D. Ta sprawa jednak właśnie się załatwia. 

Niedługo po urodzinach mam też imieniny, więc by wprowadzić się w nieco bardziej świąteczny nastrój postanowiłam zrobić małą listę tego, co zamierzam zakupić... kiedyś ;). Zdjęcia poniżej pochodzą z serwisów sprzedajemy.pl i allegro.pl.

Ręczny młynek do kawy (najchętniej drewniany)


Po przeanalizowaniu kilku kaw mielonych, jako świeży, domorosły kawopijca (więcej o mojej historii z kawą TUTAJ) chciałabym spróbować czarnego napoju przygotowanego w domu ze świeżo zmielonej kawy. Marzy mi się mielenie do każdej kawy świeżej porcji ziaren ;).

Thermomix


Jedną ze starszych wersji tego sprzętu mam w domu rodzinnym od wielu, wielu lat i obecnie trochę nie wyobrażam sobie nie mieć go w kuchni ;). To jednak spory wydatek - będzie musiał poczekać.

Urządzenie do peelingu kawitacyjnego/sonoforezy

Wiem, że żaden z tych zabiegów nie ma działania rzucającego na kolana, ale myślę, że takie urządzenie mogłoby być niezłym uzupełnieniem codziennej pielęgnacji ;). 

Netbook


Przenośne maleństwo przydałoby mi się z dwóch powodów - po pierwsze mój kręgosłup byłby mi bardzo wdzięczny, a po drugie mój obecny laptop zaczyna mieć powoli dosyć przenoszenia z miejsca na miejsce - o czym pewnie wiecie z mojego fanpage :D.

Książki Elżbiety Cherezińskiej


Pochłaniam książki tej autorki namiętnie - obecnie nie mam tylko sagi "Północna droga" oraz książki "Turniej cieni". Na pewno uzupełnię o nie swój księgozbiór :D.

Ozdoby do włosów


Zauważyłam, że zawsze, gdy osiągam nieco większą długość włosów, zaczynam zwracać baczniejszą uwagę na ozdoby do włosów. Oczywiście, moich Flexi8 raczej nic nie zdyskredytuje, ale mój koszyk na Aliexpress pełen jest spinek, opasek i żabek xD. Niedługo zapewne wybiorę się do fryzjera na podcięcie, ale może faktycznie do ślubu jeszcze nieco wydłużę kudły ;)

Srebrny łańcuszek


Srebrny, a nie posrebrzany ;). Mój ostatni również okazał się skuchą, przez co obecnie w moim ulubionym, bursztynowym naszyjniku z serduszkiem nie chodzę. Zszarzał, zmatowiał, a na końcu... rozpadł się radośnie -.-. Czas na porządny zakup, najlepiej z polecenia. Właśnie - może jesteście mi w stanie polecić jubilera (stacjonarnie w Krakowie lub online), który nie zrobi mnie po raz kolejny na łańcuszku w konia? :D.

Naszyjnik z topazem


Naszyjnik byłby uzupełnieniem zestawu składającego się (na razie) z pierścionka i kolczyków ;). Tak się złożyło, że ten ze zdjęcia byłby wręcz idealny xD.

Na pewno kilka cudów z tej listy odhaczę w ciągu najbliższego roku, a reszta... będzie musiała poczekać na lepsze czasy ;).

Co jest obecnie na szczycie Waszej prezentowej listy życzeń? ;)

Clover Cosmetics: emulsja do rąk, serum liftingujące i krem nawilżający - jestem na tak!



Przez kilka ostatnich tygodni miałam okazję testować produkty Clover Cosmetics: Odbudowującą emulsję do rąk, regenerujący krem nawilżający oraz wygładzające serum liftingujące. Ostatnio opisywałam Wam składy całej linii tych kosmetyków TUTAJ, a dzisiaj opowiem Wam o wspomnianych trzech produktach od strony organoleptycznej. Jak się u mnie sprawdziły? O tym już poniżej ;).

Odbudowująca emulsja do rąk


Solidny szklany słoiczek to niezłe rozwiązanie przy takiej konsystencji produktu, ale nie polecam upuszczania go na płytki - może tego nie znieść ;). Etykiety są proste, ale jednocześnie eleganckie i trwałe.

100g emulsji kosztuje 72zł - sporo, ale należy pamiętać o tym, że Clover Cosmetics to firma jednoosobowa na samym początku swojej działalności ;).

Skład:


Ma konsystencję niczym Nutella (tylko jest kremowobiała), dlatego też śmiało mogę stwierdzić, że zawiera naprawdę sporo masła shea ;). Poza nim w składzie nie zabrakło gliceryny (nawilżacz), olei (migdałowy, awokado), sorbitolu, mleczanu sodu, mocznika, mleczka pszczelego, D-pantenolu, propanediolu i niacynamidu (nawilżacze). Zawiera również witaminy E i C oraz dwa konserwanty. Środek składu stanowią ekstrakty roślinne: rozmaryn, rumianek, arnika, jasnota, szałwia, sosna, rukiew, łopian, cytryna, bluszcz, nagietek, nasturcja.

Pachnie delikatnie - waniliowo, a zapach po kilku chwilach nie jest wyczuwalny na skórze. Warto też pamiętać, że ten zapach to efekt kompilacji składników, a nie dodatku kompozycji zapachowej (bo substancji zapachowych próżno szukać w tej emulsji ;)).


Emulsja w niewielkich ilościach (dosłownie maźnięcie) wchłania się całkiem szybko, pomimo swojej bogatej i zapowiadającej się na dość tłustą formuły. Najbardziej jednak lubię stosować ją grubą warstwą na noc, pod bawełniane rękawiczki. Świetnie działa zarówno na skórę dłoni jak i na paznokcie (może być substytutem olejowania skórek i płytki). Dzięki niej skóra bardzo dobrze znosi zimę: jest nawilżona, jędrna, gładka, bez podrażnień i pęknięć. 

Myślę również, że to jej zawdzięczam wyprowadzenie moich paznokci na prostą. Ze względu zapewne na słabe krążenie, moje normalnie prawie niezniszczalne szpony rozdwajają się zimą radośnie. W obecnej chwili mam całkiem długie paznokcie bez najmniejszych śladów zniszczeń. Oczywiście, bez ścinania tego, co już się zepsuło, się nie obyło :D. 

Stosuję ją również na przesuszenia na kolanach, piętach i łokciach - bardzo skutecznie zmiękcza skórę w problemowych rejonach. Ze względu na swoją masełkowatą konsystencję jej wydajność również jest niezwykle zadowalająca ;). Myślę, że zagoszczą u mnie kolejne słoiczki tego mazidła ;).

Działanie kremu i serum nawilżającego opiszę razem, bo i stosowałam je wspólnie ;). 

Regenerujący krem nawilżający


I znowu - szklany słoiczek nie lubiący twardych powierzchni, jednak z dodatkowym zamknięciem, co dodatkowo przedłuża trwałość kosmetyku. Prosto, ładnie, elegancko.

