"Lepsze" jest wrogiem dobrego.



Wielu z Was śledzi mojego bloga przez Facebooka, tak jak i ja śledzę ich chyba kilkadziesiąt ;). Niedawno zauważyłam, że w aktualnościach pokazuje mi się coś mało postów z tych miejsc. Myślę: "Pewnie wakacje, sezon ogórkowy, dziewczyny odpoczywają". Jednak coś za długo to trwało...

Z racji tego, że prawie zawsze ze wszelkimi nowinkami społecznościowymi jestem do tyłu (ach ten zapłon :P), ominęła mnie wieść o kolejnym "udogodnieniu" wprowadzonym przez Facebook, mającym na celu zmniejszenie zasięgu fanpage'ów.

Otóż po otworzeniu na FB strony dowolnego fanpage, w tym tego bloga, po najechaniu na przycisk Lubisz to (już po polubieniu ;)) należy wybrać opcję "Pokaż w aktualnościach", a następnie wejść w "Ustawienia" i wybrać opcję "Wszystkie wydarzenia" (domyślnie ustawiona jest "Większość wydarzeń", przez co możecie nie widzieć w aktualnościach części postów.

Oczywiście uczyńcie te zmiany tylko w przypadku, gdy chcecie być na bieżąco z nowymi wpisami z Waszych ulubionych stron (w tym mam nadzieję z mojej ;)).

Pozdrawiam serdecznie z krótkiego wyjazdu ;) :*

Lody z kolorową posypką ;)



Lakiery brokatowe to kolejna z moich paznokciowych miłości (zaraz za piaskami). Jedne kocham mniej, inne bardziej, a dziś pokażę Wam na pewno najczęściej goszczący na moich paznokciach brokacik ;)

Lakier Golden Rose Jolly Jewels nr 110 kojarzy mi się ze śmietankowymi lodami posypanymi kolorową posypką (taką cukierkową ;)). W mlecznej bazie zanurzone są brokaty: czerwone (największe), czarne (niczym mak) oraz pojedyncze złote, niebieskie czy zielone ziarenka.

Lakiery te mają miłe dla oka, prostopadłościenne buteleczki i co dla mnie bardzo pocieszające - wąskie pędzelki :D. Brokat w tym lakierze z czasem osiada na dnie opakowania, więc trzeba poświęcić trochę czasu na wytrząsanie ;).

Schnie naprawdę szybko, jednak trwałość zależy od tego, jak bardzo chropowatą powierzchnię otrzymamy - łatwo jest zerwać pojedyncze ziarenka brokatu. Oczywiście można temu przeciwdziałać topem ;)

Na moich paznokciach są dwie warstwy. Mimo, że zmywanie go to tragedia, będzie nadal jednym z moich faworytów ;)





Mgiełki przeciwsłoneczne do włosów ;)



Są wakacje, czas wyjazdów, odpoczynku, leżingu, plażingu i smażingu ;). Wiele z nas w tym okresie chce chronić swoje włosy dlatego, by nie wrócić z objawami przesuszenia, rozjaśnieniem czy wyblakłym, niedawno uzyskanym idealnym kolorem po farbowaniu.

Z ofertą sklepową produktów przeciwsłonecznych do włosów jest trochę tak, że ciężko dobrać kosmetyk, który by nam całkowicie pasował. Główne "grzechy" takich mgiełek stojących na półkach w sklepie to:
  • zawartość etanolu, co w moim odczuciu (produkt przeznaczony jest na słońce, a połączenie słońca z włosami pokrytymi wódeczką nie brzmi najlepiej) dyskwalifikuje dany produkt;
  • zawartość protein, które nie wszystkie włosy lubią w produktach bez spłukiwania oraz podawane zbyt często;
  • wątpliwa ilość filtrów przeciwsłonecznych w składzie.
Nie każda z nas jest przekonana do samodzielnego mieszania kosmetyków, jednak to, co proponuję dziś, każda z nas może ukręcić we własnym domu poświęcając kilka minut ;).

