Azeloglicyna - cud nad cuda?



Moje wcześniejsze doświadczenia z kwasem azelainowym nie sprawiły, że stał się jednym z moich ulubionych składników przeciwtrądzikowych. Nie próbowałam go jednak wcześniej w formie płynnej, czyli pochodnej powstałej w wyniku jego połączenia z glicyną (jednym z aminokwasów). Z racji, że jestem kobietą ciekawską i lubiącą nowości - skorzystałam z możliwości udziału w testach Płynu do pielęgnacji skóry marki L'Azel Active od Mozapharm.


Opakowanie: Biała butelka z matowego, twardego plastiku o dość ascetycznym wyglądzie. Czytelna, nieprzesadzona.

Pojemność / cena: 200 ml / 85 zł.

Skład:


Bardzo krótki. Znajdziemy w nim wodę, niacyniamid (witaminę B3), azeloglicynę oraz dwa konserwanty - całkiem ładnie wygląda.

Konsystencja: Lekko żółtawy płyn.

Zapach: Brak.

Działanie: W zasadzie kwalifikuję się pod kilka zaleć do stosowania tego produktu: mam cerę przetłuszczającą się, z rozszerzonymi porami, zaskórnikami, a po ostatniej alergicznej przygodzie stałam się posiadaczką przebarwień.

W czasie stosowania tego płynu nie korzystałam z żadnych innych produktów kwasowych. Wacikiem nasączonym tym preparatem przecierałam skórę sumiennie dwa razy dziennie na 20-30 minut przed nałożeniem kremu.

Co mogę powiedzieć po prawie miesiącu stosowania? Zmiany ropne nadal pojawiają się sporadycznie i pojedynczo (czyli nic się nie zmieniło). Skóra faktycznie delikatnie mniej się przetłuszcza oraz ma lepszy koloryt, natomiast nie zauważyłam zwężenia porów nawet w minimalnym stopniu, a moje zaskórniki nadal mają się zbyt dobrze.

Jestem za to pod wrażeniem działania tego płynu na moje przebarwienia w okolicach brody - zostały znacząco rozjaśnione i myślę, ze po kolejnym miesiącu stosowania odejdą w niepamięć. Muszę szczerze przyznać, że wcześniejsze kuracje w tym względzie nie dawały aż tak szybkich rezultatów.

Przez cały czas stosowania tego kosmetyku nie zauważyłam żadnego podrażnienia czy widocznego łuszczenia. Muszę przyznać, że składniki aktywne w postaci serum czy właśnie płynu działają na mnie lepiej niż w formie kremu. Magic ^^. Aczkolwiek na moje rozszerzone pory muszę poszukać innego killera.

Macie jakieś doświadczenia z tym składnikiem? Czy ktoś z Was walczy z przebarwieniami?




Problemy włosowe IX: czy stylizatory niszczą włosy?



Bardzo często spotykam się z tezą, że produkty do stylizacji niszczą włosy: wysuszają, osłabiają, powodują ich łamliwość czy rozdwajanie się końcówek. Jeśli chodzi o maile od Was to w 95% albo nie używacie nic do stylizacji (oczywiście, jeśli nie jest to potrzebne to po co ;)) lub chcecie przestać używać. Na moją propozycję użycia jakiegoś żelu czy innej pianki reakcje są... różne ;).

Jak to więc z tymi stylizatorami jest?

Stylizatory mogą niszczyć włosy, ale nie muszą. Wystarczy... zostać świadomym konsumentem ;).

Prawie wszystkie lakiery do włosów zawierają spore ilości etanolu (zawartego np. w wódce), które mogą negatywnie wpłynąć na kondycję włosów przy długotrwałym stosowaniu. Pamiętam jednak, że Dziewczyny z mojego ulubionego Wizażowego wątku wstawiały kiedyś skład lakieru bez etanolu (a może Wy znalazłyście taki?) i mam nadzieję, że odezwą się w komentarzach ;).

