Jak zreanimować zgęstniały/zaschnięty/rozwarstwiony lakier?



Czasami, z różnych powodów i mimo właściwego przechowywania z lakierem zaczyna dziać się coś niedobrego - rozwarstwia się (najczęściej), gęstnieje czy zasycha. Bywa i tak, że nic nie da się zrobić (szczególnie, gdy po prostu same go "przewietrzyłyśmy" lub został porządnie wygrzany: w domu lub jeszcze w sklepie), ale zwykle lakier można z sukcesem zreanimować ;).

Gdy lakier odmówi nam współpracy, a nadal chcemy z niego korzystać wystarczy zwykle chwila, by przywrócić mu świetność ;).

Problemy włosowe XVII: jak wypłukać hennę/indygo z włosów?



Wielu z Was zapewne stanęło przed problemem wypłukania z włosów koloru po farbowaniu. W przypadku chemicznej koloryzacji sprawa jest prostsza, gorzej, jeśli efekt kolorystyczny uzyskaliśmy przy pomocy henny (barwniki naftolowe) bądź indygo. W odmętach Internetu można znaleźć wiele metod „wypłukiwania” tych barwników z włosa, jednak nazwa tego procesu jest mu nadana na wyrost – wypłukać cokolwiek można tylko takim środkiem, który rozpuszcza barwnik.

Prawie wszystkie znalezione przeze mnie metody polegały nie na usunięciu barwnika z włosa, a jego utlenieniu (chemicznej modyfikacji jednego barwnika w inny, który ma odmienny kolor od wyjściowego). Proces ten niesie ze sobą jednak pewne ryzyko, np. indygo (kolor niebieski), w zależności od warunków można utlenić do substancji o kolorach: czerwonym, zielonym (popularny efekt „glona” na włosach), a nawet białym. 

Co włosowego zabrałam na wyjazd?



Pytanie to padło przy okazji któregoś z komentarzy na blogu, więc... spieszę na nie odpowiedzieć ;). 

Zapewne zaskoczy to większość (jeśli nie wszystkich z Was), ale na około dwumiesięczny wyjazd zagraniczny wzięłam 5 produktów do włosów. Tak, słownie pięć :P. Dwa szampony, dwa produkty do spłukiwania i serum silikonowe do zabezpieczania długości włosów.


Jak przechowywać lakiery do paznokci?



Kolejny temat wypływający zwykle w momencie, gdy pochwalę się gdziekolwiek tym, że jestem lakieromaniaczką i moja kolekcja lakierów jest dość spora :). Zwykle otrzymuję wtedy pytanie, czy nie żal mi wyrzucać potem pierdyliarda sztuk, gdy już się zeschną. Wtedy mówię, że lakier odpowiednio przechowywany w zasadzie nie ma jednoznacznej daty ważności ;).

Dwoma czynnikami, które najmocniej wpływają na jakość lakieru są temperatura oraz częstotliwość kontaktu emalii z powietrzem.

Jak więc przechowywać lakiery do paznokci, by cieszyć się nimi bardzo długo?

Farbowanie włosów rzewieniem - doświadczenia własne ;)



Będąc jeszcze w Polsce eksperymentowałam z powodzeniem z Cassią (KLIK! KLIK!), a później, w przedegzaminowym szale zamówiłam sobie na DOZie korzeń rzewienia (tak w ramach odstresowania :P). Jak to ja - nie mogłam usiedzieć na miejscu od momentu odebrania zamówienia i namówiłam moją współlokatorkę na pomoc w farbowaniu ;).

Korzeń rzewienia (czyli rabarbaru) dostajemy w formie dość grubych wiórek, które przed eksperymentami polecam gorąco zmielić na pył bądź po zaparzeniu potraktować blenderem. Ja niestety nie posiadałam żadnego sprzętu, którym mogłabym to zielsko rozdrobnić, więc wykorzystałam to, co było.