50g tego kremu kosztuje 105zł.

Skład:


Kolejny mocno emolientowy produkt ;). Bazę stanowią: masło shea, oleje: migdałowy i kokosowy oraz nawilżacz (sorbitol) z dodatkiem dwóch emulgatorów i mocznika (nawilżacz). Dalej w składzie znajdziemy korowód ekstraktów: rozmaryn, rumianek, arnika, jasnota, szałwia, sosna, rukiew, łopian, cytryna, bluszcz, nagietek, nasturcja, czerwona koniczyna wraz ze skwalanem, witaminami E i U, alkoholem tłuszczowym oraz propanediolem (nawilżacz).

Ma kremową, średnio zwartą konsystencję i ledwie wyczuwalny (czytaj: dopiero po dotknięciu go nosem xD), roślinny, dość neutralny zapach (nie wynikający z dodatku kompozycji zapachowej - krem jej nie zawiera). 


Wygładzające serum liftingujące


Szklana buteleczka typu airless zastosowana jako opakowanie - jestem bardzo na tak! To jedno z najbardziej higienicznych rozwiązań jeśli chodzi o kosmetyki, które dodatkowo znacząco ułatwia dozowanie kosmetyku. 

30g serum kosztuje 140zł.

Skład:


Olej migdałowy, sorbitol (nawilżacz), witamina E (przeciwutleniacz), mocznik (nawilżacz) - taki oto zestaw jest bazą dla tego serum ;). W dalszej części najdziemy emulgatory, alkohol tłuszczowy, mleczko pszczele, glicerynę, mleczan sodu, propanediol, niacynamid (pięć ostatnich - nawilżacze) wzbogacone ekstraktami (czerwone algi, hematyt - bardzo egzotycznie, jeżówka, brezylka, czerwona koniczyna). Dwa konserwanty nie budzą wątpliwości ;).

Również ma kremową konsystencję i delikatny, ziołowy zapach (ale inny niż w przypadku kremu; ono również nie zawiera kompozycji zapachowej). Po kilku chwilach nie jest wyczuwalny na skórze.


Krem i serum stosowałam na dokładnie oczyszczoną skórę w przeróżnych konfiguracjach ;). Są to produkty treściwe składowo i nieco tłuste - wymagają kilku minut, by całkowicie się wchłonąć (ale nie jest to idealny mat). Każdy z nich można również stosować osobno jak i w konfiguracji serum -> krem. Skóra po ich stosowaniu jest odżywiona, rozświetlona i zadowolona. Tej zimy niestraszne były mi suche skórki w okolicach nosa ani też wszelkie inne niedogodności wynikające z warunków atmosferycznych ;). Pomimo moich wątpliwości przed pierwszymi próbami ten zestaw od Clover Cosmetics nie zmniejsza trwałości makijażu w żaden sposób: nie powoduje jego spływania ani rolowania. 

Zarówno krem, jak i serum sprawdzają się również w okolicach oczu, jednocześnie nie powodując podrażnień tych wrażliwych okolic. 

Nie mogę również zapomnieć o aspekcie szczególnie ważnym dla mnie - krem i serum Clover Cosmetics nie działają komedogennie nawet na moją skłonną do niespodzianek i zanieczyszczenia skórę tłustą. Mogę nawet napisać, że nieco ograniczyły przetłuszczanie mojej cery - potrzebowała pewnie więcej odżywienia niż oczyszczenia, a te mazidełka idealnie wstrzeliły się w jej potrzeby ;).

Z całą pewnością nadal będę kibicować Pani Joannie i jej marce Clover Cosmetics w rozwoju i osiąganiu sukcesów. Przemyślane składy, elegancki design i inspiracja naturą - to naprawdę godna uwagi mieszanka ;). W przypadku tej linii sprawdza się powiedzenie "dobre, bo polskie" ;).

Czy coś z tego zestawu szczególnie przykuło Waszą uwagę? ;)


Clover Cosmetics - nowa polska marka z solidnym zapleczem ;)



Parafrazując klasyk: "chemik chemika zawsze wspomoże" ;). Dzisiaj chciałabym Was wprowadzić w świat kosmetyków tworzonych przez moją koleżankę po fachu - Joannę Paluch, która zjadła zęby tworząc formuły dla firm kosmetycznych oraz wykonując dla nich wszelkiego rodzaju testy kosmetyków. Obecnie spełnia swoje marzenie, będąc autorką linii kosmetyków Clover Cosmetics oraz... tworząc na zamówienie kosmetyki spersonalizowane. Zapewne ta druga opcja wydaje się Wam bardziej interesująca, jednak nasza współpraca na razie skupi się na regularnej linii kosmetyków tej marki. Kilka z nich testuję już od dawna - recenzji możecie spodziewać się wkrótce ;). Tym razem przybliżę Wam natomiast linię kosmetyków Clover Cosmetics pod względem składów - a jest na czym zawiesić oko! ;). 

Botaniczne masło odżywcze


Skład: Aqua, Butyrospermum Parkii*, Prunus Amygdalus Dulcis (Sweet Almond) Oil*, C/C trigliceride*, Cetearyl Olivate, Sorbitan Olivate*, Cocos Nucifera (Coconut) Oil***, Sorbitol*, Glycerin, Urea, Rosmarinus Officinalis (Rosemary) Leaf Extract*, Chamomilla Recutita (Matricaria) Flower Extract*, Arnica Montana Flower Extract, Lamium Album Extract*, Salvia Officinalis (Sage) Leaf Extract*, Pinus Sylvestris Bud Extract*, Nasturtium Officinale Extract*, Arcticum Majus Root Extract*, Citrus Limon (Lemon) Peel Extract*, Hedera Helix (Ivy) Leaf Extract*, Calendula Officinalis Flower Extract*, Tropaeolum Majus Flower Extract*, Cetyl Alcohol, Persea Gratissima (Avocado) Oil***, Sodium Lactate, Dehydroacetic Acid, Benzyl Alcohol**, Squalane*, Red Clover Extract*, Hydrocotyl Centella Asiatica (Gotu Kola) Extract*, Propanediol***

Skład bogaty w oleje (masło shea, migdałowy, kokosowy, awokado) oraz emulgatory, także takie bazujące na oliwie z oliwek. Przymiotnik "botaniczny" również znajduje swoje uzasadnienie we wnętrzu opakowania - zawiera naprawdę spory zestaw ekstraktów roślinnych (rozmaryn, rumianek, arnika, jasnota, szałwia, sosna, rukiew, łopian, cytryna, bluszcz, nagietek, nasturcja, czerwona koniczyna, wąkrota). Całość uzupełniają dodatki humektantów: sorbitolu, gliceryny, mocznika, propanediolu i mleczanu sodu. Zawiera również niekontrowersyjne substancje konserwujące ;).

Nawet bez mojej rekomendacji nie sposób nie zauważyć, że skład jest piękny, bogaty w ekstrakty i oleje roślinne. Sprawdzi się zapewne w pielęgnacji ciała, a ja nie omieszkałabym wypróbować go na włosach ;).

