Bye, bye!

Przyszedł czas na pożegnanie starego, 2012 roku, i przywitanie nowego, 2013. Mijający rok z całą pewnością był dla mnie dość wariackim okresem, w którym sporo się zmieniło w moim życiu. Małe podsumowanie myślę, że dobrze mi zrobi w kontekście tworzenia planów na Nowy Rok ;)

W czasie 2012 roku / Po 2012 roku:

  • Przeżyłam najbardziej wariacką sesję w życiu, z miliardem egzaminów.
  • Skończyłam lat 18 plus 4 % VATu :P
  • Zabrałam się za bloga z pełnym zaangażowaniem i mogę powiedzieć, że na dzień dzisiejszy jest to moja największa pasja ;)
  • Oprócz kosmetykoholizmu i ciuchoholizmu stwierdzonego już wcześniej dorobiłam się także lakieroholizmu - przez ten rok moja kolekcja powiększyła się o jakieś 80 buteleczek xD
  • Znalazłam to, czego szukałam na moich studiach - z tego miejsca gorąco pozdrawiam moją Panią Promotor, która pozwoliła mi odkryć moją łatwość pisania i pociąg do działań laboratoryjnych ;)
  • Zostałam "chemikiem z papierami" - obroniłam licencjat ;)
  • Jestem już praktycznie po dwóch semestrach studium kosmetycznego.
  • Jestem na magisterce, już działam odrobinę w kierunku pracy ;)
  •  Poznałam wiele wspaniałych osób (nie tylko blogerek) ;)
  • Nauczyłam się grać w pokera :P
  • Jestem bardziej pewna siebie.
  • Nie przytyłam :P
  • Opanowałam trądzik w stopniu znacznym.
  • Zbyt wiele razy podcięłam włosy - ale obiecuje nad sobą panować:P
  • Z niewiadomych przyczyn osiągnęłam taki kolor włosów, który podoba mi się w całej rozciągłości ;)
  • Niebywale rozwinęłam się w kwestiach składów, składników kosmetycznych, problemów włosowo - cerowych.
  • Osiągnęłam 773 obserwatorów bloga w Bloggerze i 219 na Facebooku - sukces, o jakim nigdy mi się nie śniło!

Sama sobie życzę, by nadchodzący rok był po prostu lepszy od mijającego ;)

A dla Was, Kochani Czytelnicy, by przyniósł same radości i sukcesy w życiu zawodowym, prywatnym oraz kosmetykoholicznym ;)
Do przeczytania w Nowym Roku!

Jeden lakier powoduje lawinę :P + włosy!

Jak czytaliście niedawno, po 19 dniach złamałam swój ban kosmetyczny, co pociągnęło za sobą kolejne zakupy :P Na szczęście nie są one tak wielkie, jak można by się obawiać ;)


Trzy rypacze, czyli szampony bez silikonów, polyquatów i quatów oraz guaru, za to pędzone na mocnym detergencie: SLES. Ostatnio miałam problem z domyciem włosów - jeden z posiadanych przeze mnie szamponów, mimo, że był mocny, nie radził sobie z tym w ogóle :/ Tak więc teraz mam pole do testowego popisu :P Koszt sztuki 5-6 zł w Rossmannie.


Szminka nawilżająca N.Y.C. kupiona w Pepco za 4,99 zł w pięknym, czerwonym kolorze ze złotymi drobinkami - oczywiście już ją wypróbowałam i czuję, że będzie to miłość od pierwszego wejrzenia <3


3 brokatowe lakiery Smart Girls Get More po 3.99 zł i top GR za 6 zł - tak, wiem, jestem nieuleczalnie chora :P

 Fioletów dawno nie przygarniałam:


Ten pan poniżej wyląduje na moich sylwetrowych paznokciach:


A tu jego podobny, a jednak inny brat :P


A oto moje włosy, za którymi niektórzy już tęsknili - nie do końca odgniecione, co widać na końcach, i od ostatniego zdjęcia podcinane chyba ze 3 razy, ale jak obiecałam - z tym koniec!

