Na Nowy Rok - najpopularniejsze posty ;)



Nowy Rok to zwykle dość leniwy dzień i czas odgrzewania potraw z całego świątecznego tygodnia ;). Na blogu nie będzie inaczej (:D) - korzystając z okazji chciałabym Wam przypomnieć bądź odświeżyć najpopularniejsze posty, jakie stworzyłam w ciągu tych ponad siedmiu lat blogowania ;). Przy takiej ilości tekstów, jakie zostały tutaj opublikowane, niejeden mógł zaginąć w odmętach internetów ;). 



Post będący bezsprzecznym liderem jeśli chodzi o Wasze wyszukiwania ;). Suplementacja drożdżami nadal jest niezwykle popularna, a ilość mitów, które wokół nich narosło (i których możecie wysłuchiwać nawet od swoich bliskich) jest naprawdę spora. Warto przed zastosowaniem kuracji rozwiać swoje wątpliwości czytając tego posta (KLIK!).



Marka Biotebal znana jest przede wszystkim z doustnego preparatu z dużą dawką biotyny. Po rozszerzeniu asortymentu o kosmetyki włosowe można było się spodziewać dużego zainteresowania tymi produktami. U mnie sprawdziły się "średnio", a więcej o moich testach przeczytacie TUTAJ.


Tyle lat minęło, a nadal pamiętam ile pracy kosztowało ich stworzenie xD. Niewątpliwie wymagają gruntownego odświeżenia, co też mam nadzieję uczyć w wakacje tego roku. Oby chociaż udało się dodać najpopularniejsze nowości ;). Spisy znajdziecie TUTAJ i  TUTAJ.


Bimatoprost oraz jego pochodne (pod różnymi nazwami) to bardzo popularne składniki odżywek na porost rzęs i brwi o często spektakularnym działaniu. Ich stosowanie niesie jednak spore ryzyko dla zdrowia oczu, powiek i samego wzroku, o czymś świadczą także Wasze komentarze pod TYM postem. Warto więc przemyśleć wybór kosmetyku do rzęs, ponieważ rynek kosmetyczny daje nam spory wybór równie skutecznych odżywek bez tego składnika. Takim produktem jest chociażby niedrogie serum do rzęs Isana KLIK!.


Włosowy "rosołek" przetestowałam chyba jako pierwsza, a pewnie niejednemu z Was pomógł przy problemach z wypadaniem lub na porost. Spróbować na pewno warto, aczkolwiek pewna odporność zapachowa jest konieczna :D. O moich efektach stosowania kozieradki przeczytacie TUTAJ.



Pojawienie się tego posta wśród najpopularniejszych na blogu nieco mnie zaskoczyło. Nie sądziłam, że ta seria wielkich objętościowo kosmetyków do włosów aż tak bardzo Was interesuje ;). Więcej o ich zawartości przeczytacie TUTAJ.

Wierzbicki & Schmidt Academy, kosmetyki do włosów - składy pod lupą


Zaskoczenia nie było - linia kosmetyków sygnowana przez prowadzących "Ostrego cięcia" wzbudza emocje. Sama dobieram się właśnie do jednego z kosmetyków tej serii, by do opinii teoretycznej dodać praktyczną :D. O ich składach przeczytacie TUTAJ.



Indygo jest jednym z najtrudniejszych do usunięcia barwników stosowanych do farbowania. W zasadzie powinien być zarezerwowany dla osób bardzo zdecydowanych (na dany kolor), jednak któż z nas nie pragnie czasami dużej odmiany? ;). Zanim dorobimy się więc glona, warto spróbować wypłukać barwnik z włosa Colą lub roztworem kwasu borowego. Więcej od metodzie znajdziecie TUTAJ.


W trakcie włosowych szaleństw często wybieramy coraz to bardziej wyszukane, rzadkie i drogie oleje, które niekoniecznie są doceniane przez nasze włosy ;). Szczególnie w początkach przygody z olejowaniem włosów warto zacząć od tego, co mamy już w kuchni. Olej do włosów nie musi być nierafinowany - tanie, rafinowane tłuszcze również mogą się świetnie sprawdzić ;). Więcej o temacie - TUTAJ.


Jestem zwolenniczką wprowadzania silikonów do włosowej pielęgnacji, ale nie ukrywam, że mam za sobą ortodoksyjny, bezsilikonowy okres ;). Silikony nie niszczą włosów, a umiejętnie stosowane poprawiają ich wygląd i co najważniejsze - chronią przed uszkodzeniami mechanicznymi. Nie stanowią także bariery dla włosowych dobroci, więc... używajmy ich z głową i na zdrowie ;). Więcej - TUTAJ.

Korzystając z okazji chciałam złożyć Wam życzenia - oby w Nowym Roku 2019 spotykało Was samo dobro ;). Dla mnie będzie to rok wyjątkowy i mam nadzieję, że dla Was również taki będzie ;).

Jantar, Odżywka w piance do włosów cienkich i przetłuszczających się - wielkie nic po i szał przed myciem ;)



Odżywki do włosów w piance kusiły mnie już od dłuższego czasu. W ramach zamierzchłej już akcji w Rossmannie (więcej o niej TUTAJ i TUTAJ) w pocie czoła poszukiwałam odżywek w piance Jantar - aż w końcu jedną z nich (w mojej opinii najbardziej "rokującą" dla moich włosów) przyniosłam do domu i bezzwłocznie przystąpiłam do testowania. Jak wypadły? ;)


Odżywkę dostajemy w opakowaniu typowym dla pianek stylizujących do włosów. Całość jest estetyczna i bardzo poręczna, a dysza pianki nie ulega zapchaniu. Nie udało mi się jej też uszkodzić, więc wytrzymałość opakowania notuję na plus ;). Wizualnie linia Jantar została w ostatnim czasie nieco odświeżona, co również mi odpowiada - jest czytelniej i bardziej elegancko.