Rozświetlający eliksir witaminowy



Skład: Aqua,Prunus Amygdalus Dulcis (Sweet Almond) Oil*, Butyrospermum Parkii*, Glycerin, Cetearyl Olivate, Sorbitan Olivate**, Urea, Caprylic/Capric Triglyceride*, Cetyl Alcohol, Tocopherol Acetate, Persea Gratissima (Avocado) Oil***, Sodium Lactate, Dehydroacetic Acid, Benzyl Alcohol**, Propanediol ***, Methylmethionine Sulfonium (Vitamin U)*, Kappaphycus Alvarezii Extract*, Caesalpinia Spinosa Extract*, Red Clover Extract*, Niacynamide, Squalane*, L-Ascorbic Acid, Mica

Bazę dla tego eliksiru stanowią oleje (migdałowy, masło shea, awokado) przełamane humektantami (nawilżacze: gliceryna, mocznik, mleczan sodu, propanediol, niacynamid) i wzbogacone emulgatorami, także tymi pochodzenia naturalnego. Całość zamykają witaminy E, C i U, ekstrakty (czerwone algi, , czerwona koniczyna, brezylka) oraz skwalan i mica (odpowiedzialna za efekt matujący i konsystencję). Zawiera również dwa konserwanty nie wzbudzające moich zastrzeżeń.

Eliksir ten zakwalifikowałabym pod kategorię serum, chociaż myślę, że nieźle sprawdzi się zarówno stosowane solo, jak i pod krem. Dobry balans pomiędzy składnikami nawilżającymi i natłuszczającymi - może się sprawdzić zarówno na zimę, jak i latem ;).

Oczyszczająca maseczka węglowa



Skład: Aqua Montmorillonite Green Clay****, Caprylic/Capric Triglyceride*, Prunus Amygdalus Dulcis (Sweet Almond) Oil*, Cocos Nucifera (Coconut) Oil***, Cetearyl Olivate, Sorbitan Olivate**,Urea, Sodium Lactate, Carbo Medicinalis*, Hydrocotyl Centella Asiatica (Gotu Kola) Extract*, Niacinamide, Acmella Oleracea Extract*, Tocopherol Acetate, Squalane*, Dehydroacetic Acid, Benzyl Alcohol**, Propanediol***, Red Clover Extract*

Zielona glinka wzbogacona trójglicerydami, olejami (migdałowy, kokosowy, skwalan z oliwy z oliwek) oraz nawilżaczami (mocznik, mleczan sodu, niacynamid, propanediol) to baza dla tej maseczki. Mamy też oczywiście tytułowy węgiel, ekstrakty roślinne (wąkrota, jeżówka, czerwona koniczyna), witaminę E oraz dwa konserwanty.

Myślę, że przy tej maseczce nie istnieje ryzyko nadmiernego przesuszenia (co czasami zdarza się przy produktach sygnowanych jako "oczyszczające) ze względu na nawilżające, natłuszczające i łagodzące dodatki ;). Zawiera sporo trójglicerydów, więc nie jest to kosmetyk dla mnie, ale jeśli tylko nie macie na pieńku z tymi składnikami - śmiało można próbować tego zacnego składziku ;).

Wygładzające serum liftingujące



Skład: Aqua, Prunus Amygdalus Dulcis (Sweet Almond) Oil*, Sorbitol*,Tocopherol Acetate, Urea, Cetearyl Olivate, Sorbitan Olivate**, Cetyl Alcohol, Royal Jelly, Glycerin, Acmella Oleracea Extract*, Sodium Lactate, Dehydroacetic Acid, Benzyl Alcohol**, Propanediol***, Hematite Extract****,Kappaphycus Alvarezii Extract, Caesalpinia Spinosa Extract, Squalane*, Red Clover Extract*, Niacynamide

Olej migdałowy, sorbitol (nawilżacz), witamina E (przeciwutleniacz), mocznik (nawilżacz) - taki oto zestaw jest bazą dla tego serum ;). W dalszej części najdziemy emulgatory, alkohol tłuszczowy, mleczko pszczele, glicerynę, mleczan sodu, propanediol, niacynamid (pięć ostatnich - nawilżacze) wzbogacone ekstraktami (czerwone algi, hematyt - bardzo egzotycznie, jeżówka, brezylka, czerwona koniczyna). Dwa konserwanty nie budzą wątpliwości ;).

To serum mam okazję testować, więc niedługo przekażę Wam informacje aplikacyjne ;). Skład jest bogaty i mocno odżywczy, a jednocześnie może sprawdzić się na cerach skłonnych do zanieczyszczenia.

Krem redukujący naczynka


Skład: Aqua, Prunus Amygdalus Dulcis (Sweet Almond) Oil*, Caprylic/Capric Triglyceride*, Aesculus Hippocastanum*, Hamamelis Virginiana*, Arnica Montana*, Propylene Glycol, Lecithin, D-panthenol, Trilaureth-4-phosphate, Citric Acid, Phenoxyethanol, Ascorbic Acid, Rutin, Ethylhexylglycerin, Cetearyl Olivate, Sorbitan Olivate**,Persea Gratissima (Avocado) Oil*** ,Urea, Cetyl Alcohol, Sodium Lactate, , Dehydroacetic Acid, Benzyl Alcohol**,Sophora Japonica Flower Extract, Troxerutin*, Vitis Vinifera (Grape) Wine Extract*, Squalane*, Propanediol***, Mica****

Emolientowa baza, składająca się z olejów (migdałowego i awokado) oraz trójglicerydów doprawiona została ekstraktami z kasztanowca, oczaru wirginijskiego, arniki, perełkowca i winogron. Nawet niesprawne oko, które widziało nieco reklam specyfików na wzmocnienie układu krwionośnego zauważy, że dodatki zostały dobrane w sposób przemyślany do dedykowanej funkcji kosmetyku. A to jeszcze nie wszystko: za wzmocnienie naczynek odpowiedzialne są także lecytyna, witamina C, trokserutyna i rutyna, które również znajdziemy w tym składzie ;). Efektu nawilżającego dostarczą: glikol propylenowy, D-pantenol, mocznik, mleczan sodu i propanediol. Całość została uzupełniona o substancje regulujące pH, emulgatory (odpowiedzialne za konsystencję) oraz dwa konserwanty i mikę.

Gdybym miała większy problem z naczynkami (jedynym kłopotem w tej materii jest mój nos, czerwieniejący przy -5 stopniach xD) to z całą pewnością wylądowałby na mojej półce. Rzadko spotykam tak przemyślane składy w kosmetykach dedykowanych do cery naczynkowej (więcej o jej pielęgnacji przeczytacie TUTAJ).

