Bad hair day

BHD nawiedza mnie dość rzadko, za co jestem mu szczególnie wdzięczna :P Zapewne dlatego, że moje włosy na przestrzeni czasu i pielęgnacji bardzo ograniczyły swoje zdolności do puszenia. Niemniej jednak da się :P

To, co zobaczycie na zdjęciach jest wypadkową próby czesania z odżywką d/s i niedomycia włosów - loki są bardzo nieregularne, sporo jest pojedynczych, cienkich kosmyków żyjących własnym życiem.

Poza tym włosy przy skórze są jakby przeprostowane, a niektóre kosmyki nadmiernie naciągnięte i zwisają pojedynczo na plecach (zwykle, jak układam włosy trafia mi się taki jeden, za każdym razem w innej strefie :P).





Oprócz tego wszystkiego odebrałam sobie objętość (przyklap rządzi :P) i chyba właśnie przez obciążenie nie mogłam dobrze odcisnąć dolnej warstwy, co spowodowało wizualne przerzedzenie.

Przekombinowałam, jak raz :P

Jak jest u Was z dobrymi i złymi dniami włosowymi? ;)

Hialuronowy demakijaż?

Skoro już te moje firanki maluję tuszem to i zaopatrzona jestem w produkty do jego zmycia - byle co z moich rzęs makijażu nie ściągnie, niestety - nawet mimo dobrej techniki zmywania. Poza tym muszę uważać - okolice oczu mam bardzo delikatne i dość łatwo je podrażnić.

Ostatnio zwalczałam tusz Delikatną emulsją do demakijażu bioHyaluron 4D firmy Eveline.



Opakowanie: To, co lubię - pompka, dozująca jednym naciśnięciem odpowiednią ilość kosmetyku. Jak dla mnie na "przedniej stronie" tego kosmetyku jest stanowczo za dużo napisów, jednak sama kolorystyka podoba mi się.

Pojemność/cena: 245 ml/12-14 zł.

Skład: Aqua, Mineral Oil, Polysorbate-20, Glycerin, Isopropyl Myristate, Hyaluronic Acid, Acrylates/ C10-30 Alkyl Acrylate Crosspolymer, Triethanolamine, Glycine Soya Oil, Avocado Oil, Malus Domestica Fruit Cell Culture Extract, Tocopheryl Acetate, Allantoin, Phenoxyethanol / Methylparaben / Butylparaben / Ethylparaben / Propylparaben, DMDM Hydantoin, Parfum, Disodium EDTA.

Skład tej emulsji opiera się głównie na parafinie (dlatego używam jej tylko do demakijażu oczu), co nieszczególnie mnie dziwi, bo przecież tłuszcz najlepiej zmywa makijaż ;). Na plus zapisać można także wysokie miejsce w składzie kwasu hialuronowego oraz zawartość olejów sojowego i awokado oraz ekstraktu z... hodowli komórek owoców jabłoni (pewnie chodzi o komórki macierzyste) - powiew wyższej technologii ;). Na opakowaniu widnienie napis "Bez alergenów". Hmm,  np.  DMDM Hydantoina czy parabeny nie są przypadkiem alergenami? No właśnie...

Mi to nie przeszkadza, ale trochę nie koresponduje z napisem na opakowaniu.


Konsystencja:  Niczym gęsta śmietana.

Zapach: Delikatny i przyjemny, ale nie wiem, z czym mi się kojarzy...

Działanie: Jedną "pompkę" emulsji rozcierałam między płatkami kosmetycznymi, przykładałam waciki do patrzałek, czekałam chwilę i ruchem w dół twarzy ścierałam całość. Po tej czynności z rzadka potrzebne były poprawki (tylko przy bardzo mocnym makijażu). Oczy po zabiegu nie były podrażnione ani zaczerwienione (co jest dla mnie bardzo ważne - po pewnym kremie dawno temu prawie 2 dni nie mogłam powiek podnieść :P), a do tego nie miałam tłustej warstewki na przyocznych okolicach. Niestety, mimo płonnych nadziei nie doczekałam się wygładzenia moich "wrodzonych" zmarszczek w najmniejszym stopniu - jedynie skóra była odrobinę lepiej nawilżona.

