Szmaragd i krokodyl - bez miłości

Ostatnio coraz częściej ściąga mnie do "okołozielonych" kolorów, nie wiem, co się dzieje :P

Lakier May To Be Hollywood nr 69 to kolejny mój kompulsywny zakup. Na paznokciu daje piękny efekt kremowej, szmaragdowo - morskiej zieleni. Sam odcień mnie wręcz zachwyca, jednak szkoda, że tylko to :/

Lakier jest bardzo rzadki, ociapane skórki murowane. Dobrze skrojonym pędzelkiem bezproblemowo można nałożyć dwie warstwy, które są potrzebne do pełnego krycia. Schnie wieki, można nawet w międzyczasie korzenie zapuścić.

Z zarzutów wyżej mogłabym go rozgrzeszyć, ale dobił mnie jeszcze jednym - nietrwałością. Po 24 godzinach końcówki są starte, a odprysków wolę nie liczyć, dla własnej spokojności :P
Nie mówiąc już o tym, że to pierwszy lakier, który zabarwił mi paznokcie, mimo używania bazy... :/

Za 9 ml lakieru zapłaciłam 3,99 zł.




Gdzie tu morze?

Czasem mama dostanie/kupi/przyniesie jakiś kosmetyk, a potem biedne dziecko (czyli ja :P) zmuszone jest go zużywać. Oczywiście takie, które krzywdy nie robią zostają zużyte, a jak krzywdę robią - dziecko cichaczem się ich pozbywa :P

W tym przypadku produkt został całkowicie zużyty tylko dlatego, że był niewydajny :P

Avoure Blue Marine Shower Gel to produkt z Tesco, który pokątnie przywędrował do mojego domu.


Opakowanie: zwyczajna, dość miękka butelka z plastiku. Otwór odpowiedni, nie wylejemy za dużo produktu na rączkę/gąbkę. Za to naklejki już po kilku dnach w łazience wyglądają wybitnie nieestetycznie, co można zauważyć na zdjęciach.

Cena: około 6 zł/300 ml

Skład:


Po składzie widać tyle, że powinien myć ostro jak żyleta i dobrze się pienić. Poza tym, co dla niektórych ważne - nie ma parabenów.

Konsystencja:


Typowy, średnio gęsty żel o lekko niebieskiej barwie.

Działanie: Powiem szczerze, że dorwałam się do niego jedynie dlatego, że liczyłam na zapach morskiej bryzy. A co dostałam? Kompletny brak zapachu xD To najbardziej bezzapachowy produkt z jakim miałam w swoim dwudziestoparoletnim życiu do czynienia.

No to pierwszy zapał upadł:P

Kaścysko pomyślało, że może przynajmniej będzie się dobrze pienił. Tja, pomarzyło:P Produkt prawie w ogóle się nie pieni, przez co jest niebywale niewydajny - w ogóle nie czuję, że mam go na skórze - tego jeszcze nie doświadczyłam w kwestii żelowo - podprysznicowej.
Dobrze, że szybko się skończył - pod koniec butelki czułam lekkie podsuszenie skóry.

Polecam... omijać w czasie zakupów kompulsywnych xD

Nago :P

Przyznać się zaraz, kogo przyciągnęła ciekawość po przeczytaniu tytułu posta ?:P

Nigdy nie pokazywałam Wam moich paznokci bez kolorowego lakieru, czyli nago :P Nadszedł ten wiekopomny dzień.

Gdy czasem zdarza mi się wyjść w samym bezbarwiaku na paznokciach(co obecnie praktycznie się nie zdarza) często słyszę pytanie o to, czy to nie tipsy. Czy one wyglądają aż tak nienaturalnie?:P

Kształt paznokci odziedziczyłam w genach, jednak na długość pracuję sama. Od pół roku żaden paznokieć mi się nie rozdwoił ani nie złamał (pół roku temu w bardzo głupi sposób złamałam megadługi paznokieć uderzając w krawędź stołu xD) bez uważania na nie.

Jak zapuściłam długie paznokcie?