Jeśli chodzi o żele do włosów to także możemy znaleźć tam wódeczkę. Rozwiązanie? Szukać kosmetyku, który jej nie ma ;) np. Joanna mrożąca, żele Artiste.

Z piankami do włosów sytuacja jest bardziej skomplikowana: oprócz etanolu zawierać mogą detergenty anionowe bądź amfoteryczne: SLS, SLES, Cocamidopropyl Betaine. Znowu wystarczy poświęcić chwilę na zerknięcie w skład i wyeliminowanie niektórych składników np. Nivea Volume Sensation, jeśli nic w niej nie pozmieniali.

Wart zauważenia jest też IPA (alkohol izopropylowy, isopropyl alcohol) - moje włosy na niego nie reagują, jednak jeśli Wasze są w innej sytuacji zwróćcie na niego uwagę.

Podsumowując - można stylizować włosy bez obawy o ich stan, jeśli zwróci się uwagę na to, by w kosmetyku nie było detergentów (np. SLS, SLES, Cocamidopropyl Betaine, Lauramidopropyl Betaine), etanolu (Alcohol Denat., Ethanol, Alcohol - chyba, że na minimalne dawki włosy nie reagują) i ewentualnie alkoholu izopropylowego (IPA, Isopropyl Alcohol). Gdy wybierzemy już kosmetyk bez tych składników - możemy sobie zrobić co najwyżej krzywdę wyglądową, czyli np. przesadzić z ilością bądź kosmetyk po prostu naszym włosom nie podejdzie.

Mnie także czeka poszukiwanie nowego, idealnego stylizatora. Komu w drogę, temu trampki ;)

Stylizujecie swoje włosy drogeryjnymi produktami?

Srebro zza wschodniej granicy



Rosyjskie kosmetyki są wielkim hitem naszej rodzimej blogosfery (i nie tylko). U mnie do tej pory żaden z tych produktów nie zrobił kompletnego szału, ale też nie znalazłam wśród nich bubla. Nadszedł czas na Odżywczą maskę do włosów rozdwajających i łamliwych z jonami srebra "Kwaśne mleko i chleb żytni".



Opakowanie: Miękka tuba z zakrętką zapakowana dodatkowo w kartonik. Dystrybutor mógłby się pokusić o naklejkę w języku polskim lub napisy po angielsku (na szczęście skład INCI jest), bo jednak cyrylica to nie jest moja najmocniejsza strona :P

Pojemność / cena: 150 ml / 12,90 zł w Skarby Syberii.

Skład:



Zbyt bogato nie jest - mieszanka emolientów i antystatyków z regulatorami pH, stabilizatorami, konserwantami. Całości dopełniają zsiadłe mleko, ekstrakt żyta i jony srebra - w ilościach śladowych.

Konsystencja:

Dość gęsta, kremowa maska z lekką nutką zieleni.

Zapach: Pachnie rasowo budyniem śmietankowym <3

Działanie: Zacznę od tego, że wykończyłam ją w trymiga - opakowanie nie jest zbyt duże, a poza tym - lubię "czuć" kosmetyk na włosach. By osiągnąć taki stan muszę nałożyć jej sporo. Na długości włosów nie zrobiła zbytniego szału - ot, było widać, że użyłam produktu do spłukiwania, ale ani nie zobaczyłam piękniejszych niż zwykle loków, ani mocnego połysku czy zdyscyplinowania. Włosy wyglądały... po prostu jak zwykle. Trzymałam ją zwykle 5-15 minut.

Po dłuższych przemyśleniach (jak zwykle w takich sytuacjach :P) zdecydowałam się wmasować ją w skórę głowy. Tutaj sprawdziła się dobrze - przyjemnie koi, nawilża, nie powoduje żadnych objawów ubocznych w postaci podrażnienia, uczulenia czy swędzenia, jednak nie ma żadnego wpływu na intensywność wypadania włosów (przynajmniej u mnie).