Regenerujący krem nawilżający



Skład: Aqua, Butyrospermum Parkii (Shea) Fruit Butter* , Prunus Amygdalus Dulcis (Sweet Almond) Oil *, Cocos Nucifera (Coconut) Oil***, Sorbitol*, Cetearyl Olivate, Sorbitan Olivate**, Urea, Rosmarinus Officinalis (Rosemary) Leaf Extract*, Chamomilla Recutita (Matricaria) Flower Extract*, Arnica Montana Flower Extract*, Lamium Album Extract*, Salvia Officinalis (Sage) Leaf Extract*, Pinus Sylvestris Bud Extract*, Nastutium Officinale Extract*, Arcticum Majus Root Extract*, Citrus Limon (Lemon) Peel Extract*, Hedera Helix (Ivy) Leaf Extract*, Calendula Officinalis Flower Extract*, Tropaeolum Majus Flower Extract*, Squalane*, Cetyl Alcohol, Tocopherol Acetate, Dehydroacetic Acid, Benzyl Alcohol**, Methylmethionine sulfonium (Vitamin U)*, Red Clover Extract*, Propanediol***

Kolejny mocno emolientowy produkt, który również poddaję wnikliwemu testowi ;). Bazę stanowią: masło shea, oleje: migdałowy i kokosowy oraz nawilżacz (sorbitol) z dodatkiem dwóch emulgatorów i mocznika (nawilżacz). Dalej w składzie znajdziemy korowód ekstraktów: rozmaryn, rumianek, arnika, jasnota, szałwia, sosna, rukiew, łopian, cytryna, bluszcz, nagietek, nasturcja, czerwona koniczyna wraz ze skwalanem, witaminami E i U, alkoholem tłuszczowym oraz propanediolem (nawilżacz).

Zapowiada się odżywczo i roślinnie, a jednocześnie krem ten nie ma żadnych składników, które działają komedogennie na moją cerę. Ba - część składników może bardzo pozytywnie wpłynąć na stan skóry tłustej: takiej jak moja. Już niedługo - recenzja ;).

Odbudowująca emulsja do rąk



Skład: Aqua, Butyrospermum Parkii (Shea) Fruit Butter*, Glycerin, Prunus Amygdalus Dulcis (Sweet Almond) Oil*, Persea Gratissima (Avocado) Oil***, Sorbitol*, Sodium Lactate, Cetearyl Olivate, Sorbitan Olivate**, Cetyl Alcohol, Urea, L-Ascorbic Acid, Rosmarinus Officinalis (Rosemary) Leaf Extract*, Chamomilla Recutita (Matricaria) Flower Extract*, Arnica Montana Flower Extract*, Lamium Album Extract*, Salvia Officinalis (Sage) Leaf Extract*, Pinus Sylvestris Bud Extract*, Nasturtium Officinale Extract*, Arcticum Majus Root Extract*, Citrus Limon (Lemon) Peel Extract*, Hedera Helix (Ivy) Leaf Extract*, Calendula Officinalis Flower Extract*, Tropaeolum Majus Flower Extract*, Royal Jelly, Tocopherol Acetate, Dehydroacetic Acid, Benzyl Alcohol**, D-panthenol, Propanediol***, Niacinamide

Tą emulsję również dla Was testuję i od razu mogę powiedzieć - ma konsystencję niczym Nutella (tylko jest kremowobiała), dlatego też śmiało mogę stwierdzić, że zawiera naprawdę sporo masła shea ;). Poza nim w składzie nie zabrakło gliceryny (nawilżacz), olei (migdałowy, awokado), sorbitolu, mleczanu sodu, mocznika, mleczka pszczelego, D-pantenolu, propanediolu i niacynamidu (nawilżacze). Zawiera również witaminy E i C oraz dwa konserwanty. Środek składu stanowią ekstrakty roślinne: rozmaryn, rumianek, arnika, jasnota, szałwia, sosna, rukiew, łopian, cytryna, bluszcz, nagietek, nasturcja.

Stosuję ją w niewielkich ilościach w ciągu dnia oraz na noc pod bawełniane rękawiczki. Może nałożę ją też na włosy, kto wie :D. Mocno odżywczy skład z dużą dozą natury.

Naturalny słodki peeling


Skład: Prunus Amygdalus Dulcis (Sweet Almond) Oil*,Camelina Sativa Seed Oil*, Cannabis Sativa (Hemp) Seed Oil*, Sodium Chloride****, Sucrose*, Silica****, Caprilic/Capryl Trigliceride*, Centella Asiatica*, Tocopherol Acetate, Fragrance

To pierwszy produkt Clover Cosmetics, w którym znajdziemy kompozycję zapachową ;). Peelingi często traktujemy jednak jako czasoumilacze, więc ten dodatek jest zrozumiały. Za efekt złuszczający odpowiedzialne są drobinki cukru i soli połączone olejami: migdałowym, z lnianki siewnej i konopii z dodatkiem trójglicerydów, witaminy E i ekstraktu z wąkroty.

Efekt peelingu i odżywienia w jednym - czemu nie ;). Bazuje na naturalnych olejach, więc spodziewałabym się naprawdę fajnych rezultatów stosowania.

Naturalny węglowy peeling



Skład: Aqua, Sodium chloride****, Coffea Robusta Seed Powder*, Prunus Amygdalus Dulcis (Sweet Almond) Oil*, Cannabis sativa (Hemp) Seed Oil* , Tocopheryl Acetate, Activated Carbon (powder)*

Tym razem mamy do czynienia ze złuszczaniem solno - kawowym z dodatkiem proszku węglowego w połączeniu z olejami: migdałowym i konopnym oraz witaminą E. Spodziewam się, że zawiera więcej drobinek od swoje słodkiego brata - a w związku z tym efekt złuszczający będzie mocniejszy. Szczególnie wart uwagi (ze względu na kawę) dla osób walczących o jędrną skórę ;).

Węglowy czarny syndet



Skład: Aqua, Sodium Methyl Cocoyl Taurate, Cocoamidopropyl betaine, Disodium Cocoamphodiacetate, Sodium alginate, Glycerin, Rosmarinus Officinalis (Rosemary) Leaf Extract*, Chamomilla Recutita (Matricaria) Flower Extract*, Arnica Montana Flower Extract, Lamium Album Extract*, Salvia Officinalis (Sage) Leaf Extract*, Pinus Sylvestris Bud Extract*, Nastutium Officinale Extract*, Arcticum Majus Root Extract*, Citrus Limon (Lemon) Peel Extract*, Hedera Helix (Ivy) Leaf Extract*, Calendula Officinalis Flower Extract*, Tropaeolum Majus Flower Extract*, Dehydroacetic Acid, Benzyl Alcohol**, Activated Carbon (powder)*

Syndet to absolutnie jeden z najciekawszych kosmetyków Clover Cosmetics. Syndet jest zamiennikiem mydła: w przeciwieństwie do nich ma pH zbliżone do pH skóry (zwykle między 5,5 a 7), dzięki czemu jest zwykle lepiej tolerowany. Zamiast mydła zawiera inne, delikatniejsze od siarczanowych detergenty wzbogacone gliceryną i alginianem sodu (nawilżacze) oraz węglem aktywnym. Nie zabrakło tutaj również bogactwa ekstraktów z: rozmarynu, rumianku, arniki, jasnoty, szałwii, sosny, rukwi, łopianu, cytryny, bluszczu, nagietka i nasturcji. Ogon składników zamykają dwa konserwanty.