Mgiełka przeciwsłoneczna poziom podstawowy:
  • 2-3ml filtra do włosów chroniącego kolor (niewielki wydatek, a do odmierzenia może nam służyć strzykawka z apteki ;));
  • około 50 ml wody destylowanej (do zakupienia w marketach, stacjach benzynowych, czasem drogeriach, odmierzyć można także strzykawką ;)).
 Mieszamy oba składniki w odkażonym naczyniu i voila! ;). Umieszczamy w butelce z atomizerem (np. po mgiełce do ciała, czasem bywają takie w Rossmannie).

Skład filtra: Aqua, Hydroxypropyl Guar, Behentrimonium Chloride, PPG-15 Stearyl Ether, Polyquaterium-68, Ethylhexyl Methoxycinnamate, Tocopheryl Acetate, Camelia Sinensis Extract, Phenoxyethanol, Methylparaben, Butylparaben, Ethylparaben, Propylparaben, Isobutylparaben.

Skład pozwala mi wierzyć, że filtr rzeczywiście jest kapsułkowany :D. Znajdziemy w nim ekstrakt z herbaty chińskiej, witaminę E oraz filmformery. Konserwowany parabenami, co mi osobiście w ogóle nie przeszkadza (ale o tym kiedy indziej ;)).

Co do samego filtru - dystrybutor twierdzi, że produkt ten utrzymuje się na włosach po myciu - jednak podeszłabym do tej informacji z przymrużeniem oka ;).

Sama nie byłabym dobrym testerem tego produktu, bo moim włosom potrzeba wielu godzin na słońcu, by zjaśnieć. Natomiast moja bratanica posiada długie, blond włosy, w których refleksy pojawiają się dosłownie po jednym seansie. Jak na razie obie nie zauważyłyśmy żadnym zmian w kolorze ;).

Oczywiście, nasza mgiełka nie musi mieć tak ascetycznej formy ;).

Mgiełka II
  • 3 ml filtra do włosów;
  • 45 ml wody destylowanej;
  • mała łyżeczka ulubionej maseczki, odżywki do spłukiwania lub bez spłukiwania (ważne, by nie zawierała etanolu na początku składu; ilość oczywiście można zwiększyć, zmniejszając ilość wody).
Znów mieszamy wszystkie składniki ;). Przy takiej ilości odżywki/maski nie powinniśmy odczuć obciążenia.

Mgiełka III
  • 3 ml filtra do włosów;
  • 40 ml wody destylowanej;
  • mała łyżeczka odżywki (jak wyżej);
  • 5 ml oleju (dowolnego, jednak możemy poszukać takiego, który ma dodatkowe właściwości ochronne, np. z pestek malin, sezamowy, ryżowy).
Mieszamy całość, a przed każdym użyciem wstrząsamy ;)

Mgiełka IV
  • 3 ml filtra do włosów;
  • 1 ml pantenolu 75%;
  • 2 ml wyciągu z aloesu zatężonego dziesięciokrotnie;
  • 5-10 ml oleju;
  • 40-35 ml wody destylowanej.
  • oczywiście, można dodać odżywki.
Wykonanie jak wyżej ;)


To tylko luźne propozycje, które sama mieszałam w ciągu mijającego miesiąca ;). Trwałość takiego kosmetyku, ze względu na zawartość konserwantów w filtrze i odżywce wynosi około 3-4 tygodni.

Chronicie włosy i skórę przed słońcem ? ;)

Chaber z teksturą ;)



Kolejny dziś piasek (tak, wiem, zwariowałam na ich punkcie, zdaję sobie z tego sprawę :P), tym razem z grupy moich ulubionych odcieni, czyli niebieskich ;).

Lakier Ados Texture Effect nr 05 ma piękny, chabrowy kolor. Wydaje mi się, że w porównaniu do swoich braci (TUTAJ, TUTAJ, TUTAJ i TUTAJ) jest najmniej chropowaty, jednak nie przeszkadza mi to w żadnym stopniu, może nawet dodaje uroku ;)

W tym egzemplarzu pędzel znów rozszerza się ku końcowi, jednak chyba nie spodziewałam się niczego innego :P.  Buteleczka ładna, do tego cena (6,99zł/10ml w Drogeriach Polskich), trwałość (3 dni, zero uszkodzeń), czas schnięcia w normie - wydaje mi się, że schnie trochę dłużej od reszty.

Zmywanie go jest bezproblemowe (swoją drogą ostatnio pomalowałam paznokcie lakierem brokatowym, dało mi zmywanie w kość, oj dało :P).