Ponadto dodam, że produkt jest szatańsko wydajny i nie mam pojęcia, kiedy go zużyję do końca :P

Produkt dostałam od portalu Uroda i Zdrowie, co nie wpłynęło na moją opinię.

Wiosna nadchodzi - kuracje i próby

Wiosna idzie! To jedna z najlepszych wieści, jaka dopada mnie z każdej strony w ostatnim czasie (no dobra, wczoraj padało w Krakowie, ale nadal było ciepło ;)), jednak początki królowania wyższych temperatur wiążą się dla mnie z pojawieniem jakże nielubianych objawów przesilenia.

Należą do nich: chroniczne osłabienie, nieprzerwane ziewanie (niezależnie od długości snu), bóle głowy i zwiększone wypadanie włosów - doświadczam tego co roku, jednak tym razem dają mi się one szczególnie we znaki.

Nałożyły się one z moim powrotem do intensywnego życia naukowego i po prostu... utrudniają mi egzystencję :P

Dlatego też zaordynowałam sobie powrót do picia drożdży (1/3 kostki zalana kubkiem wrzątku, piję letnie/zimne), a dodatkowo dołączyłam do tego siemię lniane (2 łyżki siemienia zalane połową kubka ciepłej wody, piję zimne). U mnie tydzień takiego połączenia opanował wypadanie i mogę powiedzieć, że samopoczucie także mam lepsze (chociaż szału nie ma, ale jestem w stanie działać, a nie tylko leżeć i spać :P). Na relację z długofalowych skutków kuracji siemieniowo - drożdżowej będę musiała jeszcze poczekać ;).

Wiosna zawitała także do pielęgnacji - widać zmiany ;) Na dzień zaczęłam korzystać z kremu Apis żurawinowego (ktoś pytał o zapach - bardziej maliny niż żurawina, ale bardzo delikatny ;)), a moje samorobione micele zastąpił płyn Dermedic Hydrain3Hialuro w wielkiej butli (na razie zużyłam niecałą 1/5 :O). Nadal stosuję tonik z kwasem mlekowym (KLIK!), co zapewne czynić będę do świąt, a potem... zobaczę.
Czekam też, aż skończę mydło Alepia z czerwoną glinką (KLIK!), by wypróbować nowy nabytek, jakim jest mydło węglowe - dziewczyny swoimi opisami działania skutecznie mnie pokusiły.

Skórze mojego ciała natomiast bardzo dobrze zrobiło zrzucenie grubego odzienia i rozpoczęcie lekkiego, ale ogólnego wietrzenia pomieszczeń - od razu mniej przesuszona :D

Jest mnie trochę mniej na blogu, ale staram się odpowiadać na komentarze i maile - na razie mi to wychodzi ;)

Niestety, rozważam opcję wyłączenia możliwości komentowania dla anonimowych czytelników - ilość angielojęzycznego spamu, a co za tym idzie ilość powiadomień osłabia mnie na całej linii. Znacie na to jakiś "bezinwazyjny" sposób? Na razie się trzymam i kasuję, ale moja cierpliwość nie należy do zbyt odpornych :P

Z okazji dzisiejszego święta życzę Wam miłych i trafionych upominków oraz życzeń, a sobie bezbolesnego przeżycia całodniowych laboratoriów ;)

BB i peeling "na wyjeździe"

Dwa produkty Eveline: Peeling enzymatyczny bioHyaluron oraz Matujący krem BB 8 w 1 w kwestii działania przedstawi Wam moja znajoma - jej cera ma skłonności do zaczerwienień, pojedynczych zaskórników, "przypadkowych" wyprysków i przesuszania skóry w okolicy nosa.

Na pierwszy ogień poleci peeling enzymatyczny.


Opakowanie: Saszetka dość prosta w otwieraniu, kolorystyka typowa dla tej serii. Wolałabym coś z jakąś zakrętką, bo to opakowanie wystarczyło mi na 3 razy, a trzymanie otwartego kosmetyku jest trochę niehigieniczne.