Podsumowując - produkt dobry, ale nie cudowny ;).

Macie swoje "rosyjskie" hity kosmetyczne? A może na coś polujecie zza wschodniej granicy? Może zostanę czymś przez Was skuszona ;)

Produkt otrzymałam w ramach współpracy i nie wpłynęło to na moją ocenę.

Około 33% myjącej skuteczności...



Z produktami do mycia włosów Bingo Spa miałam styczność już wcześniej (KLIK! KLIK!), z czego jeden się sprawdził, a drugi cóż... nie zdał testu. Do tej pory więc skuteczność myjąca kosmetyków tej firmy do mycia włosów wynosiła 50%. Co się wydarzyło, że spadła?

Wybrałam sobie do testów Szampon Minerały z Morza Martwego z odżywką Keratyna i Spirulina.


Opakowanie: Wielka, solidna butla zamykana na zatrzask z "wodoodpornymi" etykietami.

Pojemność/cena: 1000 ml / 8 zł.

Skład:


Mieszanka detergentów anionowych i amfoterycznych z dużą ilością chlorku sodu, odrobiną błota z Morza Martwego, keratyny, wyciągu z morszczyna pęcherzykowatego, alg zielenic i brunatnic, alg czerwonych. Oprócz tego kopolimery, stabilizatory, regulatory pH i konserwanty.

Konserwowany DMDM-Hydantoiną: uwaga wrażliwcy.

Konsystencja:


Błękitny, średnio-gęsty żel.

Zapach: Hm... jakiś sosnowy odświeżacz powietrza.

Działanie: Ogólnie nigdy nie interesowały mnie szampony typu 2w1, jednak po obejrzeniu składu tego specyfiku zdecydowałam się go wziąć, bo nie wydawał mi się ciężki (raczej liczyłam na mocne oczyszczenie włosów...). Na sól moja skóra nie reaguje, więc mogłam sobie pozwolić na myjadło z chlorkiem sodu na trzecim miejscu w składzie.

Wszystko świetnie, tyle, że... za Chiny Ludowe nie potrafię domyć nim włosów. Niezależnie od tego, czy przed myciem moje kłaczki były potraktowane olejem, odżywką i/lub innym tego typu miksem czy też były "gołe" efekt był właściwie ten sam - włosy obciążone, niedomyte, nadające się jedynie do spięcia i czekania na kolejny wieczór, by je oczyścić.

Nie plącze włosów, skalp się nie buntował... no ale cóż z tego, skoro szampon przede wszystkim ma myć.

Coraz bliższa jestem udowodnienia hipotezy, że dodatek kopolimerów w moich szamponach to nie jest dobry pomysł. Guar czy polyquateria nie robią mi wyglądowej krzywdy, a one w myjadle - prawie zawsze.

Czy Wy też macie jakiś szampon / rodzinę szamponów, które nie spełniają swej podstawowej roli?

"Lepsze" jest wrogiem dobrego w podwójnej dawce + miłe zaskoczenie na otarcie łez



Rossmann zmienia składy swoich kosmetyków na "ulepszone" wersje, które w praktyce z żadnej strony nie dorastają do pięt prototypowi. Najpierw jednak będzie o innym produkcie, którego zmieniony skład wprowadzi wiele komplikacji do mojej stylizacji włosów.

Ponad rok temu pożegnałam się ze starą, ulubioną pianką do włosów kręconych Isana (na szczęście mam kilka sztuk, a ona jest wydajna), a teraz przyjdzie mi się rozglądnąć za nowym żelem do włosów...

Bielenda zmienia składy swoich żeli, w tym Czarnej Rzepy Bardzo Mocnej, którą wykorzystuję do utrwalania loków.

Stary skład:
Aqua (Water), VP/VA Copolymer, Carbomer, Propylene Glycol, Raphanus Sativus (Radish) Root Extract, PEG-40 Hydrogenated Castor Oil, Triethanolamine, Methylisothiazolinone, Methylchloroisothiazolinone, Parfum (Fragrance), Lillal, Hexyl Cinnamal, Linalool.

