2+2 gratis w Rossmannie: zadbaj o swoją cerę!



Rossmann dba o nasze dziury w portfelach - najbliższa promocja, która odbędzie się w dniach 18-28 maja, będzie dla mnie szczególnie interesująca. Hasło "Zadbaj o swoją cerę" oznacza, że promocją zostaną objęte produkty do pielęgnacji skóry twarzy. Przy zakupie 4 różnych kosmetyków (różniących się kodami kreskowymi) i jednoczesnym posiadaniu aplikacji Klubu Rossmann dwa tańsze produkty otrzymamy gratis. Podejrzewam, że akcja będzie jednorazowa (jeden zakup w tej promocji na jedną kartę) i być może poza Klubem będzie można dokonać zakupów w trybie 2+1 gratis.

promocja Rossmann maj 2018

Sporo ze swoich kart upominkowych wydałam ostatnio w Rossmannie na "artykuły gospodarstwa domowego" (opiekacz, foremki i takie tam - muffiny rządzą xD), jednak chyba nie uda mi się przejść obojętnie obok tej promocji ;). Czas wyzerować plastiki :D. Planuję także na dniach ruszyć z postami zawierającymi produkty warte zakupu (kremy, serum, toniki, płyny micelarne, maseczki...). Kategorii do zanalizowania jest sporo, ale postaram się temat w miarę skompensować i przy okazji stworzyć własną listę zakupową ;).

Po okresie intensywnej pracy i niedosypiania mojej cerze przyda się spora dawka dopieszczenia. A jak jest u Was? Planujecie jakieś mniejsze lub większe zakupy z okazji tej promocji?

Nadmierne wypadanie włosów - typ androgenowy: przyczyny i metody leczenia



Wypadanie włosów to naturalny proces - dziennie, w zależności od naszych genów, tracimy od 80 do 200 włosów w procesie naturalnej wymiany owłosienia. W okresie wiosennym i jesiennym większość z nas zauważa zwiększenie wypadania, jednak jeśli ten stan nie trwa dłużej niż 4-6 tygodni - nie ma powodu do niepokoju. Jest to jedynie spadek po przodkach, który w większej skali widzimy w tych okresach u czworonogów ;). 

Nadmierne wypadanie włosów - kiedy o nim mówimy?


O nadmiernym wypadaniu włosów mówimy, gdy zwiększona migracja włosów utrzymuje się ponad 6 tygodni. Należy przy tym pamiętać, że dla każdego z nas zwiększone wypadanie będzie wyglądało inaczej: dla jednego będzie to już 200 włosów (przy normie wypadania w okolicach setki), dla drugiego - 350. Przy liczeniu (które dokonujemy zwykle po myciu włosów) należy pamiętać, że jest to ilość dzienna. Przy braku czesania i myciu co kilka dni następuje kumulacja uciekinierów, która może wywołać niepotrzebne zdenerwowanie. Często również nie zwracamy uwagi na to, że nasze włosy rosną, przez co zwiększają swoją długość - a ma to niebagatelny wpływ na objętość pęku włosów wyjmowanego z odpływu ;).

nadmierne wypadanie włosów

Androgenowe wypadanie włosów - przyczyny


Najczęstszą przyczyną przerzedzenia czupryny jest androgenowe wypadanie włosów - dotyczy to zarówno kobiet, jak i mężczyzn, chociaż głównie panowie nabijają tutaj statystykę ;). U obu płci wygląda ono jednak inaczej: mężczyźni zaczynają łysieć od skroni w kierunku czubka głowy (z czasem może pozostać jedynie pas włosów po bokach głowy), natomiast u kobiet włosy często wypadają równomiernie. To schorzenie ma również wpływ na strukturę włosów - stają się one cieńsze i bardziej podatne na uszkodzenia oraz czynniki zewnętrzne. 

Wyróżniamy trzy fazy wzrostu włosa: anagen - aktywny wzrost (85% włosów), katagen - faza zanikania brodawki włosowej (5%) oraz telogen - faza wypadania włosów (10%). Podane wartości procentowe odnoszą się do osoby zdrowej. W łysieniu androgenowym dochodzi do skrócenia fazy anagenowej (czyli fazy wzrostu) oraz wydłużenia telogenu (czasami nawet do 30% włosów znajduje się w tej fazie). Przyczyny mogą być różnorakie: od genetycznych przez środowiskowe. Warto pamiętać, że androgenowe wypadanie włosów jest nadal dość tajemniczą jednostką chorobową i wszystkich jej mechanizmów jeszcze nie poznano. 

Przymiotnik "androgenowe" nie pojawił się jednak znikąd - wykazano, że ważnym czynnikiem wywołującym ten typ łysienia są androgeny, nazywane także hormonami męskimi (są one produkowane także w organizmach kobiet, jednak w mniejszej ilości). Jeden z nich - testosteron, ulega przemianom w DHT (aktywna forma testosteronu). To właśnie nadwrażliwość mieszków włosowych na ten związek wywołuje objawy łysienia. U panów jest ona genetyczna, u pań: genetyczna lub nabyta na drodze mutacji w mieszkach włosowych. Do czynników wywołujących łysienie androgenowe możemy zaliczyć stres, zespół policystycznych jajników (PCOS), źle dobrane leki hormonalne (w tym antykoncepcyjne).

Androgenowe wypadanie włosów - diagnozowanie


Zdiagnozowanie łysienia androgenowego u mężczyzn wystarczy proste badanie kliniczne, natomiast u kobiet sprawa jest nieco bardziej skomplikowana. Całość rozpoczyna trichogram - badanie oceniające wygląd i stan cebulek włosowych pobranych od pacjentki.

androgenowe wypadanie włosów


Przy podejrzeniu tego schorzenia pacjentce zleca się także wykonanie szeregu badań, w tym określenie poziomu:
  • całkowitego i wolnego testosteronu oraz DHT
  • żelaza i ferrytyny (by wyeliminować wpływ ewentualnej anemii)
  • estrogenów
  • hormonów tarczycy (pamiętając, że TSH nie jest jedynym hormonem tarczycowym).
Wykonanie tych oraz innych badań, o których pisałam na blogu, pozwoli również na wyeliminowanie lub potwierdzenie innych przyczyn wypadania. 