180ml pianki kosztuje 9-10zł, w zależności od miejsca.

Skład:

Aqua (Water), Butane, Propane, Behentrimonium Chloride, Cetyl Alcohol, Propylene Glycol, Amber Extract, Hydrolyzed Keratin, Niacinamide, Glycerin, Panthenol, Cetrimonium Chloride, Hydroxypropyl Guar Hydroxypropyltrimonium Chloride, Isobutane, Lactic Acid, VP/VA Copolymer, Disodium EDTA, Potassium Sorbate, Sodium Benzoate, Parfum (Fragrance). 

Dwa gazy na początku składu odpowiadają za funkcjonowanie samej pianki i nie mają żadnego wpływu na włosy. Dalej znajdziemy antystatyk i emolient (alkohol tłuszczowy) wzbogacony glikolem propylenowym (humektant) oraz ekstraktem z bursztynu. Do zakupu akurat tej wersji przekonała mnie, a jakże - keratyna ;). Całość domknięta jest niacynamidem (witamina B3), gliceryną, pantenolem (humektanty), antystatykiem oraz filmformerami (pochodną gumy guar oraz kopolimerem, ilość śladowa). Końcówkę składu stanowią regulatory pH, konserwanty i kompozycja zapachowa. Sprecyzowanych wymagań dotyczących jej działania na włosy nie miałam - zakup został poczyniony z powodu palącej ciekawości ;). 

Odżywka ma postać niezwykle puszystej i gęstej piany, która radośnie i w wielkich ilościach wyskakuje z opakowania nawet przy krótkim naciśnięciu ;). Produkt jest jednak bardzo wydajny (więc nadprodukcję piany nie policzę tutaj za minus) i ma ledwie dostrzegalny zapach.


Bardzo przyjemnie się ją nakłada - od zawsze lubiłam babrać moje włosy w piance, ale dawno tego nie robiłam (nie trafiłam na razie na dobrą piankę do stylizacji moich kudeł ;)). Nałożona po myciu nawet w sporych ilościach nie wywołuje objawów 3xP (przychlast, przetłuszcz, przyklap), bajecznie łatwo się zmywa, ale... nie robi nic porywającego. Włosy są po zastosowaniu nieco nijakie - ani skręt nie powala na kolana, ani trwałość loków czy ich odporność na warunki zewnętrzne. Ot, włosy są takie średnie i tyle. 

Cudnie sprawdza się natomiast stosowana przed myciem na suche włosy solo lub jako podkład pod olej czy miksy odżywkowe. Wygląda na to, że dobrze się sprawdza pod płaszczykiem emolientowym ;). Wtedy włosy wyglądają pięknie - loki skręcają się mocniej, objętość fryzury jest optycznie większa, a włosom niestraszny jest wiatr, śnieg i mróz. Trzymają się w nienagannej formie przez 2-3 dni (i noce ;)), są miękkie (jednak nie "rozmiękczone" - bez efektu kaczuszki) i błyszczące. 

Ta pianka to jeden z nielicznych produktów, który zastosowany przed myciem robi mi na głowie "szał", a użyty jako d/s już absolutnie nie ;). Możliwe jest, że przetestuję jeszcze inne wersje tych pianek (obecnie mamy ich 4) - może uzyskam też lepsze efekty w stosowaniu deklarowanym przez producenta? ;)

Jakie są Wasze doświadczenia z odżywkami do włosów w piance? Lubicie, a może nie przepadacie? ;)

Dr Sante, Maska Argan Hair (Olej arganowy i keratyna) - proteinowy pewniak ;)



Ciężko zliczyć, ile masek i odżywek do włosów przeszło przez moje łapki. W każdym bądź razie - bardzo dużo ;). Każdą nowość kosmetyczną z tego gatunku oglądam z uwagą i zwykle dzięki składowi podejmuję szybką decyzję: przetestuję albo nie. Przyznaję też, że dość rzadko zdarza się, bym przetestowała wszystkie maski z danej serii czy linii. Tym razem trafił się wyjątek ;). Dwie maski Dr Sante już dla Was przetestowałam, a także stworzyłam porównanie składów:

Dr Sante Macadamia
Dr Sante Keratin
Porównanie składów masek Dr Sante

Dziś rozłożę na czynniki pierwsze wersję Argan.


Ładny, brązowy słoiczek z dopracowanymi etykietami to dobry wybór w przypadku tak gęstego w konsystencji produktu. Naklejki są trwałe, jednak jak dla mnie trochę zbyt mocno atakują tekstem ;). Samo opakowanie jest solidne - nie rzucam nim wprawdzie po łazience, ale kilka upadków na podłogę przeżył bez szwanku.  

Maskę możemy kupić w dwóch objętościach - 300ml kosztuje 9-10zł, a 1000ml 20-22zł. Jej dostępność jest całkiem niezła - widziałam ją w drogeriach Kosmyk, Pigment i wielu przybytkach "niezrzeszonych" ;).

Skład prezentuje się następująco:


Produkt mocno emolientowo - proteinowo - kondycjonujący ze sporą zawartością oleju arganowego. Na początku drugiej części składu znajdziemy proteiny - keratynę, proteiny pszeniczne oraz sojowe. Jako dodatki występują: sok z aloesu i pantenol. Zawiera znaczące dodatki filmformerów (silikonów) oraz kompozycję zapachową, konserwanty i barwniki. 