Nowy skład:




Co się zmieniło? Na samym początku składu pojawił się polikationowy filmformer, który będzie wymagał zmycia mocniejszym środkiem - żel przez to nie jest zgodny z metodą Curly Girl (nieszczególnie mi to przeszkadza). Pojawia się hialuronian sodu - to akurat na plus (nie jest go zbyt dużo, więc nie spuszy, a może nawilżyć). Daleko w składzie pojawia się skażony etanol - ilość niewielka, też mogłabym to ewentualnie przeżyć...

Zmieniło się także opakowanie:

 

Bielenda pogrzebała jednak w kompozycji zapachowej i jak wcześniej żel miał zapach dość świeży (dla mnie lekko sosnowy) tak obecnie pachnie najtańszą, bazarową wodą kolońską i to tak mocno, że w łazience po mojej stylizacji śmierdziało przez dłuższy czas. Rzadko mi się to zdarza, ale po otwarciu pudełka żołądek miałam dosłownie w gardle.

Poza tym po wyschnięciu nie sposób było go odgnieść (kolejna niespotykana sprawa), przez co moja fryzura pozostawiała dużo do życzenia...

Druga zmiana by Rossmann dotyczy Żelu + szamponu Alterra Perfumfrei.

Stary skład:
Aqua, Lauryl Glucoside, Glycerin, Caprylyl/Capryl Glucoside, Alcohol, Xanthan Gum, Sucrose Laurate, Levulinic Acid, Glucose Glutamate.

Nowy skład:
 

Łagodny, amfoteryczny detergent został zepchnięty z pierwszego miejsca w składzie przez anionowy SCS, który surfaktantem łagodnym nie jest. Bardzo wysoko (na 4 miejscu w składzie) pojawia się... sól (chlorek sodu opisany jako sól morska). Dalej mamy składniki NMF-u (nawilżacze), betainę (na plus), oliwę z oliwek, kolejne dwa delikatne detergenty, gumę ksantanową, witaminę E i olej słonecznikowy.

W nowej wersji został wyeliminowany etanol, którego w starej i tak nie było zbyt dużo (co przyczyniło się do skrócenia daty ważności). Uważam, że te pozytywne zmiany nie równoważą dodania mocnego detergentu i sporej ilości soli.

Tak oto dwa razy mogę rzec Bye, bye beautiful i zabrać się za szukanie zamiennika żelu do włosów. Macie jakieś typy? Bo szczerze nie wiem, co robić ^^.

Z informacji wesołych (głównie dla Krakowian i osób z okolicy) - w drogeriach Firlit dostępny jest litrowy Kallos Color w wersji bez filmformerów (bo istnieją co najmniej dwie wersje, jak to bywa często w przypadku kosmetyków tej firmy) za 10,90 zł. Dość mocno mnie to zaskoczyło, bo zwykle widywałam wersję drugą ;).

Fuksja w brokacie



Zdradzam ostatnio piaskowe lakiery z brokatowymi, jednak nawet w drobinkowym szale potrzeba przerwy ;).

Tak oto na moich paznokciach zawitał Wibo Wow Glamour Sand nr 2, zakupiony na przecenie -40% w Rossmannie za, bagatela, 4,19 zł. Bazę stanowi nasycona fuksja zmieszana z milionem niebieskich, różowych i fioletowych drobinek brokatu. Tego typu wykończenie kojarzy się większości z trudnościami przy zmywaniu, jednak u mnie zareagował na zmywacz jak krem.

Pędzelek posiada taki w moim stylu, niezbyt gruby, dobrze docięty, a sama prostopadłościenna buteleczka też ładnie się prezentuje i dobrze trzyma w dłoni.