Androgenowe wypadanie włosów - leczenie


Mężczyźni często nie podejmują prób leczenia łysienia androgenowego, jeśli akceptują zmiany w wyglądzie ;). Kobiety oraz mężczyźni walczący z tym problemem zwykle łączą dwa podejścia: walka z przyczyną oraz z objawami. W początkowym etapie łysienia androgenowego możliwe jest odzyskanie utraconych włosów.

Do leków na androgenowe wypadanie włosów uderzających w przyczyny (blokerów DHT) należą:
  • u kobiet: leczenie hormonalne zwykle oparte na tabletkach antykoncepcyjnych
  • u mężczyzn: przyjmowanie finasterydu.
Często są one wspomagane naturalnymi blokerami DHT o słabszym działaniu takimi jak: saw palmetto, pokrzywa, beta sitosterol, zielona herbata czy wierzbownica drobnokwiatowa.

Leczenie objawowe skupia się na zatrzymaniu bądź zmniejszeniu wypadania włosów.

Loxon na wypadanie włosów


Loxon na wypadanie włosów zawiera minoxidil, który, stosowany zewnętrznie w formie wcierki, rozszerza naczynia krwionośne, przez co mieszki włosowe są lepiej odżywione. Skutkuje to często redukcją wypadania i pojawieniem się nowych włosów w miejscach dotkniętych łysieniem. Efekty stosowania mogą pojawić się już po kilku tygodniach stosowania i, jeśli nie nastąpi wyleczenie przyczyny, utrzymują się w trakcie stosowania preparatu. Po odstawieniu nadmierne wypadanie włosów może powrócić, jeśli uwrażliwione mieszki włosowe nadal będą wystawione na spore dawki DHT. 

W przypadku stosowania tego preparatu najważniejszym celem jest zachowanie i odrost włosów, a jego stosowanie warto skonsultować z lekarzem prowadzącym leczenie - ze względu na wzajemne efekty terapii i możliwe skutki uboczne. Użytkownicy potwierdzają jednak skuteczność - w tym moja mama ;).

Łysienie w każdym typie bardzo wpływa na samoocenę zarówno kobiet, jak i mężczyzn. W walce z nim najważniejsza jest szybka i prawidłowa diagnoza oraz wcześnie podjęte leczenie, by dotknięte chorobą mieszki włosowe nie uległy zniszczeniu. 

Wszyscy marzymy o bujnych czuprynach przez całe życie - dbajmy o nie i nie czekajmy z reakcją w razie problemów!

Wpis powstał we współpracy z marką Loxon.

Oriflame NovAge Advanced Skin Renewing Treatment (Dwustopniowa pielęgnacja odmładzająca) - wow, jaki hit!



Na współpracę z marką Oriflame zdecydowałam się z dwoch powodów: mam wielki sentyment do ich wód toaletowych jeszcze z czasów nastoletnich, a na dodatek składów ich kosmetyków w sieci jest jak na lekarstwo (i czasami nie są pełne). Zamierzam nieco poprawić sytuację ;). Zestaw "Dwustopniowa pielęgnacja odmładzająca" Oriflame NovAge wybrałam z ciekawości, bez większych oczekiwań. Kwasy w składzie mnie skusiły, chociaż jestem w tym względzie wielką fanką samoróbek ;).


Zestaw dostajemy w całkiem sporym, kartonowym opakowaniu zawierającym osiem tubek po 5ml (4 x peeling i 4 x neutralizator). Całkiem niezły pomysł - całość wygląda bardzo profesjonalnie, a dzięki tubkowemu rozwiązaniu możemy przy każdym zabiegu cieszyć się efektami świeżo otwartej porcji produktu. Gdyby jednak kosmetyku było aż nadto (a to się zdarza - o czym napiszę niżej) opakowanie można zabezpieczyć drugą stroną korka.

Zestaw kosztuje, w zależności od promocji, od 60 do 100zł.

Skład:


Peeling to etanolowy preparat zawierający sporą dawkę kwasu glikolowego złagodzonego dwoma nawilżaczami (gliceryną i glikolem butylenowym) o pH wyrównanym wodorotlenkiem sodu. Do składu nie mam uwag - etanol został zastosowany w celu zwiększenia przenikalności kwasu. Niemniej jednak nie jest to środek działający delikatnie i raczej sugeruję go osobom, które wiedzą, czego można się spodziewać po peelingu kwasowym. Szczególnie pod względem czasowych efektów ubocznych ;).

Neutralizator zawiera spore ilości nawilżaczy (glicerynę i pantenol) oraz pochodną mocznika i cytrynian sodu odpowiedzialne za efekt neutralizujący ;). Praktycy kwasowi mogą zamiast niego wykorzystać sporą ilość wody lub własny, sprawdzony neutralizator.

Obydwa składniki zestawu mają postać bezbarwnych i bezzapachowych cieczy odrobinę gęstszych od wody.

Producent zaleca aplikację peelingu na oczyszczoną skórę twarzy za pomocą wacika, ale śmiało można to zrobić przy użyciu samych paluchów ;). Proponuje również pozostawienie peelingu na twarzy na 10 minut, jednak to również należy dopasować do własnych potrzeb: jednym wystarczy 3-5 minut, inni (jak ja xD) będą trzymali spokojnie ten produkt przez 20-30 minut. Stosowałam go na czole, nosie i górnej części policzków (brodę i żuchwę ominęłam ze względu na zabiegi depilacji laserowej, które obecnie przechodzę w tym rejonie).

