Neutrogena Skin Detox Oczyszczająca maska 2w1 - miętowa moc!

Maseczki do twarzy (we wszelkich wydaniach - poza wersjami peel-off ;)) wręcz uwielbiam ;). Poza obiektywnymi efektami stosowania lubię w nich też psychiczny efekt zadbania pod tytułem "naprawdę czuję, że zrobiłam coś tylko dla siebie". Przez moją łazienkę przetoczyło się wiele maskowych wynalazków, ale markę Neutrogena dopiero poznaję - również z tej strony. Dzięki poleceniom jeden z Czytelniczek miałam okazję już stosować Matującą maskę pod prysznic tej firmy, która zachwyciła mnie działaniem, wielką objętością i stosunkowo niską ceną. Z dużymi nadziejami rozbebeszyłam więc jej siostrę - Maskę oczyszczającą 2w1 Neutrogena Skin Detox.


Sroga tuba jest dość popularnym rozwiązaniem w przypadku maseczek, ale mnie osobiście denerwują problemy z wydobyciem produktu do ostatniej kropli. Zwykle bez rozcinania opakowania nie można się obyć -.-. Poza tym nie mam się do czego przyczepić - czytelna, trwała i wręcz "apteczna" etykieta budzi zaufanie i zachęca do kupna, a odpowiednia wielkość otworu ułatwia dozowanie. Nakrętki też (jeszcze ;)) nie udało mi się zniszczyć, więc jej trwałość również oceniam na plus.

150ml maski kosztuje w cenach regularnych około 20zł. Zaopatrzyłam się w nią w trakcie jednej z akcji 2+2 gratis w Rossmannie, więc kosztowała mnie jeszcze mniej. Stosunek objętość/cena - bardzo dobry ;).

Skład:


Bazę tego produktu stanowi gliceryna wymieszana z glinkami: kaolinową i bentonitową oraz z substancją powierzchniowo czynną ułatwiającą zmywanie. Po barwniku znajdziemy również interesujące kwasy: salicylowy i glikolowy, dające efekt złuszczająco-oczyszczający (nazwany efektem "detox"). Pochodna mentolu odpowiada za zapach i chłodzący efekt. W masce znalazł się też chlorek sodu (w roli zagęstnika i wypełniacza) oraz kwas cytrynowy wraz z wodorotlenkiem sodu (regulatory pH).

Całkiem szczerze - jej matująca siostra ma nieco lepszy skład ;). Skin Detox również jest niezła: 2 glinki + dwa złuszczające kwasy o udowodnionym działaniu przeciwtrądzikowym to naprawdę dobre połączenie. Maska ma dość gęstą konsystencję - ale nie aż tak, by był problem z wyciśnięciem jej z tuby. Dzięki temu jej wydajność jest dobra - ilością wielkości ziarna fasoli bez problemu pokryjemy całą twarz. Błękitny kolor i miętowy zapach dobrze się ze sobą komponują.


Efekt chłodzący tuż po aplikacji jest naprawdę mocny - i mówię to ja, człek dość nieczuły na bodźce zewnętrzne :D. Producent zaleca dwa sposoby stosowania - jako produkt do mycia (nałóż i od razu spłucz) lub jako maskę (nałóż, trzymaj minutę, spłucz). Od razu się przyznam - chyba nigdy nie udało mi się zmieścić w minucie trzymania. Zmywałam ją po około 5-15 minutach, a z pierwszego podejścia nie skorzystałam ani razu.

Nic nie piecze ani nie pali, tylko chłodzi ;). Zaczęłam ją stosować w okresie przed wprowadzeniem kwasów do mojej pielęgnacji i po pierwszych 2 aplikacjach byłam w szoku. Na całym czole wylazła mi kaszka niedoskonałości, a i policzki oraz broda zdawały się protestować zaskórnikami :O. Jestem już doświadczona, więc spodziewałam się wysypu po wakacjach bez kwasów, ale szybkość efektu zaskoczyła nawet mnie. W ciągu kolejnych dwóch tygodni (jakieś 4 aplikacje) wszystko zniknęło. Powiem tak - jedno wielkie wow! Do tego nie zauważyłam żadnych odchodzących skórek, podrażnienia czy przesuszenia. Skóra w miejscach nie dotkniętych kaszką wyglądała cały czas na zadowolą, nawilżoną i delikatnie odżywioną. Jestem autentycznie zachwycona!

Nadal żałuję, że z enigmatycznych powodów unikałam marki Neutrogena. Maseczki mają naprawdę cudowne!

Chętnie poznam Wasze oczyszczające hity - moja skłonna do zanieczyszczenia cera na pewno będzie wdzięczna ;).

Maseczka Isana Egg White - średniak z nieoczekiwanym działaniem

Linia Isany do cer młodych Egg White wzbudziła moje zainteresowanie już samą zapowiedzią, a potem... były testy ;). Bardzo polubiłam się zarówno z pianką jak i peelingiem z tej serii. Naturalnym więc było, że przy okazji jednej z akcji promocyjnych Rossmanna wrzuciłam do koszyka także maseczkę Isana Egg White - obecnie również możecie kupić ją w promocji 2+2 gratis (moje łupy). Wielkiego zachwytu nie było, ale na etykietę solidnego średniaka na pewno zasłużyła ta jajeczna maseczka ;).


Niewielka tubka to standardowe, maseczkowe rozwiązanie. Zwykle pod koniec rozcinam tego typu opakowania, ale w przypadku Egg White udało mi się zwinąć je jak pastę do zębów i zużyć prawie do ostatniej kropli. Etykieta jest rysunkowa, może nieco przesłodzona, ale w sumie wygląda naprawdę dobrze i co najważniejsze - jest trwała i nie odkleja się z byle powodu. Jajeczko na froncie uznałabym nawet za rozczulające :D. 

40ml tej maseczki kosztuje 7,49zł - niewielka objętość za niską cenę pozwala na testy bez wielkich wątpliwości ;).

Skład:


Emolientowo-glicerynowa baza z dużą dawką glinki kaolinowej oraz odrobiną pantenolu sprawia całkiem przyjemne wrażenie. Maska składowo kojarzy mi się z maseczkami w saszetkach Bania Agafii - oczywiście pod względem rdzenia składu. Po zapachu znajdziemy także białko jaja, witaminę E i kwasy tłuszczowe. Konserwanty całkiem miłe dla oka dopełniania całości na spółkę z kwasem mlekowym (w tak niewielkiej ilości pełniącego rolę regulatora pH). 

Ma mlecznobiały kolor, kremową konsystencję i słodko-kwiatowy zapach, który jest dość intensywny i na pewno nie wszystkim podejdzie. Na szczęście ulatnia się bardzo szybko ;).

Spodziewałam się delikatnego efektu oczyszczającego, a w praktyce jest to mazidło głównie odżywcze z (może) minimalnych efektem matującym. Nakłada i zmywa się bardzo dobrze, ponieważ przy 10-15 minutowej ekspozycji wchłania się w jakiś 80%. Resztę można zmyć wodą lub usunąć chusteczką czy wacikiem. Po opiniach w sieci spodziewałam się pieczenia i zaczerwienionej skóry oraz złagodzenia lub rozognienia zmian trądzikowych, a tu... nic. Czułam się trochę, jakbym się posmarowała bardzo grubą warstwą kremu :D. Nie tego od niej oczekiwałam - gdzie to zmniejszenie porów, oczyszczenie, bardziej widoczne matowienie? Chyba, że moja skóra jest tak gruba, że na tego typu środki już nie reaguje ;).

Efekt odżywczy - bardzo przyjemny: nawilżenie bez tłustej powłoczki, miękka, ale nie lepka skóra, odrobinę wyrównany koloryt. Opakowanie wystarcza na jakieś 7-8 aplikacji, więc wydajność przy tej objętość również jest niezła.

Spodziewałam się czegoś zgoła innego, ale maseczce Isana Egg White nie mogę odmówić widocznego efektu odżywczego (przynajmniej na mojej mordce). Spróbować - można, byle ostrożnie, bo może piec ;).

Jakie są Wasze ulubione niskobudżetowe kosmetyki? ;)

Bielenda Superpower Mezo Serum (Serum korygujące) - świetny wybór dla początkujących w temacie kwasów

Doskonale pamiętam, mimo upływu czasu, jak długo rozmyślałam przed swoim pierwszym podejściem do kosmetyków z zauważalną zawartością kwasów. Zaczęłam z dość wysokiej półki - od samoróbek z kwasem migdałowym, by dość szybko przejść na łatwiejszy w obsłudze kwas mlekowy. Jednak obecnie bez wahania proponuję osobom rozpoczynającym swoją przygodę z kwasami jeden drogeryjny kosmetyk: serum korygujące Bielenda. Ostatnio także wrzucałam Wam recenzję 40%, profesjonalnego zabiegu eksfoliującego tej marki. Mam nadzieję, że moje recenzje pomogą Wam w wyborze jesienno-zimowej pielęgnacji ;). 


