"Cytrusowy" zawrót głowy ;)



Cytrusy są moimi ulubionymi owocami, z dużym naciskiem na grejpfruty - mogę je jeść ciągle. Jeśli chodzi o kosmetyki, to mając do wyboru wariant o takim właśnie zapachu - prawie na pewno wybiorę właśnie ten ;). Dlatego też do testów od firmy Ekoa.pl wybrałam Balsam do ciała Cytrusowe Orzeźwienie.




Opakowanie: Solidny, plastikowy słoiczek z srebrną nakrętką. Posiada folię ochronną (usunięta przeze mnie). Etykieta ładna, nieprzesadzona, odporna na czynniki zewnętrzne.

Pojemność / cena: 200ml / 29,99zł.

Skład: Aqua, Caprylic/Capric Trigliceryde, Glyceryl Stearate, Glycerin, Isohexadecane, Sucrose Stearate, Cetearyl Alcohol, Ceteareth-15, Parfum, Ceteareth-25, D-panthenol, Sodium Polyacrylate,Propylene Glycol, Morinda Citrifolia Fruit Extract, Gluconolactone, Sodium Benzoate, DMDM-Hydantoin, Limonene, Citral, Linalool
 
Znajdziemy w nim wodę, trójglicerydy, zestaw emolientów i glicerynę przed zapachem. Po nim natrafimy na humektanty takie jak pantenol, glukonolakton i glikol propylenowy oraz ekstrakt z owoców morwy indyjskiej (Noni). Zawiera konserwanty i substancje zapachowe.

Konserwowany DMDM-Hydantoitą i benzoesanem sodu - uwaga wrażliwcy.

Pytanie - gdzie te cytrusy? ;)

Konsystencja:


Dość gęsta. Dla mnie idealnie pośrednia między statystycznym masłem do ciała a balsamem.

Zapach: Nie posiadałam do tej pory w swoich zbiorach tak rasowo pachnącego cytrusami kosmetyku. Zapach ten utrzymuje się przez około 2 godziny na skórze. Jestem w nim absolutnie zakochana!

Działanie: Balsam ten zdeklasował produkty do ciała, które używałam do codziennego "balsamowania" (jak pewnie większość z Was wie-skóra mojego ciała jest bardzo sucha, dlatego kremowanie minimum dwa razy dziennie po myciu jest koniecznością), gdyż posiada niesamowicie ważną przy porannej pielęgnacji zaletę: wchłania się w trymiga (czyli w moim przypadku wystarczy mu tyle czasu, ile trwa moje mycie zębów :P). Ubrania nie są pobrudzone ani się do mnie nie kleją, nie zostawia tłusto-oślizgłej warstwy, a mimo to czuję, że skóra jest odpowiednio zabezpieczona przed wysychaniem i na (obecną chwilę) przed zimnem.

Nie jest to jednak kosmetyk "ratunkowy" - jeśli już uda mi się dorobić łuszczącej i popękanej skóry na dłoniach ("kocham" zimę z tego powodu :/), łokciach czy kolanach to potrzebuję tłustszego kalibru, by sobie poradzić z sytuacją. Zresztą, patrząc na skład spodziewałam się właśnie zabezpieczenia, natłuszczenia i lekkiego nawilżenia, a nie "prania, sprzątania, gotowania i parzenia herbaty" ;).

Podsumowując - tak uwiódł mnie zapachem, wchłanialnością i codziennym działaniem na skórze, że zapewne powróci jeszcze w me zbiory. I także ze względu na zapach... kuszą mnie inne balsamy/masła tej firmy, a no... urodziny się zbliżają, tym faktem zakupy można zbyt łatwo wytłumaczyć :P.

Jaka jest Wasz ulubiony zapach "kosmetykowy"? A może preferujecie mazidła bezzapachowe?

Jeśli macie ochotę na wypróbowanie kosmetyków Ekoa.pl, to na ich fanpage na Facebooku trwa konkurs, gdzie można zgarnąć zestaw wszystkich ich kosmetyków, a także mniejsze zestawy produktów i kody rabatowe.

Od odżywki do "rypacza"...



Włosomaniaczką jestem już ponad dwa i pół roku. W tym czasie doświadczyłam czegoś ciekawego - przekonałam się na własnej skórze, jak wyglądają wszystkie rodzaje porowatości.

Startowałam z włosów pamiętających jeszcze farbowanie szamponami koloryzującymi Palette (absolutnie nie polecam, tak nawiasem :P), które reprezentowały sobą książkową wysoką porowatość, a puch był dla mnie wtedy objawem codziennym. Obecnie posiadam włosy niskoporowate, zapomniałam o puchu, za to... pojawia się problem z domyciem włosów.

Na przestrzeni tych lat zmieniały się środki używane przeze mnie do mycia włosów.

Moje włosomaniactwo rozpoczęło się od... mycia włosów odżywką (zestawienie odżywek myjących). Moja statystyczna pielęgnacja z tamtego okresu wyglądała następująco: olej/krem/miks na kilka godzin lub na noc, mycie odżywką, produkt d/s po myciu pod folię i ręcznik na minimum 30 minut, płukanie, odżywka b/s, stylizacja. Oczyszczanie mocniejszym szamponem wykonywałam raz na 1-1,5 miesiąca i przez kilka miesięcy taki oto stan utrzymywał się na dość stabilnym poziomie. W międzyczasie pozbyłam się resztek farbowańców...