Skład: aqua, mineral oil, cetearyl alcohol, olus vegetable oil, ceteareth-20, sorbitan tristearate, papain, agar, caprylic/capric trygliceryde, glycerin, sweet almond oil, betaine, hamamelis virginiana, hyaluronic acid, acrylates/C10-30 alkyl acrylate crosspolymer, triethanolamine, aloe barbadensis leaf extract, phenoxyethanol, methylparaben, butylparaben, ethylparaben, propylparaben, DMDM-Hydantoin, parfum.


Skład opiera się głównie na parafinie (na co ona w peelingu enzymatycznym?), a oprócz tego znajdziemy olej roślinny, papainę odpowiedzialną za złuszczanie, agar, triglicerydy, glicerynę, olej ze słodkich migdałów, betainę, oczar wirgilijski, kwas hialuronowy, ekstrakt z aloesu.
Zawiera parabeny i hydantoinę, więc napis na opakowaniu o braku alergenów jest co najmniej dziwny.

Pojemność/cena: 7ml/,2,50-3 zł.

Zapach: Ledwo wyczuwalny, taki mydlany z nutką cukierkową. 



Konsystencja: Trochę gęstszy niż zwykle kremy do twarzy, ale nieźle się rozsmarowuje.


Działanie: Ciężko powiedzieć coś po 3 użyciach, ale mogę stwierdzić, że po samym użyciu skóra jest przyjemnie gładka i napięta. Niestety, efekt peelingu nie jest taki, jakiego oczekuję - spodziewałam się lepszego usunięcia martwego naskórka, zauważalnego uczucia "czystości" - trochę się przejechałam (trzymałam go na twarzy 15 minut). Jak dla mnie zadziałał bardziej jak maseczka delikatnie nawilżająca niż peeling, poza tym po jego zmyciu czułam na twarzy tłustawą warstewkę. Nie zrobił mi jednak żadnej krzywdy - nie pojawiły mi się żadne nowe niespodzianki. Na moje niewielkie zmarszczki nie zadziałał w ogóle.

Krem BB





Opakowanie: Tubka zapakowana dodatkowo w kartonik z jakąś potworną ilością tekstu chociaż sama kolorystyka jest przyjemna. Do samej tuby nie mam większych zastrzeżeń, pozwala na wydobycie kosmetyku w założonej ilości i bez brudzenia wszystkiego wokoło.

Pojemność/cena: 40 ml/ 14-16 zł.

Skład:


Znajdziemy tu silikony cykliczne i modyfikowane, glikol propylenowy, sól, i w niewielkich ilościach kolagen, kwas hialuronowy oraz jedwab - skład typowy dla kremów BB dostępnych na naszym rynku, jednak w porównaniu z tymi, których skład miałam okazję oglądać prezentuje się całkiem nieźle.
 Zawiera parabeny i  hydantoinę.

Zapach: Delikatny, kwiatowy, po aplikacji go nie czuć.





Konsystencja: Dość gęsty, przez co myślałam początkowo, że nie dam sobie rady z aplikacją - na szczęście nie smuży.


Działanie: Po spróbowaniu na nadgarstku wydawało mi się, że odcień tego BB (do jasnej cery) nie będzie mi pasował, jednak po aplikacji na twarz okazało się, że stapia się z moją cerą idealnie, wyrównuje koloryt i matuje ją z miejsca - nie potrzebowałam nawet pudru. Niestety na dokładne pokrycie zaczerwienień i niedoskonałości bez korektora nie ma co liczyć - sam ten krem nie daje rady. Solo nie daje sobie także rady z nawilżeniem - jak dla mnie "pod spód" wskazany jest krem nawilżający, bo inaczej możemy się dorobić przesuszenia. Ma filtr SPF 15, co liczę mu na wielki plus. Myślę, że będę go używać na co dzień, gdy nie potrzebuję mocnego krycia. Ustawiłabym jego działanie między kremem tonującym a podkładem.