  • drożdże! Piję te grzybki w systemie 3 miesiące picia - miesiąc przerwy i z całą pewnością to jest główny motor ich wytrzymałości;
  • maść ochronna z witaminą A ( za grosze w aptece) wcierana na noc w skórę i paznokcie, a na to bawełniane rękawiczki;
  • staram się w ciągu dnia pamiętać o kremowaniu dłoni - szczerze powiem, że wychodzi mi to różnie:P
  • raz za czasu (co jakieś 1,5-2 miesiące) dwa tygodnie kuracji diamentową odżywką Eveline (mi służy, formaldehydu w takim stężeniu jakoś się nie boję:P)
  • jeśli piłuję, to tylko szklanym pilnikiem, i tylko w jedną stronę - paznokcie mam jednak już tak twarde, że skrócenie ich metodą piłowania to robota na cały dzień :P, dlatego obcinam je cążkami do paznokci (nigdy nożyczkami), a potem piłuję w jedną stronę.
To by było wsio. Moim znajomym dobrze robi też moczenie w olejku rycynowym, oliwie i cytrynie paznokci, jednak moje zbytnio rozmiękcza.

A teraz foto, prosto po zmyciu lakieru - na kciuku woła o pomstę do nieba taka wieeelka skórka :P


Odrosły już po ostatnim obcięciu, a w dniu dzisiejszym muszę je znów obciąć - jutro pierwsze prawdziwe laby :P

Miłe, szaro-niebieskie zaskoczenie ;)

Miałyście kiedyś tak, że dostałyście jakiś lakier, nie używałyście, bo coś Wam w nim nie odpowiadało, a gdy już spróbowałyście to była to sprawił Wam on miłą niespodziankę?

Taka historia spotkała mnie w związku z lakierem Wibo Lovely z serii Must Have, podseria Naturalist nr 6, który dostałam w czasie krakowskiego spotkania blogerek. W buteleczce był dla mnie taki szary, nijaki, a już na pewno totalnie nie na lato.

Tak więc czekał i czekał na swoją wielką chwilę na moich paznokciach. Za to potem zaskakiwał coraz bardziej pozytywnie ;)

Na paznokciach jest szaro-niebieski. Przebłyski niebieskiego zapewne zawdzięcza shimmerowi w takim właśnie kolorze, doszukać można się też lekko fioletowych tonów. Jednym słowem - przyjemny cudaczek ;)

Buteleczka tej serii nie podoba mi się (pewnie ze względu na moje zamiłowanie do kantów :P), za to napisy bardzo (lubię tego typu czcionki - ale mogłyby być trwalsze - zdzierają się szybko). Pędzelek jest z gatunku tych średnich, dobrze się nim maluje.

Lakier jest dość rzadki, do pełnego krycia potrzeba dwóch średnich warstw lub trzech cienkich.

Trwałość mnie zabiła - śmiało może konkurować z lakierami L.A. Colors: trzymał się 4 dni bez żadnego śladu noszenia ;)






Dopisek włosowy - wodny ;)


z: hydropure.com.pl

Kilka osób zwróciło mi uwagę pod poprzednią notką o tym, czy zwilżam włosy przed nakładaniem przedmyciowej maski z dodatkami czy nie.

Otóż publicznie się biczuję :P - nawet nie pomyślałam o tym, że to przecież ważny aspekt :P
A dlaczego? Bo nie umiem nic (oprócz psikadeł) nałożyć na suche włosy -możliwe, że jest to wina samej natury włosów lub mojego manualnego nieogarnięcia (tak, mam nawet nie dwie, co trzy lewe ręce :P).

Próby nakładania masek czy olei na suche włosy kończyły się u mnie: połamanymi i powyrywanymi włosami oraz tym, że mikstury znajdowały się wszędzie wokoło, a nie na kłaczkach xD

 W przypadku przedmyciowych masek z miodem zwilżenie oraz folia i ręcznik potrzebne są, by doszło do reakcji ze składnikami miodasa - w wyniku czego powstają śladowe ilości nadtlenku wodoru, odpowiedzialnego za ewentualne rozjaśnienie (którego oczekuję z utęsknieniem).