Opakowanie peelingu jest na tyle duże, że starcza na dwie aplikacje - na moją twarz i mojego M., który po długich namowach pozwolił mi na małą walkę z zaskórnikami ;). M. marudził przy pierwszej aplikacji (na 10 minut), że coś go delikatnie szczypie, jednak podejrzewam, że był to efekt psychosomatyczny na hasło "kwasy" xD. Przy kolejnych aplikacjach nie składał zażaleń. Zabiegów mieliśmy 4 (na tyle pomyślany jest zestaw) w odstępach tygodniowych. Stosowaliśmy również filtry SPF 50+. Muszę się również przyznać, że neutralizator zastosowałam tylko... raz. Skóra po jego nałożeniu jest nieco lepka, a zmycie wodą w moim przypadku wystarczało do neutralizacji ;).

Szczerze powiem, że nie spodziewałam się jakichkolwiek efektów. A tu - proszę! Po 3 dniach od pierwszej aplikacji zarówno u mnie, jak i u M. dostrzegłam maleńkie, odstające skórki, które po 2 dniach zniknęły. Moją lepszą połówkę lekko wysypało - co nie zaskakuje przy pierwszym kontakcie z preparatem kwasowym. U mnie wysypu nie było, ale też skóra nie była szczególnie zanieczyszczona. Większych podrażnień czy schodzenia skóry płatami nie zarejestrowałam.

Po 4 zabiegach powiem tyle - wow! ;). U M. praktycznie przestał występować problem ze zmianami ropnymi, skóra mniej się też przetłuszcza oraz spora część zaskórników została zlikwidowana. Oczywiście - nie wszystkie, na to potrzeba więcej zabiegów i czasu ;). U mnie natomiast zaskórniki z czoła zniknęły, a te najbardziej oporne (z którymi chyba nigdy nie wygram -.-) na nosie znacząco się zmniejszyły. Ładnie rozjaśnił mi też przebarwienia na policzkach (pseudo-piegi) i przywrócił cerze lepszy koloryt po zimie. Co do działania odmładzającego się nie wypowiem - jeszcze nie bardzo mam co odmładzać ;)

Myślę, że to całkiem dobre rozwiązanie dla osób, które nie czują się pewnie w świecie samoróbek kosmetycznych, a chciałyby spróbować nieco mocniejszego peelingu kwasowego w domu, jednocześnie mogąc z niego wychodzić ;). Promocyjna cena również jest dość rozsądna - 4 zabiegi za 60zł brzmią nieźle ;).

Kwasy w pielęgnacji: stosujecie, zamierzacie stosować czy w ogóle Was nie interesują? ;).


Bishojo Płyn Micelarny - demakijażowy przyjemniaczek ;)



Piękna sprawa - rozchorować się w upały :D. Klimatyzacja nie jest moim sprzymierzeńcem ;). Pomiędzy jedną chusteczką a drugą aspiryną chcę Wam opowiedzieć o fajnym płynie micelarnym, który produkuje jedna z moich ulubionych marek: Elfa Pharm. Wiecie, że linia Bishojo także jest przez nich produkowana? ;). Jest ona dedykowana problemom... cywilizacyjnym, wynikającym głównie z zanieczyszczenia środowiska. Płyn micelarny Bishojo powoli dobija dna na mojej półeczce, więc mogę go już rozłożyć na czynniki pierwsze ;).


Biała, nieco ascetycznie zaprojektowana butelka z bezawaryjnym dozownikiem to naprawdę świetne rozwiązanie. Jedno lub dwa naciśnięcia idealnie zwilżają płatek kosmetyczny. Zużycie można ocenić jedynie "wagowo" ;). Niemniej całość podoba mi się bardzo - wizualny Orient nie zawsze się sprawdza ;).

200ml płynu kosztuje 21,99zł na stronie producenta. Stacjonarnie można je znaleźć w drogeriach Pigment - na pewno ;)

Skład:


Nawilżacze: gliceryna, glikol propylenowy i pantenol zmieszane z łagodnymi środkami powierzchniowo czynnymi wzbogacone ekstraktami z kukułki plamistej (rośliny ;)) i perełkowca japońskiego i domknięte dwoma konserwantami oraz kompozycją zapachową - całkiem zwięźle i na temat ;). Wrażliwcy, ze względu na ekstrakty oraz kompozycję konserwantów i zapachów, powinni wykonać domową próbę uczuleniową ;).

Ma postać żółtawej, lekko pieniącej się cieczy o ledwie zauważalnym, kwiatowym zapachu. Wydajność - całkiem w porządku ;).

Bardzo nie lubię pocierania powiek, szczególnie przy demakijażu - dlatego zawsze zależało mi na tym, żeby tusz, po wcześniejszym przyłożeniu wacika na kilka chwil, schodził jednym pociągnięciem ;). Maskara to najbardziej problematyczna w usuwaniu część mojego makijażu, więc jeśli to się uda - z resztą zwykle nie ma problemu ;). Sprawdziło się to także w przypadku Bishojo - po pozostawieniu płatka na oku przez jakieś 5-10 sekund moja maskara z Eveline dawała za wygraną bez buntów ;). Oczyszczenie całej twarzy wymagało ode mnie zwykle użycia jednego lub dwóch wacików, przy czym kończyłam właśnie na oczach. 

Po jego użyciu skóra jest odpowiednio oczyszczona, a jednocześnie delikatnie nawilżona bez lepkiej czy oślizgłej warstewki. Na krótkie wyjazdy zabierałam tylko ten płyn - w ciągu 1-3 dni sprawdzał się jako jedyny kosmetyk oczyszczająco-pielęgnacyjny świetnie ;). Co dla mnie szczególnie ważne - nie podrażnia moich oczu ani nie wywołuje wysypu niedoskonałości (na ich ilość w ogóle nie wpływa, ale też - nie od tego jest ;)). Wiem jednak, że wrażliwość okolic oczu to kwestia mocno indywidualna - przez wypróbowaniem nowego kosmetyku w tych rejonach zalecam wzmożoną ostrożność ;).