... i zaczęły się pierwsze problemy z obciążeniem włosów. Mimo tego, że zredukowałam ilość oleju i produktu d/s - poprawa była niewielka. Wtedy przerzuciłam się na delikatne myjadła około-szamponowe (Babydream, Alterra Perfumfrei ze starym składem, Facelle Sensitive, Biokap Anticaduta), a mocny myjak nadal był przeze mnie wykorzystywany około raz w miesiącu. Reszta zestawu pielęgnacyjnego pozostawała bez zmian.

Minęło kolejnych kilka miesięcy, a częstotliwość używania przeze mnie mocnego szamponu (rypacza) zwiększyła się do 1 x tydzień, czyli co trzecie mycie. Z czasem jednak zauważyłam, że każde mycie czymś delikatnym kończy się słynnym 3xP (przyklap, przetłuszcz, przychlast), więc... rypacz stał się moim głównym i praktycznie jedynym towarzyszem mycia włosów.

Obecnie, mimo rezygnacji z trzymania produktów do spłukiwania po myciu dłużej niż 10 minut i całkowitego odstawienia folii oraz ręcznika w tym czasie przydarzają mi się obciążeniowe kryzysy. Wtedy w ruch idzie soda (1/4 łyżeczki na porcję szamponu) i zwykle na chwilę jest spokój. Tylko co to będzie, jak porowatość nadal będzie pikować w dół... Przecież Domestosem nie będę się myć xD

Coraz częściej też mój zestaw pielęgnacyjny sprowadza się do szamponu, produktu d/s i stylizacji, bo moje włosy bardzo łatwo przekarmić...

Tym wpisem chciałam podkreślić, że każda porowatość ma swoje plusy i minusy, a porowatość niska wcale nie jest tak idealna, jak niektórzy ją malują ;).

A jak jest u Was? Przeżyłyście kiedyś zmianę porowatości? Czym się objawiała?

Słodko, słodko, bardzo... słodko ;)



Mój manicure zwykle jest dość zdecydowany i bardziej "na ostro" niż na słodko ;). Czasami jednak nawet ja potrzebuję odmiany...

Golden Rose Rich Color nr 46 to piękny, kremowy, jasny róż. W buteleczce widać delikatne srebrne drobinki, które całkowicie "giną" na paznokciu. Kryje po 2 warstwach (chociaż delikatnie widać końcówki, gdy ktoś się mocno przyjrzy), schnie całkiem szybko i trzyma się dobrze - 3 dni bez uszkodzeń, potem - starte końcówki. Buteleczki lakierów GR są zawsze dopracowane, ale mam oczywiście jeden zarzut - szeroki pędzelek. Nie lubię takowych i nic na to nie poradzę, ale czasem dla wymarzonego odcienia warto się przemęczyć :P.

Za 10,5ml tego lakieru zapłacimy 5-7zł w zależności od miejsca zakupu. Swój egzemplarz dostałam z wymianki :D

Nie byłabym sobą, gdybym tego delikatnego manicure niczym nie podrasowała - padło na Life nr 47 - czyli glitter pełen różnej wielkości drobinek złotego brokatu.

Za 5,5ml tego topu zapłacimy 3,5-5zł w SuperPharm, w zależności od promocji ;)






Top położony został położony dwuwarstwowo ;). W zasadzie nie spodziewałam się tak fajnego połączenia :D.





I jak się Wam podobają moje paznokcie na "słodko" ? ;)

P.S. Czeka mnie cudowny weekend, spędzony z bratanicami :D. Gdybyście w Krakowie spotkały trzy dziewczyny rozgadane powyżej przeciętnej - to pewnie my :P.

Jak używam nafty do włosów?



Wczorajszy wpis aż się prosi o uzupełnienie o włosowe sposoby na naftę kosmetyczną, które sama stosuję. Jak już wczoraj wspominałam - środek ten wylądował na skórze głowy oraz długości.


Jak stosowałam naftę na skórę głowy?

Ot, zwilżałam płynem palce, które następnie wsuwałam między włosy u nasady i wcierałam (aplikacja zajmowała mi około minuty-półtorej). Pozostawiałam na 15 minut (prawie z zegarkiem w ręku). Jak już wspominałam wczoraj, skóra mojej głowy ma za sobą jedynie krótki romans z naftą - w okolicach piętnastej minuty trzymania mój skalp zaczynał reagować niepokojącym swędzeniem, przez co po kilku próbach zrezygnowałam z jej aplikacji w ten rejon.

Obecnie, nakładając preparat na długość, bardzo uważam, by nie pomaziać nim skóry głowy. Co jak co, ale o zagęszczenie moich włosów walczyłam zbyt długo, by teraz ryzykować ich migrację w nadmiernej ilości ;).

Niemniej jednak wiele włosomaniaczek dzięki niej zauważyło zmniejszone wypadanie czy przyspieszony porost. Jeśli chodzi Wam po głowie pomysł wypróbowania nafty na skórze głowy - pamiętajcie o próbie uczuleniowej (nafty mają zwykle dodatki, które mogą uczulić) oraz o tym, by nie szaleć z czasem trzymania - 10-15 minut na początek wystarczy, a w późniejszym okresie i tak ten czas nie powinien być dłuższy niż 30 minut. 