Produkty dostałam do testów z portalu Uroda i Zdrowie, co nie wpłynęło na opinię uzyskaną od mojej znajomej.

"Czeszący eksperyment" - mission failed

Jak niektórzy z Czytelników już wiedzą - nie czesałam włosów od prawie trzech lat, ku Waszemu zdziwieniu i przerażeniu domowników mych - które występowało mimo tego, że nie nosiłam na szacownym czerepie wielkiego kołtunodreda :P No ale jak tak można nie czesać włosów?! :P

Jednak z racji, że jak tylko mogę, to płynę pod prąd nie ugięłam się pod sugestiami narodu - po prostu przestałam ujawniać swoją "wstydliwą" tajemnicę :P Jednak eksperymentatorska natura czasem wygrywa...

Otóż postanowiłam popróbować z czesaniem włosów drewnianym grzebieniem z szeroko rozstawionymi zębami w momencie, gdy mam na kłaczkach odżywkę/maskę do spłukiwania. Jak pomyślałam tak też zrobiłam.

Samo czesanie szło gładko - wbrew przerażeniu moich znajomych nie mam na głowie kołtunów :P Po spłukaniu odżywki całą stylizację przeprowadzałam tak, jak w TYM poście.

Czesanie było ze mną jednak tylko przez dwa tygodnie. Dlaczego? Bo moje włosy po przeczesaniu narzędziem do tego służącym są po prostu... niedorobione :P Rozciągnięte, strasznie drobne, z grubsza bez życia i "sprężynowania". Poza tym mają tendencję do straty kształtu w czasie noszenia fryzury w ciągu dnia.

Początkowo myślałam, że to kwestia przyzwyczajenia kudełek do czesania, jednak pomyliłam się - moje włosy grzebieni oraz szczotek nie lubią i dają tego wyraz na całej linii :P

Czy włosy kogoś z Was zachowują się podobnie?

Myślę, że może polubią się z grzebieniem, jak będą jeszcze dłuższe.

Czerwona pomarańczka + wyniki ;)

Pomarańczowych odcieni w swoich zbiorach lakierowych mam mało (żeby nie powiedzieć, że nie mam ich prawie w ogóle :P) bo wydaje mi się, że wyglądają one na moich paznokciach po prostu brzydko ^^.

Lakier do paznokci Mariza nr 38 to intensywny pomarańcz, który na paznokciach niestety ujawnia swoje mocne związki z czerwienią, co nieszczególnie mi odpowiada. Niemniej dla fanek takich odcieni jest to propozycja do rozważenia ;).

Malutkie opakowanie jest całkiem zgrabne i miłe dla oka, pędzelek jest wąski, dobrze skrojony i dobrze się nim operuje. Lakier kryje po 2 średnich warstwach, schnie szybko i dobrze się trzyma (3 dni bez uszkodzeń, potem ścierają się końcówki), jednak... smuży. Bardzo dawno nie miałam lakieru, z którym miałabym taki problem - zresztą widać to nawet na zdjęciach.

Buteleczka zawiera 5 ml lakieru w cenie 4,70 zł, więc całkiem przyjemnie.



Winna jestem Wam też wyniki konkursu urodzinowego ;) Nagrodę zgarnia...

ZajacKicak, której to historia dość mocno mnie zaskoczyła :P

Czekam na dane do wysyłki do 10 marca do godziny 23:59 ;) I gratuluję!

Jestem po spotkaniu krakowskich blogerek urodowych, jednak na relację trzeba będzie trochę poczekać - czekają mnie dwa dni w rozjazdach :/

Lutowa kumulacja

Pozbierałam zakupy lutowe do kupy, żeby mieć rozeznanie w wielkości kataklizmu zwanego zakupoholizmem :P Chociaż wydaje mi się, że w mijającym miesiącu udało mi się je trochę zmniejszyć - co zamierzam praktykować także w kolejnym miesiącu.