Oczywiście tryb samozdjęciowania nadal nieogarnięty, ale za to fotki dość wiernie odzwierciedlają mój kolor włosów ;)




Bonus numer dwa: kiecka wyhaczona w sklepie no name za 30 zł - nigdy nie myślałam, że kupię coś z baskinką :P 


Całkiem niezły ten mój koniec roku ;) A jak Wasz?

Czekoladowo - kakaowo - budyniowo i do tego włosowo ?

Przyznaję, że trafiły mi się chyba najspokojniejsze święta w moim życiu ;) Goście na imieniny taty przyszli wcześniej, nie było wielkiego pośpiechu, nerwów, przygotowywania ;) Był też czas na mieszanie i kuszenie, a jak! ;)

Dziewczyny z wizażowskiego wątku Walka o piękne włosy jakoś przed świętami kusiły dodawaniem kakao do maski. Oczywiście najchętniej od razu wzięłabym się za próby, ale w Krakowie prawdziwego kakao brak ma mieszkaniu :P

Powrót do domu na święta zaowocował więc od razu eleganckim miksem - łycha miodu, łyżeczka kakao i krem do ciała Isana kakaowy. Zapach mieszanki był tak cudowny, że gdyby się dało, to nawet kropelka nie wylądowałaby na moich włosach, tylko w żołądku :P

Ale niestety tak dobrze nie było, więc maska wylądowała na włosach pod folią i ręcznikiem na 1,5 h (jak już dopieszczać się, to na bogatości ;)).

Zmycie było bezproblemowe (2x Facelle Sensitive, czyli standardowo), a wanna nawet nie ucierpiała - kakao prosto spływa z armatury ;). Potem d/s (maska Bioetika), b/s i stylizacja.

Powiem Wam, że kakao daje włosom naprawdę megamięsistość i sprawia, że w dotyku jest ich tak "dużo". Same loki znów ledwo docięgały mi szyi :P. Co do pogłoskach o zmianie koloru - sama niczego takiego nie zauważyłam, ale był to jak na razie tylko podwójny wybryk. Wpływu na blask nie zanotowałam, zapachu po zmyciu też nie. W ogólności dla mnie efekt jest względem mięsistości podobny do maski z amlą w pudrze.

Testowałyście coś nowego przez święta? ;)

Bardzo słodkie dopieszczenie ;)

Jest wolne, Kascysko w domu, więc kombinuje jak może ;) Dodatkowo po zabiegach w szkole kosmetycznej, przeprowadzanych na kosmetykach nie bardzo odpowiadających mojej skórze (a do tego jeszcze masaż :/) na brodzie, żuchwie i czole nie było zbyt wesoło, jeśli chodzi o trądzik. Trzeba więc przeciwdziałać! I leczyć ;)

Twarz:


Ciało:

  • Peeling solny Green Pharmacy;
  • Masło do ciała tejże firmy Roibos i Miód.
Włosy:

  • Mgiełka z Artiste keratynowej i wody;
  • Oliwka Babydream na 6 h nałożona na psikacz;
  • Miód + krem Isany kakaowy + coś, o czym niedługo, jak zobaczę efekty tego zestawu po raz drugi ;)
  • Mycie kolagenowym szamponem Bingo Spa;
  • Maska tej samej firmy z 12 ziołami (~10 minut);
  • Płukanie, b/s Joanna Naturia len i rumianek, stylizacja.
Na bogatości znów, ale w końcu jest czas, więc czemu odmawiać sobie przyjemności ;) 

Po gruntownym obejrzeniu moich kłaczków - gdybym przebąkiwała coś o podcinaniu/wyrównywaniu czy czymś innym związanym z nożyczkami to należy mnie powstrzymywać, gdyż moim włosom już nic nie brakuje w tej kwestii :P