Moje włosy proteiny uwielbiają proteiny (może poza sporymi dawkami jedwabnych, po których są rozmiękczone), więc zapewne nikogo nie dziwi, że obecność keratyny i innych tego typu komponentów bardzo mnie ucieszyła. Maska ta może być też świetnym wyborem dla tych, którzy szukają proteinowego produktu o dużym potencjale zabezpieczającym (sporo emolientów + silikon).

Ma postać bardzo gęstego, żółtawego kremu o orzechowym, niezbyt intensywnym zapachu. 

Stosowałam ją zarówno przed myciem włosów (solo, a także w miksach z innymi włosowymi dobrociami), jak i po w formie produktu do spłukiwania. Nakłada się łatwo, ale nie polecam dużych szaleństw z ilością - ze względu na gęstość i skład można jej nie domyć (tak, za pierwszym razem oczywiście mi się to zdarzyło :D). Po dobraniu odpowiedniej ilości zmywa się bezproblemowo. Zapach po zmyciu nie jest wyczuwalny na włosach.

Pięknie podbija u mnie skręt, a same loki (zapewne dzięki sporej dawce emolientów) są bardziej trwałe i mniej skłonne do rozpadania się na mniejsze kręciołki. Włosy są po jej użyciu bardziej błyszczące, lepiej się układają i są przyjemnie miękkie, ale jednocześnie - nie rozmiękczone. Obciążenia (poza pierwszym podejściem) nie zanotowałam, ale przyznaję - nakładam ją jakieś 5cm od nasady włosów. 

Przy zmywaniu skóra głowy na pewno miała z nią kontakt, jednak nie wywołała u mnie żadnych niepokojących objawów.

Bez żadnych wątpliwości umieszczam ją wśród moich ulubionych produktów proteinowych ;). Przestrzegam jednak wszystkich o włosach bardziej uwrażliwionych na te składniki - używajcie jej z głową i umiarem, bo niesie ze sobą spore ryzyko przeproteinowania ;).

Co jest Waszym ulubionym produktem proteinowym obecnie? ;)

P.S. A może jesteście zainteresowani jej otrzymaniem? Niespodzianka dla Was jest w trakcie przygotowania ;)

Wierzbicki & Schmidt Academy, Kosmetyki do włosów - składy pod lupą



W czasie moich wizyt w drogeriach zawsze skanuję wzrokiem półki w poszukiwaniu nowości. Szczególnie uważnie przyglądam się kosmetykom włosowym - co pewnie nikogo nie zaskoczyło ;). W czasie jednej z ostatnich wizyt w Rossmannie moją uwagę przykuły kosmetyki sygnowane przez duet Wierzbicki & Schmidt, znany z programu "Ostre cięcie". Oglądałam go kilka razy i pomimo tego, że nie każde zaproponowane przez nich rozwiązanie (metamorfozę fryzury) uważałam za udaną to naprawdę widać, że znają się na robocie ;). Trochę też irytował mnie ich "agresywny styl bycia", jednak w programach tego typu głównie chodzi o sensację. Do składów ich kosmetyków zamierzam jednak podejść bez sympatii i antypatii przeniesionych z programu ;).

Mój Rossmann nie miał na stanie wszystkich kosmetyków z tej linii, dlatego też wspomogę się zdjęciami i składami ze strony Wizaż.pl. Możemy w niej wyróżnić szampony (luksusowo nazwane eliksirami myjącymi) oraz odżywki (ochrzczone mianem esencji odżywczych). Za 250g każdego z tych mazideł zapłacimy około 30zł (Rossmann, bez promocji).

Całą serię mogę od razu opisać jako bombę proteinową - panowie sygnujący serię swoimi nazwiskami widocznie o przeproteinowaniu nie słyszeli ;). Keratyna znajduje się z znaczących ilościach w każdym kosmetyku z tej linii. Trzeba jednak oddać sprawiedliwość - większość profesjonalnych kosmetyków fryzjerskich (a tak opisywane są produkty WS Academy) cierpi na nadmiar wszelkiego rodzaju protein ;).

Moje kudełki lubią keratynę w każdej ilości, jednak jeśli Wasze włosy są wrażliwe na działanie tych składników - bądźcie ostrożni ;).

Szampony Wierzbicki & Schmidt Academy

WS Academy, Eliksir myjący Czarna Orchidea, Szampon nawilżająco-wzmacniający do włosów


Skład:


Baza detergentowa to szamponowy standard: mocny, anionowy detergent (SLES) przełamany swoim łagodniejszymi braćmi (np. betainą kokamidopropylową). Wysoko w składzie znajdziemy sól kuchenną w roli wypełniacza, a tuż za nią nawilżacz - glicerynę. Znajdziemy w niej sporo filmformerów (w pierwszej części składu: polyquaterium i pochodna gumy guar). Zawiera także sporo pantenolu (nawilżacz i keratyny (proteina, świetnie współgra z pantenolem). Producent chwali się na opakowaniu dodatkiem ekstraktów z 12 ziół i faktycznie tyle ich jest (rozmaryn, rumianek, arnika, jasnota, szałwia, sosna, rukiew, łopian, cytryna, bluszcz, nagietek, nasturcja). Pytanie - gdzie ta orchidea? ;) Zawiera spory zestaw konserwantów (bez parabenów), substancje zapachowe oraz regulatory pH. 

Mimo wykorzystania mocnego detergentu odrobinę obawiam się, czy szampon ten faktycznie domyłby moje włosy (ilość filmformerów). Spory dodatek soli kuchennej i bogaty zestaw konserwantów i substancji zapachowych wielu wrażliwców odstraszy, ale ze względu kompozycję ziołową - ciekawy.