No i najważniejsze - gdy jakaś reakcja skalpu nas zaniepokoi w czasie seansu z tym kosmetykiem - natychmiast zmywajmy!

Jak stosowałam naftę na długość włosów?

Produkt ten stosowałam tylko i wyłącznie przed myciem - moje niskoporowate włosy dość łatwo obciążyć, więc jego dodatek do produktu do spłukiwania nie byłby najlepszym pomysłem :P

Zawsze też używałam nafty ma wilgotne/mokre włosy? Dlaczego? Tutaj nie nastąpi żadne naukowe wytłumaczenie: posiadam po prostu pewne włosomaniacze natręctwo - nie cierpię niczego nakładać na suche włosy :P. Powoduje to u mnie jakiś wewnętrzny dyskomfort :P. Uważam, że pielęgnacja powinna być przyjemnością, więc nie katuję siebie mazianiem suchych włosów ;).

Wersją podstawową było u mnie wcieranie nafty w zwilżone wodą włosy. Potem beta-version były tuningowane: psikaczem przed wcieraniem (gliceryna, żel aloesowy/ekstrakt z aloesu, keratyna, jedwab, kolagen, elastyna, odrobina oleju, kwas hialuronowy, mocznik, mleczan sodu... - w różnych konfiguracjach), mieszaniem nafty z maską do włosów/kremem, a także nakładaniem tego kosmetyku na włosy wcześniej potraktowane kremem/maską i/lub olejem (nadal na 15 minut przed myciem).

Przyznaję, że wersję podstawową lub z samym psikaczem zmywa się najtrudniej, aczkolwiek jeśli tylko nie przesadziłam z częstotliwością za każdym razem włosy były domyte (mocnym szamponem x 2). Efekty? Za każdym razem był podobnie przyjemny (wczorajszy post), bejbiki były okiełznane, jednak chyba najlepsze wrażenie robi na mnie nafta nałożona na "olejowanie na krem bądź odżywkę".

Też macie tak, że dany kosmetyk próbujecie we wszystkich możliwych konfiguracjach? ;)


Nafta kosmetyczna - panaceum na splątane, nieokiełznane włosy?



Trochę zajęło mi "dorastanie" do spróbowania pewnych domowych sposobów na włosy. Wspomniana w tytule nafta przez dwa lata włosomaniactwa nie znalazła u mnie uznania - bałam się problemów ze zmyciem, a w konsekwencji obciążenia i włosów nadających się tylko do ponownego umycia. Przyszedł jednak czas, gdy i mnie skusiły jej testy, dlatego nafta kosmetyczna z ekstraktem z rumianku i bisabololem znalazła się w mojej paczce do testów od firmy Kosmed.


Nie ukrywam, że wybór padł na tą wersję dlatego, że nadal (już chyba od ponad roku :P) pracuję nad nieinwazyjnym rozjaśnianiem koloru (bez spiny, mój naturalny kolor też mi się podoba ;)).

Czym jest w zasadzie nafta? To mieszanina ciekłych węglowodorów mających od 12 do 15 atomów węgla w cząsteczce, powstała w procesie destylacji ropy naftowej (jak parafina, z tym, że ona jest mieszaniną węglowodorów posiadających ponad 20 atomów węgla w cząsteczce). Jest przerabiana m. in. na benzynę czy paliwo rakietowe - taka ciekawostka ;).

W kosmetykach pełni funkcję natłuszczającą, okluzyjną, powłokotwórczą i zabezpieczającą. Jest łatwiej zmywalna od parafiny.

Egzemplarz, który ja posiadam, kosztuje w zależności od miejsca 5-8 zł (150 ml). Buteleczka wykonana jest z przeźroczystego, średnio miękkiego plastiku. Niewielki otwór pozwala na w miarę rozsądne dozowanie, jednak z racji konsystencji (nafta jest jak... tłusta woda) i tak wystarczy chwila nieuwagi, by chlapnąć za dużo. Pachnie... jak dziecięca oliwka, tylko dużo słabiej. 

Skład: Petroleum, Chamomilla Recutita Extract Oil, Bisabolol, Parfum

Krótko, zwięźle i na temat: nafta, olejowy ekstrakt z rumianku, bisabolol i zapach. 

Kilka razy (5) wtarłam ją w skórę głowy na 15 minut przed myciem, jednak nie zauważyłam jej działania w kwestii wypadania czy też przyspieszonego porostu. Za to w momencie, gdy czas trzymania zbliżał się do nadmienionych 15 minut zaczynałam odczuwać swędzenie, co dość szybko powstrzymało mnie przed testami w tym rejonie (nie chcę się pozbyć w ilości nadmiarowej tak pieczołowicie zagęszczanych włosów ;)).

Na długości trzymałam natomiast przez 10-30 minut przed myciem, w zależności od dnia. I tutaj efekt jest po prostu cudowny - blask, gładkość w dotyku i pięknie podkreślone, podrasowane loki o mocnym skręcie, dodatkowo pogodo- i kapturoodporne :D. Gdy już wyczułam, że naftę moje włosy pokochały chciałam im ją fundować co mycie - i tutaj oczywiście przesadziłam :P. Nafta nakładana u mnie przez 2 mycia z rzędu powoduje 3xP: przyklap, przetłuszcz i przychlast. Na szczęście zoptymalizowałam sobie częstotliwość jej używania i używam jej raz na trzy mycia - efekty nadal są tak zadowalające, jak za pierwszym razem. Obecnie używam tylko mocnych, oczyszczających szamponów, więc takim też zmywałam naftę (i do jej zmycia dla większości włosów właśnie mocne myjadło będzie potrzebne).