Co będę robić w przyszłym roku? + spotkajmy się ;)

U mnie na wsi utarło się powiedzenie/tradycja/zwyczaj, że co człowiek robi w dzień Wigilii, to tym zajmował się będzie przez cały rok. Na podstawie tego dnia wróżę więc sobie, że:

  • będę się wysypiać, bo wstałam dopiero o 10 (jak dla mnie szał i rewelacja :P);
  • będę dość produktywna blogowo (miała wenę :D);
  • będę włosomaniaczyć, bo po kolacji oczywiście na głowie wylądował olej :P;
  • będę cierpieć na ciężką postać ciąży spożywczej :P;
  • będę mieszać, bo w Wigilię robiłam sobie tonik i micel;
  • będę oglądać więcej filmów;
  • będę częściej chodzić w spiętych włosach.
Sporo tego, a najbardziej podoba mi się punkt pierwszy, bezapelacyjnie - jam śpioch nieuleczalny :P

Chciałam Wam pokazać moje skromne prezenty gwiazdkowe - w końcu większość zgarnęłam przed, jak mogłyście zobaczyć w wigilijnym poście :P


Ziajowo: mleczko do ciala, płyn micelarny i krem pod oczy: naturalne tylko z nazwy, ale już wiem, że micel do zmywania makijażu oczu nadaje się świetnie :D


Kolejny lakier Golden Rose Jolly Jewels oraz naszyjnik z gwiazdką - prezenty od moich kochanych bratanic ;)

Oprócz tego chciałabym Was jeszcze zaprosić na spotkanie blogerek w Suchej Beskidzkiej!
Planowana data: 26 stycznia 2013 roku o godzinie 14 - i ja tam będę, jeśli nic nieprzewidzianego się nie zdarzy ;)

Jeśli tylko macie możliwość - serdecznie zapraszam!

Zapraszam do tego postu Kornelii po więcej informacji ;)

Szampon robi jednak więcej, niż tylko myje?

Jeśli chodzi o szampony to z niejednego pieca chleb jadłam ;) Wydawało mi się do tej pory, że oprócz umycia to statystyczny szampon bez polyquatów, quatów, silikonów i guaru nic innego zrobić nie może. A, i może jeszcze podrażnić ewentualnie :P

Nastał jednak czas, że zmieniłam zdanie za sprawą Szamponu przeciw wypadaniu włosów firmy Bios Line - Biokap Anticaduta.


Opakowanie: przeźroczysta butelka z ciemnozielonego plastiku, średnio miękka, z niewielkim otworem, który całkiem dobrze dozuje. Nie ma problemu z wydobyciem produktu do ostatniej kropli.

Pojemność/cena: 200ml/43zł

Konsystencja:  dość gęsty, jednak jeszcze lejący przeźroczysty i bezbarwny żel.

Zapach: jak długo nie mogłam sobie przypomnieć czym on pachnie, chociaż sam zapach wydawał mi się tak bardzo znajomy :P Pachnie olejkiem rozmarynowym, jednak nie jakoś intensywnie - wręcz dość delikatnie.


Skład: aqua, decyl glucoside, coco-glucoside, glycerin, cocamidopropyl betaine, cucurbita pepo extract, cucurbita pepo(pumpkin) seed extract, disodium cocoamphodiacetate, urtica dioica extract, urtica dioica(nettle) extract, sodium lauroyl glutamate, sodium chloride, cinchona succirubra extract, cichona succirubra bark extract, serenoa serrulata extract, serenoa serrulata fruit extract, achillea millefolium extract, vitis vinifera leaf extract, vitis vinifera (grape) leaf extract, menthol, capsicum frutescens extract, capsicum frutescens fruit extract, humulus lupulus extract, humulus lupulus (hops) extract, malva sylvestris extract, malva sylvestris (mallow) flower/leaf/stem extract, olax dissitiflora oil, olax dissitiflora root oil, melaleuca alternifolia oil, melaleuca alternifolia (tea tree) leaf oil, rosmarinus officinalis oil, rosmarinus officinalis (rosemary) leaf oil, alcohol, parfum, maltodextrin, ethylhexylglycerin, phenoxyethanol, lactic acid.