Kryje po dwóch warstwach, schnie szybciutko, ale... po 2 dniach widoczne są już starte końcówki (efekt na zdjęciach). Ubytki wprawdzie przez 2 kolejne dni się nie pogłębiły, ale pewne rozczarowanie pozostało.

Choć urody odmówić mu nie można, jak i tego, że efekt wielokolorowych drobinek jest nieuchwytny dla mojego aparatu :P









Skusiłyście się na któryś piaskowy lakier Wibo w trakcie trwania ostatniej promocji? ;)

P.S. Chwilowo będziecie oglądać lewą moją dłoń, bo na prawej dorobiłam się "pacynki" :P



Problemy włosowe VIII: czy można olejować włosy olejem rzepakowym, słonecznikowym... czyli czy "Kujawski" nada się na włosy?



To, że statystyczna włosomaniaczka chętnie próbuje różnych rodzajów olei jest sprawą powszechnie znaną. Sama mam pokaźną kolekcję, w której pojawiły się oleje słonecznikowy i rzepakowy - czyli najtańsze, marketowe oleje kuchenne. Używam też winogronowego z Biedronki, jednak jest on trochę droższy od wcześniej przeze mnie wymienionych.

Gdy doradzam świeżej włosomaniaczce, by zamiast kupować od razu miliard olei w sklepach arjuwedyjskich, zielarskich czy półproduktowych spróbowała najpierw tego, co ma w kuchni, spotykam się z wielkim zaskoczeniem (żeby nie powiedzieć szokiem :P). Pytanie - dlaczego? Nie boimy się w większości przypadków zjadać takiego oleju, więc... na włosach tym bardziej nie wyrządzi nam krzywdy innej niż wizualna.

Moje prywatne futro nie widzi różnicy między olejami rafinowanymi i nierafinowanymi, a to, jaki konkretnie olej sprawdzi się na włosach to sprawa wysoce indywidualna (nawet reguły doboru olejów do porowatości mogą się nie sprawdzić). Taki kuchenny olej nie jest w niczym gorszy od innych rodzajów, a być może akurat dla Twoich włosów będzie objawieniem i KWC?

Sama pamiętam, jak do oliwy z oliwek (jakiejś naprawdę najtańszej z Tesco) podchodziłam jak pies do jeża, bo spotkałam się z wieloma opiniami na temat tego, że prostuje skręt. O ja głupia, przez to tylko odwlekłam w czasie spotkanie z jednym z ulubionych olei włosowych, z którym na pewno się już nie rozstanę ;)

Oczywiście, taki najtańszy smażacz ma w swym składzie mniej dobroci niż oleje organiczne, nierafinowane ( których mam w zasadzie tylko olej kokosowy), jednak pamiętać należy o jednym - włos to twór martwy i nie wszystko potrafi wykorzystać do swojego pięknego i zdrowego wyglądu.

Jeśli nasza fryzura nie widzi różnicy to... po co przepłacać. Włosomaniactwo nie musi być drogą zabawą ;)

95% mojego olejowania wykonuję olejami rafinowanymi, a włosy mają się coraz lepiej ;)

Macie za sobą przygody z olejami zbiorczo nazywanymi przeze mnie "Kujawskim"? ;)


Buraczek ;)



Odzwyczaiłam się od zwykłych, kremowych lakierów - w ostatnim czasie nosiłam na paznokciach w zasadzie tylko brokaty, piaski, albo kremy podrasowane brokatowym topem.

W końcu jednak naszła mnie chęć na klasykę - w ten sposób na paznokciach wylądował lakier Wibo Express Growth nr 395.

W buteleczce ma więcej fioletowych tonów, natomiast na paznokciach to jak dla mnie idealny, nasycony buraczek z mocno żelkowym wykończeniem. Wibowe pędzelki i buteleczki jak wiadomo - lubię, a ich paznokciowe produkty mają u mnie trwałość średnią - ten egzemplarz zaowocował po 2,5 dnia lekko startymi końcówkami, co możecie zobaczyć na zdjęciach (po 4 dniach).