Mimo półtorej miesiąca stosowania ani o jotę nie zmieniła mi koloru włosów, troszkę szkoda :P.

Podzieliłam się nią też z moją przyjaciółką, która narzekała, że jej włosy kołtunią się niesamowicie (dziewczyna jest włosomaniaczką, ale jej włosy ewidentnie nie lubią się z czapkami i szalikami) - prawie mnie wycałowała, gdy się okazało, że supełki odeszły w niepamięć, a ona bez problemu rozczesuje włosy szczotką ;). Teraz każdej swojej znajomej z tym problemem radzi użycie nafty ;).

Próbowałyście kiedyś nafty na włosy? Jakie są Wasze odczucia?


Chcę w Nowym Roku...



Nie będzie to lista postanowień, bo takowych nie mam na 2014 rok (bo w zasadzie wszystko, co chcę zrobić nie wymaga ode mnie szczególnej motywacji ;)) ale... zachciewajek - tego, co chciałabym wypróbować/sprawić/nauczyć się w tym roku.

Cassia
 www.sanavita.com.pl

Chodzi za mną już od ponad roku. Chciałabym się przekonać, czy da jakiś efekt na moich niskoporach ;). W zasadzie kusi mnie też francuska cassia z rumiankiem - podobno słabsza, ale że mam włosy blond - może da odpowiedni efekt ;).

Rozkloszowana spódnica


bonastyle.pl
Matowa, bez zakładek, szyta "z koła"... na razie nie dorwałam takiej stacjonarnie, a bez przymierzania się nie obejdzie ;)
Kolejne kolczyki w uszach
 Tutaj będzie bez zdjęcia, bo internetowe grafiki nie odzwierciedlają tego, co chcę ;). Plan docelowy zakłada łącznie 10 kolczyków, ale nie zrobię ich na raz ;).
Paleta Sleek - chyba Au Naturel lub Storm, ale musiałabym dłużej nad tym pomyśleć ;)

kosmetykomania.pl

Eyelinery w pisaku (czarny, brązowy, chabrowy)

O, może Wy doradzicie mi konkretne typy? Bo w czym jak w czym, ale w makijażu jestem laikiem jakich mało.

Rozkloszowana sukienka

 sukienkowo.com

Najlepiej czerwona albo chabrowa <3 

"Szpatułka" do peelingu kawitacyjnego i sonoforezy

 importmania.pl

Typowa zachcianka kosmetyczki, chętnie wykonywałabym sobie tego typu zabiegi regularnie :D

Wiosenno-jesienny płaszcz z kapturem w kolorze chabrowym

Poluję na takowy od 2 lat. Końca polowania nie widać... :/ W Internetach nawet przykładu spełniającego moje kryteria (kaptur) nie znalazłam :P

Bransoletki...
 
... do których do tej pory miałam raczej negatywny stosunek, a teraz coraz więcej eksponatów mi się podoba. Gust jednak ewoluuje z czasem, chociaż jedno pozostało niezmienne - wolę srebro ;).

Szczególnie z grawerowanymi zawieszkami :D

Kurs wizażu

By w końcu nauczyć samą siebie malować xD 

Kurs prawa jazdy...

... do którego zbieram się, zbieram, i zebrać nie mogę :P

Miliard różnych lakierów do paznokci...

... których wymienianie tutaj zajęłoby mi ruski rok. Więc sobie daruję, bo moja chciejlista jest bardzo, bardzo ruchoma w tej kwestii :P.  

Miliard różnych kosmetyków do włosów, twarzy i ciała...

... których jak i lakierów nie warto wymieniać, bo lista jest bardzo lotna ;). Mój znajomy ostatnio stwierdził, że dla mnie najbezpieczniejszym prezentem jest bon upominkowy do Rossa/Hebe/Natury lub do jakiegoś ciucholandu. Coś w tym jest :P.

Nowy szablon bloga...

... ale do tego musiałabym się konkretnie rozwinąć, bo jest to dla mnie najczarniejsza z czarnych magii. Albo znaleźć pomoc ;), a dodatkowo wiedzieć, czego konkretnie chcę ;).


Przy okazji pokażę Wam też, co dostałam od Orlicy - piękne, lakierowe, pierścionkowe cudeńko!  



 Dziękuję Orlico, będzie mi przypominał o tym, że komuś włosowo udało mi się pomóc :*

A jak wygląda Wasza chciejlista? Może coś pokrywa się z moją? ;)

 

Wszystko pod ałunową kontrolą ;)



Każdy z nas zapewne szuka antyperspirantu idealnego - wielu spędza długie godziny poza domem i chce mieć pewność, że nie zastanie w pewnym momencie niemiłej niespodzianki pod pachami...