Szampon bazuje na łagodniejszych detergentach: głownie glukozydach (niejonowe) oraz amfoterycznych, takich jak betaina kokamidopropylowa. Uwaga dla wrażliwców - jest sól. Poza tym wszystkim jest sporo ciekawych składników: ekstrakty z dyni, pokrzywy, palmy sabałowej, winorośli, malwy, krwawnika, chmielu, olejki: herbaciany, rozmarynowy, mentol. Składniki te mogą: hamować przemianę testosteronu w DHT (w skrócie główny proces, który odpowiada za łysienie androgenowe), działać na krążenie skóry głowy, odświeżać, oczyszczać i regulować wydzielanie sebum, a poniekąd działać na porost. Pojawia się etanol - jako konserwant. Reszta konserwantów też całkiem w porządku.

Działanie: jak już wspominałam - myślałam, że szampon to co najwyżej może spowodować wypadanie przez podrażnienie, a nie w jakikolwiek sposób je powstrzymać. Przyszło mi to teraz odszczekać. Szampon znacząco hamuje wyprowadzanie się kłaczków. Po pewnym czasie użytkowania zrobiłam nawet test - myłam przez dwa tygodnie nieszkodzącymi mi szamponami (Facelle Sensitive i Bingo Spa z kolagenem) - włosów wychodził standardowo przy myciu spory kłębek (są już w końcu dość długie, a nie czeszę ich między myciami). Po tej serii umyłam włosy Biokapem - zdjęłam dosłownie kilka pojedynczych włosków. Zaznaczam, że problemów z wypadaniem nie miałam - po prostu zauważyłam jeszcze mocniejsze zahamowanie tego procesu.

Poza wszystkim szampon, jak na myjadło delikatne, naprawdę nieźle się pieni (chyba najlepiej z półki "delikatne", z jakimi miałam do tej pory kontakt) i całkiem dobrze myje moje skłonne ostatnio do przyklapu niskoporowate włosie ( co 3-4 mycia używałam mocnego szamponu - jednak jestem przypadkiem dość marginesalnym :P).

Jedno jest pewne - gdyby nie cena to już leciałabym po kolejną butelkę. A tak to czekam na kolejny prezent - urodziny w końcu niedługo :P


Winogronowo - sojowo?

Uff, moje wczorajsze obżarstwo ledwo pozwoliło mi dziś wstać :P Na szczęście jestem psychicznie przygotowana na +3 kg po świętach, które zapewne zrzucę jak co roku w czasie sesji :P


Świątecznie przynoszę Wam opinię o dwóch maskach Bingo Spa, a mianowicie z olejem sojowym i winogronowym. Wybrałam je, ponieważ oba te składniki są polecane przy cerze z niedoskonałościami - czyli potencjalnie idealne dla mnie. Z góry przepraszam za to, że zdjęcie opakowania jest tylko jedno - drugie utopiłam w wannie i cała nalepka zeszła :/


Cena/Pojemność: 12 zł/120 g - czyli całkiem pozytywnie.

Zapach: pachną identycznie, i nie wiem dlaczego kojarzy mi się ten zapach z jakimiś musującymi witaminami :P

Konsystencja:



Obie maski mają identyczną, kremowo - żelową postać, na twarzy są całkowicie bezbarwne. Po zalecanych przez producenta 15 minutach tworzą delikatną powłokę, która lekko ściąga skórę.