Serum zapakowane jest w szklaną butelkę z całkiem precyzyjną pipetką. Szkło wymusza ostrożność przy operowaniu - lądowanie na płytkach nie skończy się dobrze dla tego opakowania ;). Poza tym nie mam do samej buteleczki uwag. Kartonik natomiast (jak dla mnie) jest przeładowany tekstem i przez to mało czytelny, ale apteczną inspirację jak zwykle cenię ;).

30g tego serum kupiłam do tej pory najtaniej za 17zł na promocji w Pigmencie, ale ceny potrafią dochodzić nawet do 30zł.

Skład:


To serum bazuje na połączeniu kwasu migdałowego i laktobionowego. Szczególnie obecność tego pierwszego mnie raduje - jego rozpuszczanie bywa wybitnie upierdliwym procesem i fajnie, że można je pominąć dzięki łatwo dostępnemu kosmetykowi. Całość została uzupełniona o niacynamid, hialuronian sodu i alantoinę (nawilżacze), a końcówkę składu stanowią konserwanty (nie wzbudzające moich wątpliwości) i substancje zapachowe. 

Skład całkiem krótki, chociaż zestaw zapachów i konserwantów można by było jeszcze skrócić. Samo serum ma postać dość wodnistego żelu o delikatnym, kwiatowo-perfumeryjnym zapachu, który wyczuwam jedynie przez chwilę po aplikacji. Ma całkiem niezłą wydajność przy tej konsystencji.

Stosowałam je na oczyszczoną skórę twarzy raz lub dwa razy dziennie (oczywiście z dodatkową, wysoką ochroną przeciwsłoneczną w przypadku porannej aplikacji). Bardzo szybko się wchłania bez pozostawiania lepkiej bądź śliskiej powłoczki, dlatego też bez problemu można na nim wykonać rano makijaż. Nie zarejestrowałam żadnego szczypania czy zaczerwienienia po nałożeniu, ale trzeba wziąć poprawkę na to, że cerę mam grubą, odporną i w kwasach zaprawioną. Dla porównania - moja bratanica, dla której było to pierwsze tego typu spotkanie ze złuszczaniem, zgłaszała mi mocne zaczerwienienie i lekkie szczypanie przy kilku pierwszych aplikacjach (wtedy zmniejszyła częstotliwość nakładania do 1-2 razy w tygodniu). Moja cera po aplikacji była delikatnie nawilżona - żadnego przesuszu czy podrażnienia nie zanotowałam.

To serum nie wywołało u mnie widocznego złuszczania ("jaszczurzenia") pomimo bardzo intensywnego nakładania - co nie znaczy, że nie dało efektów ;). Bardzo szybko zauważyłam obkurczenie rozszerzonych porów i poprawę kolorytu skóry, a z czasem (po około 7 tygodniach) zmniejszenie ilości zaskórników w dość nieinwazyjny i delikatny sposób. Umówmy się - nie każdy ma tyle samozaparcia, by znosić płatki naskórka emigrujące z twarzy, które ciężko czymkolwiek ukryć. 

Bardzo dobrze działa też na stany zapalne, które bardzo szybko wycisza i wspomaga ich gojenie. To pierwszy kosmetyk kwasowy, do którego udało mi się przekonać mojego M. - i o dziwo z efektów jest zadowolony podobnie jak ja ;). Ilość stanów zapalnych spadła prawie do 0, a i rozszerzone pory stały się u M. mniej widoczne - bez efektów ubocznych. W kolejny sezonie będę go namawiać na mocniejsze środki, trzymajcie kciuki :D.

Delikatny i skuteczny - czegóż więcej chcieć w trakcie walki z niedoskonałościami? ;)

Znacie to serum? A może szykujecie się do jego testów? ;).

Bielenda Professional 40%: kwasy salicylowy, azelainowy, migdałowy i mlekowy pH=2 - mocne rozwiązanie dla praktyków

Nie jestem zwolennikiem prowadzenia mocnych kuracji kwasowych w okresie letnim - ze względu na ryzyko przebarwień i innych nieprzyjemnych efektów uwrażliwienia skóry na słońce. Dzisiejsza recenzja opiera się na moich doświadczeniach zimowo-jesiennych z zabiegiem eksfoliującym od Bielendy, gdzie w buteleczce znajdziemy (najprawdopodobniej łącznie) 40% stężenie kwasów: salicylowego, azelainowego, migdałowego i mlekowego. Pojawia się ona teraz, by dać zainteresowanym czas na opracowanie swojego kwasowego harmonogramu na zimniejsze miesiące ;). 


W przeszłości uwielbiałam kwasowe samoróbki, chociażby z kwasu migdałowego czy mlekowego. Ba, nadal chętnie mieszam toniki kwasowe dla siebie, ale z czasem zdałam sobie sprawę, że statystyczny zjadacz chleba ma spore obawy przed kwasowymi samoróbkami. Dlatego też zaczęłam powoli sprawdzać ofertę dostępnych preparatów kwasowych i... to cudo od Bielendy jest rozwiązaniem dla tych, którzy z domowymi terapiami kwasowymi mają spore doświadczenia. Powiem tyle - jest moc!

Higieniczna butelka ze szklaną pipetką to świetne rozwiązanie w przypadku produktu, który należy rozsądnie dozować. Zewnętrzne opakowanie jest plastikowe, co jest dodatkowym atutem - upadek na podłogę nie powoduje jego nieodwracalnych zniszczeń ;). 

30g produktu kosztuje od 42 do prawie 60zł (dostępny głównie przez Internet, np. na Allegro).

Skład:


Woda, kwasy: mlekowy, migdałowy, azelainowy i salicylowy przełamane nawilżaczami: glikolem propylenowym, betainą i gliceryną. Odrobina gumy ksantanowej ma za zadanie nadać nieco żelową konsystencję - co ułatwia aplikację. Skład jest niezwykle prosty (nawet kompozycji zapachowej nie ma!), a jednocześnie konkretny - ma mocno złuszczać! Warto zauważyć, że nie zastosowano żadnego zasadowego regulatora odczynu, stąd też pH tego produktu jest naprawdę niskie - wynosi 2.

Całość ma postać bezbarwnego, nieco rzadkiego syropu o ledwie wyczuwalnym, kwaśnym zapachu.

To pierwszy preparat, po którego zastosowaniu (na oczyszczoną żelem skórę) zauważyłam słynny efekt nagłego "pobladnięcia". Po aplikacji wyczuwałam delikatne ciepło i szczypanie (ale tylko przy dwóch pierwszych podejściach - natomiast osoby mniej wprawione/bardziej wrażliwe zapewne będą te efekty odczuwać za każdym razem), a czas ekspozycji ustawiłam sobie na 10 minut (i nie przekraczałam go). Po tym czasie zmywałam go sowicie wodą, a następnie opłukiwałam twarz domowym neutralizatorem (łyżeczka sody oczyszczonej rozpuszczona w niepełnej szklance wody). 

Po 2-3 dniach (na mojej grubej i przecież odpornej skórze!) pojawiało się "jaszczurzenie", zawsze w tej samej kolejności - najpierw nos i jego okolice, potem broda, czoło i policzki. Płatki łuszczącego się naskórka obserwowałam przez około 3-4 dni, a nakładałam go w odstępach 8-10 dni, w międzyczasie smarując się filtrem SPF 50+. Po 3 miesięcznej kuracji (grudzień-luty) pozbyłam się autentycznie wszystkich zaskórników... poza nosem :D. Piegi i przebarwienia stały się prawie niewidoczne, a koloryt skóry pięknie się ujednolicił.

To najsilniej działający sklepowy produkt kwasowy, jaki miałam okazję używać, i jestem nim zachwycona, ale też nikomu nie polecę go na początek kwasowej przygody. Na początku wprowadzania kwasów do pielęgnacji polecam niższe stężenia (toniki do maksymalnie 8-10%, peelingi do maks. 20%) z pH bardziej zbliżonym do naturalnego (5,5). Na duże, makroskopowe złuszczanie warto się przygotować (także psychicznie) niższymi stężeniami. Mikrozłuszczanie osiągnięte słabszymi preparatami również potrafi dać naprawdę zacne efekty.

Tak się złożyło, że mój sklepowy arsenał kwasowy (o którym jeszcze więcej Wam opowiem) składa się obecnie wyłącznie z produktów Bielendy. Jestem jednak otwarta na inne propozycje - jakich kwasów sami używaliście i możecie polecić? ;).