Kryje standardowo - po 2 średniej grubości warstwach. Zmywa się łatwo i co najważniejsze - nie zabarwił mi ni płytki, ni skórek ;).

Dostępny w Rossmannie za około 5 zł, oczywiście w promocji (szczególnie tej -40% dużo taniej ;)).










Teraz myślę, czy ze względów poznawczych nie pobłogosławić go jakimś brokatowym topem ;) Co o tym myślicie? I przede wszystkim - jakiego brokatu szukać?

Rozdanie mikołajkowo-świąteczne ;)



Tak jak obiecałam wczoraj ruszamy dziś ze świątecznym rozdaniem - wprawdzie mnie Mikołaj jeszcze nie odwiedził (może byłam niegrzeczna, kto wie :P), ale prezenty dla Was mam ;).

Zestawy są dwa:

Zestaw nr 1


  • Fennel, Masło do ciała z kozim mlekiem
  • Fennel, Ciasteczkowy peeling do ciała

Zestaw nr 2


  • Bath&Body Works, Mydło do rąk Twilight Woods
  • Bath&Body Works, Balsam do ciała Moonlight Path Jardin de June
Rozdanie potrwa do 27 grudnia 2013 roku do godziny 23:59.

Obowiązkowym jest tylko obserwowanie bloga przez Bloggera(1 los) lub FB(1 los).

Dodatkowe losy można zgarnąć za:
  • Opublikowanie posta z linkiem do rozdania na FB: 2 losy.
  • Dodanie bloga do blogrolla: 2 losy.
  • Notka z linkiem do rozdania: 2 losy.
  • Dodanie banera z linkiem do rozdania na głównej stronie bloga: 3 losy.
Łącznie można więc zgarnąć 11 losów ;)

Szablon zgłoszenia (zgłoszenia przyjmowane są pod tym postem):
Obserwuję jako:
Obserwuję na FB jako (imię i pierwsza litera nazwiska):
e-mail:
Wybrany zestaw:
Link do posta na FB: tak/nie (link)
Blogroll: tak/nie (link)
Notka: tak/nie (link)
Baner: tak/nie(link)


Życzę wszystkim powodzenia, a sama... idę szukać Mikołaja i chyba go okrzyczę, że kazał na siebie czekać :P 

P.S. Na Mikołaja przyda się też rabat dla wszystkich Czytelników w sklepie internetowym Farmony, ważny do 31.12.2013r. ;)

 

Wyniki konkursu z Dermedic ;)



Wczoraj zakończył się na moim blogu jubileuszowy konkurs z marką Dermedic, a już pragnę Was zaprosić do udziału w kolejnym rozdaniu... ale po kolei ;)

Pierwszą nagrodę zgarnia:
kasiek

Już dziś szukałam odpowiedniej fototapety - marzy mi się widok na Morskie Oko <3. Potem tylko muszę znaleźć kogoś bardziej obeznanego ode mnie w temacie tapetowania... :P

Druga nagroda poleci do:
idealna

A trzecia do:
Anonimowy 21 listopada 2013 12:11
 
Gratuluję wszystkim i proszę o wiadomość (zawierającą adres i numer telefonu) z maila podanego w zgłoszeniu w ciągu 72h od publikacji tego posta.
 
Jutro Mikołajki, więc... spodziewajcie się Kascyskowego Mikołaja :D


Jak opanowałam trądzik XIX: Błoto z Morza Martwego po raz drugi, czyli Rossmann potrafi pozytywnie zaskoczyć ;)



Pean pochwalny na temat błota z Morza Martwego, ukrytego pod nazwą Readual+ marki Bingo Spa już publikowałam jakiś czas temu. Środek ten został moim maseczkowym ulubieńcem, a wiadomo - przy częstym użytkowaniu każdy kosmetyk osiągnie swoje dno ;).