Włosy zwykle psikam z butelki z atomizerem, bo po zmoczeniu pod prysznicem nadmiar wody spływa mi potem po karku i czole, czego organicznie nie trawię.

Daleka jestem też od stwierdzenia, że nakładanie mazideł na mokre włosy jest lepsze niż nakładanie na suche - wszystko zależy od tego, jak komu wygodniej ;)

Ulubiony zabieg włosowy.


z: poradynazdrowie.pl

Jak wiecie - moje włosy są niskoporowate, obciążyć można je byle czym - bez szczególnych starań :P Dlatego prawdziwe odżywianie moich włosów przesunęłam całkowicie na okres przedmyciowy - po myciu kładę maskę/odżywkę na 3-10 minut, bez dodatków, bez udziwniania :P

Za to przed - hulaj dusza, piekła nie ma :P Obecnie moim totalnym must have (porzuconym na razie ze względu na testowanie maceratu amlowego) jest zabieg, który przeprowadzam na dwa sposoby, w zależności od posiadanego czasu:

  1. Olejuję włosy na x godzin (ile tam mam czasu), a na 1,5 godzinki przed myciem nakładam na olej maskę z miodem (porcja maski + łyżeczka miodu) pod folię i ręcznik. Całość zmywam szamponem (zwykle Facelle lub Alterra Perfumfrei, czasem oczyszczacz). Potem na kilka minut maska/odżywka do spłukiwania i stylizacja.
  2. Nie olejuję (gdy nie mam czasu), a na 1,5 godziny przed myciem (lub krócej, kwestia dnia) nakładam maskę (porcja maski + łyżka wybranego oleju: winogrono, orzech włoski, oliwa + łyżeczka miodu) pod folię i ręcznik. Całość zmywam szamponem i postępuję jak wyżej.

W efekcie takiego dopieszczania włosy są nawilżone, mięsiste w dotyku, o mocnym skręcie. Nawet powiedziałabym, że optycznie jest ich więcej ;) Do tego nakładanie miodu przed myciem może ustrzec nas przed groźbą puchu, który może pojawić się przy miodowaniu pomyciowym (chociaż nie musi, bo włosy bywają kapryśne :P). Poza tym maska nałożona na olej dodatkowo go zemulguje i ułatwi jego zmycie.

Jako bazy dotychczas używałam: Hegrona do spłukiwania i bez spłukiwania (składy takie same - nawiasem :P) oraz masek Bingo. Obie wersje sprawdzają się dobrze ;)

Polecam nie przesadzać z ilością mikstury, bo miód ma taką ciekawą właściwość, że dodany do maski upłynnia ją, przez co preparat może nam ściekać po twarzy i szyi, a to fajne nie jest :P

A, rozjaśnienia nie zauważyłam, chociażbym chciała...



Szczekająca ekipa ;)

Jak wiecie, studiuję w Krakowie, ale mieszkam na wsi. Dzięki temu moja rodzinka ma dość pokaźną trzódkę ;)

Przez wiele lat było tak, że mieliśmy jednego psa, zwykle dość dużą "bestię", jednak moje bratanice przekonały dziadka do mniejszych zwierzątek, i tak zamieszkała z nami Misia, nestorka szczekającego rodu ;)


Bardzo lubi zdjęcia, nie mogłam się od niej ogonić :P



Tutaj mamy Czarka - dla odmiany zdjęć nie cierpi, i musiałam go sfotografować na maksymalnym przybliżeniu :P



Jest jeszcze najmłodszy przychówek - Maja, o sierści znacznie odbiegającej kolorem od reszty rodzinki ;) Obecnie rezyduje już u mojej siostry ;)

Macie pieski? A może wolicie inne zwierzątka? ;)





Roziskrzony faworyt!