Neutrogena, Matująca maska pod prysznic (Pore&Shine In-Shower Mask) - bardzo skuteczne rozwiązanie!

Do maseczki, o której chciałabym Wam dzisiaj opowiedzieć, dobrałam się zaraz po zakupie - wpadła mi do koszyka w trakcie twarzowej promocji w Rossmannie z polecenia jednej z Czytelniczek. Cudów się nie spodziewałam... i może dlatego były mi dane :D. Matująca maska pod prysznic od Neutrogeny jest jednym z pierwszych kosmetyków tej marki, które testuję - i całkowicie nieoczekiwanie jestem zachwycona!


Wielka tuba wymaga trochę większego nacisku do dozowania tej maski (ze względu na bardzo gęstą konsystencję), ale jest to dość standardowe rozwiązanie. Przy końcówce trzeba będzie ją rozciąć, by wydobyć produkt do ostatniej kropli ;). Całość wygląda nieźle, jest trwała i budzi zaufanie aptecznym designem.

150ml tej maski kosztuje około 20zł (przy okazji promocji kupiłam ją prawie połowę taniej), co uważam za rozsądną cenę za taką objętość.

Skład:


Emolientowa baza (złożona z alkoholi i estrów tłuszczowych) została wzbogacona sowitą dawką kwasu glikolowego. Wielki plus dla producenta, że informuje o możliwym uwrażliwieniu skóry na promieniowanie słoneczne (stosuję SPF50+ tak czy siak obecnie ;)). Gliceryna i ekstrakty z soi oraz cytryny mają działanie nawilżająco-odżywcze, natomiast glinka kaolinowa i glinokrzemian pełnią funkcję absorbującą zanieczyszczenia. Końcówka składu to regulatory pH, konserwanty i kompozycja zapachowa. 

Skład niby prosty, ale pierwsze skrzypce gra w nim właśnie kwas glikolowy, odpowiedzialny za efekt oczyszczenia i złuszczania. Nie mam się do czego przyczepić - żałuję tylko, że tak późno zwróciłam na nie uwagę ;).

Maska ma konsystencję... wazeliny. Autentycznie - przy pierwszej aplikacji z niedowierzaniem sprawdziłam skład ponownie :D. Pachnie delikatnie i kwiatowo, jak dla mnie - całkiem przyjemnie. Można w niej wyczuć całkiem sporo drobinek, jednak nie przetestowałam ich funkcji w trakcie masażu twarzy.


Lato nie jest dobrym czasem dla mojej cery. Rezygnuję wtedy z mocnych produktów kwasowych, by nie kusić losu i przebarwień, a lżejsze zwykle nie dają sobie rady tak dobrze. Zaskórniki i niedoskonałości stają się bardziej widoczne... . Spodziewałam się, że ta maska będzie właśnie takim delikatnym kosmetykiem oczyszczającym, który pozwoli utrzymać moją twarz w jako-takich ryzach. Życie mnie jednak zaskoczyło ;).

Maskę trzymałam od 1 do 15 minut na twarzy i muszę powiedzieć, że to zaskakująco mocny środek. Jestem naprawdę wprawiona w terapiach kwasowych, a tu po aplikacji odczułam całkiem konkretne ciepło na ryjku :D. Wnioskuję więc, że nie będzie to produkt odpowiedni dla cer wrażliwych i naczynkowych. Po jednokrotnej aplikacji odczuwalne jest oczyszczenie i miękkość skóry, jednak bez podrażnień czy przesuszeń mimo kwasu glikolowego. 

Stosowałam ją przez ostatnie 5 tygodni dziesięciokrotnie i... wow! Cera jest gładka, promienna, uspokojona, czysta! Tak małych porów/zaskórników na nosie chyba jeszcze nie miałam. Wyrównany koloryt cery bez niedoskonałości naprawdę mnie zaskoczył, podobnie jak brak widocznego złuszczania gdziekolwiek na twarzy. Zapewne wywołuje jedynie mikrozłuszczanie, ale jeśli tak - jest ono niezwykle skuteczne. Nie doszłam jeszcze do połowy opakowania (a nakładam ją naprawdę grubą warstwą), więc jej wydajność również jest bardzo dobra. Zmywa się tak średnio (drobinki lubią się schować na granicy skóry i włosów), ale za takie efekty jestem w stanie znieść tą niewielką niedogodność ;).  Co ważne w kontekście lata - naprawdę zmniejsza wydzielanie sebum na około 2 dni po aplikacji, więc obiecany efekt matujący również występuje ;).

Zamierzam dokładnie sprawdzić ofertę Neutrogeny pod kątem maseczek, chociaż wersja Detox czeka na testy ;). A jakie są Wasze ulubione maseczki oczyszczające i glinkowe?

Selfie Project Terapia Uderzeniowa #Esencja - zacny substytut kuracji kwasowych!

Nie mam jakichś szczególnych problemów ze swoją cerą, chociaż właściwiej byłoby napisać - z niektórymi nauczyłam się żyć ;). Skóra mojej twarzy jest dość gruba, odporna na czynniki zewnętrzne i moje pielęgnacyjne pomysły (;)), jednak nie można odmówić jej tłustości i łatwości zanieczyszczania. Dlatego też w swojej pielęgnacji regularnie wprowadzam serum czy toniki kwasowe, by złuszczać zaskórniki i inne niedoskonałości. 

Latem jednak staram się je odstawiać, by zmniejszyć ryzyko ewentualnych przebarwień. Wtedy stosuję inne rozwiązania, które mają za zadanie utrzymać moje lico w ryzach - jednym z nich jest Terapia Uderzeniowa #Esencja od Selfie Projekt.

Selfie Project Terapia uderzeniowa esencja

Tubka z wydłużoną końcówką może kojarzyć się z preparatami punktowymi na wypryski - i jest ono prawidłowe, bo to główne zastosowanie tej esencji. Pozwala ona na bardzo dokładne dozowanie produktu bez wylewania go na boki, a jednocześnie (dzięki dość miękkiemu tworzywu także w okolicach dozownika) na wyciśnięcie kosmetyku do ostatniej kropli. Wiem, co mówię - to już moje drugie opakowanie ;). Całość jest całkiem ładna - design dość młodzieżowy, ale nie razi w żaden sposób nieczytelnością czy pstrokacizną. 

25ml esencji kosztuje bez promocji 17,99zł w Rossmannie.

Skład:

Selfie Project Terapia uderzeniowa skład

To serum (bo tak możemy je nazwać) to mieszanka substancji rozjaśniających, antyseptycznych i przeciwbakteryjnych. Wśród nich znajdziemy ekstrakty z: oczaru, mięty, lukrecji, jojoby, soi i pochrzynu, azeloglicynę, cynk, kwasy: m. in. mlekowy, glikolowy i salicylowy. Do tego dołożono nieco nawilżaczy w formie glikoli i niacynamidu, skwalan, masło shea czy ceramidy. Koncówka składu to konserwanty - w większości stosowane w żywności. Odrobina etanolu pod koniec składu raczej nie będzie stanowić problemu dla większości cer. Zawiera polyquaternium i trójglicerydy, chociaż mojej skórze chyba coś się pozmieniało i ich potencjalnego komedogennego działania tym razem nie odczułam. 

Ma żelową, średnio gęstą konsystencję i ledwie wyczuwalny, nieco mydlany zapach - chwilę po aplikacji jest już niewyczuwalny na skórze.


Nie stosowałam tej terapii punktowo - typowe, zapalne wypryski pojawiają się u mnie jedynie w okolicy menstruacji. Aplikowałam je na całą powierzchnię twarzy w celu walki z zaskórnikami. Ba, czasami z roztargnienia nakładałam je także w okolicach oczu - nie wywołało ono żadnych negatywnych skutków w tych delikatnych okolicach. Wchłania się dość szybko, a jedna kropelka wystarczy na pokrycie całej powierzchni twarzy. Tuż po aplikacji można wyczuć delikatny efekt chłodzenia, a po wchłonięciu skóra jest matowa i nawilżona - bez uczucia śliskości i lepkości. Bez problemu można nakładać na nie krem i makijaż - nie ogranicza jego trwałości. Powiedziałabym nawet, że ją przedłuża dzięki ograniczaniu przetłuszczania.

Poza zmatowieniem znakomicie ogranicza ilość zapalnych niespodzianek i przyspiesza gojenie już powstałych. Kwasów nie używam już ponad 2 miesiące, a zwiększenia ilości zaskórników nie zauważyłam ;). Nawet moje nosowe wredoty, z którymi pewnie nigdy nie wygram, są mniejsze i dzięki temu - mniej widoczne. Do tego esencja delikatnie nawilża skórę i ma naprawdę lekką formułę, co w cieplejszym okresie roku jest naprawdę zbawieniem. Sprawdza się też w zimie pod bardziej odżywczy krem.