Nabrałam ochoty na kolejne kosmetyki Bishojo, a Wy? :D

Buna, Szampon do włosów suchych i zniszczonych Aloes: dokonał niemożliwego... negatywnie



Ilości szamponów zużywane przeze mnie są wręcz niemoralne xD. Cóż jednak zrobić - moje włosy są niezwykle trudne do domycia. Czasami prawie bez powodów dorabiam się jakiegoś przychlastu xD. Ma to jednak swoje plusy - dzięki mojemu szamponowemu przerobowi mogę je często dla Was recenzować ;). 

Marka Buna interesowała mnie od momentu, gdy rzuciła mi się w oczy na jednym z blogów. Przy okazji zakupów na Allegro wciągnęłam więc na listę Szampon do włosów Buna Aloes.


Poręczna buteleczka z pomysłowym zamknięciem bardzo mnie przekonuje. Przynajmniej nie miałam okazji do tradycyjnego urwania zawleczki xD. Ubytek produktu można ocenić jedynie wagowo - szkoda, że nie ma chociażby cieniutkiego, transparentnego "paseczka" ;). Całość wygląda jednak nieźle, kojarzy się też naturalnie... Chociaż sama grafika przedstawiająca aloes przywodzi mi na myśl nieco inną roślinę xD.

280ml (dość niestandardowo) szamponu kosztuje około 6zł. Tanio, a dodatkowo - całkiem łatwo można go znaleźć ;).

Skład:


Składowo - szału nie ma, ale mój prywatny szampon ma tylko porządnie myć. Na to akurat ten egzemplarz rokował ;). Zestaw detergentów z SLES na czele wzbogacony sokiem z aloesu, gliceryną (nawilżacze) i keratyną hydrolizowaną może się podobać, jednak pojawiająca się niezwykle wysoko w składzie sól kuchenna może odstręczać (mnie nie szkodzi). Zawiera również dwa filmformery (polyquaternium i pochodną gumy guar) oraz cały zestaw regulatorów pH, zapachów i konserwantów. Sprawia to, że marka reklamowana z dużym naciskiem na związki z naturą jest od niej bardzo daleko xD. Na pewno nie jest to dobry wybór dla wrażliwców, ale mój panzer-skalp nie marudził ;).

Ma postać bezbarwnego, dość rzadkiego żelu o nijakim zapachu (ni to mydło, ni to zioła), który jednak po myciu nie jest wyczuwalny. Ze względu na konsystencję i bardzo słabe pienienie (co dziwne, przy takich detergentach!) nie grzeszy wydajnością.

Zanim przejdę do właściwej recenzji przyda się malutki wstęp - moich włosów w zasadzie nie da się poplątać. Od wielu miesięcy nie odczuwałam szorstkości czy splątania włosów, nawet po tak hardych produktach jak głęboko oczyszczający szampon Stapiz (którego szczerze polecam - więcej TUTAJ). 

Buną umyłam włosy dokładnie 3 razy. Domywał włosy w miarę przyzwoicie (nie było to jednak jakieś turbo-oczyszczenie), jednak już w czasie spłukiwania włosów czułam na głowie... kołtun. No normalnie jeden wielki dred, którego musiałam rozczesywać grzebieniem (którego od lat prawie nie używam xD). Co on w sobie ma, że powodował takie objawy - nie wiem, ale efekt był stuprocentowo powtarzalny - po trzech razach dałam sobie spokój i zużyłam ten szampon do mycia ciała. Skórze krzywdy nie zrobił, żadne objawy niepożądane nie wystąpiły, a zmiana szamponu od razu zniwelowała problem kołtuna.

Co się wydarzyło - nie wiem, ale, jeśli kiedykolwiek wystąpiły u Was takie historie chętnie posłucham o przyczynach ;). Do tego szamponu nie zamierzam wracać, ale być może zainteresuję się odżywkami Buna ;).

-55% na kosmetyki do makijażu w Rossmannie: moje łupy ;)



Jeszcze do środy trwać będzie akcja promocyjna na kosmetyki kolorowe w Rossmannie (więcej informacji znajdziecie TUTAJ), na którą wybrałam się i ja ;). W porównaniu do mojego włosowego szaleństwa (więcej TUTAJ) tym razem poczyniłam skromne i tylko niezbędnie potrzebne zakupy, wydając około 20zł ;). Odwiedziłam tylko jednego Rossmanna (krakowskie Mistrzejowice) i nie widziałam żadnych dantejskich scen - chyba coś się zmieniło w ludzkiej mentalności ;).


Podkład i dwa mazidła do ust ;)

Miss Sporty Podkład So Clear 001 Light


Trafiłam na niego w trakcie moich poszukiwań następcy nieodżałowanego kremu BB Rival de Loop. Pozytywnie zaskoczył mnie składem:


Zawiera niewiele filmformerów (w tym silikonów), a do tego sporo przeciwtrądzikowych składników pozyskanych z drożdży. Za składem poszło też działanie - obecnie nie wyobrażam sobie bez niego swojego makijażu. Trwałość, wygląd na skórze, działanie - wszystko na plus. No i jeszcze ta cena :D. Koniecznie muszę zrobić jego recenzję ;).