Opakowanie: ascetyczny słoiczek z zakrętką - w moim stylu, nalepka także ma dobry design - ale mogłaby być bardziej trwała :P

Skład:

Sojowa:  Aqua, Glycerin, Glycine Soja (Soybean) Oil, TEA, Acrylates/Steareth-20 Mathacrylate Copolymer, Propylene Glycol, Aqua, Echinacea Angustifolia Extract, Centella Asiatica Extract, Fucus Vesiculosus Extract, Trigonella Foenum-Graecum Extract, Carbomer, Propylene Glycol, Parfum, DMDM-Hydantoin, Methylchloroisothiazolinone, Methylisothiazolinone, Ethylparaben, Methylparaben, Propylparaben.

Wspomniany olej sojowy jest już na trzecim miejscu, wyżej możemy dorwać też glicerynę, która niektórych zapycha - mi jednak krzywdy nie czyni. Dalej emulgator, zagęstnik i rozpuszczalnik, a potem wodne wyciągi z jeżówki wąskolistej, wąkrotki azjatyckiej, algi oraz kozieradki pospolitej.
Uwaga wrażliwcy - tęgi zestaw konserwantów.

Winogronowa: Aqua, Glycerin, Vitis Vinifera (Grape) Seed Oil, TEA, Acrylates/Steareth-20 Mathacrylate Copolymer, Propylene Glycol, Aqua, Echinacea Angustifolia Extract, Centella Asiatica Extract, Fucus Vesiculosus Extract, Trigonella Foenum-Graecum Extract, Carbomer, Propylene Glycol, Parfum, DMDM-Hydantion, Methylchloroisothiazolinone, Methylisothiazolinone, Ethylparaben, Methylparaben, Propylparaben

Cóż mogę powiedzieć: winogronowa różni się od sojowej tylko i wyłącznie olejem ;) Więc nie powielając opisu odsyłam dwa akapity wyżej ;)

Działanie: Stosowałam obie maski, zwykle seriami po dwa tygodnie jedna x2 w tygodniu. Rzec mogę tak: całkiem nieźle nawilżają, nie szkodzą (co przy moich tendencjach do zapychania jest niezmiernie ważne), jednak nie miałam po nich jakiegoś szczególnego efektu "wow" na twarzy. Działanie jest, pozytywne, ale to nie był taki kop, jakiego oczekiwałam (tak, wiem, wymagająca jestem :P).

Podsumowując - produkty jak najbardziej przyzwoite, jednak od masek oczekuję czegoś więcej ;)


Czyżbym była grzeczną dziewczynką? + życzenia ;)

Mam wielkie zaległości w tym, co miałam Wam pokazać - miałam dość wariacki grudzień i dopiero teraz usiadłam trochę na swoich czterech literach :P Dziś chciałam Wam pokazać to, co przyniósł mi Mikołaj oraz to, co zakupiłam na Allegro i ZSK ;)

Moim pierwszym Mikołajem została Kasia z bloga Sweet & Punchy, od której dostałam nagrodę - niespodziankę ;)



Masło pachnie cudnie, a sam lakier zachwycił mnie kolorem ;) Kasiu, dziękuję serdecznie :*

Sama sobie zrobiłam prezent w postaci...


... oczywiście sukienki :P Prostej, ale eleganckiej czarno - czerwonej. Całe 30 zł ;)

Przybyła też do mnie paczka zamówiona na ZSK w Dniu Darmowej Wysyłki:



Kwas mlekowy, żel hialuronowy i jako prezent: retinol roślinny.


Pantenol, gliceryna, DHA BAm P-4C.


Biosiarka, niacyniamid oraz prezent - peeling z nasion bzu czarnego ;)

Zanim zaskoczą Was wielkości opakowań - większość mojej rodzinki pielęgnuje się "moimi" kosmetykami, a że rodzinka spora, to i przerób duży ;) (kupione jeszcze w listopadzie)

Też zakupione w ostatni dzień listopada na Allegro kosmetyki E.L.F. :



Trzy eyelinery i baza pod cienie, polecona mi przez Anwen ;) 

Dwie duże żaby do włosów - coraz więcej czasu spędzam w labie, a nie chcę sobie w czymś ciekawym umoczyć włosów ani upalić, na przykład :P


Spotkały mnie także dwie niesamowicie miłe niespodziewajki:
 


Paczuszka od Elfa Pharm zawierająca peeling cukrowo - solny (pachnie pięknie,lekko orzeszkowo <3) oraz kalendarz ;)


I paczuszka z Annabelle Minerals, z próbkami róży do policzków - me gusta, dziękuję!