Jak dla mnie - nie ma żadnych minusów :D. Chętnie kupowałabym większe opakowanie (np. 50ml) w butli z pompką. Często tego typu produkty mają bardzo ostre, wysuszające składy - esencja Selfie Project absolutnie przeczy temu stereotypowi ;).

Obecnie kusi mnie maska na noc z tej serii - macie z nią jakieś doświadczenia?

Isana Young Egg White, Pianka oczyszczająca z białkiem jaja - matujący strzał w 10!



Słyszeliście kiedykolwiek o domowej maseczce z białka jaja kurzego, która ma działać jednocześnie odżywczo, oczyszczająco i bez przesuszenia zwężać pory skóry? Myślę, że tak, bo jest to jeden ze sposobów jeszcze naszych babć na dbanie o urodę ;). Przymierzałam się do tego domowego patentu wielokrotnie, ale jakoś za każdym razem znajdowałam dla jajka lepsze zastosowanie xD. Z wielką ciekawością przyjęłam więc możliwość przetestowania dwóch kosmetyków Isana Egg White, które trafiły do mnie w jednej z paczek od drogerii Rossmann. Dzisiaj - coś o piance oczyszczającej z białkiem jaja.


Ładne i poręczne opakowanie z pompką to w zasadzie jedyne rozwiązanie przy formułach piankowych. Widywałam wprawdzie opcje tubki z pompką, ale to chyba nieco gorzej się sprawdza ;). Całość wygląda dość zabawnie i optymistycznie - typowo młodzieżowo, ale myślę, że na żadnej półce łazienkowej nie będzie razić ;). Całość jest trwała, a pompka (jak na razie) niezniszczalna. 

100ml pianki kosztuje 13 zł - wydajność ma sporą, więc uważam to za dobrą cenę ;). 

Skład:


Lubię produkty myjące do twarzy bazujące na łagodnych detergentach, i ta pianka nie do końca się w to wpasowuje :D. Zawiera na SCS na 4 miejscu w składzie, jednak wyprzedza go dużo łagodniejszy detergent oraz gliceryna (nawilżacz). Całość dopełniają pantenol (kolejny nawilżacz), witamina E i tytułowe białko jaja. Warto zauważyć, że skład jest naprawdę krótki. Pianka zawiera kompozycję zapachową i niekontrowersyjne konserwanty. 

Do testów zabrałam się ze sporą ciekawością i malutką dozą nieufności, ale niepotrzebnie ;). Pianka ma w zasadzie jeden minus, i to dość subiektywny: jej wyjątkowo słodki zapach nie do końca przypadł mi do gustu. Na szczęście ma niewielką intensywność i po myciu nie jest wyczuwalny na skórze. Dozownik daje dość gęstą i zbitą pianę - jedna pompka śmiało wystarczy do oczyszczenia twarzy, szyi i dekoltu.


Pianka oczyszcza skórę naprawdę dobrze, radzi sobie też z moim mało ambitnym makijażem (podkład + tusz). Nie wysusza w żaden sposób cery, a (chyba) dodatek białka jaja kurzego powoduje fajny efekt zmatowienia po użyciu, który utrzymuje się przez kilka godzin. Zapewne także z tym efektem związane jest obkurczenie rozszerzonych porów - tak bardzo przeze mnie oczekiwane :D. Nie zmniejsza jednak ilości zaskórników, ale też nie oczekiwałam po tej piance takich cudów - do tego potrzeba u mnie kuracji kwasowej ;). 

Co ważne - nie drażni okolic moich oczu, co znacznie ułatwia twarzową toaletę ;). Myślę, że świetnie sprawdzi się latem, gdy makijaż będę nakładać z doskoku, a dodatkowy efekt matujący i tak chętnie przytulę ;).

Znacznie jakieś inne kosmetyki "z jajem"? ;)

Kosmetyki DLA, Zestaw Niszcz Pryszcz - niedoskonałości nie mają szans ;)



Widzę już w niedalekiej perspektywie trzydzieste urodziny, ale trądzik nie jest mi obcy. Jestem posiadaczką cery tłustej, a ta, oprócz profitów (zwiększonej grubości, odporności na czynniki zewnętrzne, spowolnionego starzenia) gwarantuje mi problem z łatwym zanieczyszczaniem ujść porów skóry. Moim najtrudniejszym problemem są zaskórniki otwarte, do których obecności się przyzwyczaiłam, ale i tak ciągle próbuję je eksterminować ;). Zwykle zmniejszam ich ilość poprzez terapie kwasowe, jednak z uwagi na stosowane zabiegi (depilacja laserowa m. in. brody i wąsika) nie wszędzie mogę je stosować. W tym sezonie wspomagam się więc Kremem na dzień i Płynem do mycia twarzy (bez użycia wody) z serii Niszcz Pryszcz od Kosmetyków DLA.


Kremy Niszcz Pryszcz znam z początków mojej świadomej pielęgnacji (7 lat temu! :D), a teraz, w ramach współpracy, mam okazję odświeżyć sobie ich działanie na mojej nieco "dojrzalszej" cerze ;). Miałam już okazję sporządzić dla Was analizy składów kosmetyków marki DLA (KLIK!), a także zrecenzować balsam ziołowy do ust (KLIK!), serum pod oczy (KLIK!) i krem wybielający (KLIK!).

Oba kosmetyki zapakowane są w solidne, plastikowe butelki z nieco aptecznymi etykietami. Buteleczka airless do kremu oraz niewielki otwór w zakrętce płynu zapewnia higieniczne dozowanie. Nie mam uwag ;).

30g kremu lub 180g płynu kosztują około 25-30zł, w zależności od miejsca.

Skład płynu: Infusion of herbs, Silver, Glycerin, Mandelic Acid , Benzyl Alcohol, Benzoic Acid, Dehydroacetic Acid. 

Napary roślinne (bez skonkretyzowania składu) w połączeniu z koloidalnym srebrem, gliceryną i kwasem migdałowym sugerują dokładne oczyszczanie, jednak bez eliminowania naturalnej warstwy ochronnej skóry. Nie miałabym jednak nic przeciwko temu, by w składzie zostały dokładnie podane wykorzystane zioła - byłoby to bardziej transparentne, bo dla laika wygląda to jak jeden produkt w różnych butelkach ;). 

Moją uwagę szczególnie przykuł fakt, że są to płyny do oczyszczania cery stosowane "bez użycia wody" - byłam niezwykle ciekawa, czy tego typu produkt oczyści należycie moją cerę, przyzwyczajoną do dwuetapowego oczyszczania.

Skład kremu: Infusion of Achillea Millefolium, Deoctum Salix Alba Bark, Cetearyl Alcohol, Borago Officinalis Oil, Simmondsia Chinensis Oil, Glycerin, Helianthus Annus Seed Oil, Glyceryl Stearate, Cetyl Alcohol, Titanium Dioxide, Ceteareth-18, Butyrospermum Parkii Butter, Kaolin, Allantoin, Panthenol, Ascorbic Acid, Alumina, Simethicone, Parfum, Citronellol, Limonene, Hexyl Cinnamal, Geraniol, Linalool, Benzyl Alcohol, Benzoic Acid, Dehydroacetic Acid.

Baza w przypadku kremu na dzień jest bardzo podobna do kremu na noc Niszcz Pryszcz. Napary z krwawnika i wierzby, zestaw emolientów (w tym olei: słonecznikowego, jojoba oraz masła shea) zaprawione gliceryną, alantoiną i pantenolem wzbogacone tlenkiem tytanu (w celu matowienia i ochrony przeciwsłonecznej) i glinką kaolinową (matowienie). Zawiera filmformer, ale dopiero w okolicach kompozycji zapachowej (złożonej ze składników naturalnie występujących w olejkach eterycznych). 

Krem z dobrym składem i jeszcze w dodatku obiecujący chociażby niewielką ochronę przeciwsłoneczną to produkt, na który zawsze zwracam uwagę ;). 

Krem ma białe zabarwienie i średnio gęstą konsystencję, a płyn to nieco herbaciana ciecz ;). Oba kosmetyki mają ziołowo-miodowy zapach, niewyczuwalny na skórze po aplikacji i dla mnie - neutralny. 

Najwięcej obaw miałam co do płynu - nie do końca byłam przekonana, że wacik nasączony płynem dobrze poradzi sobie z usunięciem makijażu i innych zanieczyszczeń z powierzchni skóry. Moje uprzedzenia okazały się bezzasadne - jednym wacikiem jestem w stanie oczyścić całą twarz z BB kremu, korektora i tuszu do rzęs. Skóra po jego zastosowaniu jest naprawdę czysta, a jednocześnie zadowolona - nie ma bezwzględnej konieczności nałożenia czegoś odżywczego tuż po. Idealne rozwiązanie dla zabieganych lub... zaspanych ;). Moich oczu nie podrażnia w żaden sposób.