Na cudo, o którym dziś napiszę, nie wpadłam sama - wieść o tym, że bywa w Rossmannie została mi przekazana przez koleżankę z Wizażu, której miałam pomóc w jego zakupie (i przy okazji - sama się w niego wzbogacić :P). Początkiem października wybrałam się więc na poszukiwania - zwiedziłam 7 najbliższych Rossów w okolicy i cóż - nie znalazłam.

Po kilkunastu dniach pojechałam do domu i... w wadowickim sklepie z centaurem w logu kupiłam Błoto z Morza Martwego White Flower's Experience.







Pół kilograma tego błotka kosztuje 19,90zł (bez promocji). Czym różni się od Redualu+? Otóż, w przypadku kosmetyku Bingo otrzymujemy gotową maseczkę w formie pasty, a w przypadku White Flower's - proszek, który musimy rozprowadzić w odpowiednim stosunku z wodą. Oto, co mówi producent na temat sposobu użycia:





W moim przypadku na całą twarz (gruba warstwa maseczki) wystarczą dwie łyżeczki proszku rozprowadzone łyżeczką wody. Wiadomo, jest to sposób odrobinę bardziej pracochłonny niż zastosowanie gotowej pasty, ale u mnie zwyciężyła ekonomia ;). Poza tym - jak dla mnie to błotko zmywa się dużo łatwiej niż glinki, a pozostałości na armaturze łazienkowej wystarczy potraktować strumieniem wody, by usunąć wszelkie ślady.



Gotowa papka pachnie delikatnie wilgotną ziemią (Redual+ miał natomiast bardzo "solny" zapach, ale w wyglądzie są identyczne). Przy pierwszych aplikacjach polecam rozwagę jeśli chodzi o czas trzymania, by uniknąć rasowego buraka ;). Sama osiągnęłam już etap, gdy mogę błoto pozostawić do wyschnięcia, osiągając tylko średni poziom zaczerwienienia cery.

To z całą pewnością najbardziej "oczyszczająca" maseczka, jaką do tej pory poznałam. Dzięki niej mam czoło bez niedoskonałości, a i reszta twarzy wygląda coraz lepiej - więcej o moich odczuciach pisałam wcześniej.

Widziałam je w Rossmannach:

  • w Andrychowie na Placu Mickiewicza;
  • w Wadowicach na Placu Bohaterów Getta;
  • w Krakowie na ul. Królewskiej, Czarnowiejskiej, Wiślnej, Floriańskiej, przy Nowym Kleparzu, pod Teatrem Bagatela oraz w Galerii Krakowskiej
czyli we wszystkich, w jakich byłam ;). W każdym znajdowało się na półce z solami, płynami i innymi umilaczami kąpieli.

Stosowałyście błoto z Morza Martwego? Widziałyście ten kosmetyk w swoich Rossmannach? ;)

P.S. Dziś o północy kończy się konkurs z Dermedic KLIK!
Pamiętajcie, że dwie nagrody zostaną rozlosowane ;)

Jeżeli szukacie aktualnych promocji, sprawdźcie aktualną gazetkę Rossmann.



Czy formaldehyd rzeczywiście może być "laminatem" w zabiegu keratynowego prostowania włosów?



Miewacie czasami tak, że jeden tekst (artykuł, wpis na blogu, cokolwiek) motywuje Was do intensywnej pracy umysłowej i wyzwala miliard refleksji? Mnie spotkało to po raz kolejny kilka dni temu, gdy czytałam tekst na temat keratynowego prostowania włosów na portalu Onet.

Nie będę dziś rozważać całego tekstu (przemyślenia na temat szkodliwości tego zabiegu i samego formaldehydu wymagają większego nakładu czasu), a skupię się na jednym aspekcie. Cytowani w tekście przedstawiciele handlowi twierdzą, iż bez formaldehydu nie ma prostowania, gdyż działa on jak laminat - utwardza, powleka włos otoczką, która uniemożliwia wypłukiwanie keratyny i utrwala prosty wygląd włosa.