Moja cera aż się pali do przetestowania :D. Delikatne detergenty, ekstrakty roślinne - to jest to, co moja tłusta i strefowo zanieczyszczona cera lubi najbardziej. Myślę, że może liczyć na sporo zwolenników w przyszłości.

Węglowa świeca do masażu


Skład: Prunus Amygdalus Dulcis (Sweet Almond) Oil*, Hydrogenated soybean poliglycerides*, Butyrospermum Parkii (Shea) Fruit Butter*,Stearic Acid, Fragrance, Vitis vinifera Seed Oil*, Cera Flava, Activated Carbon (powder)*

Olej migdałowy, modyfikowany olej sojowy, masło shea, olej winogronowy, wosk pszczeli, kwas stearynowy oraz węgiel aktywny i kompozycja zapachowa - oto i cała świeca do masażu ;). Nie mam doświadczenia z tego typu produktami, ale chętnie dowiem się jak stosujecie je w praktyce ;)

Twórczyni marki Clover Cosmetics nie stosuje kompromisów - jej składy są dopracowane i bogate. Na uwagę zasługuje też fakt, że jedynie dwa kosmetyki zawierają kompozycję zapachową (świeca i słodki peeling) - pozostałe swój zapach zawdzięczają zastosowanym składnikom bazowym i czynnym. Oczywiście - ceny są dość wysokie, ale musimy wziąć pod uwagę to, że firma jest na razie... jednoosobowa, a produkcja w takim wypadku kosztuje naprawdę sporo.

Niedługo wrócę do Was z recenzjami niektórych produktów Clover Cosmetics, a teraz proszę o trzymanie kciuków za Joasię i jej spełnianie zawodowych marzeń ;).

Będę mieć również coś dla Was wszystkich, więc... który z kosmetyków Clover Cosmetics szczególnie zwrócił Waszą uwagę? ;)

Moje wyjazdy: ekwipunkowe must have oraz zakupowe plany



Dopiero stosunkowo niedawno poznałam uroki częstszego podróżowania ;). Wcześniej, w czasach szkoły, zaliczałam jedynie organizowane przez nią wycieczki, a później, przez lata studiów, jakoś mi to nie wychodziło. Potem jednak, już wraz z M., zapałaliśmy pasją do zwiedzania zamków (na razie polskich) oraz zdobywania górskich szczytów (na razie tych mniej wymagających ;)). Wraz z nimi poczyniliśmy różnego rodzaju zakupy ekwipunku wyjazdowego. Tak się złożyło, że często korzystaliśmy z oferty sklep-presto.pl i dzisiaj, w ramach współpracy, pokażę Wam część nabytków oraz planowanych na przyszłość zakupów - z prośbą o poradę ;). Ten sklep ma dla nas jeszcze jeden duży plus - swoją główną siedzibę na w Krakowie, jednak we wszystkich większych polskich miastach ma punkty odbioru osobistego. 

Pierwszym zakupem był oczywiście... plecak. Czy potraficie wyobrazić sobie, że przez tyle lat życia na walizkach (Kraków-dom rodzinny) nie miałam plecaka? xD Obecnie również uważam to za głupotę z mojej strony - tylko plecy mnie bolały od toreb noszonych na jednym ramieniu ;). Teraz bez mojego Martes Virno II, w zasadzie nie ruszam się z domu - latam z nim do pracy, jeżdżę do domu i zabieram na wycieczki. Mieści bez problemu laptopa, setki książek, kartkówek, sprawdzianów i sporo prowiantu ;).



Bez nawigacji ani rusz - zdecydowaliśmy się na chyba najbardziej standardowy produkt TomTom Start 25M, głównie z polecenia mojego brata. Nie za duża, nie za mała, z dożywotnimi aktualizacjami sprawdza się u nas na razie bezawaryjnie ;).


Zakup może nie tyle na wyjazdy, co z wyjazdem związany. Pomimo mieszkania w Krakowie i sporego doświadczenia ze smogiem nigdy nie widziałam go w takiej skali jak na zeszłorocznym wyjeździe do Dobczyc (na zamek, a jakże ;)). Po powrocie zakupiłam maskę antysmogową Dragon i faktycznie, czuję się lepiej - chociaż w grodzie Kraka w tym roku smog jest nieco mniejszy (co szczególnie widać po tym, że rzadziej muszę zmieniać filtry :D). Chętnie poznam jednak Wasze typy w tej kategorii.


Kurtka narciarska była zakupem, przed którym wzbraniałam się rękami i nogami ;). Niezbyt lubię okrycia wierzchnie w stylu w pełni sportowym, unikałam ich od czasów podstawówki (od kiedy mama przestała rządzić moim ubiorem :D), jednak po peanach pochwalnych M. na cześć narciarskiej puchówki również sprawiłam sobie takową, a dokładniej kurtkę narciarską 4f, bo tylko ta przyciągnęła moją uwagę. Wykorzystuję ją jednak tylko na wyjazdy - do pracy preferuję płaszcz.


W sferze planów jest natomiast polar. Obecnie korzystam z firmowego odzienia jeszcze z mojej pierwszej pracy, ale latka lecą i zniszczenia stają się widoczne. Rozmyślam nad widocznym na zdjęciu polarze 4f, ale chyba wolałabym coś dłuższego o jakieś 5-10cm. Zadecyduję po przymierzeniu :D.


Trekkingowe buty za kostkę muszę kupić koniecznie - i to już na dniach ;). Na razie mam tylko niskie, a chciałabym zadbać o ochronę stawu skokowego przy ewentualnych poślizgach. Wybieramy się na mały urlop-niespodziankę za 2,5 tygodnia (nie wiem gdzie, ale wiem, że wędrówek będzie sporo ;)) i myślę, że przy obecnej, delikatnej polskiej zimie fuksjowe (:D) buty Elbrus Gabby Mid dałyby radę. W kwestii tego zakupu chętnie jednak posłucham rad osób bardziej doświadczonych w wędrówkach ;).


Kolejne nabytki pewnie będą pojawiały się z czasem (marzą mi się rękawice narciarskie, namiot i nowy rower), ale myślę, że będą trochę odłożone w czasie. Najpierw zaopatrzę się w to, co jest (prawie) niezbędnie potrzebne ;).

Jak wyglądają Wasze urlopy i wyjazdy? Stawiacie na aktywny wypoczynek czy wolicie poleniuchować? ;)

Evree Różany Płyn Micelarny: cudo... poza zapachem ;)



Płyn micelarny to produkt bez którego nie wyobrażam sobie swojej obecnej pielęgnacji. Toniki nie oczyszczają (a w zasadzie - doczyszczają ;)) mojej skłonnej do zanieczyszczania cery tak, jak powinny. Bardzo często nie widzę w ogóle efektów ich stosowania... . Od poznania miceli bardzo rzadko je zdradzam ;). Niedawno dobiłam do dna Różanego Płynu Micelarnego od Evree - o którym Wam teraz opowiem. Marka Evree jest mi znana głównie ze słyszenia - dopiero się z nią zapoznaję organoleptycznie ;).


