Bielenda Professional 40%: kwasy salicylowy, azelainowy, migdałowy i mlekowy pH=2 - mocne rozwiązanie dla praktyków

Nie jestem zwolennikiem prowadzenia mocnych kuracji kwasowych w okresie letnim - ze względu na ryzyko przebarwień i innych nieprzyjemnych efektów uwrażliwienia skóry na słońce. Dzisiejsza recenzja opiera się na moich doświadczeniach zimowo-jesiennych z zabiegiem eksfoliującym od Bielendy, gdzie w buteleczce znajdziemy (najprawdopodobniej łącznie) 40% stężenie kwasów: salicylowego, azelainowego, migdałowego i mlekowego. Pojawia się ona teraz, by dać zainteresowanym czas na opracowanie swojego kwasowego harmonogramu na zimniejsze miesiące ;). 


W przeszłości uwielbiałam kwasowe samoróbki, chociażby z kwasu migdałowego czy mlekowego. Ba, nadal chętnie mieszam toniki kwasowe dla siebie, ale z czasem zdałam sobie sprawę, że statystyczny zjadacz chleba ma spore obawy przed kwasowymi samoróbkami. Dlatego też zaczęłam powoli sprawdzać ofertę dostępnych preparatów kwasowych i... to cudo od Bielendy jest rozwiązaniem dla tych, którzy z domowymi terapiami kwasowymi mają spore doświadczenia. Powiem tyle - jest moc!

Higieniczna butelka ze szklaną pipetką to świetne rozwiązanie w przypadku produktu, który należy rozsądnie dozować. Zewnętrzne opakowanie jest plastikowe, co jest dodatkowym atutem - upadek na podłogę nie powoduje jego nieodwracalnych zniszczeń ;). 

30g produktu kosztuje od 42 do prawie 60zł (dostępny głównie przez Internet, np. na Allegro).

Skład:


Woda, kwasy: mlekowy, migdałowy, azelainowy i salicylowy przełamane nawilżaczami: glikolem propylenowym, betainą i gliceryną. Odrobina gumy ksantanowej ma za zadanie nadać nieco żelową konsystencję - co ułatwia aplikację. Skład jest niezwykle prosty (nawet kompozycji zapachowej nie ma!), a jednocześnie konkretny - ma mocno złuszczać! Warto zauważyć, że nie zastosowano żadnego zasadowego regulatora odczynu, stąd też pH tego produktu jest naprawdę niskie - wynosi 2.

Całość ma postać bezbarwnego, nieco rzadkiego syropu o ledwie wyczuwalnym, kwaśnym zapachu.

To pierwszy preparat, po którego zastosowaniu (na oczyszczoną żelem skórę) zauważyłam słynny efekt nagłego "pobladnięcia". Po aplikacji wyczuwałam delikatne ciepło i szczypanie (ale tylko przy dwóch pierwszych podejściach - natomiast osoby mniej wprawione/bardziej wrażliwe zapewne będą te efekty odczuwać za każdym razem), a czas ekspozycji ustawiłam sobie na 10 minut (i nie przekraczałam go). Po tym czasie zmywałam go sowicie wodą, a następnie opłukiwałam twarz domowym neutralizatorem (łyżeczka sody oczyszczonej rozpuszczona w niepełnej szklance wody). 

Po 2-3 dniach (na mojej grubej i przecież odpornej skórze!) pojawiało się "jaszczurzenie", zawsze w tej samej kolejności - najpierw nos i jego okolice, potem broda, czoło i policzki. Płatki łuszczącego się naskórka obserwowałam przez około 3-4 dni, a nakładałam go w odstępach 8-10 dni, w międzyczasie smarując się filtrem SPF 50+. Po 3 miesięcznej kuracji (grudzień-luty) pozbyłam się autentycznie wszystkich zaskórników... poza nosem :D. Piegi i przebarwienia stały się prawie niewidoczne, a koloryt skóry pięknie się ujednolicił.

To najsilniej działający sklepowy produkt kwasowy, jaki miałam okazję używać, i jestem nim zachwycona, ale też nikomu nie polecę go na początek kwasowej przygody. Na początku wprowadzania kwasów do pielęgnacji polecam niższe stężenia (toniki do maksymalnie 8-10%, peelingi do maks. 20%) z pH bardziej zbliżonym do naturalnego (5,5). Na duże, makroskopowe złuszczanie warto się przygotować (także psychicznie) niższymi stężeniami. Mikrozłuszczanie osiągnięte słabszymi preparatami również potrafi dać naprawdę zacne efekty.

Tak się złożyło, że mój sklepowy arsenał kwasowy (o którym jeszcze więcej Wam opowiem) składa się obecnie wyłącznie z produktów Bielendy. Jestem jednak otwarta na inne propozycje - jakich kwasów sami używaliście i możecie polecić? ;).