Na zdjęciach widoczne są 2 warstwy.

Żałuję, że paleta kolorystyczna jest tak niewielka (chociaż może to dobrze dla mojego portfela :P).






Dwa lata minęły jak jeden dzień ;)



Oczywiście dwa lata włosomaniactwa, które tak weszło mi w krew, że... zapomniałabym o tak pięknym jubileuszu (albo może upał ograniczył moje zdolności umysłowe :P). Cóż się wydarzyło (lub nie) w ciągu ostatniego roku?:

  • wypróbowałam na moich włosach miliard różnych kosmetyków :P;
  • zakochałam się w połączeniu olejowania i maski przed myciem; 
  • odkryłam ulubiony szampon, z którym jednak rozdzieliła mnie moja ultraniskoporowatość;
  • włosy znacznie urosły, i "dolny prześwit", dzięki podcinaniu, odszedł w niepamięć;
  • przeszłam całkowicie na mycie mocnymi szamponami;
  • pozostawienie produktu do spłukiwania na włosach po myciu ograniczyłam do maksymalnie 10 minut (znów porowatość);
  • stworzyłam spis odżywek emolientowych oraz spis odżywek proteinowych, z których jestem niebywale dumna (wczoraj przeanalizowałam wszystkie produkty Alverde i Balea oraz dodałam je do odpowiednich grup, w planie mam kolejne aktualizacje ;));
  • ciągle próbuję rozjaśniać włosy naturalnymi sposobami :P;
  • zaczęłam zabezpieczać końcówki silikonami, a także wprowadzać je w odżywkach;
  • to wprawdzie osiągnięcie dwuletnie, ale grubość mojego kucyka osiągnęła 8 cm, gdy dwa lata temu było... 6cm ;D;
  • po usilnym namawianiu przez koleżanki-włosomaniaczki z Wizażu rozpoczęłam prace nad cyklem Problemy włosowe;
  • stałam się niepoprawną zbieraczką półproduktów, a także produktów do spłukiwania i wielu innych :P;
  • nadal nie odwiedziłam fryzjera - będzie już ze 3 lata :P;
  • mimo prób, nie zamierzam wrócić do czesania;
  • wkręciłam kilka osób we włosomaniactwo ;)
Wiadomo, z takiej okazji wszyscy czekają na zdjęcia... więc proszę ;)








Czasy licealne (jakieś 5-6 lat temu) - szampon koloryzujący Palette + jakikolwiek szampon, ot, cała pielęgnacja.





Po dwóch tygodniach pielęgnacji (nawiasem, pojechałabym znów do Mrzeżyna! <3).


Listopad 2011 roku, powoli zaczyna się coś dziać, jednak włosy są troszkę obciążone (powolny koniec przygody z myciem odżywką) oraz nie próbowałam podpinania.


 Kwiecień 2012 roku, mamy barana :P


Zdjęcie sprzed roku, włosy idealnie wtedy zebrały się po obu stronach, tworząc wielki prześwit :P

Oszczędzę Wam zdjęć z okresu ostatniego roku, dodam najświeższe, by było widać różnicę ;)






Wydaje mi się, że widać różnicę ;)

Jak Waszym włosom minął ostatni rok ? ;)

Jak opanowałam trądzik XVIII: micelik po raz trzeci



Dwa samorobione micele, stworzone swego czasu(TUTAJ i TUTAJ), były dla mnie naprawdę sporym, pielęgnacyjnym odkryciem - wątpiłam, by cokolwiek innego mogłoby obie te mieszanki zrzucić z czoła rankingu.

Nieoczekiwanie - tak właśnie się stało, i to za sprawą produktu całkowicie... drogeryjnego.

Mowa o płynie micelarnym Hydrain 3 Hialuro od Dermedic.


Opakowanie: Przeźroczysta, solidna butelka z pstrykowym zamknięciem, o dość ascetycznym wyglądzie (co mi bardzo odpowiada).

Pojemność / cena: 400ml / 25-35zł
                              200ml / 13-20zł

Skład: Woda (producent podaje, że termalna), gliceryna (humektant), substancja renatłuszczająca (będąca dodatkowo emulgatorem i stabilizatorem piany), hialuronian sodu, mocznik, humektanty, proteiny pszenicy, aminokwas (lizyna), stabilizatory, konserwant i zapach.