Laura Conti Vital Lip Balm


Swój pierwszy balsam do ust w formie jajeczka kupiłam w zeszłym roku (Body Club). Tak spodobała mi się jego forma, że w trakcie swojej wizyty w Rossmannie poszukiwałam tylko takich pomadek ochronnych :D. Do produktu Laura Conti przekonał mnie bogaty skład:


Czego tutaj nie ma: woski, oleje, masła, hialuronian sodu i dodatki (głównie barwniki). Nie wiem natomiast czego się spodziewać po jej smaku i zapachu, ale gdy tylko skończę bananowe jajeczko Body Club na pewno sprawdzę :D.

Bielenda Magic Egg Kokos


Zakup nieco kompulsywny, bo Magic Egg wygrało dzięki formie jajka i... zapachowi :D. Kokos uwielbiam w każdej postaci, więc i tym razem nie mogłam się powstrzymać przed zakupem ;). Skład nie powala, ale też nie jest zły:


Produkt Bielendy bazuje na parafinie i woskach z niewielkim dodatkiem nawilżaczy. Jak się sprawdzi w praktyce - zobaczymy, ale liczę na piękny zapach kokosa :D.

Więcej grzechów nie pamiętam na tej promocji, ale... chętnie poznam Wasze ;). W co się zaopatrzyłyście? ;)

Basil Element, Trychologiczny peeling oczyszczający przeciw wypadaniu włosów - pewniak na problemy ;)



Rozpakowałam wczoraj ostatni wór z dobytkiem na nowym mieszkaniu - co nie oznacza oczywiście, że całkiem się rozpakowałam xD. Kosmetyki nadal czekają w kartonach na ogarnięcie xD. Niemniej jednak brakowało mi bloga i pisania dla Was, dlatego też mam dzisiaj dla Was recenzję produktu, który uważałam za niepotrzebny w mojej pielęgnacji. Peelingów skóry głowy nie robiłam w zasadzie w ogóle - miałam może dwa podejścia do takiego zabiegu (w wersjach cukier + szampon i kawa + szampon) i niestety - mieszanki nie chciały dotrzeć do skóry głowy przez moje dość mało gęste włosy (potwierdzenie TUTAJ). Nie było czym masować skóry głowy xD. Ten zabieg nie był mi jednak bezwzględnie potrzebny - problemów z zanieczyszczoną skórą głowy prawie nie miałam... No właśnie, prawie.

Przesilenia jesienne i wiosenne, poza nieszczególnie dobrym samopoczuciem, zawsze owocowały u mnie około trzytygodniowymi problemami z nadmiernym przetłuszczaniem skóry głowy. Podejrzewam, że ma ono związek ze zmianami temperatur - mój wewnętrzny termostat ciężko się przestawia ;). W tym okresie musiałam włosy myć praktycznie codziennie. W jednej z paczek od Elfa Pharm znalazłam Peeling Trychologiczny Basil Element, który czekał na okazję do użycia - postanowiłam go przetestować w trakcie obecnego przesilenia. I to nie tylko na skórze głowy :D. Wspominałam Wam o nim już TUTAJ.


Peeling zamknięty jest w poręcznej tubie z fajnie rozwiązanym zamknięciem (z którym bawiłam się przy pierwszym podejściu kilka minut - żeby ogarnąć, jak działa :D). Wydłużona i wąska końcówka przy przekręceniu zamyka i otwiera dozownik, a dodatkowo ułatwia dostanie się do skóry głowy. Całość wygląda ładnie, czytelnie i może nawet nieco ascetycznie, ale prezentuje się świetnie ;).

125ml tego peelingu kosztuje 29,99zł na stronie producenta. Stacjonarnie można go dorwać taniej (m. in. w drogeriach Pigment).

Skład:


Działanie tego peelingu opiera się na zastosowaniu kwasu glikolowego przełamanego humektantami (nawilżaczami: propanediol, gliceryna, niacynamid, pantenol), ekstraktami z: marakui, cytryny, bazylii oraz olejami: słonecznikowym i kokosowym. Warto również zauważyć obecność substancji przeciwłupieżowej (przeciwgrzybiczej) - piroktonu olaminy. Pozostałe składniki odpowiedzialne są za konsystencję, pH oraz trwałość i zapach kosmetyku. Zastosowane konserwanty nie budzą niepokoju, jednak ze względu na obecność substancji zapachowych oraz składników pochodzenia naturalnego - warto wykonać domową próbę uczuleniową (KLIK!).

Ma postać nieco mętnego żelu o cytrusowo-ziołowym, mało intensywnym zapachu, który wietrzeje po kilku chwilach od aplikacji. Po myciu również nie jest wyczuwalny na włosach.


Jego stosowanie zaczęłam przy pierwszych włosowych objawach przesilenia wiosennego, czyli wtedy, gdy włosy po 24h od mycia już wyglądały nieświeżo. Wąska i wydłużona końcówka świetnie się sprawdziła (nawet przy moim braku zdolności do wcierania czegokolwiek w skórę głowy xD) - pozwala na równomierną aplikację peelingu w kolejne przedziałki, potem tylko małe masowanie skóry opuszkami palców, 10 minut oczekiwania i można zmywać całość szamponem ;). Stosuję go na razie raz w tygodniu i... objawy nadmiernego, sezonowego przetłuszczania minęły jak ręką odjął po pierwszej aplikacji i do dzisiaj nie wróciły ;). Włosy myję co 3 dni (zwykle robiłam to co 2 dni) i nie wykazują one w tym okresie objawów nieświeżości.

Skóra głowy wykazuje wszelkie objawy zadowolenia z pielęgnacji (żadnych podrażnień, pieczenia czy swędzenia nie zanotowałam). Nie zamierzam wprawdzie korzystać z niego regularnie (moja skóra poza tymi dziwnymi okresami nie woła o peeling), ale przy problemach z zanieczyszczoną skórą głowy absolutnie go polecam... także na twarz :D.