Ciekawe? Będzie sporo zdjęć ;)


 Spóźniony prezent urodzinowy od mojej siostry - kolczyki, wisiorek i bransoletka - cudeńka! <3



Dwie koszulki z Pepco, po 14,99 zł - T-shirt zawsze się przyda ;)


Sukienka z INNEJ - pierwsza w moim życiu rozkloszowana - 19,90 zł ;)



Zakupy w sklepie internetowym Bingo Spa - skusiła mnie przecena na maski do włosów, a oprócz tego wpadła moja ulubiona maseczka cynkowa i coś, czego nie miałam jeszcze - błotna z zieloną glinką ;). Maseczki do twarzy: 12 zł, do włosów: 9 zł.


Lakier duochromowy New York City wykopany w Pepco - 2,99 zł.


A tymi lakierkami poprawiłam sobie humor gdy już ogarnęłam, jak będzie wyglądał mój plan :P
2,21-2,49 zł.


Żurawinowy krem Apis - szukałam czegoś z delikatnym filtrem (SPF 15), dobrym składem - i znalazłam:13,09 zł na dozie.


Szampon Cari - kupiony w Jasminie (nadal szukam mocnego myjacza) - 7 zł.


Micel z Biedronki - bo nie miałam, ale trochę poczeka na test (wielka butla Dermedic się zużywa :P) - 4,99 zł.

Łącznie wyszło mi 147,35 zł, z czego na kosmetyki - 97,47 zł (milutko :D). Będę próbować obniżyć te kwoty jeszcze, w ramach celu przedświątecznego :D

A jak u Was było z zakupami w lutym? ;)

Coś się dzieje, milordzie :P

Zużycia nie są moją mocną stroną, i właściwie chyba wiem czemu - rzadko kiedy karnie kończę jakiś produkt bez eksperymentowania z innym/innymi o podobnym przeznaczeniu :P  Jednak minął drugi miesiąc 2013 roku, a denko u mnie jest jakieś... naprawdę wybitne (pewnie dlatego, że prawdopodobnie będę się przeprowadzać i chcę możliwie zmniejszyć ilość kosmetyków do przewiezienia :P).

Kosz w tym miesiącu zaliczyli:
  • maska Bingo Spa spirulina i keratyna - kolejne opakowanie już otwarte, to moja największa włosowa miłość <3;
  • maska Bingo Spa shea i 5 alg - dobra, emolientowa odżywka, będzie kolejne opakowanie;
  • maska Bingo Spa kaszmir i kolagen - wrócę!
  • antyperspirant Ziaja Active - wrócę!;
  • zmywacz do paznokci Isana bezacetonowy - testuję różne, może wrócę, bo się sprawdzał;
  • krem Eva Natura Intensywnie nawilżający - wrócę!;
  • mleczko jedwabne do włosów Bingo Spa - nie urwało mi może kończyn, ale solidny produkt;
  • oliwka niebieska Babydream - na pewno wrócę;
  • 3 x maseczka Acne Killer;
  • krem-serum przeciw rozstępom Eveline;
  • aloesowy balsam do dłoni Isany - szału brak;
  • krem do ciała Isana shea&kakao - będzie kolejne opakowanie, a jakże ;);
  • olej winogronowy litrowy z Biedronki - wrócę!;
Szczególnie jestem dumna z pojemności niektórych ze zużytych mazideł :D Dobra kumulacja nie jest zła, a co dwie kumulacje to nie jedna ;)

Na kolejny miesiąc plan mam równie ambitny ;)

A jak u Was w tym miesiącu? ;)

Amla bez parafiny i bez domowego mieszania ;)

Po próbach z własnoręcznie wyprodukowaną amlą bez parafiny (KLIK!)  przyszedł czas na olej/maskę firmy Oilmedica - mieszankę olejów oraz ekstraków, którą traktowałam swoje włosy już od dawna ;)


Pojemność: 200 ml
Cena: 20 - 34,90 zł (w zależności od miejsca).