Krem aplikowałam natomiast zgodnie z przeznaczeniem tylko rano (wieczorem stosowałam inny specyfik, o którym również przeczytacie niedługo ;)), pod makijaż. Wchłania się szybciutko bez pozostawiania tłustej warstwy, dzięki czemu dobrze współpracuje z makijażem. Efekt po aplikacji jest wręcz nieco matowy, co widocznie przedłuża trwałość makijażu na mojej twarzy ;).

Najważniejszym efektem stosowania tego zestawu jest utrzymanie zadowalającego stanu dolnych okolic mojej twarzy pomimo braku stosowania kwasów. Od kilku lat w tym okresie (jesienno-zimowym) stosuję kwasy, by ogarnąć skórę po lecie bez nich. Tym razem nie było takiej potrzeby - nowe stany zapalne się nie pojawiają, a i nowych zaskórników brak ;). Te, które były już wcześniej siedzą cicho, ładnie obkurczone do nie rzucających się w oczy rozmiarów.

Seria Niszcz Pryszcz śmiało może wylądować na Waszych listach "do spróbowania" przy cerach zanieczyszczonych. Ja, po latach, nadal jestem zadowolona :D.

Czym oczyszczacie cerę i jakiego kremu na dzień obecnie używacie?

Tess, żel do higieny intymnej Tymianek - mało znany hit!



Czy wiecie, że właśnie mija mi 7 lat blogowania? ;) O jubileuszu napiszę więcej niedługo, a dzisiaj skupmy się na kosmetykach - konkretnie na jednym. Nieszczególnie zwracam uwagę na dedykację danego produktu do określonego celu. Omawiałam już produkty mało znanej marki Tess (KLIK!, a szkoda!), w międzyczasie zaznajomiłam się z nimi wszystkimi, a teraz mam dla Was wątek mocno tymiankowy: omówienie działania Żelu do higieny intymnej Tess Tymianek. Od razu zaznaczę, że poza zapachem, pozostałe żele tej marki mają analogiczne działanie i właściwości ;).


Solidna flacha z bezawaryjną pompką to świetne połączenie w przypadku dość rzadkiego żelu. Proste, estetyczne etykiety kojarzące się naturalnie i aptecznie - na plus.

270ml tego żelu kosztuje od 20 do 30zł, dostępność to głównie Allegro i inne sklepy wysyłkowe (a szkoda!).

Skład:


W przypadku żeli Tess mamy do czynienia ze stałą bazą, składającą się z dwóch detergentów amfoterycznych (pochodnych betainy), glikolu propylenowego (humektant - nawilżacz), estrowych pochodnych oliwy z oliwek, hydroksypropylocelulozy (zagęszczacz) oraz regulatorów pH i konserwantu. W wersji tymiankowej znajdziemy... ekstrakt z tymianku ;).

Krótko, zwięźle, fajnie ;). Jeden konserwant (EDTA) i regulator kwasowości (kwas cytrynowy) - nawet te składniki zostały przemyślane i dopracowane. 

Ma dość rzadką konsystencję i ledwo co się pieni, ale przepięknie pachnie - niczym  świeżo roztarty w palcach tymianek. 


Żel ten, wraz z produktami z Biedronki (KLIK!) i Rossmanna (KLIK!) o tym samym przeznaczeniu, uzupełnił listę moich wielofunkcyjnych hitów ;). Poza stosowaniem zgodnie z przeznaczeniem myłam nim ciało i twarz. Należycie oczyszcza skórę, jednocześnie nie wysuszając jej na wiór. Po myciu balsam nie był mi koniecznie potrzebny, a to bardzo, bardzo rzadkie :D. Moja tłusta twarz również była zachwycona - dobry poziom domycia przy jednoczesnym zmniejszeniu widoczności moich zaskórników to jest to ;). 

Jestem już przyzwyczajona do mało pieniących się myjadeł, więc nie nadużywam ich ilości. Podejrzewam jednak, że większość użytkowników może mieć pewien problem z jego wydajnością. 

Trzymam kciuki, aby marki firmy Idea25, w tym Tess, zostały poznane przez szerszą rzeszę klientów. Naprawdę warto!

Miss Sporty So Clear Anti-Spot Foundation (Podkład dla cery trądzikowej) - mój makijażowy hit :D



Mój makijaż absolutnie nie jest profesjonalny ;). Składa się na niego w zasadzie tylko podkład, korektory (płynny pod oczy i w sztyfcie na wszystko inne), oraz tusz do rzęs. Czasami tylko uruchamiam szminkę, cień do powiek i róż. Po wycofaniu mojego ulubionego BB kremu z Rival de Loop długo byłam w kosmetycznej depresji potęgowanej wizją nie znalezienia nigdy godnego następcy. Przy okazji jednej z promocji w Rossmannie przeglądałam jednak na stronie internetowej tej drogerii składy podkładów i różnego rodzaju CC i BB kremów (nie wszystkie mają tam podane składy, a szkoda...) i... znalazłam nowe cudo: to podkład Miss Sporty So Clear w odcieniu 001 Light. Pierwsze info o nim podrzuciłam Wam TUTAJ.


Tubka z maleńkim otworem - dobrze dozuje, nawet przy nieopatrznym, mocniejszym ściśnięciu nie pozbędziemy się od razu całej zawartości opakowania ;). Ma to jednak swój minus z drugiej strony - by zużyć tubkę do końca trzeba ją rozciąć. Nie pogardziłabym, gdyby została ona wymieniona na buteleczkę z pompką ;). 

30ml tego podkładu kosztuje 14zł w Rossmannie (bez promocji) - niedrogo!

Skład:

Aqua/Water/Eau, Dicaprylyl Ether, Butylene Glycol, Talc, Cetearyl Alcohol, Isostearic Acid, Aluminium Starch Octenylsuccinate, Magnesium Aluminium Silicate, Polysorbate 60, Cetyl Alcohol, Dimethicone, Stearic Acid, Phenoxyethanol, Triethanolamine, Farnesol, Xanthan Gum, Kaolin, Acrylates/C12-22 Alkyl Methacrylate Copolymer, Caprylyl Glycol, Galactoarabinan, Disodium EDTA, Pentylene Glycol, Sorbic Acid, Tocopheryl Acetate, Saccharomyces/Zinc Ferment, Saccharomyces/Calcium Ferment, Saccharomyces/Copper Ferment, Saccharomyces/Iron Ferment, Saccharomyces/Magnesium Ferment, Saccharomyces/Manganese Ferment, Saccharomyces/Potassium Ferment, Propylene Glycol, Chlorphenesin, [May contein / Peut contenir/+/-: Titanium Dioxide (CI 77891), Iron Oxides (CI 77491, CI 77492, CI 77499)]. 

Baza humektantowo - sorpcyjna (np. talk, krzemiany) odpowiada za efekt matowienia. Po zapachu znajdziemy ekstrakty z drożdży. Zawiera filmformery, ale w okolicach pierwszego konserwantu i szczerze ufałam, że moja cera ich nie wyczuje w tak małej ilości i nie zareaguje radosnym wysypem niedoskonałości ;). Nie przeliczyłam się :D.

Odpowiednio jasny dla mojej cery kolor bez nadmiaru żółtych tonów idealnie stapia się ze skórą. Zapach jest ledwie wyczuwalny, nieco pudrowy i dla mnie całkowicie neutralny.


Mój podkład musi spełniać dwa warunki równocześnie: nie powinien szkodzić mojej łatwej do zapchania cerze oraz... powinien dobrze wyglądać, bez radosnego przybierania pomarańczowych tonów w najmniej odpowiednich momentach (chociaż na to nie ma żadnych odpowiednich xD). Nie oczekuję mega krycia, bardziej wyrównania kolorytu i ukrycia ewentualnych niespodzianek (na spółkę z korektorem). I taki właśnie efekt dostałam <3. 

Żadnego utleniania się na skórze do ciemniejszych kolorów, spływania, wysypu niedoskonałości i zapchania nie zanotowałam, za to mogę powiedzieć, że matuje na długo. A jeszcze pobłogosławiony mąką ziemniaczaną (KLIK!) lub transparentnym pudrem z tej samej linii panuje nad błyszczeniem mojej bardzo tłustej cery przez cały dzień. Nawet na nosie :D. 

Nie ściera się i nie znika w magiczny sposób ze skóry w ciągu dnia, a jednocześnie usunięcie go w trakcie demakijażu to żaden problem. Osobiście - jestem zachwycona :D. Nie zaprzestaję jednak poszukiwań podobnych podkładów, by w razie jego wycofania (odpukać w niemalowane!) mieć jakąś opcję zmiany. Zużywam właśnie trzecie opakowanie i na pewno będą kolejne ;).