Kosmetyki DLA, Ziołowy krem rozjaśniający - remedium na przebarwienia ;)



Moje przebarwienia skupione są w górnej części policzków, na nosie i na czole. W większości są to po prostu piegi, ale są też ślady mojej młodocianej głupoty i wyciskania niedoskonałości :D. Nie uważałam ich za wielki problem, jednak w momencie podjęcia współpracy z marką DLA pomyślałam, że w zasadzie mogę w końcu wypróbować krem typowo wybielający na obszarze twarzy, który nie jest depilowany laserowo ;). W taki sposób trafił do mnie Ziołowy krem rozjaśniający przebarwienia.


Wcześniej miałam już okazję zapoznać Was z kosmetykami DLA w ramach analiz ich składów (KLIK!) oraz recenzji balsamu do ust (KLIK!) i serum pod oczy (KLIK!).

Krem w zasadzie składa się z dwóch produktów - aktywatora i właściwego kremu wybielającego. Całość zapakowana jest w ładne, czytelne opakowania zapewniające higieniczne korzystanie (buteleczka z atomizerem / airless). Nic się nie zacina ani nie przecieka ;).

30g kremu + 50g aktywatora kosztują około 50-55zł, w zależności od miejsca zakupu.

Skład:

Krem: Infusion of herbs, Cannabis Sativa (Hemp) Seed Oil, Glycerin, Papaver Somniferum (Poppy) Seed Oil, Cetearyl Alcohol, Linolenic Acid/Oleic Acid/Linoleic Acid/Palmitic Acid/Stearic Acid/BHT, Tocopheryl Acetate, Ceteareth-18, Cetyl Alcohol, Glyceryl Stearate, Allantoin, Panthenol, Retinyl Palmitate, Benzyl Alcohol, Benzoic Acid, Dehydroacetic Acid, Mandelic Acid.

Aktywator: Salt

Ten krem to zestaw wybielający składający się z aktywatora (roztworu soli - podejrzewam, że chlorku sodu w bardzo niskim stężeniu) uaktywniającego dobroczynne składniki samego kremu. Napary z roślin o właściwościach wybielających (nie skonkretyzowanych, a szkoda!) wzbogacone olejami z konopi siewnej i maku oraz zestawem alkoholi i kwasów tłuszczowych (emolientów) doprawionych witaminami A i E, alantoiną, pantenolem oraz zamykającym skład kwasem mlekowym. Nie zawiera kompozycji zapachowej, natomiast za jego trwałość odpowiadają nie budzące moich wątpliwości konserwanty.

Ze względu na skład i deklarowane właściwości polecam stosowanie dodatkowo wysokiej ochrony przeciwsłonecznej ;).

Spray nie ma zapachu, natomiast krem jest dość gęsty, beżowy i pachnie trawiasto, ale jest to dla mnie zapach neutralny. 

Opisywany zestaw stosuję tylko w górnej części twarzy (górne okolice policzków, nos i czoło). Tylko tam mam przebarwienia i piegi, a poza tym reszta powierzchni mojej twarzy poddawana jest depilacji laserowej ;). Stosowany na noc wchłania się całkiem szybko na bazie z dołączonego aktywatora. Nie wywołuje pieczenia, szczypania, podrażnień ani niczego podobnego. Trochę się obawiałam, że moja twarz zacznie reprezentować "dikolor" (skóra mająca kontakt z kremem stanie się jaśniejsza niż ta na szczęce), ale nic takiego się nie wydarzyło. Pewnie dlatego, że ogólnie jestem bladziochem :D. Efekt rozjaśniający dotknął tylko przebarwień i był zauważalny po około 5-6 tygodniach. 

Piegów na nosie praktycznie już nie zauważam (9 tygodni stosowania), ale też umówmy się - one były najłatwiejsze do eksterminacji. Ślady mojej głupoty na czole są sporo jaśniejsze, i nawet moja mama (która do pielęgnacji podchodzi bardzo ortodoksyjnie - tego samego kremu używa już pewnie od 30 lat) pytała, czy nie mogłaby spróbować tego zestawu. A wierzcie mi - to naprawdę wyczyn :D.

Co dla mnie jest szczególnie ważne - nie pogorszył stanu mojej łatwej do zanieczyszczenia twarzy. Żadnego wysypu, nowych zaskórników - do niczego takiego nie doszło ;). Pewnie swój udział mają w tym też pozostałe kosmetyki DLA z serii Niszcz Pryszcz, których również obecnie używam, jednak i tak liczę mu za to wielkiego plusa.

Nie mam wielkiego doświadczenia z kosmetykami wybielającymi, jednak mogę potwierdzić - mazidło od Kosmetyki DLA działa :D.

Walczycie z przebarwieniami? A może akceptujecie ich istnienie? ;)