Ogólnie nie wiem, na jak długo faworyt, bo wiele lakierów jeszcze nie zostało przetestowanych, ale obecnie jestem w nim szaleńczo wręcz zakochana! A co lepsze - to pierwszy całkowicie brokatowy lakier, z jakim miałam przyjemność pracować ;)

Mowa o lakierze L.A. Colors Aqua Crystals nr NP 448. Brokacik ten ma drobinki w kolorze mocnego, kobaltowego niebieskiego, które w świetle mienią się na miętowo-turkusowo, dając efekt, który niesamowicie cieszy me oko ;)

Buteleczka, jak we wszystkich L.A-czkach - profesjonalny wygląd, matowa "rączka", fajnie skrojony średni pędzelek.

Nie ma bata - prawdziwe, pełne krycie bez trzech średniej grubości warstw jest niemożliwe do uzyskania. Chociaż czy trzy warstwy to dużo w przypadku tego typu maziaka? Dwie pierwsze warstwy schną szybko, trzecia potrzebuje więcej czasu, by nabrać twardej mocy urzędowej :P - zawsze jednak możemy uspokoić naszą cierpliwość wysuszaczem :P

5 dni noszenia nie uszkodziło tego lakieru na moich szponikach w żadnym miejscu ;) Potem go zmyłam - za to ta czynność, jak to przy brokatach, była drogą przez mękę :P






Niespodziewane wyróżnienie!

Z wielką przyjemnością przekazuję Wam tą wieść: według listy stworzonej przez Lusterko Em znalazłam się w brązowej pięćdziesiątce polskich blogów kosmetycznych!

A komu zawdzięczam to wyróżnienie? Oczywiście Wam, Kochani Czytelnicy! Obiecuję dla Was rozwijać się nadal w mojej kosmetyczno - pielęgnacyjnej obsesji (z błogosławieństwem dla wszystkich :P).

Nawet nie wiecie, jak byłam zaskoczona sprawdzając ten spis, a potem, jako "uszczypnięcie", dostałam maila od autorki ;)

Em, świetna robota!


Baner z bloga Lusterka Em, który przeniesie Was do listy:



Jak opanowałam trądzik X: pastowo - twarzowo cz. II

Jedną pastę do twarzy już kiedyś wyprodukowałam, o czym można było przeczytać TUTAJ. Moja tendencja do kombinowania nie pozwoliła mi jednak przy niej pozostać - postanowiłam zmienić bazę na inną, nie ryżową.

No super, postanowiłam zmienić, tylko na co? Jak wiadomo nad niczym się tak nie trzęsę, jak nad moim ryjkiem, więc musiało to być względnie bezpieczne i jak najmniej komedogenne - te dwa ostatnie słowa przywołały mi na myśl olej z orzecha włoskiego, którego komedogenność oznaczana jest jako 0.

W ten oto piękny sposób nową bazą pod pastę zostały zmielone orzechy włoskie (można użyć blendera lub maszynki z korbką do mielenia orzechów właśnie - nie pokażę swojej, bo ma już jakieś 30 lat i jest przez to niefotogeniczna :P).

Co więc potrzebujemy:
  • 100 g zmielonych orzechów włoskich
  • 2 łyżeczki zielonej glinki
  • płaska łyżeczka miodu
  • 2 g mięty pieprzowej
  • 2g szałwii
  • 2g rumianku
  • 2 g melisy
  • 2 g zielonej herbaty
  • łyżeczka oleju rycynowego
  • 3łyżki oleju z pestek winogron
  • po 20 kropel olejków pichtowego i z drzewa herbacianego
Pojawia się więc pytanie: w jaki sposób odważyłam te 2 g? Postąpiłam bardzo leniwie, tak jak i ostatnim razem: użyłam ziół fix :P

Najpierw wszystko, co sypkie dokładnie mieszany ze sobą, następnie dodajemy miód i wszystkie olejki i znów mieszamy. Trwałość? Około tydzień w łazience i dwa tygodnie w lodówce.