Swego czasu posiadałam ałun w formie kryształu - całkiem przyjemnie działał przez jakieś 1,5 miesiąca. Później jego działanie w czasie zanikało, i to bardzo, bardzo szybko (może winny jest tryb używania: moczenie i pozostawienie do wyschnięcia?). W paczce od marsylskie.pl znalazłam ałun w spray'u firmy Najel - tej formy jeszcze nie miałam i z dużym zaciekawieniem przystąpiłam do prób...


Opakowanie: Buteleczka z przeźroczystego plastiku z bezawaryjnym atomizerem zaopatrzona w biało-niebieskie napisy. Całość - jak najbardziej estetyczna ;). Atomizer mógłby za jednym "psiknięciem" dozować mniejszą ilość produktu.

Pojemność / cena: 125ml / 25 zł.

Skład:  Aqua, Pottasium Alum, Methylchloroisothiazolinone, Methylisothiazolinone.

Skład prosty - woda, ałun glinowo-potasowy, stabilizatory i konserwanty (tu uwaga dla wrażliwców).

Zapach: Brak - wielki plus, bo nie "gryzie" się z moimi perfumami i wodami toaletowymi.

Konsystencja: Bezbarwny płyn (jak woda).

Działanie: Ałunu używam codziennie na pachy i stopy, a czasem na dłonie oraz nogi - jego ważność od otwarcia to 6 miesięcy i wydaje mi się, że właśnie na tyle mi wystarczy, bo jak na razie zużyłam niecałą 1/3 buteleczki ^^. Średnio na każdy z obszarów wystarczy jeden psik (a w zasadzie to nawet za dużo, jak już wspominałam).

Jego używanie eliminuje w pełni nieprzyjemny zapach, nawet po mocnych treningach ("sześciopak" in progress :D) i w stanie sporego napięcia nerwowego. Zmniejsza pocenie, jednak... nie eliminuje go całkowicie (nie jest tak skuteczny jak blokery pocenia w moim przypadku) - radzi sobie natomiast bardzo dobrze z moim "poceniem stresowym" - gdy się zdenerwuję porządnie, to w ciągu minuty wyglądałam jak zagoniony szczur (:/), teraz nie jest już tak źle :D. 

Jemu zawdzięczam magiczne pozbycie się problemu z podrażnieniami po goleniu pod pachami i na nogach - z tego powodu nie opuści mnie ten środek chyba nigdy <3. 

Podsumowując - nie jest to środek idealny dla osób z nasilonym problemem nadmiernego pocenia, jednak w przypadkach umiarkowanych - jak najbardziej na tak! Ze swej strony polecam wypróbowanie każdemu, kto ma problemy z podrażnieniami podepilacyjnymi - może i dla Was będzie wybawieniem ;). 

Próbowaliście już ałunu w swojej pielęgnacji? Jak się sprawdził? A może dopiero Was kusi lub w ogóle nie interesuje?




Podrasowane bordo na "nowych" paznokciach ;)



Jak rzekłam tak i zrobiłam - obcięłam swoje paznokcie o ładnych kilka milimetrów (dla porównania KLIK!). Tuż po zabiegu czułam się, jakbym zerwała sobie całe płytki - było za krótko dla mnie :P. Na szczęście moje paznokcie rosną szybko, więc kolejny manicure będzie już na paznokciach, które mi w miarę odpowiadają (no ok., tak +1mm to już będzie idealnie :P).

Po obcięciu na paznokciach wylądował Rimmel Pro Salon nr 391 Celebrity Bash (15 zł / 12 ml) - piękne, ciemne, kremowe bordo. Kryje pięknie po dwóch warstwach, schnie szybciutko i jest wytrzymały, ale każda róża ma kolce - mimo pięknej buteleczki posiada szeroki pędzelek, którego entuzjastą nie jestem. Na szczęście opanowałam jego obsługę i obyło się bez megazalanych skórek ;). 

Z racji, że efekt był fajny, ale całkowicie "nieszalony" - paznokcie na palcach serdecznych i środkowych pobłogosławiłam Lemaxem Galaxy Topper nr 1 (jak miło, że wprowadzili numerki :D), czyli bezbarwną bazą z czerwonymi i niebiesko-fioletowymi prawie identycznymi drobinkami (4-6 zł w zależności od miejsca). Brokatu na pędzelek nabiera się sporo, tak więc na moich paznokciach jest tylko jedna warstwa - miłym zaskoczeniem jest fakt, że drobinki nie odrywają się samoistnie w czasie noszenia manicure. 

Wiadomo, te 4 paznokcie zmywało mi się trudniej, ale maksymalnej tragedii nie było ;))







Jak się Wam podoba ten efekt? ;)

Jak pić drożdże ? + kilka mitów na ich temat




Drożdże to grzyby - jednak nie takie, z jakimi zwykle mamy do czynienia na przykład w czasie grzybobrania. Te grzyby są organizmami jednokomórkowymi, które mają zdolność do rozkładu cukrów prostych, dzięki czemu nasze wypieki rosną, a piwa i wina powstają w procesie fermentacji przeprowadzanym przez nie.

Ot, zwykła kostka drożdży, z którą każdy z nas miał styczność chociażby w sklepie albo w czasie pieczenia ciast - to drożdże piekarskie. Można też wyróżnić inne ich rodzaje (np. winne, piwne, kefirowe), co nie zmienia tego, że piekarskie są najłatwiej dostępne (w zasadzie w każdym spożywczaku). Możemy także spotkać drożdże instant, które powstały z drożdży piekarskich w procesie suszenia (tutaj należy pamiętać o przeliczniku, który w zależności od firmy produkującej wynosi: 7g drożdży instant = 25g drożdży świeżych).