Świetna historia, pytanie tylko czy jest prawdziwa...

Formaldehyd, zwany także aldehydem mrówkowym czy metanalem (a w składzie kosmetyku schowany pod nazwą Formaldehyde) w temperaturze pokojowej jest gazem o duszącym zapachu, który bardzo dobrze rozpuszcza się w wodzie. Nasycony, 35-40% wodny roztwór formaldehydu nazywany jest formaliną i w takiej postaci jest najczęściej wykorzystywany, ponieważ gaz jest trudny w użyciu, jak można się domyślić.

W formalinie często utrwalane są biologiczne eksponaty, stąd możemy ją kojarzyć z lekcji biologii ;).

Po tym wstępie można zając się sprawą główną, czyli tym, dlaczego formaldehyd został w ogóle posądzony o to, że jest laminatem w zabiegu keratynowego prostowania włosów.

Formaldehyd ma zdolności do polimeryzacji, w wyniku czego powstaje paraformaldehyd, zwany też polioksometylenem czy poli(tlenkiem metylenu), czyli polimer będący tworzywem sztucznym, który mogłby mieć zastosowanie jako domniemany włosowy laminat (a w praktyce stosowany jest w produkcji sprzętów AGD, armatury łazienkowej itp.). Są jednak pewne problemy, które pozwalają sądzić, że aldehyd mrówkowy nie jest jednak naszym impregnatem.

Problem nr 1: Włosy, mimo tego, że są obiektywnie rzecz ujmując obiektami o niewielkiej średnicy, ze względu na swoją długość i ilość mają dość dużą powierzchnię, którą w czasie zabiegu keratynowego prostowania wypadałoby zalaminować.

Problem nr 2: Czysty formaldehyd w warunkach pokojowych jest gazem, tak więc... jest substancją mocno lotną i po prostu paruje.

Problem nr 3, korespondujący z problemem nr 1: W zalinkowanym artykule pojawiają się zawartości formaldehydu na poziomie 0,2%-4%. Wyobraźmy sobie hipotetycznie, że nie zdążył on wyparować i cały spolimeryzował, tworząc materiał ochronny na naszych włosach. Niestety, nawet w tych gigastężeniach (które po prawdzie nie sądzę, by w praktyce były nadal stosowane...) byłaby to ilość zbyt mała, by zabezpieczyć całe włosy przed wypłukaniem wprasowanej keratyny.

Problem nr 4: Wyobraźmy sobie jednak kolejną sytuację hipotetyczną, że jednak jakimś cudem w naszym preparacie do prostowania jest na tyle dużo metanalu, by dobrze pokryć całą naszą fryzurę. W czasie zabiegu keratynowego prostowania używa się prostownicy rozgrzanej do 215-230 stopni Celsjusza. W takiej temperaturze paraformaldehyd (nasz potencjalnie laminujący polimer) ulega depolimeryzacji (rozkładowi) do formaldehydu, który, jak napisałam w Problemie nr 2, szybko paruje. Czyli potencjalny utrwalacz efektu wyparowuje jak kamfora w czasie użycia prostownicy.

Mimo tego, co twierdzili cytowani przedstawiciele firm sprzedających zestawy do keratynowego prostowania uważam, że formaldehyd nie jest składnikiem niezbędnym do wyprostowania włosów tą metodą. Zresztą, kosmetyki przeznaczone do tego typu zabiegów bez formaldehydu istnieją i według przeczytanych przeze mnie opinii, działają.

Wiem, że nie wszyscy są chemikami (bo gdyby tak było, to ja nie miałabym pracy :P), ale biorąc się za rozważania na temat danego składnika warto chociaż sprawdzić jakie są jego właściwości fizyczne :P

Myślałyście kiedyś nad wykonaniem u siebie zabiegu keratynowego prostowania? A może jesteście po takim zabiegu? Podzielcie się przemyśleniami ;)