WS Academy, Eliksir myjący Paczula Wonna, Szampon odżywczo-regenerujący do włosów


Skład:


Początek składu aż do keratyny jest taki sam jak w wersji Czarna Orchidea. Zamiast ekstraktu z kilkunastu ziół znajdziemy w nim jednak ekstrakty owocowe (mango, marakuja, papaja). Pytanie - gdzie ta paczula? ;). Zawiera spory zestaw konserwantów (bez parabenów), substancji zapachowych oraz regulatorów pH. 

Moje zdanie o nim jest takie samo jak o poprzedniku mimo, że ekstrakty owocowe to całkiem interesujący dodatek.

WS Academy, Eliksir myjący Bezzapachowy, Szampon stabilizująco-odbudowujący do włosów


Skład: Aqua, Sodium Lauroyl Methyl Isethionate, Cocamidopropyl Betaine, Coco Glucoside, Glycerin, Sodium Chloride, Polysorbate 20, Guar Hydroxypropyltrimonium Chloride, Polyquaternium-10, Porphyra Umbilicalis Extract, Caesalpinia Spinosa Gum, Vitis Vinifera Fruit Extract, Hydrolyzed Keratin, Citric Acid, Methylchloroisothiazolinone, Methylisothiazolinone, Sodium Benzoate, Potassium Sorbate, Phenoxyethanol, Ethylhexylglycerin, Imidazolidinyl Urea

Ta wersja miło zaskoczy fanów łagodniejszych myjadeł do włosów. Nie znajdziemy w tym szamponie mocnych, siarczanowych detergentów tylko łagodniejsze surfaktanty jonowe, amfoteryczne i niejonowe. Zawiera sporo gliceryny (nawilżacz) oraz filmformerów (polyquaterium, pochodna gumy guar). Soli kuchennej niestety także nie pożałowano. Dodano do niego również ekstrakty z alg (szkarłatnica) i winogron oraz gumę z drzewa tara (bryzelki). W porównaniu do dwóch pozostałych szamponów zawiera najmniej keratyny. Znajdziemy w nim także regulatory pH i spory zestaw konserwantów (bez parabenów), co przy deklaracji producenta ("nie zawiera alergenów") uważam za spore nadużycie. 

Ta wersja szamponu Wierzbicki&Schmidt Academy jest najbardziej godna uwagi. Produkty myjące bazujące na delikatniejszych detergentach są nadal w mniejszości na sklepowych półkach, więc każda nowość w tej materii jest na wagę złota ;). Obawiam się jednak, że przy tej ilości filmformerów niektórzy użytkownicy mogą mieć problem z domyciem włosów.

WS Academy,  Eliksir myjący Eukaliptus&Rozmaryn, Szampon przeciw wypadaniu włosów



Skład: Aqua, Sodium Laureth Sulfate, Cocamidopropyl Betaine, Coco Glucoside, Cocamidopropylamine Oxide, Tussilago Farfara Flower Extract, Achillea Millefolium Extract, Cinchona Succirubra Bark Extract, Sodium Chloride, Glycerin, Polysorbate 20, Hydroxypropyl Methylcellulose, Polyquaternium-10, Panthenol, Rosmarinus Officinalis Leaf Extract, Chamomilla Recutita Flower Extract, Arnica Montana Flower Extract, Lamium Album Extract, Salvia Officinalis Leaf Extract, Pinus Sylvestris Bud Extract, Nasturtium Officinale Extract, Arctium Majus Root Extract, Citrus Limon Peel Extract, Hedera Helix Leaf Extract, Calendula Officinalis Flower Extract, Tropaeolum Majus Flower Extract, Guar Hydroxypropyltrimonium Chloride, Disodium EDTA, Citric Acid, Parfum, Methylchloroisothiazolinone, Methylisothiazolinone, Sodium Benzoate, Potassium Sorbate.

Kolejne myjadło z tej serii bazujące na SLES przełamanym delikatniejszymi detergentami. Sól kuchenną w składzie wyprzedza kilka ekstraktów (z podbiału, krwawnika i chinowca), a tuż za nią znajdziemy glicerynę, pantenol (nawilżacze) oraz filmformer (polyquaterium). Dalej w składzie możemy zauważyć zestaw ekstraktów (rozmaryn, rumianek, arnika, jasnota, szałwia, sosna, rukiew, łopian, cytryna, bluszcz, nagietek, nasturcja) - dokładnie taki sam jak w wersji Czarna Orchidea. Całość uzupełnia odrobina gumy guar (filmformer), konserwanty (bez parabenów), kompozycja zapachowa oraz regulatory pH. Zawiera rozmaryn - ale gdzie eukaliptus? ;)

Najbardziej ziołowy szampon z całej serii, który może mieć działanie ograniczające wypadanie włosów. Uważam jednak, że szampony przy tego typu problemie pełnią jedynie funkcję wspomagającą walkę z realną przyczyną.

Szampony z serii WS Academy zawierają ciekawe składniki, jednak ogólne wrażenie psuje ilość użytego zagęstnika (soli kuchennej) oraz sygnowanie jednego z produktów jako nie zawierającego alergenów pomimo tego, że skład mówi co innego.

Teraz nadszedł czas na esencje odżywcze, które w praktyce są odżywkami do włosów (chociaż... słoiczki kojarzą mi się raczej z nazwą "maska" ;)).