Końcowa pasta wygląda tak:



Pastę na dłoni zwilżam wodą i masuję nią twarz - potem spłukuję ;)


Wykazuje zapach idealnie pośredni między olejkiem pichtowym a drzewoherbacianym :P

W porównaniu z pastą ryżową jest sporo delikatniejsza - tutaj praktycznie nie czuć drobinek. Wydaje mi się też, że lepiej myje, i robi to dodatkowo delikatniej. Prawdopodobnie "eteryczno - ziołowy atak" zaowocował też tym, że przerzedziło mi lekko czarne punkciki na ryjku ;) Po tej paście nawet bez nałożenia później czegokolwiek twarz nie woła o krem - przy tej wcześniejszej niestety tak było ;)

 Wiecie, moja chęć do mieszania jest odwrotnie proporcjonalna do ilości posiadanego wolnego czasu, amen :P

Do szkoły!

Zaczął się rok akademicki... Czemu piszę o tym, dziś, 2 października, zamiast jak trzeba - wczoraj?
Otóż moja uczelnia zapewniła mi jeszcze jeden, dodatkowy dzień wakacji, i zajęcia zaczynam dopiero dziś ;)

Dlaczego o tym piszę? Bo trochę z tej okazji się zmieni. Nie zamierzam porzucić bloga (pomysłów mam sporo, gorzej może być z czasem na ich realizację), ale częstotliwość wpisów zmienić się może, że nie wspomnę o odpisywaniu na maile, komentarze i pytania - będzie trzeba pewnie troszkę dłużej poczekać, ale będę się starać, żeby żadne pytanie nie zaginęło w gąszczu maili ;)
Plan na mojej chemii w tym roku dogiął mnie do parteru - 8-do minimum 18.30 codziennie :P

Oprócz dziennych studiów weekendy mam zawalone przez szkołę policealną, więc będzie ciekawie :P

Was, moich Kochanych czytelników, proszę o trzymanie kciuków za moje dokonania "studencyjne" i wyrozumiałość ;)
Już październik, więc niedługo będzie rocznica...

P.S. Przeziębienie trzyma mnie drugi tydzień, obawiam się, że potrwa do wiosny :P

Delikatne mycie?

Jakiś czas temu dostałam do testów od firmy Dermedic żel pod prysznic z linii Emolient Linum. Testerem jestem wymagającym w tym przypadku - skóra bardzo sucha, lubiąca się wyprowadzać w postaci białych farfocli, z niezbyt ogarniętym rogowaceniem. Było delikatnie czy nie?


Opakowanie: przeźroczysta, twarda, plastikowa butelka z korkiem. Byłam święcie przekonana, że na zamkniętym otworze można butelkę postawić "do góry kołami" i w ten sposób dobrać się do końcówki preparatu. Otóż nie - zatyczka jest ledwo dostrzegalnie wypukła - nie postoimy :P

Cena: 25,37 zł/200 ml

Skład:


Rzekłabym, że jest mocny - detergenty anionowe, amfoteryczne i niejonowe(pełen serwis :P) stabilizatory piany. To, co fajne dalej w składzie: modyfikowane estry kwasów tłuszczowych pochodzących z oleju makadamia, pantenol, alantoina, olej lniany.

Zapach:

Ledwie wyczuwalny mydlany.

Konsystencja:

Dość gęsta, jednak jeszcze płynna - nieżelowa. Sam żel ma barwę mleczną.
Mimo częstego używania (szczególnie w czasie letnich upałów) zostało mi jeszcze około 1/4 buteleczki - wydajność ma więc zadziwiającą.
Bardzo dobrze się pieni.



Działanie:

Mimo obietnic producenta żel z całą pewnością ani nie odbudowuję, ani nie zachowuje naturalnej bariery ochronnej skóry - silne detergenty w składzie skutecznie to uniemożliwiają.
Dobrze myje, jednak w moim przypadku po użyciu bezwzględnie potrzebne jest jakieś smarowidło, bo występuje uczucie ściągnięcia i lekkiego wysuszu. Przez to nie odważyłam się zostawić mojej skóry po myciu tym specyfikiem saute.

Ot, zwykły żel pod prysznic, bez fajerwerków.