Nie sądziłam, że byłam aż tak grzeczna, by zasłużyć na tyle prezentów ;)

A Wam, Drodzy Czytelnicy, życzę na nadchodzące Święta Bożego Narodzenia dużo spokoju, odpoczynku, relaksu, pysznych wiktuałów, które nie pójdą w boczki, zdrowia (bo to przecież najważniejsze) i zero problemów urodowych w nadchodzącym Nowym Roku ;)


Pozaurodowo - książkowo ;)

Po długich godzinach zajęć na uczelni i w laboratorium niezbędnym dla mnie działaniem jest oderwanie się od rzeczywistości studyjnej, gdyż nie samą chemią człowiek żyje, ale wszystkim, co przyjemność mu sprawia ;) Mimo mocno ograniczonego czasu wolnego staram się rozwijać w sferze czytelniczej (tak, czytam coś poza podręcznikami akademickimi :P).

Przyznam też, że mam niezwykły pociąg do serii powieściowych i książka, która w ostatnim czasie mnie pochłonęła wpasowuje się w moje upodobania.


Można powiedzieć, że pierwszy tom "Ostatniej spowiedzi" Niny Reichter dosłownie pochłonęłam. Dwójka głównych bohaterów spotyka się na lotnisku w momencie, gdy każde z nich zaczyna się dusić w swojej własnej rzeczywistości: Bradin jest przytłoczoną popularnością gwiazdą rocka, a Ally kobietą w dużej mierze kierowaną przez rodzinę, dodatkowo duszącą się w swoim związku. Ku zdziwieniu muzyka dziewczyna nie poznaje w nim popularnego piosenkarza - a on nie wyznaje jej prawdy. Koczowanie na lotnisku potrwa kilka godzin ze względu na opóźnienia... A następnie zamieni w długie rozmowy telefoniczne. Co z tego wyniknie? Hm... W tym momencie skończę swoje spojlerowanie ;)


Ta książka łączy nastroje - czytając ją śmiałam się do rozpuku, roniłam łzy oraz przeżywałam wszelkie emocje bohaterów (brawa dla autorki - zainteresowanie mnie opisami przeżyć jest bardzo trudne, patrząc na moje wcześniejsze czytelnicze doświadczenia). Nie mówiąc o tym, że wciąga tak, że łapałam się na dawaniu rad w myślach bohaterom ;)



Oczywiście - wątek pary głównych bohaterów nie jest wątkiem jedynym - w książce znajdziemy miłość, przyjaźń, zawiść i nienawiść. To jedna z nielicznych książek, które nie dawały mi dosłownie spać ;)

Zapomniałabym: podkłady muzyczne! W kluczowych momentach pojawiały się tytuły i autorzy utworów muzycznych - szczerze polecam przy jej czytaniu włączyć sobie właśnie odpowiedni kawałek - są doskonale dopasowane do sytuacji i odczuć bohaterów.

Gdyby kogoś ta pozycja zainteresowała: na FB "Ostatniej spowiedzi" można znaleźć jej fragmenty: KLIK!, a kupić można ją np. TUTAJ.

Jakie tomidła pochłaniacie w zimowe wieczory? ;)

Dłonie w kokosie

Pogoda za oknem sprzyja częstszemu kremowaniu łapek, tak więc na tapecie dziś będzie Balsam kokosowy do dłoni Bingo Spa.