Opakowanie: Przyjemna dla oka buteleczka, ascetyczna kolorystycznie z bardzo udanym jak dla mnie motywem kokosa ;). Wygodne w użyciu otwieranie na korek i niezbyt szeroki otwór stanowią dopełnienie funkcjonalnej całości. Nie ma problemów z dozowaniem produktu.

Skład:

Sporo dobroci: oleje z kokosa, słonecznika, trawy cytrynowej oraz moc ekstraktów: z henny, amli, wąkrotki azjatyckiej, skórki cytryny i owsa. Trafiły się też zapachy i konserwanty, ale w ilości niewielkiej (pod koniec składu). Wygląda zachęcająco ;)

Zapach: Skrzyżowanie zapachu oleju kokosowego z cytryną/ trawą cytrynową jak dla mnie ;) - przyjemny, nienachalny, na moich włosach nie utrzymuje się po myciu.

Działanie: By dobrać się do tego preparatu trzymam butelkę przez kilka minut w kubku z ciepłą wodą (sam produkt ma stałą konsystencję ze względu na zawartość oleju kokosowego). Płynny już olejek nakładam na włosy (z pominięciem skóry głowy - olej kokosowy źle jej robi) na 3-18 h - po pewnym czasie zastyga on w delikatną skorupkę, jednak nie ma się czym przejmować - nie powoduje to problemów z późniejszym zmyciem nawet łagodnym szamponem.

Moje włosy polubiły ten produkt -po jego użyciu zawsze miałam mocny skręt, odczuwalną miękkość włosów, ujarzmienie babyhairów (rzadko się to udaje obecnie :P) i spotęgowanie blasku moich kłaczków. Zapewne kiedyś jeszcze do niego wrócę, bo nawet jego obsługa (mimo tężenia) dzięki fajnej buteleczce jest ułatwiona.

Olejek wart spróbowania, jednak nie każdym włosom zapewne podejdzie, ze względu na sporą ilość oleju kokosowego w składzie ;)


Skuszone czy nie bardzo? ;)

Alkohole w kosmetykach - nie bójmy się!

Pod pytaniami o skład na blogach czy też forach internetowych często można spotkać się z komentarzami pokroju: "ten kosmetyk ma alkohol, jest zły". I faktycznie, w składzie INCI występuje to słowo, ale czasem obłożone jakimś innym wyrazem, co całkiem zmienia ocenę danego produktu ;)

Alkohole to grupa związków organicznych (czyli prosto mówiąc zbudowanych głównie z węgla i wodoru) zawierających w swojej cząsteczce przynajmniej jedną grupe hydroksylową (-OH). Jeśli mają jedną grupę -OH to nazywamy je alkoholami jednowodorotlenowymi.
Oprócz słówka alcohol innym wyznacznikiem nazwy związku należącego do rodziny alkoholi jest końcówka -ol (np. heksadecanol).

Alkoholem jest więc nie tylko popularny składnik napojów wyskokowych -  etanol, ale też nieprzeliczalna grupa innych związków. Sam etanol (alkohol jednowodorotlenowy) także nie jest składnikiem złym do szpiku kości - jest rozpuszczalnikiem wielu substancji, promotorem przejścia (pozwala składnikom wnikać głębiej w naskórek), a także... konserwantem, który można otrzymać z surowców naturalnych dzięki fermentacji - właśnie dlatego jest dozwolony w kosmetykach certyfikowanych naturalnych - wtedy występuje w składzie pod nazwami Ethanol lub Alcohol.


Jeszcze częściej spotykany w składach Alcohol Denat. to też etanol, jednak skażony (na przykład anodyną), przez co jest tańszy i nie nadaje się do spożycia :P

Innym alkoholem który często można znaleźć w kosmetykach, jest Isopropyl Alcohol, czyli popularne IPA - podobnie jak etanol jest rozpuszczalnikiem i konserwantem. Jednak jego duża zawartość w kosmetyku (= miejsce z początku składu INCI) wydaje mi się sporym ryzykiem - ten chemiczny kolega posiada bogaty potencjał drażniący i jest dość silnym alergenem. Nie odżegnuję się od niego, jeśli występuje pod koniec składu lub nie ma kontaktu z moją skórą ( tylko z włosami - na przykład w mojej ulubionej Joannie Len i Rumianek), natomiast obawiam się kosmetyków, w których jest jednym z głównych składników (np. woda brzozowa Isany) - we wcierkach statystycznie zdecydowanie bezpieczniejszy jest Alcohol Denat.