Nie byłabym przecież sobą, gdybym jego właściwości nie przetestowała także w tym rejonie. Nie zwracam zbytniej uwagi na dedykowanie produktu do danych rejonów - jeśli skład na to pozwala stosuję kosmetyki "wielofunkcyjnie" ;). Sprawdza się równie dobrze jak mój ulubiony peeling enzymatyczny Purederm (recenzja TUTAJ) - pozostawia skórę oczyszczoną, odświeżoną i gotową na przyjęcie maseczki, serum lub kremu ;). Zaskórniki się z nim nie lubią - znacząco je zmniejsza, a egzemplarze na policzkach i czole wręcz usunął ;). 

Z całą pewnością będę do niego wracać - w różnych zastosowaniach ;). Peelingujecie skórę głowy? Jeśli tak - to czym? ;)

-55% na kosmetyki kolorowe w Rossmannie: moje typy ;)



Kolejny miesiąc i kolejna promocja w Rossmannie ;). Tym razem obniżkom cen podlegać będą kosmetyki kolorowe - będąc w klubie Rossmann kupimy je 55% taniej przy zakupie 3 różnych produktów. Akcja startuje już jutro i potrwa do 18 kwietnia.


Nie planuję zakupów - właśnie się pakuję i stwierdziłam, że kosmetyków mam "odrobinę" za dużo ;). Przeprowadzamy się z M. już jutro do naszego pierwszego wspólnego lokum - nie mogę się doczekać! Jak tylko ogarniemy jakiś internet obiecuję wrócić na dobre z większą częstotliwością postów ;).

Kosmetyki kolorowe dobieram na podstawie dwóch zasad: mają dobrze współpracować ze skórą i faktycznie upiększać oraz... nie robić krzywdy. Mam cerę skłonną do zapychania i niestety większość podkładów wywołuje u mnie wysyp niedoskonałości. Są jednak takie kosmetyki kolorowe, które sprawdzają się u mnie świetnie - i o nich napiszę poniżej ;).

Isana Serum do rzęs Eye Lash


Całą recenzję znajdziecie TUTAJ, więc podsumuję tylko: bez bimatoprostu, tanie, daje świetne efekty :D.

Tusze do rzęs Eveline


Odkąd poznałam maskary tej marki ciągle do nich wracam, a moją absolutnie ulubioną wersją jest właśnie ten zielony tusz Magnetic Look. Rozdzielenie, wydłużenie, pogrubienie i trwałość w rozsądnej cenie - czego chcieć więcej? ;)

Eveline Korektor Art Scenic


Cienie pod oczami mam wrodzone i nie pozbędę się ich w pełni nigdy, ale ten korektor tuszuje je świetnie ;). Przy moim pierwszym kontakcie z tym produktem nieopatrznie kupiłam zbyt ciemny kolor, ale wersja najjaśniejsza jest już dla mnie idealna ;).

Miss Sporty Podkład So Clear


Naprawdę długo szukałam produktu, który miałby jak najmniej substancji, które działają na moją cerę komedogennie - i znalazłam ;). Ba, właśnie kończę pierwsze opakowanie i chcę więcej! Podkład So Clear pięknie wygląda na mojej skórze, nie warzy się, nie utlenia, a na dodatek jest trwały ;).

Miss Sporty Transparentny puder So Matte


Nadal jestem fanką mąki ziemniaczanej do matowienia cery (więcej TUTAJ), jednak muszę przyznać, że jej użytkowanie poza domem bywa bardzo niewygodne. Dzięki temu transparentnemu pudrowi prasowanemu oszczędzam sobie doznać związanych z wysypaniem się proszku w torebce, a efekt osiągam równie dobry ;).

Alterra Pomadka ochronna do ust z rumiankiem BIO


Absolutnie topowa pomadka za śmieszne pieniądze ;). Stawiam ją na równi z balsamem do ust Tisane - innym moim ulubieńcem ;). Natłuszcza, chroni i regeneruje - używam jej tylko zgodnie z przeznaczeniem, więc jej działania na porost rzęs i brwi nie ocenię xD.

W czasie swoich zakupów pamiętajcie, aby zwracać baczną uwagę na opakowania - macantów niestety nie brakuje i spodziewam się znowu dantejskich scen -.-. Ale jeśli dorwiecie świeże egzemplarze koniecznie pochwalcie się swoimi zakupami ;).

A właśnie, listy już zrobione? :D

Isana Eye Lash Serum do rzęs - hit z defektem... do obejścia ;)



Rzęsy, rzęsy, rzęsy - która z nas nie chciałaby mieć ich do samego nieba? ;). U mnie pod tym względem jest średnio - włoski są dość długie, ale jasne i niezbyt gęste. Nie traktuję tego w kategoriach kompleksu, ale zawsze chętnie sprawdzam na sobie różnego rodzaju preparaty na porost rzęs. Pilnuję jednak, by środki te nie zawierały Bimatoprostu, którego jestem zagorzałą przeciwniczką (więcej o tym możecie przeczytać TUTAJ, szczególnie w komentarzach).

Ceny serum do rzęs potrafią przyprawić o zawrót głowy swoimi trzycyfrowymi wartościami, więc z wielką ciekawością testuję produkty tańsze, których skład daje nadzieję na ciekawe działanie. W jednej z paczek od drogerii Rossmann znalazłam Serum do rzęs Isana Eye Lash (więcej TUTAJ) i z wielką ciekawością przystąpiłam do testów ;).



Serum zapakowane jest w przyjemny dla oka i czytelny kartonik, a sama buteleczka przypomina kształtem nieco krótszy tusz to rzęs ;). Całość jest elegancja i podoba mi się wizualnie, ale o aspektach użytkowych napiszę nieco niżej. I nie będą to aspekty pozytywne xD.

6ml tego serum kosztuje około 24zł (w zależności od promocji) w drogeriach Rossmann.