Nago po raz kolejny ;)



Przyznać się bez bicia, kogo przyciągnął tytuł posta, hę? :P. Zapewne jednak większość z Was podejrzewała, że może chodzić o paznokcie ;).

W związku z moimi wakacyjnymi planami życie zmusiło mnie do zmian przyzwyczajeń - chyba od co najmniej półtora roku (może od dwóch lat?) maluję paznokcie w trybie ciągłym, czyli widuję swoją płytkę w naturalnej postaci tylko z okazji zmywania lakieru. W związku z wyjazdem paznokcie wpadły jednak pod kosiarkę (znaczy pod cążki :P) i zapowiadam dwumiesięczny rozwód z malowaniem :P.

A jak paznokcie wyglądają po tak długim romansie z emaliami i po obcięciu?


Za górami, za lasami...



... za morzem i wśród łosi - tak najkrócej można opisać miejsce, którym obecnie mieszkam ;). 

Szwecją jestem dosłownie zachwycona i naprawdę - mogłabym  mieszkać tutaj na stałe. Jestem amatorem odludzi, spokoju i niczym nieskażonej przyrody - tutaj mam to wszystko na raz i w pakiecie :D. 

Kąpiele w jeziorze, łowienie szczupaków i okoni - nie wiem, czy jest jakiś region naszego kraju, gdzie byłyby możliwe takie atrakcje ;). Wystraszyłam już nawet dwa łosie, ale na szczęście nie spotkałam jeszcze ani niedźwiedzi (tylko ich ślady) ani żmii (tego spotkania obawiam się szczególnie, bo... boję się węży :P). Mimo tego, co wiedziałam o tym kraju przed przyjazdem nie spodziewałam się aż tak skalistego terenu - a tu głazy w zasadzie wszędzie, od niewielkich po kolosy ^^.

Widzę również, że poprawia mi się cera (zapewne zasługa cudownie czystej wody) oraz... chyba schudnę, nie mam tutaj w ogóle parcia na jedzenie ^^. Oprócz urodowych plusów jest też jeden dość poważny minus, ale o nim kiedy indziej ;).

Pokuszona nowymi Kallosami ;)



Jak pewnie większość z Was wie - jestem nieuleczalną maniaczką włosowych produktów do spłukiwania. Żaden inny zbiór (nie licząc oczywiście lakierowego :P) nie może się z nim równać :P. Siedzę sobie teraz w Skandynawii z podstawowym włosowym arsenałem, jednak... bywam na Wizażu. W ten oto przecudowny sposób zostałam pokuszona nowymi maskami firmy Kallos, a mianowicie wersjami bananową i algową.

Wersja algowa (zdjęcie z Wizażu):

Trzy lata minęły jak jeden dzień ;)



Wiecie, że w ostatnich dniach stuknęło mi trzy lata włosomaniactwa? Czas faktycznie szybko leci i nawet... trochę zatoczył koło ;). Włosomaniaczyć zaczęłam 3 lata temu, niewiele przed wyjazdem nad morze, a w tym roku po raz kolejny miałam okazję obejrzeć tę okolicę (<3). Na jubileusz wypadałoby strzelić małe podsumowanie mijającego roku ;)

  • Przez moją łazienkę nadal przetaczają się pierdyliardy różnych włosowych kosmetyków :P. Moim największym nałogiem, obok lakierów do paznokci, są produkty do spłukiwania.
  • Główne odżywianie włosów przeniosłam prawie całkowicie na etap przed myciem (ultraniskoporowatość). Ba, ten etap coraz częściej zdarza mi się pomijać.
  • Myję włosy jedynie mocnymi, oczyszczającymi szamponami, zawsze dwukrotnie (ultraniskoporowatość).
  • Produkty do spłukiwania po myciu nakładam na maksymalnie 10 minut i nigdy pod folię i ręcznik (j.w.).
  • Zrezygnowałam z odżywki bez spłukiwania na rzecz silikonowego serum.
  • Bawię się niegroźnie kolorem (gencjana , Cassia: KLIK! KLIK!) i myślę, że ten trend się jeszcze pogłębi w przyszłości.
  • Rozwijam cykl Problemy włosowe, a także rozpoczęłam Perypetie włosów niskoporowatych.
  • Podcięłam dość mocno włosy w listopadzie, co wyszło im wybitnie na zdrowie, a po pół roku od tamtego wydarzenia też poleciało kilka centymetrów. I taka częstotliwość podcinania chyba na razie się utrzyma ;). Ale do fryzjerów nadal mam uraz i już ponad 4 lata nie byłam u żadnego - podcina mnie mama ;).
  • Nadal nie czeszę w zasadzie włosów, nie licząc odosobnionych przypadków :P. 