Pogadałam trochę o dwóch alkoholach, które to słowo mają w nazwie. A co ze wspomnianymi już fruktozą, glukozą albo innymi: sacharozą, sorbitolem, gliceryną czy glikolem propylenowym? Te związki także ze względu na posiadane grupy -OH zaliczają się do alkoholi, tylko dla odmiany do wielowodorotlenowych (mają więcej niż jedną grupę -OH). Przed nimi chyba też nie uciekamy? Ile z nas dodaje właśnie miodu czy gliceryny do samorobionych mazideł czy tuninguje nimi gotowe kosmetyki, szukając nawilżenia ;)

Jaką funkcję mogą pełnić alkohole w kosmetykach?

Mogą być:
  • rozpuszczalnikami (np. alcohol denat., alcohol, ethanol, isopropyl alcohol, benzyl alcohol, propylene glycol, butylene glycol, ethylene glycol);
  • zapachami (np. amylcinnamyl alcohol, cinnamyl alcohol, anise alcohol, benzyl alcohol);
  • emulgatorami (substancjami umożliwiającymi powstanie emulsji i stabilizującymi ją), substancjami poprawiającymi lepkość oraz konsystencję kosmetyku i emolientami pozwalającymi zatrzymać wodę dzięki okluzji (np. lanolin alcohol, acetylated lanolin alcohol, arachidyl alcohol, C20-C40 alcohols, cetyl alcohol, cetearyl alcohol, isocetyl alcohol, stearyl alcohol, mirystyl alcohol, palm alcohol, octadecanol, heksadecanol);
  • konserwantami (np. alcohol denat., alcohol, ethanol, isoprolyl alcohol, benzyl alcohol);
  • nawilżaczami - humektantami (np. glycerin, propylene glycol, glucose, fructose, sacharose, sorbitol, mannitol, ethylene glycol, butylene glycol).
Przykłady w kropkach powtarzają się, co nie jest błędem czy przypadkiem - wiele z nich ma szerokie spektrum zastosowań, jak na przykład etanol czy alkohol benzylowy. 

Nie bójmy się każdego alkoholu w nazwie ;)

Powiało napinającym chłodem :P

Któż przed cieplejszymi dniami nie chciałby poprawić napięcia swojej skóry, rozprawić się z rozstępami i cellulitem? Każdy, tylko nie jest to takie proste ;) Na  rynku znajdziemy wiele preparatów mających nam pomóc z tymi defektami kosmetycznymi - dziś będzie o jednym z nich: Kuracji przeciw rozstępom w postaci kremu-serum DermapharmTM Slim Extreme 4D Professional (uważam, że te nazwy są stanowczo za długie :P) firmy Eveline, która dodatkowo ma mieć działanie wyszczuplające oraz likwidujące cellulit.



Opakowanie: Biało - morska tubka o matowym wyglądzie, zapakowana jeszcze dodatkowo w kartonik (który "inteligentnie" wyrzuciłam) - miło, otoczka nieprzesadzona i można wydobyć kosmetyk do samego końca.

Skład:


Długi bardzo - są: parafina i silikon (pomogą rozprowadzić kosmetyk i zadbają o zatrzymanie wody), wysoko kofeina (poprawa ukrwienia), kwas hialuronowy (nawilżenie), wyciągi algowe (nawilżenie, ukrwienie), hydrolizowane proteiny kolagenu i elastyny (nawilżenie i uelastycznienie), ekstrakt z ginko biloba(krążenie). Alkohol denat. występuje w roli promotora dla substancji aktywnych.
Znajdziemy w składzie jeszcze lecytynę, karnitynę i koenzym Q10, ale w ilościach niewielkich, tuż przed konserwantami i zapachami. Zawiera parabeny. Całkiem nieźle więc jak na tego typu produkt.