Skład:


Trzy nawilżacze: propanediol, glikol butylenowy i gliceryna to składniki bazowe tego serum. Dalej znajdziemy lewulinian sodu i sól sodową kwasu anyżowego - obie o działaniu przeciwbakteryjnym i przeciwutleniającym. Całości dopełniają emulgatory, polisacharydy cukrowe (stosowane w kroplach nawilżających do oczu) oraz sól sodowa kwasu fitowego (działanie chelatujące i przeciwzapalne). Pojawia się również podstawowy składnik porostowy - acetylowany tetrapeptyd w połączeniu z ekstraktem z koniczyny. Na samym końcu składu znajdziemy jeden regulator pH - kwas cytrynowy.  Nie ma Bimatoprostu, a brak typowych konserwantów dodatkowo raduje ;). 

Ma wodnistą konsystencję i jest bezzapachowe. Pierwsza aplikacja dostarczyła mi sporo "rozrywki", której powód możecie obejrzeć na poniższym zdjęciu:


Po otwarciu opakowania w mojej głowie zaświecił się wielki napis WTF: pędzelek zamontowany w opakowaniu swoją wielkością raczej przypomina taki do malowania paznokci niż taki do eyelinera xD. Ciężko się nim operuje, bo jest mało precyzyjny i nabiera jakieś straszne ilości produktu, która (mimo wielkiej uwagi przy nakładaniu) ląduje na połowie powieki zamiast na samej linii rzęs. Użyłam go tylko raz, przy pierwszej aplikacji - potem zakupiłam jeden cieniutki pędzelek i stosowałam go do nakładania. 

Zrobiłam także głupotę - zapomniałam o zdjęciu przed kuracją, więc poniżej wrzucam Wam jedno z przeszłości. Stan moich rzęs od tego czasu się nie zmienił, bo od dawna nie stosowałam tego typu specyfików. 


Stosowałam je codziennie wieczorem na oczyszczone okolice oczu. Przy użyciu mniejszego pędzelka nanosiłam je tak, że chyba nic nie dostawało się pod powiekę. Przy tym fabrycznym chyba nie poszłoby mi tak dobrze xD. Nie odczułam żadnych negatywnych skutków stosowania tego serum: łzawienie, zaczerwienienie, szczypanie czy pieczenie nie pojawiły się ani razu (a dodam, że noszę soczewki w zasadzie codziennie). 

Moje rzęsy dzisiaj wyglądają tak:


Jestem bardzo zadowolona z działania tego serum. To chyba pierwszy specyfik, którego działanie skupiło się zwiększeniu gęstości i grubości włosków - a na tym zależało mi najbardziej. Rzęsy są oczywiście także nieco dłuższe, ale na moich jasnych rzęsach widać by było to dopiero pod tuszem ;). Pierwsze efekty zauważyłam w trzecim tygodniu kuracji. Moich rzęs nie przyciemniło w żaden sposób, nie zmieniło też ich struktury: żadne pozwijane kulfony mi nie wyrosły ;).

Serum jest wydajne, ale tylko w połączeniu z właściwym pędzelkiem - jeśli będziecie używać tego z opakowania gwarantuję, że nie starczy na długo ;). Moje, po ponad trzech miesiącach używania, nadal się nie skończyło.

Efekty zagęszczenia, pogrubienia i wydłużenia oczywiście będą się utrzymywały w trakcie stosowania serum i przez kilka tygodni po odstawieniu. Produkty tego typu nie mają działania długofalowego ;).

Bardzo polecam i jednocześnie proszę producenta o zainteresowanie się kwestią pędzelka - to absolutnie najsłabszy punkt tego serum, ale... do przeskoczenia ;). Szczególnie za taką cenę :D.

Czy stosujecie bądź stosowaliście jakieś serum do rzęs? Co możecie polecić? ;)

Isana Style 2 Create, Żel do włosów Hidden Control - polecana... tragedia



Będąc w wielkiej żałobie po wycofaniu słoiczkowych żeli do włosów z Rossmanna (a szczególnie żółtego, o którym pisałam TUTAJ) szukam jego zamienników. Resztki są na wykończeniu mimo bardzo oszczędnego używania xD. Z racji braku pomysłu na nowy stylizator zainspirowałam się różnymi kręconymi grupami i forami, w wyniku czego do moich zbiorów trafił żel Isana Style 2 Create Hidden Control. 


Wolę żele w słoiczku - wtedy mogę wykorzystać produkt do ostatniej kropli i jakoś (co bardzo dziwne) lepiej mi się wtedy dozuje stylizator :D. Opakowanie jest dla mnie nieco zbyt krzykliwe, ale rozumiem zabieg - jest do produkt skierowany raczej do młodzieży. Niemniej jednak jest trwałe i całkiem czytelne ;).

150ml tego żelu kosztuje 8-10zł w Rossmannie, w zależności od promocji.

Skład:


Sporo nawilżaczy (glikol propylenowy i pantenol) zaprawione filmformerami (z których żaden nie jest silikonem - taka ciekawostka) z dodatkiem modyfikowanego oleju rycynowego oraz kompozycji zapachowo - konserwującej. Nie mam się do czego przyczepić - nawet taka odrobina alkoholu benzylowego nie zrobi krzywdy włosom ;).

Ma średnio gęstą konsystencję i nieco męski zapach, który po chwili jest już niewyczuwalny.


W mojej stylizacji włosów w zasadzie nieodzowne są "sucharki" - czyli nieco usztywnione loki po wyschnięciu, które następnie odgniatam. Stylizator wtedy nieco "puszcza" i włosy stają się miękkie, a jednocześnie są utrwalone. Przez te prawie 7 lat pielęgnacji nigdy nie miałam problemu z ich wygnieceniem, aż... do tego produktu xD. Za pierwszym razem autentycznie myślałam, że to kwestia ilości, ale nie - to kwestia produktu. Sztywne badyle były u mnie wręcz gwarantowane :D. Rzadko wyrzucam kosmetyki przed ich zużyciem, ale ten żel po bodajże pięciu próbach zaliczył kosz ;).