A jaki jest Wasz ulubiony podkład lub BB krem? ;)

Kosmetyki DLA - analizy składów ;)



Z wiekiem robię się trochę sentymentalna ;). Coraz częściej lubię sobie wspominać początki mojej świadomej pielęgnacji (to już 7 lat!) i kosmetyki, które wtedy pomogły mi wyprowadzić skórę na prostą. Jednymi z pierwszych produktów do twarzy, jakie zakupiłam po dłuższych przemyśleniach, była seria Niszcz Pryszcz od DLA. Teraz, po latach, dzięki współpracy z tą marką, będę mogła przedstawić Wam inne kosmetyki z jej portfolio. Aż miło popatrzeć, jak przez te lata się rozwinęła ;).

Nie obejdzie się również bez analiz składów kosmetyków DLA - bo cóż lepiej niż skład może nam pomóc w wyborze? ;).

Kosmetyki DLA Mydło nagietkowe


Skład: Sodium Cocoate, Infusion of Calendula Officinalis Flower, Sodium Sunflowerate, Sodium Shea Butterate, Sodium Hippophaete Rhamnoides, Sodium Cammelinate, Sodium Castorate.

Mieszanka mydeł sodowych stworzona z olei roślinnych (kokosowego, słonecznikowego, masła shea, rokitnikowego, kameliowego - rydzowego, a inaczej z lnianki, oraz rycynowego) ze szczodrym dodatkiem naparu z nagietka. Podobną bazę mydlaną zawiera również mydło lipowe (uwielbiam napar z lipy! <3).

Krótko, konkretnie, naturalnie i bez zbędnych dodatków, a do tego piękna puszeczka ;). Myślę, że może mnie przekonać do powrotu do mydeł w pielęgnacji ;).




Skład: Infusion of Semen Psyllii, Butyrospermum Parkii Butter, Glycerin, Cetearyl Alcohol, Panthenol, Ceteareth-18, Borago Officinalis Seed Oil, Linum Usitatissimum (Linseed) Seed Oil, Cetyl Alcohol, Tocopheryl Acetate, Allantoin, Benzyl Alcohol, Benzoic Acid, Dehydroacetic Acid, Glyceryl Stearate, Parfum, Citronellol, Hexyl Cinnamal.

Napar z babki plesznik w połączeniu z masłem shea, gliceryną, pantenolem, alkoholami tłuszczowymi i olejami (z ogórecznika i lnu) zaprawiony witaminą E i alantoiną to bogata i odżywcza propozycja. Ten krem zapowiada się solidnie, a jednocześnie myślę, że nie jest typowym tłuściochem trudnym do nałożenia w ciągu dnia. Końcówka składu to kompozycja zapachowa i konserwanty.

Kosmetyki DLA Ziołowy balsam do ust


Skład: Butyrospermum Parkii Butter, Chamomilla Recutita Flower/Tilia Cordata Flower/Verbascum Thapsiforme Flower/ Helianthus Annus Seed Oil, Cera alba, Cocos Nucifera Oil, Tocopheryl acetate, Lanolin, Lisea Cubeba Oil, Limonene, Citral.

Emolientowy, a nawet olejowy produkt! Masło shea, oleje: słonecznikowy i kokosowy, wosk pszczeli oraz maceraty olejowe z: rumianku, lipy i dziewanny zaprawione witaminą E i dwoma zapachami. Wygląda naprawdę przyjemnie i liczę, że świetnie sprawdzi się na moich wymagających ustach, które mają tendencję do pierzchnięcia, pękania i... opryszczek. Nadzieje mam spore, bo i skład piękny ;).





Oba produkty mają ten sam skład: Infusion of herbs, Silver, Glycerin, Mandelic Acid , Benzyl Alcohol, Benzoic Acid, Dehydroacetic Acid.

Napary roślinne (bez skonkretyzowania składu - podejrzewam, że właśnie w nich leży różnica w działaniu i składzie tych kosmetyków) w połączeniu z koloidalnym srebrem, gliceryną i kwasem migdałowym sugerują dokładne oczyszczanie, jednak bez eliminowania naturalnej warstwy ochronnej skóry. Nie miałabym jednak nic przeciwko temu, by w składzie zostały dokładnie podane wykorzystane zioła - byłoby to bardziej transparentne, bo dla laika wygląda to jak jeden produkt w różnych butelkach ;).

Moją uwagę szczególnie przykuł fakt, że są to płyny do oczyszczania cery stosowane "bez użycia wody". Jestem bardzo ciekawa, czy jeden z nich poradzi sobie z oczyszczaniem mojej cery ;).



Skład: Infusion of Achillea Millefolium, Deoctum Salix Alba Bark, Cetearyl Alcohol, Borago Officinalis Oil, Simmondsia Chinensis Oil, Glycerin, Helianthus Annus Seed Oil, Glyceryl Stearate, Cetyl Alcohol, Ceteareth-18, Butyrospermum Parkii Butter, Allantoin, Panthenol, Lactic Acid, Parfum, Citronellol, Limonene, Hexyl Cinnamal, Geraniol, Linalool, Benzyl Alcohol, Benzoic Acid, Dehydroacetic Acid.

Napary z krwawnika i wierzby, zestaw emolientów (w tym olei: słonecznikowego, jojoba oraz masła shea) zaprawione gliceryną, alantoiną i pantenolem. Przez zapachem znajdziemy także kwas mlekowy, a po nim - konserwanty.

Kremów Niszcz Pryszcz używałam w początkach mojego świadomego ogarniania cery i chętnie przypominam sobie ich działanie po latach - a przy okazji sprawdzam, czy preferencje mojej skóry się zmieniły ;). Bardzo podoba mi się brak w składzie trójglicerydów, na które moja skóra reaguje różnie, a które są bardzo częste we wszelkiego rodzaju kremach.




Skład kremu: Infusion of herbs, Cannabis Sativa (Hemp) Seed Oil, Glycerin, Papaver Somniferum (Poppy) Seed Oil, Cetearyl Alcohol, Linolenic Acid/Oleic Acid/Linoleic Acid/Palmitic Acid/Stearic Acid/BHT, Tocopheryl Acetate, Ceteareth-18, Cetyl Alcohol, Glyceryl Stearate, Allantoin, Panthenol, Retinyl Palmitate, Benzyl Alcohol, Benzoic Acid, Dehydroacetic Acid, Mandelic Acid.

Skład aktywatora: Salt.

Ten krem to w zasadzie zestaw wybielający składający się z aktywatora (roztworu soli - podejrzewam, że chlorku sodu w bardzo niskim stężeniu) uaktywniającego dobroczynne składniki samego kremu. Napary z roślin o właściwościach wybielających (nie skonkretyzowanych, a szkoda!) wzbogacone olejami z konopi siewnej i maku oraz zestawem alkoholi i kwasów tłuszczowych (emolientów) wzbogaconych witaminami A i E, alantoiną, pantenolem oraz zamykającym skład kwasem mlekowym. Nie zawiera kompozycji zapachowej, natomiast za jego trwałość odpowiadają nie budzące moich wątpliwości konserwanty.

Będzie to dla mnie pierwszy kosmetyk dedykowany wybielaniu przebarwień (mam ich kilka, szczególne na policzkach) i z dużym zaciekawieniem oczekuję efektów ;).

Kosmetyki DLA Serum pod oczy


Skład: Calendula Officinalis Flower/Oryza Sativa/Trigonella Foenum Graecum Seed/Camelia Sativa Oil, Tocopheryl Acetate, Retinyl Palmitate, Linolenic Acid, Oleic Acid, Linoleic Acid, Palmitic Acid, Stearic Acid.

Oleje: ryżowy oraz z lnicznika, a także maceraty z nagietka i kozieradki wraz z witaminami A, E oraz kwasami tłuszczowymi mogą śmiało uchodzić za przykład prostego w składzie, a jednocześnie treściwego serum olejowego. Na uwagę zasługuje też fakt, że nie zawiera konserwantów - za jego trwałość odpowiada dodatek witaminy E. Używam go regularnie i niedługo wystawię mu opinię ;).



Skład: Infusion of Juglans Regia Leaves and Symphytum Officinale Root and Potentilla Erecta and Trigonella Foenum Graecum, Camelina Sativa Oil, Cetearyl Alcohol, Tocopheryl Acetate, Panthenol, Hippophae Rhamnoides Oil, Glycerin, Ceteareth-18, Linolenic Acid/Oleic Acid/Linoleic Acid/Palmitic Acid/Stearic Acid/BHT, Glyceryl Stearate, Cetyl Alcohol, Allantoin, Benzyl Alcohol, Benzoic Acid, Dehydroacetic Acid, Retinyl Palmitate.