Całkiem przyjemny ;)

Konsystencja: Niczym woda, jednak pieni się po wstrząśnięciu.

Zapach: Zaskoczenie - pachnie! Słabo, lekko cukierkowo, jednak przyzwyczaiłam się do bezzapachowych produktów tego typu.

Działanie: Podchodziłam do niego jak pies do jeża, bojąc się niemiłych efektów na swojej twarzy. Przełamałam się jednak i w ten sposób znalazłam mojego obecnego faworyta ;). Miałam także dla niektórych nieodżałowany micel z Biedronki, jednak nie podszedł mi zbytnio.

Płyn ten przede wszystkim nie wywołuje żadnych niepożądanych reakcji w okolicach moich oczu - z racji tego, że od 7 lat jestem kontaktowa moje przewrażliwienie na tym punkcie jest spore :P. Usuwa bezproblemowo makijaż oczu (a kilka moich tuszy było dość pancernych), nie powodując przy tym zwiększonego wypadania rzęs. Nie zauważyłam w trakcie jego stosowania żadnych dodatkowych zmian trądzikowych czy podejrzanych podskórnych gul. Cera po użyciu nie jest lepka, ściągnięta ani podrażniona, rzekłabym nawet, że odrobinę nawilżona (czasem kładłam się spać tylko po zmyciu nim makijażu, a rano nie miałam na twarzy skórkowej Sahary). W czasie jego używania zauważyłam wyrównanie kolorytu cery oraz zmniejszenie liczby zaskórników na czole (łatwe do stwierdzenia, skóra w tym rejonie stała się po prostu gładsza ;)).

Z całą pewnością wrócę do niego ;)

Może Wy polecicie mi jakieś Wasze micelarne hity ? ;)

Zieleń oceanu :P



Mam problem z określeniem tego, z czym kojarzy mi się odcień prezentowanego dziś lakieru piaskowego (tak, wiem, znów, ale moje zapasy się już kończą, wybaczycie? ;)). Kolor trochę morski, trochę zielony, a miejscami nawet niebieski  - błyszczący, brokatowy, ale wcale nie kiczowaty ;). Do tego cudownie prezentuje się na paznokciach ;).

Ados Texture Effect nr 04 przybył do mnie ze sklepu internetowego, bo wtedy jeszcze nie wiedziałam, że można go dorwać w Drogeriach Polskich w cenie 6,99 zł za 10 ml (co zaowocowało kupnem kolejnych dwóch kolorów :P). Pędzelek znów dorwałam jakiś taki lekko rozcapierzony (tylko biały tynk nie miał tej właściwości), jednak na szczęście nie przeszkadza to w malowaniu.

Schnie najszybciej z piasków tej firmy, wytrzymuje 4 dni bez uszkodzeń, do tego nie jest nadmiernie chropowaty (niektóre piaski potrafiły zaciągnąć mi rajstopy :P).

Wydaje mi się, że jest bardzo podobny, jeśli nie identyczny jak lakier piaskowy Wibo, jednak porównanie dopiero w planach ;).








Problemy włosowe V: jak często używać szamponu mocno oczyszczającego?




Szampon oczyszczający (w domyśle - mocny) powinien posiadać kilka cech, o których pisałam już TUTAJ. Częstotliwość jego używania owiana jest jednak sporą liczbą legend, mitów i domysłów, wśród których naprawdę można się zgubić...

Z włosami jest jak ze skórą - każde są inne, jak powszechnie wiadomo ;). Lubią co innego, potrzebują czego innego. Najprostszą odpowiedzią na pytanie zawarte w tytule jest... używanie mocnego szamponu tak często, jak włosy i skóra głowy tego wymagają. Nie można sprowadzić tego do schematu takowego: "szampon mocno oczyszczający raz w miesiącu/tygodniu". Jednym z pierwszych działań początkującej włosomaniaczki powinien być właśnie dobór odpowiednich kosmetyków myjących oraz częstotliwości ich używania, co jest sprawą wysoce indywidualną, związaną między innymi z: używanymi kosmetykami, porowatością, trybem i miejscem życia (np. twardość wody), stanem ogólnym włosów i zdrowia, alergiami (np. na detergenty siarczanowe tj.: SLS, SLES, ALS, SMS i inne).