Jak zmywam lakiery z paznokci?



Tyle razy zostałam przepytana z tego tematu, że nadszedł czas opisać moją technikę zmywania paznokci - dzięki temu nie będzie w przyszłości problemów z odsyłaniem Was do odpowiedniego posta ;).

Metoda absolutnie nie jest moja i od dawna funkcjonuje w blogosferze. Przerzuciłam się na nią w trakcie zmywania lakieru całkowicie w momencie, kiedy zauważyłam, że pocieranie płytki wacikiem nasączonym zmywaczem bardzo źle wypływa na moje paznokcie. Zmywam tak zarówno lakiery kremowe i piaskowe (bezproblemowo), jak i brokatowe (tutaj czasami muszę czynności powtórzyć dwukrotnie, by usunąć całość emalii.

Standardowy, okrągły wacik kosmetyczny rozrywam na 10 części (to zależy od wielkości płytki - ja mam malutką) i każdą z nich moczę w zmywaczu i dociskam do pojedynczego paznokcia. Tak trzymam w zależności od lakieru: krem 1-2 minuty, piasek do 5, brokaty - do mniej-więcej 8. Po tym czasie łapię za wacik, dociskam i zdejmuję z paznokcia zwykle z całym lakierem (ewentualnie powtarzam cały zabieg przy brokatach). 

"Kosmetyki, które zrobisz w domu"



Gdy zaproponowano mi zrecenzowanie książki Klaudyny Hebdy "Kosmetyki, które zrobisz w domu", autorki bloga Ziołowy Zakątek, potrzebowałam trochę czasu do namysłu. Zastanawiałam się, czy jestem właściwym recenzentem dla takiej pozycji. Nie jestem, nie byłam i nie będę ekomaniaczką z różnych względów: poglądów, wykonywanego zawodu, wygody... Pewnie znalazłabym sporo takich powodów. Po konsultacji z otoczeniem postanowiłam jednak propozycję przyjąć - zawsze to nowe doświadczenie ;).

Książka ta wydana jest absolutnie przepięknie!


Już w drodze...



Gdy będziecie czytać ten post, ja prawdopodobnie będę już oglądać Morze Bałtyckie z portu w Gdańsku. Jeju, nie byłam nad morzem od 3 lat <jara się jak pochodnia>! Wieczorem zapakujemy się na prom do Szwecji i przez najbliższe 1,5-2 miesiące będę oddawać się pracy na odludziu, wśród przyrody...

Już wiem, że będę mocno tęsknić - nie mam pojęcia, jaki będzie tam internet i jak często będę mieć okazję oraz siłę z niego korzystać, ale na pewno będzie mi brakować regularnego blogowania i możliwości kontaktu z Wami, moimi ukochanymi Czytelnikami. Mam nadzieję, że przez ten okres (który minie pewnie jak z bicza strzelił) nie porzucicie czytania mojego bloga (bo i wpisy ustawione na harmonogramie są... ;)) mimo tego, że odpowiedzi na komentarze będą zapewne bardzo nieregularne, a w większości zapewne zostaną ogarnięte dopiero po moim powrocie (ale obiecuję, będę się starać wywalczyć zarówno czas, jak i dostęp do sieci ;)).