Po raz kolejny mamy do czynienia z typowym dla marki DLA zestawem odwarów roślinnych - tym razem z orzecha włoskiego, żywokostu, pięciornika gęsiego i kozieradki oraz olei: z lnianki siewnej i rokitnika. Całość została wzbogacona, gliceryną, kwasami tłuszczowymi, emolientami syntetycznymi oraz witaminami A i E. Pod koniec składu znajdziemy konserwanty.

Wybrane do odwaru zioła mają za zadanie wzmacniać naczynia krwionośne i łagodzić rumień, a zastosowane emolienty - chronić przed czynnikami zewnętrznymi dodatkowo podrażniającymi wrażliwą skórę twarzy. Naprawdę może działać :D.

Kosmetyki DLA Kuracja nawilżająca


Skład: Infusion of Sorbus Aucuparia, Helianthus Annuus Seed Oil, Glycerin, Cetearyl Alcohol, Glyceryl Stearate, Ceteareth-18, Simmondsia Chinensis Oil, Cetyl Alcohol, Nigella Sativa Oil, Butyrospermum Parkii Butter, Linolenic Acid/Oleic Acid/Linoleic Acid/Palmitic Acid/Stearic Acid/BHT, Royal Jelly Powder, Tocopheryl Acetate, Allantoin, Panthenol, Retinyl Palmitate, Lactic Acid, Parfum, Sodium Borate, Benzyl Alcohol, Benzoic Acid, Dehydroacetic Acid. 

Bazą tej kuracji jest odwar z owoców jarzębiny uzupełniający fazę emolientową, bogatą w oleje (jojoba, czarnuszka, masło shea), kwasy tłuszczowe, mleczko pszczele, witaminy A i E oraz glicerynę, alantoinę i pantenol. Całość zamykają konserwanty.

Produkt dość emolientowy - za efekt nawilżający będą tutaj odpowiadały dodatki humektantów. Niemniej efekt może być niezły - skład jest bogaty, a jednocześnie, dzięki odwarowi, odpowiednio wyważony w kontekście tłustości ;).

Balsam do ust, krem i płyn Niszcz Pryszcz, serum pod oczy oraz krem wybielający testuję od jakiegoś czasu - niedługo, poza teoretycznymi rozważaniami o składzie, poczytacie też o moich wrażeniach "praktycznych" ;).

Znacie markę DLA? ;)

Cien, upiększający krem BB 6w1 prosto z Lidla - skład z potencjałem!



Od dawna poszukuję następcy mojego absolutnie ulubionego kremu BB Rival de Loop (KLIK!). Pomimo tego, że nie wymagam jakiegoś kozackiego krycia ciężko mi takowy znaleźć. Moja cera nie lubi zapychających, przeładowanych silikonami składów, a niestety znaczna część kosmetyków szumnie nazywanych BB kremami to tak naprawdę ciężkie mazidła ;). Fajnie sprawdzają się u mnie podkłady od Miss Sporty, które mają zadziwiająco miłe dla mego oka i skóry składy (KLIK!), jednak nie przerywam poszukiwań innych alternatyw.

A te trafiają się w różnych, także nieoczekiwanych momentach - na przykład podczas wizyty w Lidlu i polowania na płatki owsiane ;). Po obejrzeniu składu upiększający krem BB 6w1 marki Cien trafił do koszyka.


9,99zł to absolutnie niewygórowana cena za taki ładny skład:


Znajdziemy z nim filtry przeciwsłoneczne (i to głównie fizyczne), nawilżacze, emolienty (m. in.masło shea i alkohole oraz kwasy tłuszczowe). Filmformerów  jest w nim niewiele i znajdziemy je w dalszej części składu, a za efekt matujący ma odpowiadać krzemionka i mąka z tapioki. Zestaw barwników jest niezbędny dla uzyskania efektu koloryzującego, a całość domyka zestaw zapachów i konserwantów. Delikatnie przypomina mojego wycofanego ulubieńca z przeszłości i mam nadzieję, że mojej cery nie zapcha w żaden sposób ;). 

Dopiero po zakupie obejrzałam jego opinie w sieci i... nie są one zachwycające :P. Sama jednak nie oczekuję wielkiego krycia, wystarczy mi lekkie wyrównanie kolorytu, brak wysypu zmian trądzikowych, smug i ciemnienia/pomarańczowienia na twarzy. Zamierzam dobrać się do niego jutro - trzymajcie kciuki za powodzenie, bo dużo sobie po nim obiecuję :D.

Zwracacie uwagę na składy Waszych kosmetyków kolorowych? Jakie podkłady i kremy BB możecie mi polecić? ;).

Floslek, Balance T-zone - świetna seria z genialnym peelingiem!



Latka lecą, trzydziestka coraz bliżej, a moja cera nadal tłusta - i chyba tak już pozostanie ;). Ma też sporą tendencję do zanieczyszczania, którą trzymam w ryzach odpowiednimi kuracjami kwasowymi. Staram się jednak odstawiać je w czasie letnim, bo mimo wysokiej ochrony przeciwsłonecznej obawiam się konsekwencji w postaci przebarwień - a z nimi trudniej jest wygrać niż z zaskórnikami. W tym okresie zwykle pojawia się u mnie więcej niespodzianek, bo skóra nie jest już tak efektywnie złuszczana jak przy typowych preparatach kwasowych. W tym roku jednak, w ramach współpracy z firmą Floslek, wprowadziłam do swojej kosmetyczki 4 kosmetyki z serii Balance T-zone: Glinkę myjącą Instant detox 2 in 1,  Peeling Gommage z kwasami AHA, Krem normalizujący i Krem korygujący. Jak wypadł ich test? Który kosmetyk mogłabym kontenerami zamawiać i dlaczego? Przeczytajcie!  

balance tzone floslek

Cała linia jest zapakowana w przyjemne dla oka miętowe opakowania, estetyczne i trwałe. Całość kojarzy mi się mocno aptecznie (dzięki czytelnej, oszczędnej i estetycznej formie) i budzi zaufanie. Tubki kremów zaopatrzone są w dłuższą, wąską końcówkę, która zapewnia higieniczne dozowanie. Otwory są odpowiednio dopasowane, a profilowanie opakowań pozwala na zużycie mazidła prawie do ostatniej kropli - co jest dość zadziwiające w przypadku tub ;).

Kremy (50ml), glinka i peeling (125ml) kosztują od 22 do 30zł, w zależności od miejsca i promocji. Miejsca, gdzie możecie znaleźć kosmetyki Floslek możecie sprawdzić na stronie producenta. 

Seria nie ma jednolitego zapachu, ale aromaty produktów są ledwie wyczuwalne (mydlano-perfumeryjno-pudrowe). 

Glinka myjąca Instant detox 2 w 1

glinka myjąca balance t-zone floslek

Skład: Aqua, Cetyl Alcohol, Octyldodecanol, Dimethicone, Glyceryl Stearate, Illite, PEG-100 Stearate, Glycerin, Rosa Canina Fruit Oil, Titanium Dioxide, Panthenol, Limnanthes Alba Seed Oil, Hydroxyethyl Acrylate/Sodium Acryloyldimethyl Taurate Copolymer, Squalane, Polysorbate 60, Colloidal Gold, Leuconostoc/Radish Root Ferment Filtrate, Butylene Glycol, Laminaria Hyperborea Extract, Hydrolyzed Caesalpinia Spinosa Gum, Caesalpinia Spinosa Gum, Sorbitan Isostearate, Citric Acid, Sorbic Acid, DMDM Hydantoin, Iodopropynyl Butylcarbamate, Potassium Sorbate, Methylparaben, Propylparaben.

Produkt mocno emolientowy, zawierający wysoko glinkę, humektanty (nawilżacze: glicerynę i pantenol), olejki i ekstrakty roślinne: z dzikiej róży, łąkowej piany, rzodkwi, listownicy (brązowa alga) oraz złoto koloidalne o właściwościach antybakteryjnych. Zawiera również stabilizatory pH i konserwanty, w tym parabeny - co w ogóle mi nie przeszkadza. Obecności filmformerów moja skóra nie odczuła.

Patrząc na bogaty skład, w którym nie sposób doszukać się typowych detergentów miałam wątpliwości co do możliwości myjących tego produktu. Po ujrzeniu cielistego, gęstego kremu tylko się one powiększyły :D.

glinka myjąca floslek konsystencja

Produkt nie pieni się w ogóle, co takim składzie nie dziwi. Pomimo tego myje idealnie! Skóra jest czysta, a jednocześnie w żaden sposób nie przesuszona. Zmywa się łatwo (co nie jest takie oczywiste w przypadku glinek) nawet zastosowana na 15 minut jako typowa maseczka. W tej formie bardzo mocno redukuje przetłuszczanie się cery na kilka dni. Stosuję wszystkie kosmetyki z tej serii, więc pełne działanie podsumuję zbiorczo po omówieniu wszystkich produktów ;).