Pojemność/cena: 200ml/20-25 zł.

Zapach: Zalatuje miętą i zapach utrzymuje się na ciele przez 1-1,5 godziny, jednak nie jest zbyt intensywny.

Konsystencja: Niezbyt gęsty krem, dzięki czemu nie ma problemów z wydobyciem go z tubki.


 Działanie: Po aplikacji (smarowałam uda, pośladki i brzuch) doznawałam uczucia mocnego chłodzenia - zjawisko to byłoby jak najbardziej pożądane w ciepłe dni, jednak stosowanie go w zimie na takim zmarzluchu, jakim jestem ja, wywołuje szczękanie zębami :P

Niezależnie od tego postanowiłam bardzo systematycznie wmasowywać krem 2 razy dziennie (jak radzi producent). Na szczęście wchłania się migusiem nie pozostawiając megatłustej warstwy.

Jeśli chodzi o same rozstępy - mam je na pośladkach i są już dość wiekowe (białe) - nie zaobserwowałam na nich żadnych zmian po 4 tygodniowym stosowaniu, żaden nowy też się nie pojawił (ale ku temu nie ma powodów ;)). Zauważyłam natomiast znaczące zwiększenie napięcia skóry w "problematycznych partiach", przez co wizualnie straciłam kilka centymetrów (bo skóra "nie wisi"). Nawilża mocniej niż balsamy (jednak to nawilżenie utrzymuje się krócej, pewnie ze względu na mniejszą ilość substancji okluzyjnych) i muszę przyznać, że po aplikacji skóra jest bardzo gładka.

Nie należy oczekiwać cudów po produkcie tego typu, jednak napinacz z niego całkiem niezły :D Wrócę do niego, jak będzie cieplej ;)

Produkt otrzymałam od portalu Uroda i Zdrowie, co nie wpłynęło na moją opinię.

Wszystko, co dobre, kiedyś się kończy...

Kończy się okres mojego lenistwa, kiedy miałam sporo czasu na moje pasje - jutro wracam do Krakowa by zacząć kolejny semestr na chemii. Odpoczęłam na bogato, odespałam i pozytywnie patrzę w niedaleką przyszłość - w końcu chyba już nic gorszego od tego, co było, nie spotka mnie na tej uczelni ;).

Oprócz perfidnego lenistwa posprzątałam trochę na blogu - jak podobają się Wam nowe podstrony? Myślę, że obecnie jest dużo przejrzyściej i łatwiej coś znaleźć - szczególnie przy tej ogólnej awarii wyszukiwarek na blogach :/

Miałam też okazję przeprowadzić ostatnie Spa na podejrzewam bardzo, bardzo długo - mój plan zajęć chyba znów zawoła o pomstę do nieba :P.

Ciało:
  • peeling cukrowo-solny Green Pharmacy Masło shea i zielona herbata;
  • "Masło kakaowe" Bingo Spa;
Twarz:
  • mycie mydłem Alepia - do Krakowa zamierzam w końcu odkroić kawałek mydła węglowego i rozpocząć testy, bo tam Alepia już mi się kończy ;);
  • Savon Noir na 10 minut- też do spakowania :D ;
  • przemycie micelem z biosiarką;
  • zmycie, nałożenie maseczki Acne Killer (40 minut);
  • krem Alterra z aloesem.
Włosy:
  • oliwka do włosów z masłem shea i olejkiem arganowym Le Petit Marseillais na 16h;
  • mycie szamponem Bingo Spa borowinowym z 7 ziołami;
  • odżywka do spłukiwania Bingo Spa z 12 ekstraktami na 10 minut;
  • odżywka do spłukiwania Joanna Naturia Len i rumianek, stylizacja.

Coś czuję, że wielogodzinne olejowanie będę sobie mogła wybić z głowy na jakiś czas, czyli pewnie do świąt. Ale przecież są inne metody pielęgnacji, jak bogate maski przed myciem ;).

Dam radę, nie? ;)