Mały przykład z mojej włosowej historii - w początkach włosomaniactwa myłam fryzurę odżywką, mocnego szamponu w zasadzie mogłam nie używać (korzystałam z niego raz na 1,5-2 miesiące). Później przerzuciłam się na delikatne szampony (odżywka stała się za słabym środkiem) + rypacz co 3-4 tygodnie, by dość szybko przejść na częstotliwość raz w tygodniu.

Obecnie używam właściwie tylko szamponów z mocnymi detergentami - już od dłuższego czasu. Włosom bardzo to odpowiada, bo niczym innym nie można doprowadzić ich do stanu satysfakcjonującego mnie domycia ;). W historii tej główną rolę wzięła zmieniająca się (spadająca) porowatość.

Co natomiast zrobić, jeśli skóra głowy "lubi się" z mocnymi myjadłami, a włosy już nie? Tutaj z pomocą przychodzi nam metoda "podziału", której wyższą wersją jest metoda OMO (odżywkowanie-mycie-odżywkowanie) - skórę głowy można umyć jednym środkiem, a długość innym. Tą samą technikę wykorzystać można, gdy jest odwrotnie - skóra reaguje podrażnieniem na mocne środki, a włosy nie dają się domyć niczym innym.

Czego używacie do mycia włosów i w jakiej częstotliwości? ;) 


Rzęsy do samego nieba ;)



Która z nas nie chciałaby mieć długich, podkręconych i gęstych rzęs? Wszystkie chcemy takowe mieć, prawda? ;) Niestety, muszę pogodzić się z tym, że natura poskąpiła gęstości moim firankom, jednak długość przecież można podrasować... ;)

Dane mi było przetestować serum do rzęs QuickMax, której dystrybutorem jest lux-style.pl





Opakowanie: Opakowanie z aplikatorem w formie pędzelka, poręczne, łatwe w obsłudze, zapakowane dodatkowo w całkiem solidny kartonik. Całość utrzymana w złotej tonacji ;).

Pojemność/cena: 5ml / 149,95zł.

Skład: Enzyme „EPM”, Distilled Water, Wool Bursa Growth Genes, Toumingzhisuan Sodium, Ethyl Amide MEA, Hydrolized Keratin, Propylene Glycol, Sorbitol, Collagen Sodium, Wheat Germ Acid, Linoleic Acid, Chitosan Glycosaminoglycan, Nettle Extract, Bitter Orange Flower Oil, Fourteen Acylanting, Moisturizing, Natural Extracted Cellulose A, Vitamin E,  Vitamin C, Panthenol, Allantoin, The Yankees Glycerin Extract.

Tajemniczy enzym EPM odpowiedzialny za stymulację wzrostu rzęs, czynniki wzrostu pozyskane od owiec, keratynę, kolagen, witaminy, humektanty takie jak pantenol, kwas hialuronowy, sorbitol czy glikol propylenowy.

Całkiem ładny ten skład ;)

Konsystencja: Środek ten ma postać zbliżoną do... wody ;).

Zapach: Bezzapachowy.

Działanie: Po pierwsze - pewna nieścisłość. Na opakowaniu widnieje sugestia o aplikacji po demakijażu na 2 minuty i zmyciu (konsultując to z innymi dziewczynami - efektów brak), natomiast na stronie produktu - o aplikacji na noc. Stosowałam tą drugą wersję, nie zauważyłam podrażnienia czy zaczerwienienia oczu ani żadnych innych efektów ubocznych. 

Przed kuracją:


Po:




Cóż mogę powiedzieć - produkt naprawdę działa, nawet osoby z mojego otoczenia pytały mnie, czy nie przedłużyłam sobie rzęs. Dodatkowo są wyraźnie grubsze, mniej wypadają (chociaż na początku kuracji wydawało mi się, że lecą minimalnie bardziej) i co bardzo ciekawe - są ciemniejsze ^^. Fakt, nie zauważyłam tego, na czym zależałoby mi najbardziej - zagęszczenia, ale widać nie mogę mieć wszystkiego (chociaż za tą cenę... ;)). 