WS Academy, Esencja odżywcza Paczula Wonna, Odżywka do włosów odżywczo - regenerująca

Skład: Aqua, Cetearyl Alcohol, Cetyl Esters, Palmitamidopropyltrimonium Chloride, Hydroxypropyltrimonium Hydrolyzed Corn Starch, PPG-5-Ceteth-20, Polyquaternium-37, Guar Hydroxypropyltrimonium Chloride, Panthenol, Hydrolyzed Keratin, Glycerin, Mangifera Indica Fruit Extract, Passiflora Edulis Fruit Extract, Carica Papaya Fruit Extract, Parfum, Propylene Glycol Dicaprylate/Dicaprate, PPG-1 Trideceth-6, Citric Acid, Phenoxyethanol, Caprylyl Glycol, Sodium Benzoate, Potassium Sorbate, Ethylhexylglycerin, Imidazolidinyl Urea, Pentasodium Pentetate, Hexyl Cinnamal, Linalool, Coumarin, Alpha-Isomethyl Ionone

Emolientowa baza została hojnie zaprawiona kondycjonerem i modyfikowaną skrobią kukurydzianą. Sporo w niej także filmformerów (polyquaterium, pochodna gumy guar), humektantów (pantenol, gliceryna, glikole) oraz (standardowo w tej serii) keratyny. Ekstrakty z mango, marakui i papai robią dobre wrażenie, jednak całość zawiera spory zestaw konserwantów (bez parabenów), które mogą nie spodobać się wrażliwcom. Nie zrezygnowano także z kompozycji zapachowej. Paczuli nie zauważyłam ;).

Produkt interesujący - używałabym ;). Jednocześnie jednak uważam, że znam produkty o zbliżonym składzie w sporo niższej cenie. Nie polecam jednak nakładania na skórę głowy - sporo jest w niej popularnych alergenów.

WS Academy, Esencja odżywcza Czarna Orchidea, Odżywka do włosów nawilżająco - wzmacniająca


Skład: Aqua, Cetearyl Alcohol, Behentrimonium Chloride, Amodimethicone, Bis-Diisopropanolamino-PG-Propyl Dimethicone/Bis-Isobutyl PEG-14 Copolymer, Polysorbate 20, Butyloctanol, Polyquaternium-70, Dipropylene Glycol, Cetrimonium Chloride, Trideceth-12, Ethylhexyl Methoxycinnamate, BHT, Glycerin, Rosmarinus Officinalis Leaf Extract, Chamomilla Recutita Flower Extract, Arnica Montana Flower Extract, Lamium Album Extract, Salvia Officinalis Leaf Extract, Pinus Sylvestris Bud Extract, Nasturtium Officinale Extract, Arctium Majus Root Extract, Citrus Limon Peel Extract, Hedera Helix Leaf Extract, Calendula Officinalis Flower Extract, Tropaeolum Majus Flower Extract, Hydrolyzed Keratin, Panthenol, Citric Acid, Parfum, Isopropyl Alcohol, Lactic Acid, Phenoxyethanol, Caprylyl Glycol, Sodium Benzoate, Potassium Sorbate, Ethylhexylglycerin, Imidazolidinyl Urea, Hexyl Cinnamal, Bytylphenyl Methylpropional, Limonene, Linalool, Coumarin

Ta wersja ma odrobinę inną bazę. Tuż za pierwszym emolientem (syntetycznym) i kondycjonerem znajdziemy silikon amodimethicone i inne filmformery (kopolimer, polyquaterium). Na uwagę zasługuje dodatek filtra UV. Po pierwszym konserwancie BHT (a więc w ilościach niewielkich), który pojawia się wysoko w składzie znajdziemy glicerynę (nawilżacz), spory zestaw ekstraktów ziołowych (rozmaryn, rumianek, arnika, jasnota, szałwia, sosna, rukiew, łopian, cytryna, bluszcz, nagietek, nasturcja), keratynę (proteina), pantenol oraz kompozychę zapachową, regulatory pH i spory zestaw dodatkowych konserwantów (nie zawiera parabenów). Obecności orchidei nie stwierdziłam ;)

Producent sugeruje w opisie nakładanie tego produktu na skórę głowy, jednak szczerze powiem - byłabym ostrożna. Ekstraktów ziołowych (mimo robiącego wrażenie wypunktowania) jest w niej ilościowo niewiele, za to konserwantów i filmformerów - sporo, co może się nie spodobać szczególnie wrażliwszym skórom. Na długości natomiast może sprawdzić się - filmformery zabezpieczą, niewielki dodatek keratyny (to najmniej proteinowa esencja ze wszystkich) stwarza mniejsze zagrożenie przeproteinowaniem - ale i tak nie przesadzałabym z częstotliwością nakładania ;). Ogólnie rzecz biorąc skład nie powalił mnie na kolana.

WS Academy, Esencja odżywcza Bezzapachowa, Odżywka do włosów stabilizująco - odbudowująca


Skład: Aqua, Cetearyl Alcohol, Behentrimonium Chloride, Amodimethicone, Bis-Diisopropanolamino-PG-Propyl Dimethicone/Bis-Isobutyl PEG-14 Copolymer, Polysorbate 20, Butyloctanol, Polyquaternium-70, Dipropylene Glycol, Cetrimonium Chloride, Trideceth-12, Ethylhexyl Methoxycinnamate, BHT, Glycerin, Porphyra Umbilicalis Extract, Caesalpinia Spinosa Gum, Vitis Vinifera Fruit Extract, Hydrolyzed Keratin, Panthenol, Citric Acid, Isopropyl Alcohol, Lactic Acid, Phenoxyethanol, Caprylyl Glycol, Sodium Benzoate, Potassium Sorbate, Ethylhexylglycerin, Imidazolidinyl Urea

Baza została idealnie powielona z wersji Czarna Orchidea (emolient + kondycjoner + silikon + kopolimer + polyquaterium + filtr UV). Przed pierwszym konserwantem (BHT) znajdziemy nawilżacz (glikol dipropylenowy). Gliceryna (także nawilżacz) znajduje się już niestety po BHT wraz z innymi ciekawymi składnikami (ekstrakty z alg, guma z drzewa tara, ekstrakt z winogron, pantenol). Zawiera stosunkowo niewielki dodatek keratyny (posiadaczki włosów wrażliwych na proteiny powinny mieć się jednak na baczności), konkretny zestaw konserwantów oraz regulatory pH.