Przeźroczysta, plastikowa buteleczka to standard przy tego typu produktach. Etykieta jest trwała i całkiem ładna, chociaż nieszczególnie kojarzy mi się z różami (prędzej z piwoniami xD). Niewielki otwór właściwie dozuje produkt. 

300ml tego płynu micelarnego kosztuje około 15zł (kupiłam go na którejś z promocji w Rossmannie za połowę ceny).

Skład:


Bazą dla tego micela jest woda różana połączona z łagodnymi detergentami, nawilżaczami (gliceryna, aloes, hialuronian sodu, pantenol, glikol propylenowy, alantoina) oraz sporym dodatkiem kolagenu i kwasu mlekowego. Końcówka składu to modyfikowany olej rycynowy, konserwanty i substancje zapachowe.

Skład całkiem ładny, aczkolwiek przy cerze wrażliwej polecam wykonanie próby uczuleniowej. Można w jego przypadku spodziewać się zarówno funkcji oczyszczająco-odświeżającej, jak i delikatnie pielęgnującej.

Bezbarwny płyn dość mocno pieni się przy wstrząśnięciu. Pachnie... jak perfumowane różańce xD. Absolutnie nie jest to lubiany przeze mnie zapach i tylko z tego powodu więcej do niego nie wrócę pomimo tego, że zapach szybko wietrzeje.

Co do jego działania nie mam żadnych uwag negatywnych. Stosowany po żelu do mycia twarzy przyjemnie usuwa resztki zanieczyszczeń i uspokaja skórę po myciu. Świetnie sprawdzał się również w wersji solo do usuwania makijażu, np. na różnego rodzaju wyjazdach. W razie konieczności nie wymaga bezwzględnego zastosowania kremu po - skóra nie jest przesuszona i przy pojedynczych ekscesach tego typu bardzo dobrze daje radę bez dodatkowego wspomagania pielęgnacyjnego ;). Nie zapycha - w żaden sposób nie zwiększył ilości moich zaskórników. Nie zmniejszył jej również, ale nie oczekiwałam nawet tego od niego ;).

Jeśli nie przeszkadza Wam wspomniany przeze mnie zapach - polecam go z pełną odpowiedzialnością ;). Sama jednak do niego nie wrócę z tego jednego, prozaicznego powodu ;).

Odrzuciliście kiedyś jakiś kosmetyk ze względu na zapach?

Garnier Ultra Doux Szampon Oczyszczający Biała Glinka i Cytryna - jaki on oczyszczający...



Moje kudły w kwestii mycia są niezwykle wymagające - nie dla nich półśrodki ;). Galopująca niskoporowatość, której się dorobiłam na przestrzeni pielęgnacji, zaowocowała łatwością obciążania włosów i trudnościami z ich domyciem. Z dużym zainteresowaniem oglądam więc każdy szampon sygnowany jako "oczyszczający" - w taki też sposób zakupiłam Szampon Garnier z Białą Glinką i Cytryną. Szampon tej marki ostatni raz miałam chyba jeszcze w czasach przedpielęgnacycjnych - był to jakiś Fructis, którym bardzo ciężko myło mi się włosy. Od tego czasu jednak wiele się zmieniło, więc bez zwłoki przystąpiłam do testów.


Zakupiłam go w Rossmannie w cenie bodajże 7zł (400ml) - z okazji jakiejś promocji.

Skład:


Przed barwnikami znajdziemy jedynie mocne detergenty siarczanowe (ALS i SLES), glinkę kaolinową, chlorek sodu i glicerynę. W dalszej części składu (w ilościach śladowych) znajdziemy kwas salicylowy i ekstrakt z cytronu. Reszta to substancje odpowiadające za pH kosmetyku, jego zapach, konsystencję i kolor. Zawiera również śladową ilość filmformeru - kopolimeru.

Dobroci próżno tutaj szukać, ale pamiętajcie też, że w szamponach szukam przede wszystkim mocnego efektu myjącego - i tego właśnie się tutaj spodziewałam. Nie jestem wrażliwcem, więc spora ilość barwników, konserwantów i regulatorów pH nie zrobiła mi krzywdy, ale miejcie je na uwadze. To absolutnie nie jest składowa perełka.

Ma lejącą konsystencję (ale nie wodnistą), mlecznozielony kolor i średnio intensywny zapach męskiej wody kolońskiej. A tak liczyłam na cytrusową nutę... . Już jego kolor wywołał u mnie lekkie wątpliwości: w kwestii mocy mycia mam jakoś większe zaufanie do przeźroczystych formulacji xD.


Nie kombinowałam nadmiernie: wykorzystywałam go jak każdy inny szampon do dwukrotnego mycia włosów. Za pierwszym razem zastosowałam go na włosach potraktowanych olejem - uzyskałam 3xP (przyklap, przetłuszcz, przychlast). Podejście drugie - włosy były potraktowane jedynie niewielką ilością maski przed myciem: powtórka z rozrywki. Umycie nim włosów w wersji gołej (jedynie nieco przetłuszczonych) - to samo. I na tym zakończyłam włosową przygodę z tym szamponem Garnier - zużywam go właśnie do mycia ciała xD. Sprawiedliwie muszę jednak dodać, że na skórze głowy ani ciała nie wywołał żadnych niepożądanych objawów w postaci świądu, przesuszeń czy pieczenia. Ale przecież nie do tego jest dedykowany ;)

Od szamponów sygnowanych przymiotnikiem "oczyszczający" oczekuję naprawdę sporo. Za prawdziwie oczyszczający produkt uznaję ten, który domywa moje kapryśne włosy zawsze i w każdej konfiguracji pielęgnacyjnej. To myjadło absolutnie do takowych nie należy ;).

Trafiliście kiedykolwiek na szampon-bubel? Co było z nim nie tak? :D

Depilacja laserowa - fakty, mity. Początek moich zabiegów



Depilacja laserowa - temat coraz bardziej znany we wszelkiego rodzaju mediach kosmetycznych. Dla mnie - nieco znany z autopsji. I co tu nie mówić - przez pewien czas miałam nie najlepsze zdanie o tej metodzie usuwania owłosienia. Powód jest prozaiczny - przeszłam kilka zabiegów (7) depilacji laserowej wąsika, po których zaprzestaniu wszystko radośnie odrosło. Szkoda tylko, że w momencie, gdy włoski zaczęły magicznie odrastać nie pomyślałam o tym, że być może stoją za tym zawirowania hormonalne - ale o tym niżej.

Tym razem, dzięki współpracy z siecią Depilacja.pl, zamierzam ponownie podejść do sprawy - tym razem czeka mnie spotkanie z laserem LightSheer Duet. Ciekawe, jak będzie tym razem ;).