Podsumowując - działa jak najbardziej, ale cena odstrasza... :P

Czym dopieszczacie swoje rzęsy? ;)



Chropowata brzoskwinka ;)



Kolejny piaskowy lakier na moich paznokciach - przepraszam Was za monotematyczność w postach lakierowych, jednak ten trend jak żaden inny trafił w moje gusta ;).

Ados Texture Effect nr 06 to ładny, brzoskwiniowy odcień koloru pomarańczowego (odkąd odkryłam, że mi pasuje, polowałam na ten egzemplarz). Gdy kupowałam swoje Adosy przez Internet akurat nie był dostępny, nad czym bardzo ubolewałam - dorwałam go jednak w sklepie sieci Drogerie Polskie w obłędnej cenie 6,99 zł za 10 ml ;).

Buteleczka bardzo mi się podoba, pędzelek pewnie trzyma się w dłoni, ale znów wydaje mi się, że jest taki rozcapierzony ^^. Na szczęście już się przyzwyczaiłam ;).

Dwie warstwy kryją w pełni, całkiem szybko schną, a lakier bez uszkodzeń przetrzymał 3 dni (musiałam go zmyć na praktyki :P).

Jestem beznadziejnie zakochana w tym kolorze!






P.S. Wracam do stałego malowania paznokci :D


Plany regeneracyjne - suplementacja, oczyszczanie i... sen ;)



Jak wiecie, prosto z kieratu sesyjnego wpadłam w objęcia praktyk, w związku z czym pobudkę miałam bardzo wcześnie rano, a niestety - nie potrafiłam się przestawić na wcześniejsze zasypianie. Przyjrzałam się sobie wczoraj krytycznie i fakt, widać po mnie brak snu i przemęczenie - skóra ma niezbyt ładny koloryt, cienie pod oczami mają się bardzo dobrze, że o opuchnięciach nie wspomnę.

Złapały mnie też w ostatnim okresie jakieś schorzenia grypopodobne, co jest dla mnie dość niespotykane w tym okresie roku.

Obecnie jednak mam wolne, więc mogę zabrać się za gruntowny remont ciała i ducha.

Jeśli chodzi o ducha, zamierzam nadrobić czytelnicze, serialowe i filmowe zaległości (właśnie zabrałam się za "Spartacusa" ;)).

Wracając do ciała, planuję:
  • spać po minimum 7h dziennie, dodatkowo spróbuję częściej kłaść się przed północą :P;
  • uregulować pory i ilość spożywanych posiłków na poziomie 5-6 co 2-3 godziny;
  • wcierać napar z kozieradki w skórę głowy przed każdym myciem na co najmniej 30 minut (włosy nie wypadają mi nadmiernie, ale chcę wyhodować nowe pokolenie babyhairs ;));
  • pić drożdże - codziennie 1/4-1/3 kostki zalana wrzątkiem;
  • pić siemię lniane - codziennie 2 łyżki zalane ciepłą wodą, odstawione na minimum godzinę;
  • pić pokrzywę - 1-2 szklanki naparu dziennie;
  • pić spore ilości wody z cytryną;
  • olejować i maskować włosy przed każdym myciem (no prawie każdym, w końcu włosy nie mogą mną rządzić ;));
  • dwa razy w tygodniu fundować cerze zestaw peeling enzymatyczny + maseczka + serum + krem;
  • zadbać o okolice oczu - okłady, maski algowe, serum, krem;
  • poczuć się lepiej we własnej skórze, odpocząć i zrelaksować się ;);
Chciałabym po prostu wyglądać we wrześniu jak po wakacjach, bo w końcu to ostatnie tak długie (6 tygodni) w moim życiu ;).

Macie podobne plany na wakacje? Jakieś zmiany, diety, farbowania, ostre cięcia? ;)

Arbuz, melon i kawa ;)



Z pozoru zestaw nie do końca przemyślany (szczególnie ta "kawa" ;)), jednak jeśli chodzi o pielęgnację ciała stanowił w ostatnich tygodniach mój niezbędnik poranno-wieczorny ;).

Miałam przyjemność dopieszczać się produktami firmy Joanna z serii Naturia: żelem pod prysznic z mango i papają, żelem peelingującym pod prysznic z arbuzem oraz masłem do ciała z kawą.





Żel pod prysznic z mango i papają


Opakowanie: Wysokie, smukłe i przeźroczyste opakowanie z możliwością podstawienia butelki na zamknięciu. Niewielka ilość grafiki jest jak najbardziej w moim guście ;). Niewielki otwór pozwala na bezproblemowe dozowanie produktu.