Peeling gommage z kwasami AHA

peeling gommage floslek balance t-zone

Skład: Aqua, Glycerin, Acrylates/C10-30 Alkyl Acrylate Crosspolymer, Pentylene Glycol, Behentrimonium Chloride, Propylene Glycol, Mandelic Acid, Biosaccharide Gum-1, Hamamelis Virginiana Leaf Extract, Tartaric Acid, Malic Acid, Citric Acid, Salicylic Acid, Ascorbic Acid, Hibiscus Sabdariffa Flower Extract, Rosa Canina Fruit Extract, Viola Tricolor Extract, Malpighia Glabra Fruit Extract, Dipropylene Glycol, Phenoxyethanol, Ethylhexylglycerin

Sporo nawilżaczy (gliceryna, glikole) zagęszczone kopolimerem i fukożelem oraz wzbogacone ekstraktami z oczaru, ketmii, dzikiej róży, fiołka i aceroli. W połowie składu znajdziemy także szereg kwasów AHA: migdałowy, winowy, jabłkowy, salicylowy i askorbinowy (witamina C). Pod koniec składu znajdziemy dwa konserwanty. 

Piękny, żelowy skład z dodatkiem kwasów. Producent chwali się 1% zawartością kwasu migdałowego, więc nadmienię dla zainteresowanych: przy takich ilościach nie jest wymagana zwiększona ochrona przeciwsłoneczna, jeśli ktoś normalnie takiej nie stosuje ;). Bezbarwny żel jest średnio gęsty, ale już kropelka wystarczy do osiągnięcia świetnego efektu.


Czytając opis producenta, który mówił, że należy masować skórę peelingiem do pojawienia się śladów martwego naskórka uśmiechnęłam się mimowolnie i pomyślałam: chyba musiałabym masować z godzinę ;). Jakież było moje zdziwienie (zszokowanie?;)), gdy dosłownie po przejechaniu palcami po skórze zobaczyłam to:


Ten peeling gommage faktycznie działa jak gumka do mazania na martwy naskórek! Masaż trwa maksymalnie kilkanaście sekund, a cera jest wręcz książkowo oczyszczona. Skąd wynika takie działanie tego kosmetyku? Z zastosowania niskiego pH (1,74-2,4), które świetnie radzi sobie z rozluźnianiem warstw martwego naskórka. Nigdy wcześniej nie miałam preparatu działającego w ten sposób i jestem wręcz zachwycona! 

Początkowo, przez tydzień, stosowałam go rano i wieczorem, a obecnie przerzuciłam się na aplikację dwa razy w tygodniu. Ten produkt, oczywiście przy wsparciu pozostałych, wytrzebił mi wszystkie zaskórniki na twarzy - poza tymi najgłębszymi na nosie (które i tak są prawie niewidoczne).

Krem normalizujący SPF 10

krem normalizujący floslek balance t-zone

Skład: Aqua, Ethylhexyl Methoxycinnamate, Propylene Glycol, Isopropyl Palmitate, Butylene Glycol Dicaprylate/Dicaprate, Glycerin, Cetearyl Olivate, Sorbitan Olivate, Aluminum Starch Octenylsuccinate, C12-15 Alkyl Benzoate, Isododecane, Bis-Ethylhexyloxyphenol Methoxyphenyl Triazine, Polymethyl Methacrylate, Cetearyl Alcohol, Cetyl Palmitate, Sorbitan Palmitate, Sorbitan Oleate, Adipic Acid/Neopentyl Glycol Crosspolymer, Dimethicone, VP/VA Copolymer, Hydroxypropyl Methylcellulose, Amodimethicone, Niacinamide, Faex Extract, Aesculus Hippocastanum Seed Extract, Ammonium Glycyrrhizate, Zinc Gluconate, Caffeine, Biotin, Nasturtium Officinale Extract, Arctium Majus Root Extract, Salvia Officinalis Leaf Extract, Citrus Limon Peel Extract, Hedera Helix Extract, Saponaria Officinalis Leaf/Root Extract, Fucus Vesiculosus Extract, Saccharide Isomerate, Carbomer, Panthenol, Triethanolamine, Decylene Glycol, Allantoin, o-Cymen-5-ol, Phenoxyethanol, PEG-8, Tocopherol, Ascorbyl Palmitate, Ascorbic Acid, Citric Acid, Disodium EDTA.

Filtry przeciwsłoneczne oraz mieszanka emolientów i nawilżaczy to solidna baza dla kremu. Zawiera nieco filmformerów, jednak moja cera nie odczuła ich obecności. Dobroci również ma sporo: niacynamid (witamina B3), ekstrakty z drożdży, kasztanowca, rukwi, łopianu, szałwi, cytronu, bluszczu, mydlnicy i morszczynu. Do walki z trądzikiem zostały także w nim zaprzęgnięte związki cynku, kofeina i biotyna. Całość uzupełniają witaminy A i C oraz konserwanty.

Krem ma dość gęstą konsystencję, co w połączeniu z bogatym składem kazało mi domniemywać, że będzie konkretnym tłuściochem. A tu zonk: po aplikacji daje świetny, pudrowo-matowy efekt na twarzy, a skóra w dotyku jest miękka i nawilżona. Dobrze współpracuje z moimi podkładami (Miss Sporty) - przedłuża nawet ich trwałość dzięki temu, że znacząco zmniejsza wydzielanie sebum i matuje skórę. Wielki plus daję mu za ochronę przeciwsłoneczną - niską bo niską, ale to powinien być standard w każdym kremie na dzień ;). 

Floslek krem konsystencja

Krem korygujący z kwasami AHA i PHA

krem korygujący Floslek

Skład: Aqua, Ethylhexyl Stearate, Caprylic/Capric Triglyceride, Pentylene Glycol, Cetearyl Alcohol, Glyceryl Stearate SE, Mandelic Acid, Ceteareth-20, Octyldodecanol, Cyclomethicone, Polyacrylate Crosspolymer-6, Lactobionic Acid, Dimethicone, Phenoxyethanol, Sodium Hydroxide, Decylene Glycol, Ethylhexylglycerin, Disodium EDTA.

Bogata, emolientowa baza z dodatkami w postaci kwasów migdałowego i laktobionowego - tak najkrócej można określić ten krem. Zawiera filmformery oraz trójglicerydy, jednak dodatek kwasu migdałowego sprawił, że nie odczułam ich obecności. Końcówkę składu stanowią regulatory pH i konserwanty. 

Krótki i konkretny skład, który przyznaję - przez filmformery nieco budził moje niepokoje, ale okazały się one nieuzasadnione ;). Ewentualnie - może preferencje mojej skóry stają się z wiekiem mniej restrykcyjne ;).

Wersja korygująca ma podobną konsystencję do normalizującej, ale na skórze daje większe uczucie tłustości (nie jest to jednak ślisko-oślizgła warstwa - po prostu wchłania się nieco dłużej). Stosowałam go zgodnie z przeznaczeniem na noc, a rano witała mnie miękka, odżywiona skóra bez śladów przetłuszczenia ;).

Co osiągnęłam po miesięcznym stosowaniu całej serii (i to stosowanie jeszcze potrwa... ;))? Moja skóra nie odczuła totalnie odstawienia toników i peelingów typowo chemicznych - ilość zmian zaskórnikowych nie wzrosła jak zwykle w tym okresie, a dzięki tej serii (przy lwim udziale peelingu gommage) w zasadzie zapominam, co to zaskórnik. Pewnie tylko na nosie z nimi nie wygram ;). Poza działaniem oczyszczającym cera ma piękny, ujednolicony koloryt, makijaż lepiej się na niej trzyma (i lepiej wygląda), a dodatkowo jest idealnie odżywiona dzięki kremom z tej serii. Mogliby do tej serii jeszcze dorobić jakieś mega serum :D.

Mimo dedykacji linii do cer zanieczyszczonych kosmetyki te nie mają agresywnego działania: nie wysuszają, nie podrażniają ani nie wywołują mocnego, widocznego obłażenia ze skóry. Myślę, że także cery nieco wrażliwe i delikatne mogłyby być zadowolone z ich działania.

Ciężko jest mnie zaskoczyć (szczególnie pozytywnie), ale seria Balance T-zone od Floslek to naprawdę zestaw świetnych kosmetyków. A peeling gommage będę chyba kontenerami sprowadzać - stosuje go nawet mój M.!

A jak Wam podoba się ta seria?