Nie będę jednak ukrywać - potrwa to pewnie kilka miesięcy, bo zabiegi mają być powtarzane "do skutku";). A jest co usuwać - wstępnie rozmawiałam z konsultantką o twarzy (wąsik + broda), okolicy międzypiersiowej i pachach. Moje zawirowania hormonalne zostawiły mi w spadku niechciane owłosienie w tych rejonach i jestem bardzo zainteresowana pozbyciem się go na zawsze ;). Poza oczywistymi względami estetycznymi mam problem z usuwaniem owłosienia w każdym rejonie ciała, ponieważ:
  • golenie podrażnia mi skórę (poza tym na twarzy jednak wolałabym tego uniknąć z wiadomych względów);
  • stosowanie plastrów z woskiem i depilatora wywołuje masowe wrastanie włosów, niezależnie od stosowanej przed i po zabiegu pielęgnacji (a wierzcie mi, próbowałam już wszystkiego...);
  • na twarzy w zasadzie mogę stosować tylko pęsetę (ze względu na wyżej wymienione problemy - a jest co wyrywać).
Nadzieje mam więc spore ;). Owłosienie klatki piersiowej i pach z całą pewnością spełnia wymagania do depilacji laserowej (jest ciemne), natomiast na twarzy - z brodą nie powinno być problemów, ale czy uda się coś podziałać z wąsikiem - dowiem się na wizycie (tu włosy są cieńsze i jakby jaśniejsze - ale może wynika to z ich grubości?).

Depilacja laserowa, także ze względu na swoją cenę, wzbudza wiele emocji i wątpliwości. Postaram się tutaj odpowiedzieć na niektóre z nich ;).

Czy depilacja laserowa trwale usuwa owłosienie?

Tak, ale nie każde. Najbardziej podatne na usunięcie są włosy grube i ciemne. Zawierają one najwięcej barwnika - melaniny, który pochłania światło lasera i zamienia je w ciepło. Temperatura niszczy część mieszka włosowego zwaną macierzą (odpowiedzialną za odrastanie i wzrost włosów) - bez niej nowy włos nie powstanie ;). Problem zaczyna się przy włosach jasnych, blond, siwych lub rudych. Niektóre marki czy salony kosmetyczne chwalą się posiadaniem laserów, które usuwają takie owłosienie, jednak ich skuteczność jest znikoma.

Należy również pamiętać o tym, że zawirowania hormonalne (w szczególności u kobiet) mogą spowodować w przyszłości pojawienie się nowych włosków w miejscach poddanych zabiegom. Dotyczy to jednak mieszków uśpionych, z których w czasie trwania zabiegów depilacji laserowej włoski nie wyrastały w ogóle, a które po hormonalnym boomie w organizmie zostały uruchomione.

Czy do całkowitego usunięcia włosków wystarczy 1/3/7/miliard zabiegów? (niewłaściwe skreślić ;))

Ilość potrzebnych zabiegów to kwestia indywidualna, jednak nie ma co liczyć na pełne usunięcie owłosienia po jednym zabiegu. Włosy na naszym ciele są w różnych etapach wzrostu i zwykle potrzeba od 3 do 7 zabiegów na to, by wszystkie uchwycić w fazie wzrostu (a nie uśpienia ;)) i potraktować wiązką lasera. Z każdym zabiegiem włosków powinno być jednak coraz mniej.

Czy latem można stosować depilację laserową?

Oczywiście, ale powinno się wtedy chronić rejony poddawane zabiegom przed dodatkowymi porcjami promieniowania słonecznego. Depilacja laserowa bikini czy pach nie stanowi problemu (tych rejonów raczej nie opalamy ;)), jednak pozostałe obszary powinniśmy chronić kremem z wysokim filtrem (SPF 50+).

Czy depilacja laserowa boli? Czy skóra jest podrażniona po zabiegu?

Odczucia bólowe są kwestią dość indywidualną, jednak przy dobrze dobranej mocy lasera można mówić raczej o ewentualnym dyskomforcie niż bólu ;). Sama odczuwałam jedynie mocne ciepło - daleko temu było do uczucia oparzenia ;). Skóra może być zaczerwieniona po zabiegu, jednak maksymalnie po kilkunastu godzinach ślady zanikają.

Czy depilacja laserowa i IPL to to samo? Czy urządzenia do domowej depilacji laserowej są podobnie skuteczne?

Nie, nie, nie i jeszcze raz nie. IPL nie stosuje lasera, tylko światło o różnej długości fali (przez co działa nie tylko na włos, ale też na okoliczne tkanki). Bywa, że zamiast usuwać, jedynie czasowo spowalnia wzrost włosów - jego skuteczność jest dość wybiórcza. W domowych urządzeniach do "depilacji laserowej" stosowana jest właśnie technologia IPL, dlatego też nie są tak skuteczne jak lasery medyczne.

Trzymajcie za mnie kciuki i koniecznie dajcie znać o Waszych depilacyjnych patentach (w każdej możliwej metodzie ;)).

"Te dni" - problemy każdej z nas i ich rozwiązania



Miesiączka - temat dotyczący ludzkości od jej zarania, a jednak ciągle traktowany (nawet w środowiskach czysto kobiecych!) jak tabu. W jego łamaniu nie chodzi mi nawet o szczegóły czysto fizjologiczne, ale często jakakolwiek wzmianka o bólach menstruacyjnych czy dyskomforcie kończy się zignorowaniem problemu ("przecież wszystkie kobiety to przechodzą, a Ty marudzisz", "też mnie boli i nie narzekam") albo jego skasowaniem (tutaj dominują panowie: "wolałbym, żebyś nie podawała szczegółów"). Oczywiście, nie każda z nas cierpi w jakikolwiek sposób w trakcie menstruacji, ale każdą kobietę może to spotkać.

Sama przez wiele lat od pierwszej miesiączki w zasadzie nie odczuwałam "tych dni" - poza oczywistym stosowaniem środków higienicznych. Nie było bólu, obfitych krwawień, bólów brzucha  czy nudności. Nie wiedziałam także co to PMS (zespół napięcia przedmiesiączkowego) - ot, w zakładanym terminie pojawiało się krwawienie, które nieszczególnie uprzykrzało mi życie. Czasami uskuteczniałam jedynie zestaw pierwszej potrzeby (termofor + lek przeciwbólowy), ale takie sytuacje w zasadzie zdarzały się może przez kilka dni w roku.


Później jednak sporo się zmieniło - moje zobowiązania zawodowe wzrosły (a wraz z nim poziom stresu) i pojawiło się kilka niewielkich problemów hormonalnych. No i się zaczęło ;). 

Obfite krwawienie dla każdej z kobiet wygląda inaczej, jednak dla mnie jest to stan, w którym dokładnie muszę przemyśleć swój ubiór i plan dnia, by uniknąć nieprzewidzianych sytuacji. Jak dla mnie jest to sytuacja wysoce niekomfortowa - bardzo nie lubię, gdy nie jestem w stanie czegoś w pełni kontrolować. Pojawia się stres, który jedynie pogarsza sytuację - u mnie zwiększa on obfitość i długość krwawień. Może zauważyłyście coś takiego u Was?