Pojemność/cena: 300ml / 5zł.

Skład:


Typowy, mocno myjący żel pod prysznic: zestaw detergentow, pq, tytułowe ekstrakty, stabilizatory, konserwanty i barwniki.
Zawiera sól i DMDM - Hydantoinę - uwaga wrażliwcy.

Zapach: Nie mam doświadczenia z mango i papają - żel pachnie bardzo słodko, ale nie jest to zapach dusząco-przeszkadzający ;).

Konsystencja:


Dość rzadka, całe szczęście, że otwór w nakrętce jest niewielki (przy moich zdolnościach pewnie wylałabym przypadkiem połowę :P).

Działanie: Produktu tego używałam codziennie (właściwie to kilka razy dziennie, ze względu na obecnie łaskawie nam panujące upały ;)). Wiadomo, nie po każdym prysznicu miałam czas wklepać w ciało balsam (zwykle robię to dwa razy dziennie - od szyi w dół mam skórę bardzo suchą). Czekało mnie miłe zaskoczenie - mimo takiej dawki mocnych detergentów i częstym używaniu moja skóra nie wyglądała jak suchy wiór - całkiem dobrze dawała sobie radę. Nie odczuwałam żadnego dyskomfortu związanego ze ściągnięciem skóry czy podrażnieniem.
Dodatkowo - żel bardzo dobrze się pieni, a większość słodkich zapachów uwielbiam ;).

Żel peelingujący z arbuzem


Opakowanie: jak wyżej, a dodać mogę, że arbuzowa grafika bardzo mi się podoba ;) 

Pojemność / cena: 300ml / 7 zł.

Skład:


Podobny do wyżej nadmienionego żelu, z ekstraktem z arbuza. Dodatkowo pojawiają się składniki "kuleczek" peelingujących.
Zawiera sól i DMDM - Hydantoinę - uwaga wrażliwcy.

Zapach: Słodki arbuz, mogłabym go wąchać ciągle ;).

Konsystencja:


Dość gęsta, nie wycieka przez palce.

Działanie: Używałam go 2 razy w tygodniu - pieczołowicie masowałam nim całe ciało przez kilka minut. Większość kupnych peelingów nie jest dla mnie dlatego, że: 1) mają zbyt wysokie zdolności ścierające; 2) nie mają ich praktycznie wcale ;P. Ten produkt jest idealnie wypośrodkowany - działa, jednak jest na tyle delikatny, że moja skóra i naczynka nie wołają "auć" pięknym, czerwonym rumieniem ;). Jeśli o mnie chodzi - dużo lepiej działa rozprowadzany samymi dłońmi niż jakąkolwiek gąbką. Żałuję jedynie, że zapach nie pozostaje na skórze po peelingu :/

Masło do ciała z kawą


Opakowanie: Ładny, solidny słoik.

Pojemność / cena: 250g / 9zł. 

Skład:


Znajdziemy w nim masło shea, parafinę (z którą moje ciało, w przeciwieństwie do twarzy, bardzo się lubi), emolienty syntetyczne, silikon cykliczny, ekstrakt z kawy oraz stabilizatory, barwniki i konserwanty.

Zawieram DMDM-Hydantoinę: uwaga wrażliwcy!

Zapach: Kawa z mlekiem i cukrem ;).

Konsystencja:



Gęsty krem w kolorze ecri.

Działanie: Nie lubię smaku kawy, dlatego też piję ją bardzo rzadko (zdarzają mi się dziwne zachciewajki :P), ale jej zapach kocham miłością wielką od zawsze. Samo masło wchłania się bardzo dobrze i szybko (cierpliwość to nie jest moja najmocniejsza strona :P), pozostawiając moją skórę gładką i bardzo miłą w dotyku - uczucie to nie mija nawet rano ;). Nie brudzi ubrań, a jego zapach utrzymuje się przez kilkanaście minut po aplikacji - mógłby dłużej ;).

Muszę przyznać, że ten zestaw bardzo dobrze się u mnie sprawdza ;)

Podpowiecie mi coś pięknie pachnącego z gatunku żel pod prysznic/ masło lub balsam do ciała? ;)