Drożdże są bogatym źródłem witamin z grupy B (skąd ich popularność jako składnika suplementów diety), dzięki czemu mają wpływ na odporność organizmu, przyswajalność żelaza, przemianę materii, system nerwowy, krążenie, wygląd skóry, włosów i paznokci oraz ich kondycję.

Oprócz witamin z grupy B zawierają szereg składników mineralnych (np. selen, chrom, cynk, kobalt, fosfor, mangan, molibden, magnez, żelazo, potas, sód, jod, miedź), dzięki którym m. in. regulują gospodarkę hormonalną, obniżają poziom cukru we krwi (przez co zmniejszają apetyt na słodycze), mają działanie przeciwnowotworowe (wymiatają wolne rodniki) oraz wspomagają regenerację i oczyszczenie organizmu. Oprócz tego stanowią bogate źródło aminokwasów (np. alanina, arginina, tyrozyna, tryptofan, cystyna) - czyli składników budulcowych oraz regulujących metabolizm.

Od suplementacji drożdżowej od strony kosmetycznej zwykle oczekujemy: zahamowania wypadania włosów, ich przyspieszonego porostu, poprawy stanu paznokci, zmniejszenia objawów trądziku, oczyszczenia, dotlenienia i poprawienia wyglądu cery, normalizacji wydzielania sebum...

Jak pić drożdże? 

Przerobiłam wiele apteczno-zielarskich suplementów drożdżowych i jedyny, jaki dał jakieś widoczne efekty to w moim przypadku Humavit N spożywany w maksymalnej zalecanej na opakowaniu dawce - efekty te jednak nie mogą się mierzyć z tym, co osiągam przy regularnej suplementacji napojem drożdżowym. 



Podstawowy przepis wygląda następująco: 1/6-1/2 kostki (u mnie jest to ćwiartka kostki obecnie) drożdży rozdrabniamy do kubeczka i zalewamy połową lub całym kubkiem wrzątku bądź gorącego mleka mleka, w zależności od preferencji. Całość mieszamy do rozpuszczenia i czekamy, aż ostygnie do poziomu nam odpowiadającego (ja piję napój letni bądź zimny) i... pijemy ;).

Dlaczego zalewamy wrzątkiem albo gorącym mlekiem? 

Drożdże to jednokomórkowe grzyby, które wprowadzone do organizmu w stanie żywym stanowią konkurencję dla naszej naturalnej flory bakteryjnej, co skutkować może dolegliwościami ze strony układu pokarmowego. Temperatura bliska 90-100 stopni Celsjusza je zabija, dzięki czemu możemy korzystać z dobroci w nich zawartych.

Jest to wersja podstawowa, dla wielu... nie do wypicia. Dlatego też można podrasować napój, by stał się dla nas "wypijalny".

O czym pamiętać przy tuningowaniu napoju drożdżowego i jego piciu?

  • Napoju drożdżowego nie powinniśmy słodzić niczym, jeśli nie chcemy na własne życzenie obniżyć jego dobroczynnych właściwości (a skoro już pijemy coś niekoniecznie dobrego w smaku, to wiadomo, że chcemy z kuracji wycisnąć jak najwięcej, prawda? ;)). Odpadają więc (jeśli nie chcemy obniżyć ilości dobroci w naszym napoju): cukier, miód, owoce, soki owocowe (nawet te domowe/świeżo wyciskane), słodkie kakao rozpuszczalne, herbata rozpuszczalna, preparaty "kawopodobne" instant (słodzone)... Spora gama cukrów prostych (np. glukoza i fruktoza) wiąże w postać nieprzyswajalną dla ludzkiego organizmu składniki mineralne (takie, jak wymienione wcześniej, np. selen, chrom, cynk, kobalt, molibden, mangan) oraz destabilizują niektóre z witamin zawartych w napoju (nie wszystkie). Dlaczego więc nie musimy rezygnować z mleka zawierającego laktozę? Laktoza rozkładana jest dopiero w jelicie cienkim na cukry proste (galaktozę i glukozę), dzięki czemu składniki przez nas pożądane są bezpieczne (ponieważ są przyswajane wcześniej, przed rozpadem laktozy). Oczywiście, napój drożdżowy wzbogacony czymkolwiek nadal będzie miał dobroczynne właściwości, ale zadany cukrami prostymi będzie mniej odżywczy niż taki bez. Osobiście, gdy już piję coś "paskudnego" to chcę z tego wyciągnąć jak najwięcej korzyści ;).
  • Warto też myśleć o tym, co spożywamy na około godzinę przed i po wypiciu napoju - też nie powinny być to pokarmy zawierające sacharozę czy cukry proste.
  • Smak możemy poprawić np. kawą rozpuszczalną, prawdziwym kakao (pokroju DecoMorreno), kostką rosołową, herbatą zaparzaną... czyli produktem bez cukrów prostych czy sacharozy.
Czy drożdże tuczą?