Każda aktywność staje się wtedy uciążliwa, a nie sposób co miesiąc eliminować się na te dni z życia jedynie w obawie przed nieprzewidzianymi wypadkami. Póki nie zaczęłam się diagnozować sądziłam, że obfitość moich krwawień to stan przejściowy, który potrwa kilka cykli i wróci do akceptowanego poziomu. Tak się jednak nie stało.

Po około trzech-czterech cyklach doszłam do wniosku, że tak być dalej nie może. 3-4 dni w miesiącu ze strachem przed wyjściem z domu nie nastrajały mnie optymistycznie. Poza tym odczuwałam również inne objawy związane z nadmierną utratą krwi: senność, uczucie osłabienia czy lekkie zawroty głowy zaczęły towarzyszyć początkowi mojego cyklu. Wykonane badania faktycznie włączyły ostrzegawczą lampkę - poziomy żelaza i ferrytyny obrały kierunek ku dolnym rejonom norm (a nigdy nie miałam z nimi problemów). Zaordynowane suplementy ledwie dostrzegalnie poprawiły sytuację (i niestety głównie na papierze, bo samopoczucie nie uległo zmianie).


























Zwierzyłam się z moich problemów lekarzowi ginekologowi i, jak często w podobnych przypadkach, zostały mi zaproponowane tabletki antykoncepcyjne - ze względu na brak konkretnej przyczyny stanu rzeczy. Mam jednak problemy krążeniowe i postanowiłam, że póki mogę poszukać innych rozwiązań póty postaram się antyków unikać. Całe szczęście, że nie usłyszałam sławetnego: "Po porodzie pani przejdzie". xD

Wtem trafiła do mnie propozycja napisania dla Was tekstu przełamującego tabu "tych dni" w ramach współpracy z producentem preparatu Hemorigen femina - Herbapol Wrocław. Marka jest mi znana - niejeden ziołowy specyfik ich produkcji stosowałam ;). Totalnie nieświadoma istnienia produktu dedykowanego specjalnie dla kobiet w okresie menstruacji zapytałam o niego mojego ginekologa:


Znajdziemy w nim: witaminę K1 (poprawia krzepliwość krwi), wyciągi z: ziela tasznika (działanie podobne do K1 oraz delikatne oddziaływanie na narządy płciowe i poziom hormonów), nasion gryki, ziela krwawnika i przymiotna (odpowiedzialne za prawidłową pracę układu krwionośnego) oraz witaminę C i żelazo, uzupełniające ewentualne niedobory. 

Dzienna dawka preparatu to 2 tabletki, a ich stosowanie jest szczególnie polecane w czasie trwania menstruacji (od początku cyklu do ostatniego dnia krwawienia). Mam wielką nadzieję, że zmniejszenie ubytku krwi w połączeniu z dostarczeniem żelaza i witaminy C poprawi moje samopoczucie i komfort życia w tym okresie ;).Uważam, że jeżeli mamy okazję ułatwić sobie cokolwiek to warto to robić. Opakowanie już czeka na testy :D.

Miesiączka to stan fizjologiczny, jednak sądzę, że w razie potrzeb warto sobie podnosić jakość życia w każdej sytuacji. Jeśli tylko się da, to nie ma co się stresować "daniem plamy", zbyt mocnym bólem czy obniżonym nastrojem. Są oczywiście objawy, które nieodzownie wymagają leczenia farmakologicznego. Nie uciekajmy także przed nim w imię bardzo krzywdzącego, a nadal pokutującego zdania: "Jesteś kobietą, więc musisz cierpieć".

Dajmy żyć sobie i innym ;). Chętnie poznam Wasze metody na problemy i perypetie kobiece - może jest wśród nich coś, co sama przygarnę do swoich comiesięcznych rytuałów ;).

Okazja - Himalaya Herbals w Biedronce i do -40% na pielęgnację włosów w Hebe!



Moja wola silną jest... póki nie zwietrzy kosmetycznej promocji ;). Już od jutra (18.01.2018r.) w Hebe startuje akcja "do -40% na pielęgnację włosów" - skusicie się? ;). Mnie raczej będzie do tego przybytku nie po drodze - ale może to i lepiej xD.


Wczoraj pokusiłam Was nieco na FB i IG moim najnowszym nabytkiem. Wybrałam się do Biedronki po coś na ząb, a wróciłam z...


... zestawem kosmetyków Himalaya Herbals w zawrotnej cenie 10,45zł :D. W jego skład wchodzą:
  • Maseczka oczyszczająca Neem i Kurkuma
  • Żel oczyszczający Neem i Kurkuma
  • Mydełko Neem i Kurkuma
Cała seria ma właściwości oczyszczające - może się sprawdzić przy cerze skłonnej do zanieczyszczania oraz trądzikowej.



Z racji, że całe opakowanie jest zabudowane - przed podejściem do kasy radzę sprawdzić, czy wybrany przez Was box jest kompletny ;). Cena jest przezacna - już sama maska jest warta więcej :D.


Z produktami Himalaya Herbals miałam do czynienia w przeszłości (np. tonik stosowany na skórę głowy - zamiast do twarzy: KLIK!). Testowałam także żel z tego zestawu - nie zachwycił mnie szczególnie, ale kolejne opakowanie mogę zużyć do mycia ciała (a miałam do niego nie wracać... recenzja KLIK! ;)).


Maseczkę z Neem i Kurkumą wielbię już od dłuższego czasu i właśnie opieprzam się w myślach za to, że jeszcze jej nie zrecenzowałam. Muszę to jak najszybciej nadrobić ;).


Kaolinowo-bentonitowa baza wzbogacona w sporą ilość ekstraktów z Neem i kurkumy może się podobać ;). Wśród konserwantów znajdziemy parabeny, do których mam jednak przyjazny stosunek. Glikol propylenowy występuje tutaj w roli nawilżacza.


Nieco zarzuciłam stosowanie mydeł w pielęgnacji mojej cery - koniecznie muszę to zmienić i będę mieć ku temu okazję w trakcie testów tego mydełka ;). 


Tutaj przed zapachem znajdziemy jedynie dwa mydła, a interesujące ekstrakty z kurkumy, Neem i cytryny zostały dodane w niewielkich ilościach. Nie nastawiam się jednak źle - mydła niejeden raz już mnie pozytywnie zaskoczyły pomimo składowych wątpliwości ;). Warto także zaznaczyć, że jest to prawdziwe mydło - a nie tylko z nazwy ;). Więcej informacji na ten temat znajdziecie  TUTAJ.

Spodziewam się niestety, że tych zestawów nie znajdziecie we wszystkich Biedronkach, aczkolwiek w tej mojej było ich naprawdę sporo ;). Będziecie na niego polować?