Opakowanie:  jak to u Bingo Spa: zakręcany słoiczek z nalepką, która nie lubi wilgoci. Sam wygląd jednak mi odpowiada - lubię ascetyzm w tym wykonaniu.


Pojemność/cena: 100g /10 zł.

Skład:


 Woda, olej (prawdopodobnie) z olejowca gwinejskiego, wazelina, parafina, konserwanty dość średnie: w ogólności nie jest źle, ale mogłoby być lepiej ;)



Konsystencja: żelowo-kremowa? Chyba nie potrafię jej lepiej dookreślić ;)

Zapach: syntetyczny aromat kokosowy jak w mordkę strzelił :P

Działanie: Od balsamu oczekuję szybkiego wchłaniania (wiecie, przesmarować dłonie i nie martwić się o to, że wszystko wokół po naszym dotknięciu będzie tłuste ;)) i oczywiście plusowego działania w postaci nawilżenia i minimalnego natłuszczenia. Muszę przyznać, że oba te warunki rzeczony balsam spełnia, jednak myślę, że dużo lepszym rozwiązaniem było wsadzenie go w butelkę z pompką - dozowanie byłoby łatwiejsze (bez etapu odkręcania i zakręcania), a myślę, że konsystencja preparatu na to pozwala. Poza tym zapach przy dłuższym użytkowaniu trochę mnie męczył - ale to już sprawa indywidualna ;) Niemniej jednak spróbować można ;)

I cały ban poszedł w las :P



Tak jak można przeczytać w tytule posta - wytrzymałam na banie tylko kosmetycznym 19 dni. Chyba jednak nie powinnam pisać tylko, a "aż":P

Paradoksalnie nie zachowałam się jak pies zerwany z łańcucha i nie wykupiłam połowy drogerii, kupiłam tylko jedną rzecz - lakier do paznokci Golden Rose Jolly Jewels nr 110 - mojej przyjaciółce kojarzy on się z makiem, i mi chyba też ;)





Jest już na moich paznokciach i powiedzieć śmiało mogę, że efekt jest MEGA! Nie mówiąc już o tym, że mam smaka na co najmniej 2 inne lakiery z tej serii xD

Przepraszam za zdjęcie ze strony GR, ale aparat pojechał już na święta do domu ;) Jednak z całą pewnością będą zdjęcia tego cuda na moich paznokciach (z uwiecznieniem skórek steranych zimą :P).

Biję się w pierś za niedotrzymanie obietnicy ;)

Drobinkowe niebieskości

W okolicach krakowskiego Rynku miałam i będę mieć zajęcia z angielskiego oraz ze studium pedagogicznego. Z racji, że jedną z niewielu form ruchu, jakie mi wychodzi, jest chodzenie/spacerowanie, więc zwykle tą trasę pokonywałam "z buta". A po drodze mijałam drogerię Firlit, gdzie stoisko swoje ma Hean.

Takim oto trafem stałam się posiadaczką kilku lakierów tej firmy.

Hean Colour Obsession Nail Enamel nr 494 można opisać jako delikatny turkus z niebieskimi, lekko jaśniejszymi od bazy, opalizującymi drobinkami. Na zakrętce widnieje napis "fluo" - jak dla mnie on nie jest "fluo", ale może powoli już ślepnę :P

Buteleczka mi się nie podoba, znaczy inaczej - nie podoba mi się zakrętka - jej "owal" nie pasuje do kanciastego dołu, poza tym przez wielkość gorzej się nią trzyma. Pędzelek jest odrobinę krótszy niż standardowo, ale maluje się nim dobrze. Opakowanie kryje 7 ml lakieru w cenie około 5 zł.

Dwie warstwy wystarczają do pełnego krycia, a lakier nie daje oznak sterania życiem przez dwa dni - później jest już mniej wesoło, końcówki lecą, odpryski też przydarzyć się mogą.

Jednak dla samego odcienia - warto :D



Te paznokcie już były odrobinę na me oko za długie xD