Ten pogląd prawdopodobnie wziął się z powiedzenia "Rosnąć jak na drożdżach". A jak jest naprawdę? Stugramowa (100g, czyli standardowa kostka drożdży piekarskich) według "najwyższych" danych, jakie znalazłam, ma 132 kcal (pozostałe źródła mówią o 100-110 kcal). W moim przypadku (piję 1/4 kostki z samą wodą) daje to 33 kcal dziennie, co jest wartością niską. Oczywiście, dodatki podnoszą kaloryczność napoju, jednak jeśli nie są one "cukrowe" to zmiany będą niewielkie.

Sugestia soku z karalucha - drożdże piekarskie mogą tuczyć w przypadku drożdżycy układu pokarmowego. Należy jednak pamiętać, że drożdżycę wywołują grzyby z rodzaju Candida, a w drożdżach mamy rodzaj Saccharomyces, więc sam napój drożdżowy nie jest w stanie wywołać kandydozy.

Boję się wysypu po drożdżach...

Wystąpienie wysypu przy kuracji drożdżowej jest sprawą indywidualną - może się pojawić, a nie musi. Moje pierwsze dwa podejścia do tego specyfiku kończyły się jego porzuceniem po kilku tygodniach ze względu na stan mojej cery. Za trzecim razem spięłam się, przeczekałam (sytuacja była lepsza, niż przez pierwsze dwa razy) i obecnie przy powrotach do picia drożdży nie rejestruję żadnych tego typu objawów ubocznych.

Kuracja drożdżowa daje efekt oczyszczania, więc... może spowodować "wyjście" zanieczyszczeń tkwiących w skórze (które i tak w jakiś sposób kiedyś wyjdą, nie wiadomo tylko, z jakim natężeniem). Jednak jeśli ich nie ma to wysyp nie ma okazji, by nas nawiedzić.

W jakim systemie pić drożdże?

Na pewno nie w ciągłym - w suplementacji potrzebne są przerwy. Najbardziej rekomendowanym jest system 3:1 (trzy tygodnie/miesiące picia drożdży - jeden tydzień/miesiąc przerwy), jednak może być on modyfikowany względem naszych potrzeb. Kuracji nie powinno się jednak stosować ciągle dłużej niż 3 miesiące, że względu na adaptacyjne zdolności naszego organizmu.

Drożdże w dawce 1/6-1/2 kostki nie są w stanie spowodować przedawkowania jakiegokolwiek składnika (nawet przy braku niedoborów) w nim zawartego, gdyż znakomita większość witamin w nich zawartych rozpuszczalna jest w wodzie - ich nadmiar wydalany jest z organizmu wraz z moczem.

Czy drożdże są dla każdego? 

Nie. Są osoby, które za Chiny Ludowe nie dadzą rady wypić tego napoju, ponieważ wywołuje u nich nieopanowany odruch wymiotny (sama miałam tak przez kilka pierwszych dni stosowania, obecnie w zasadzie nie czuję ich smaku) lub sensacje ze strony układu pokarmowego - nie ma suplementacji idealnej i uniwersalnej, sprawdzającej się u każdego.

Czy drożdże zawsze dają efekt?

Nie, nie zawsze, gdyż na każdego działa co innego. Bywają osoby, które nie zauważają żadnych widocznych zmian w czasie/po kuracji drożdżowej - trzeba jedynie pamiętać o tym, że na pierwsze efekty czeka się około 2-6 tygodni, więc tyle warto poczekać przed oceną działania.

Efekty kuracji drożdżowej u mnie

Zawdzięczam im w dużej mierze zagęszczenie i przyrost włosów, opanowanie trądziku (po wysypach) i poprawienie ogólnego wyglądu i stanu skóry oraz diametralną poprawę stanu paznokci. Najważniejsza jednak jest dla mnie poprawa odporności (cóż, chorowitym człowiekiem jestem od dziecka) - nie łapię już ciągle nowych infekcji, nie chodzę wiecznie przeziębiona w kresie jesienno-zimowym, a i mojej chore zatoki rzadziej mi dokuczają. 

Czy same drożdże pomogą?

Niekoniecznie, jeśli trądzik/wypadanie włosów/zły stan skóry czy paznokci wynika nie tylko z niedoborów witamin, ale też innych, czasami niezdiagnozowanych problemów zdrowotnych - w takim przypadku warto pomyśleć o badaniach i wizycie u lekarza. Drożdże są tylko suplementem i nie mogą być substytutem zróżnicowanej diety - one same w przypadku złych nawyków żywieniowych nie dadzą sobie rady ze wszystkimi ewentualnymi niedoborami.

Piliście kiedykolwiek drożdże? Jakie są Wasze odczucia/refleksje/efekty? ;)

loading...

U mnie "na dzielni"... ;)



Mieszkam głównie w Krakowie, ale jak pewnie większość z Was wie - pochodzę z okolic papieskich Wadowic. Bardzo lubię wracać w swoje rodzinne strony i jestem z nimi mocno związana, dlatego też z dużym entuzjazmem czekałam na sobotnie spotkanie blogerek w "moim mieście" ;). Z większością dziewczyn znałam się wcześniej (z Basią już nawet od czasów gimnazjalnych), a resztę... poznałam w ciągu kilku chwil ;).

Spotkanie miało miejsce w Galicjance - kawiarni znajdującej się na wadowickim rynku (swoją drogą w końcu miałam okazję odwiedzić to miejsce, bo ciągle tylko o nim słyszałam, a nie miałam do niej po drodze ;)). Wnętrze jest bardzo w moim guście, a bliskość kuszących słodyczy dodatkowo poprawiła mi humor :D.