Tutaj producent zrezygnował z sugerowania w opisie aplikacji na skórę głowy ;). Na długości może się nieźle sprawdzić, jednak ponownie nie zanotowałam zachwytu.

Przyznaję, że seria WS Academy niczym mnie nie zaskoczyła. Większość "profesjonalnych produktów fryzjerskich" kojarzy mi się ze sporymi ilościami filmformerów i protein (szczególnie keratyny) i te kosmetyki w niczym nie odstają od tego wyobrażenia ;).

Z Eliksirów myjący ciekawie zapowiada się wersja Bezzapachowa, bazująca na delikatniejszych detergentach (wciąż dość rzadkich w szamponach na polskim rynku), natomiast pozostałe to fryzjerski standard.

Wśród Esencji odżywczych moje zainteresowanie szczególnie przykuła "Paczula Wonna" - może kiedyś się na nią skuszę. Mój niesmak wzbudził jednak napis "bez alergenów" (nie tylko kompozycje zapachowe wywołują alergie) na kosmetyku zawierającym alergeny. Nieładnie Panie Producencie, oj nieładnie....

Wiedzieliście o istnieniu tej linii kosmetyków do włosów? Jak się na nią zapatrujecie?

Schauma Nectar Nutrition (Odżywczy Nektar), Odżywka-nektar: obciążacz numer jeden



Schauma znajdowała się w sferze moich włosowych zainteresowań od dawna. Moje zapędy w jej stronę zostały mocno wyhamowane przez nieszczególnie lubiany przez moje włosy szampon z serii Fresh It Up (recenzja KLIK!). W trakcie jednej z promocji w Biedronce zaopatrzyłam się w dwupak z linii Odżywczy Nektar. Jak sprawdziła się u mnie odżywka? Zobaczcie sami.


Odżywkę dostajemy w charakterystycznym dla marki płaskim, poręcznym opakowaniu z giętkiego plastiku. Całość jest przyjemna dla oka, ale niczym szczególnym nie wyróżnia się na sklepowej półce. Etykiety są trwałe i odporne na wilgoć. 

200ml tej odżywki kosztuje około 7-8zł, w dwupaku kosztowała około 5zł.

Skład:


Mieszanka emolientów syntetycznych i antystatyków doprawiona sporymi ilościami pantenolu (nawilżacz), keratyny (proteina) oraz pyłku kwiatowego rośliny Combretum. Zawiera substancje odpowiedzialne za pH, konserwanty (w tym paraben), kompozycję zapachową i barwnik oraz odrobinę gliceryny i środka powierzchniowo czynnego. Niewielki dodatek alkoholu izopropylowego może być wyczuwany przez delikatniejsze, wrażliwsze włosy.  

Negatywny smaczek na koniec - produkt faktycznie nie ma silikonów ("0%silicone" oczywiście jest, a jakże :D), jednak nie oznacza to automatycznie, że jest wolny od innych filmformerów. Zawiera niewielki dodatek polyquaterium, które jak najbardziej filmformerem jest.

Ze względu na sporą zawartość keratyny zalecam ostrożność przy stosowaniu na włosach, które nie są zbyt proteinolubne. Stosowana za często może wywołać objawy przeproteinowania.

Ma dość gęstą, kremowo-żelową konsystencję, jasnopomarańczowy kolor i bardzo przyjemny, kwiatowy zapach (niestety - niewyczuwalny na włosach po myciu).


Moje testy zakończyły się na 4 myciach, z których wszystkie zakończyły się tak samo: miałam na głowie książkowe 3xP (przetłuszcz, przychlast, przyliż). Zarówno stosowana w lekarskich (śladowych) ilościach po myciu jak i przed myciem nie dawała się domyć szamponem, który nie powodował w innych konfiguracjach takich problemów. Trzymała się włosów jak rzep psiego ogona xD. Na szczęście po kolejnym umyciu bez jej użycia wszystko wracało do normy. 

Nawet w konfiguracji mocny szampon + odrobina odżywki historia kończyła się mocnym obciążeniem. Odżywkę zużyłam do golenia nóg i powiem Wam, że w tym zastosowaniu sprawdziła się świetnie, nie powodując najmniejszych podrażnień po zabiegu depilacji. Miło, tyle, że... w swoim dedykowanym zastosowaniu nie jest dla mnie ;).

Zdaję sobie sprawę, że moje kudły są dość niestandardowe, więc odżywka ta może się naprawdę sprawdzić dla osób poszukujących mocniejszego ujarzmienia czy dociążenia fryzury. Osobom z problemami z obciążeniem włosów zalecam jednak ostrożność ;).

Mieliście do czynienia z produktami tej marki? Jak się u Was sprawdziły?

loading...

Bielenda Studio AP Artisti Professional - analizy składów z podsumowaniem



Czasami podpytujecie mnie o składy konkretnych kosmetyków bądź ich serii. Tym razem zasypaliście mnie pytaniami o nowe, włosowe produkty Bielendy. Seria Artisti Professional jest podzielona na dwie części: Repair Keratin i Color Keratin, czyli opcję regeneracyjną i do włosów farbowanych. Każda z części składa się z odżywki, odżywki myjącej, jedwabiu/keratyny w płynie i maski. 