Wiem jednak, że ma on sporo zwolenników, u których sprawdza się wspaniale stosowany chociażby na ociekające wodą włosy. U mnie to odpada - stylizator koniecznie muszę nakładać na dobrze obsuszone z wody włosy (po 2-3 ręcznikach i ploppingu w koszulce :D), bo inaczej mam na głowie piękne loki z zerową wręcz objętością, co wygląda karykaturalnie xD. 

Mam Wam do przedstawienia jeszcze jedną minę w moich poszukiwaniach idealnego stylizatora, a w planie na zakupy mam żele Hegron. Może macie dla mnie jeszcze jakieś typy? ;)

Spa i Uroda: pierwszy artykuł! ;)



Chciałabym się dzisiaj pochwalić - spełniło się jedno z moich blogowych pragnień ;). Nie ukrywam - o artykule w czasopiśmie lub magazynie urodowym marzyłam chyba od początku moich kosmetyczno-piśmienniczych zapędów ;). W katalogu  Spa i Uroda, który możecie obejrzeć TUTAJ, poza moim tekstem dotyczącym pielęgnacji cery naczynkowej (pierwowzór znajdziecie na blogu TUTAJ), znajdziecie świetne artykuły moich koleżanek-blogerek ;).



Bardzo się cieszę, ale nic nie pobije reakcji moich rodziców, którzy byli przy czytaniu autentycznie wzruszeni ;). Nie udałoby się to jednak bez Was - moich Czytelników <3. Serdecznie Wam dziękuję i obiecuję... pisać nadal i robić to, póki będzie mnie to rajcowało (a na razie nic nie wskazuje na to, że mi się w tej materii odmieni ;)). 

Biorę się więc do roboty, a Wam życzę udanej niedzieli!

Loton Oil Therapy, Coconut&Sweet Almond Oil - przyjemna mieszanka do olejowania włosów ;)



Z racji, że włosy są ostatnio u mnie na topie (głównie dzięki promocji w Rossmannie - TUTAJ znajdziecie moje łupy z tej promocji oraz linki do innych postów z nią związanych) mam dla Was kolejną włosową recenzję. Olejowanie włosów nadal zajmuje w mojej pielęgnacji poczesne miejsce. Długo preferowałam czyste, kuchenne oleje - co wiązało się również z aspektem ekonomicznym, ponieważ nakładałam naprawdę dużo oleju. 

Obecnie, przy utrzymującej się tendencji moich włosów do niedomycia, znacząco ograniczyłam ilość aplikowanych dóbr olejowych ;). Dzięki temu bardziej przychylnym okiem spojrzałam na różnego rodzaju mieszanki olejowe, także te dedykowane do włosów. Kiedyś wydawały mi się za drogie przy moim przerobie olei, teraz patrzę na nie łaskawiej ;). Na jednej z Rossmannowskich przecen zakupiłam Olejek do włosów i ciała Coconut&Sweet Almond Oil z linii Oil Therapy od Loton. 


Ciemna, plastikowa buteleczka z wydajną pompką to bardzo dobre rozwiązanie - w końcu nie mam wszystkiego wokoło (łącznie z etykietą) ufajdanego olejem ;). Ciemne opakowanie spowalnia także rozkład substancji tłuszczowych. Całość wygląda ładnie i solidnie - buteleczkę już opróżniłam i wykorzystam do dozowania kolejnych olei. 

125ml tego olejku kosztuje około 15zł (bez promocji), w czasie promocji sporo taniej ;).

Skład:


Oleje: kokosowy, słonecznikowy, i migdałowy wzbogacone trójglicerydami, ekstraktem z rozmarynu, witaminą E i kompozycją zapachową - ot i cały skład ;). Całkiem krótko, zwięźle i na temat, aczkolwiek warto przemyśleć zakup tej mieszanki pod kątem preferencji własnych włosów. Zawiera sporo oleju kokosowego, który nie wszystkim włosom odpowiada - podobnie jak słonecznikowy czy migdałowy. Dobór odpowiedniego oleju jest chyba jednym z najtrudniejszych etapów świadomej pielęgnacji włosów - jeśli oczywiście w ogóle ma się w planie olejowanie kudeł ;).

Pachnie dość intensywnie, słodko i cukierkowo, ale po paru chwilach zapach nie jest już wyczuwalny na włosach. Pomimo sporej zawartości oleju kokosowego ma lejącą, rzadką konsystencję - dla mnie to plus ;).


Stosowałam go przed myciem na włosy w różnych konfiguracjach: solo na suche i wilgotne włosy, na podkład (spray bądź miks odżywkowy) czy jako dodatek do odżywczych miksów. Dla mnie to produkt wręcz bombowy - ta mieszanka olei bardzo odpowiada moim lokom :D. Skręt, blask, pogodoodporność i miękkość na odpowiednim poziomie (nie lubię efektu nadmiernego rozmiękczenia włosów, czyli popularnej "kaczuszki") sprawiły, że intensywnie zastanawiałam się nad zakupem drugiej wersji Lotonu na obecnej promocji (tylko zapas innych olei mnie powstrzymał - zakupię po przeprowadzce xD). 

Dedykowany jest do włosów i ciała, ale tak skupiłam się na tym pierwszym rejonie, że na skórę nie użyłam go ani razu. Ominęła go również fucha w zabezpieczaniu końcówek po myciu, bo do powrotu do tego rytuału dopiero dorastam ;).

Jeśli ktoś z Was zamierza jeszcze wziąć udział w ostatnich godzinach Rossmannowej promocji - warto się nim zainteresować ;)

A własnie - jakie oleje Wasze włosy lubią najbardziej? ;)