W spotkaniu brały udział:


no i oczywiście ja, we własnej zakręconej osobie ;). 

Miałam okazję wymienić spostrzeżenia na tematy kosmetyczne i nie tylko z osobami z podobnymi pasjami jak moja, nie mówiąc już o tym, że dziewczyny pokusiły mnie tyloma kosmetykami, że moja chciejlista uległa znacznemu wydłużeniu - za to Was nie lubię, ale za wszystko inne kocham :D. 



Zdjęcie grupowe raz ;)


Wśród paczek z moim "złym okiem" :P


Wszystko najlepiej tłumaczy się "ręcznie" :P


Zasłuchane ;)


Znając siebie, to pewnie wtedy właśnie czymś się wysmarowałam, i pewnie była to kremówka :P

Były też prezenty, wypiłam pyszną cynamonowo-miodową kawę (pierwszą w tym roku, więc połowę limitu na 2014 rok już wykorzystałam :P) i w cudownym nastroju wróciłam do domu, by uczyć się do egzaminu :P.



Zdjęcia wykonał Krzysztof Cabak (Cabak Design):
Więcej jego prac fotograficznych znajdziecie: Facebook, Flickr, Onephoto


Dziękuję Wam wszystkim za mile spędzone popołudnie ;).

Uczestniczycie w tego typu spotkaniach? ;)


Na milion! :D



W czwartek dzięki Wam stuknął mi milion wyświetleń, więc... trzeba to uczcić, a jakże - podobno każda okazja do świętowania jest dobra, prawda? :P

Zestawy będą dwa:

Zestaw I


  • Lovely naklejki na paznokcie;
  • Rimmel Scandaleyes Lycra Flex Mascara
  • My Secret Glam Specialist Eyeliner nr 2
  • Sensique Trendy Color kredka nr 123
  • My Secret lakier nr 148
  • My Secret lakier nr 167
  • Sensique lakier nr 319
Zestaw II


  • Rimmel Scandaleyes Lycra Flex Mascara
  • My Secret Glam Specialist Eyeliner nr 2
  • Sensique Trendy Color kredka nr 121
  • My Secret lakier nr 167
  • Colour Alike lakier nr 487
  • My Secret Dress Up Your Lips szminka nr 3
  • Sensique korektor 2w1
 
Rozdanie potrwa do 5 lutego 2014 roku do godziny 23:59.

Obowiązkowym jest tylko obserwowanie bloga przez Bloggera(1 los) lub FB(1 los).

Dodatkowe losy można zgarnąć za:
  • Opublikowanie posta z linkiem do rozdania na FB: 2 losy.
  • Dodanie bloga do blogrolla: 2 losy.
  • Notka z linkiem do rozdania: 2 losy.
  • Dodanie banera z linkiem do rozdania na głównej stronie bloga: 3 losy.
Łącznie można więc zgarnąć 11 losów ;)
Szablon zgłoszenia (zgłoszenia przyjmowane są pod tym postem):
Obserwuję jako:
Obserwuję na FB jako (imię i pierwsza litera nazwiska):
e-mail:
Link do posta na FB: tak/nie (link)
Blogroll: tak/nie (link)
Notka: tak/nie (link)
Baner: tak/nie(link)
 

Powodzenia!

Blue love w kropki ;)



Lakiery kropkowe i brokatowe Life z SuperPharm (produkowane przez Ados) zawładnęły moim serduchem już jakiś czas temu. Nie wiem jak to się stało, że ten egzemplarz uchował się tak długo bez testu na paznokciach ^^.

Life nr 23 to chabrowa baza z zatopionymi różnokształtnymi, biało-czarnymi drobinkami. Podejrzewam, że do pełnego krycia potrzeba około 4-5 warstw (to na minus), dlatego w swoim manicure wykorzystałam lakier bazowy w zbliżonym kolorze (Golden Rose Rich Color nr 49) i nałożyłam na niego dwie warstwy kropkacza.

Malutka buteleczka (5,5ml / 3,50-5zł) cieszy oko fajnym wyglądem, a wąski pędzelek jak najbardziej trafia w me gusta (nie lubię tych szerokich). Schnie w miarę (chociaż nie szybko, ale przy pobłogosławieniu całości warstwą wysuszacza problem znika - w przypadku tych lakierów warto pamiętać o jakimś topie w ogóle, bo drobinki mogą się "zadzierać" i odpadać), a całość jest trwała - 4 dni nie zauważyłam uszkodzeń.

Do zmywania trzeba się trochę przyłożyć, ale jeśli namoczy się paznokcie wacikami ze zmywaczem to czas jego usuwania nie jest dużo dłuższy od czasu zmywania kremów.








I jak się Wam podoba? Ja jestem zakochana wręcz <3

I powzięłam decyzję o skróceniu paznokci (znaczy próbuję zrobić to od jakiegoś czasu piłując, ale rosną za szybko) - cęgi pójdą w ruch, trzymajcie kciuki, żeby mi wyszło xD.

P.S. Wczoraj stuknęło 1000 000 wyświetleń mojego bloga. Oczywiście dzięki Wam! Uwielbiam Was <3