Z racji samej nazwy można spodziewać się kosmetyków mocno proteinowych, co akurat w przypadku włosów farbowanych jest wyborem dość dyskusyjnym. Włosy farbowane są zwykle dość uwrażliwione i duża dawka protein może być prostą drogą do przeproteinowania.

Bielenda Studio AP Artisti Professional Repair Keratin Keratynowa odżywka


Skład:



Baza humektantowo (pantenol, kwas hialuronowy) - emolientowa (oleje: arganowy, kokosowy, awokado, z krokosza bawierskiego i masło babassu) doprawiona sporą ilością keratyny oraz argininy (aminokwasu). Znajdziemy w niej także ekstrakt z pokrzywy, glikozoaminoglikany, witaminę E oraz filmformer pod koniec składu. Zawiera składniki zapachowe oraz konserwujące (bez parabenów).

Produkt treściwy i teoretycznie zbilansowany - zawiera proteiny, nawilżacze i emolienty w rozsądnych proporcjach. Ale wiadomo - co włos to obyczaj ;). Wpisuję jednak tą odżywkę na swoją listę do spróbowania.

Bielenda Studio AP Artisti Professional Repair Keratin, Keratynowa odżywka myjąca


Skład:



Ponownie: spora ilość nawilżaczy (glikol propylenowy, pantenol, gliceryna, kwas hialuronowy) i olei (arganowy, awokado, z krokosza bawierskiego, kokosowy, masło babassu) ze sporym dodatkiem keratyny i argininy (proteina i aminokwas). W środku składu znajdziemy jedyny detergent - betainę kokamidopropylową. Pod koniec składu znajdują się: filmformer (polyquaterium) oraz zestaw zapachów i konserwantów (bez parabenów).

Produkt składowo jest ciekawy, aczkolwiek mam szczere wątpliwości czy domyje włosy przy takiej ilości "dobroci", szczególnie olei - detergentu w nim niewiele. Myślę jednak, że fanki mycia odżywką bądź po prostu delikatniejszych myjadeł mogą śmiało próbować ;).

Bielenda Studio AP Artisti Professional Repair Keratin, Keratyna w płynie


Skład:



Keratyna, pantenol, niacynamid, kwas hialuronowy, glikol propylenowy, modyfikowany filmformer, gliceryna oraz substancje odpowiedzialne za pH, zapach i trwałość kosmetyku (bez parabenów).

Bardzo ciekawa mgiełka, jednak obawiam się, że taka ilość protein (keratyna na drugim miejscu w składzie!) zastosowana w formie bez spłukiwania to prosta droga do przeproteinowania. Jednak przed myciem - używałabym! :D. Mniej proteinolubnym włosom zalecam zwiększoną ostrożność w kontaktach z tym kosmetykiem ;).

Bielenda Studio AP Artisti Professional Repair Keratin, Keratynowa maska termiczna


Skład:


Tym razem baza maski jest typowo emolientowa (oleje: kokosowy, arganowy, awokado, babassu, krokoszowy). W połowie składu znajdziemy keratynę, pantenol, kwas hialuronowy, glicerynę i polyquaterium i silikon (filmformery). Zawiera również kompozycję zapachową i konserwanty (bez parabenów).

Bladego pojęcia nie mam dlaczego producent przypisuje temu akurat produktowi właściwości nawilżające. Akurat ta maska ma najmniej humektantów ze wszystkich mazideł z tej podserii xD. Konkretny, emolientowo-proteinowy produkt z dodatkiem humektantów. Czysto teoretycznie - może być dość ciężki, ale i tak mnie interesuje.

Bielenda Studio AP Artisti Professional Color Keratin, Odżywka keratynowa


Skład:



W porównaniu do jej siostry z serii Repair - keratyna powędrowała wyżej, ilość olei została zredukowana do jednego (kokosowego). Podstawowymi składnikami są tutaj syntetyczny emolient, pantenol oraz kondycjoner. Zawiera modyfikowany silikon, a jako dodatek - jedwab.

Skład dość prosty i ciekawy, ale trochę mnie dziwi dedykowanie tego kosmetyku do włosów farbowanych. Spora ilość protein połączona z olejem kokosowym raczej może przyspieszyć wypłukiwanie koloru niż go utrwalić ;).

Bielenda Studio AP Artisti Professional, Keratynowa odżywka myjąca


Skład:


Początek składu stanowią: emolient syntetyczny, glikol propylenowy (humektant) i kondycjoner. Dalej znajdziemy już delikatniejszy detergent: betainę kokamidopropylową oraz olej kokosowy, pantenol i polyqiuaterium (filmformer). W połowie INCI widnieją keratyna i jedwab. Całość zamykają substancje zapachowe i konserwujące (bez parabenów). 

Teoretycznie ta odżywka myjąca będzie, że względu na detergent znajdujący się wyżej i mniejszy dodatek olei, myć lepiej niż jej siostra z podserii Repair. Nie jest jednak w kręgu zainteresowań moich trudnych do domycia włosów ;). Ponownie mam wątpliwości co do wpływu na kolor.

Bielenda Studio AP Artisti Professional Color Keratin, Jedwab w płynie


Skład:



W tym produkcie główne skrzypce grają jedwab, modyfikowane silikony, arginina i keratyna. Ponownie mam szczerze wątpliwości co do stosowania tego preparatu w formie bez spłukiwania, jednak przed myciem - chętnie bym go wypróbowała, nawet z tą uderzeniową dawką jedwabiu xD. Zawiera konserwanty (bez parabenów) i substancje zapachowe.

Bielenda Studio AP Artisti Professional Color Keratin, Keratynowa maska


Skład:


Emolientowa baza (syntetyczny alkohol tłuszczowy, olej kokosowy, masło shea) z sporym dodatkiem (w połowie składu) protein i aminokwasu (keratyna, jedwab, arginina). Znajdziemy w niej także niacynamid, modyfikowany silikon i polyquaterium (filmformery). Zawiera konserwanty (bez parabenów) i kompozycję zapachową.

Maska składowo jest bardzo ciekawa - odrobinę mniej treściwa od jej regenerującej siostry, jednak myślę, że może znaleźć zwolenników ;).

Podsumowując:
  • Seria jest bardzo godna uwagi, jednak jest mocno proteinowa. Osoby nie znające reakcji swoich włosów na proteiny bądź wiedzą, że ich włosy nie są zbyt proteinolubne powinny stosować je ostrożnie.
  • Obie odżywki myjące mogą nie domyć włosów bardziej wymagających w kontekście siły mycia.
  • Keratyna i jedwab w płynie stosowane jako produkty bez spłukiwania (zgodne z sugestią producenta) grożą dość szybkim przeproteinowaniem - zalecam ostrożność ;). 
Mieliście do czynienia z tą serią?

loading...

Dr Sante, Maska Keratin - świetna bomba proteinowa



Moje włosy są bardzo proteinolubne - chciałyby je dostawać często i w dużych ilościach ;). Jedynym wyjątkiem od tej reguły są proteiny jedwabiu, które w większym stężeniu robią mi z kudeł rozmiękczoną kaczuszkę. Niemniej jednak na produkty proteinowe (z wyłączeniem tych bez spłukiwania - uważam, że akurat stosowanie takich kosmetyków z proteinami znacząco zwiększa ryzyko przeproteinowania KLIK!) zawsze zerkam z zaciekawieniem. Gdy w ramach współpracy trafiła do mnie maska Dr Sante Keratin (keratyna + arginina + kolagen) - przystąpiłam do testów ;).


Maska dostępna jest w dwóch wersjach: 300 i 1000ml. Obie zapakowane są w bardzo solidne, plastikowe, zakręcane słoiczki. Nie da się ustrzec gmerania w kosmetyku (paluchami, szpatułką, kto co lubi). Sam wygląd opakowania od razu przywodzi na myśl kosmetyki włosowe. Same etykiety są jednak średnio czytelne - połączenie niebieskich etykiet z czarnymi napisami jest słabym rozwiązaniem.

300ml tej maski kosztuje od 7 do 10zł, w zależności od miejsca (widziałam je w drogeriach Kosmyk i Jasmin, ale chętnie poczytam o innych lokalizacjach).

Skład:


Tym razem mamy do czynienia z typowym kosmetykiem proteinowym. Emolientów w nim niewiele, natomiast na wysokim miejscu w INCI znajdziemy proteiny: keratynę i kolagen oraz argininę (aminokwas). Zawiera także kondycjonery oraz niewielki dodatek lekkich silikonów. Całość zamykają: kompozycja zapachowa i konserwanty (nie zawiera parabenów). 

Ten produkt odstaje składem od pozostałych z serii Dr Sante - można się spodziewać po nim innych efektów niż po pozostałych dwóch maskach. Moje włosy produkty mocno proteinowe lubią - wypróbuję ją z ciekawością ;). Można ją nawet zakwalifikować do kuracji proteinowych.

Ma postać bardzo gęstego (naprawdę bardzo!), białego kremu o niezbyt intensywnym, lekko męskim zapachu.


Stosowałam ją zarówno w formie miksów przed myciem (na 20-60 minut) jak i po myciu na 3 do 10 minut. Ze względu na jej bardzo gęstą konsystencję pilnowałam, by nie przesadzić z ilością. Dozowałam sobie ją oszczędnie (około 1 kopiastej łyżeczki) - dzięki temu nie miałam żadnych problemów z jej domyciem. Nie zauważyłam także, by w jakikolwiek sposób obciążała moje włosy (aczkolwiek myślę, że gdybym choć troszkę zwiększyła ilość - mogłabym się niemile zaskoczyć). 

Włosy, nawet w swojej przerośniętej formie (koniecznie w najbliższym czasie muszę iść do fryzjera na odświeżenie kształtu), po jej użyciu łapały całkiem zacny skręt, który dodatkowo jest całkiem trwały. Dodatkowo były całkiem miłe w dotyku, ale nie rozmiękczone (bardzo tego nie lubię) oraz ładnie błyszczą. 

Moje włosy lubią proteiny, więc stosowałam ją często (1-2 razy w tygodniu), jednak uważam, że posiadacze włosów o nieco innych preferencjach powinni z jej częstotliwością uważać, by nie osiągnąć stanu przeproteinowania.

Po jej użyciu mój wesoły pierdzielnik prezentuje się następująco:


Myślę, że jest całkiem nieźle - a po cięciu będzie lepiej ;).

Wasze włosy są proteinolubne czy też może wręcz przeciwnie?

P.S. Zapraszam do udziału w konkursie na FB, w którym można zgarnąć rossmannowskie odpowiedniki szczotek TT wraz z czyścikami ;).
loading...

Kallos, Maska Keratin - przyjemny produkt (mało)proteinowy



Włosy, włosy, włosy... Każdy ich typ ma jakieś plusy i minusy. Moje cienkie i rzadkie "niskopory" są niezmiernie skłonne do obciążenia i niedomycia, przez co czasami nabijam się, że niedługo tylko Domestos im pomoże (żart oczywiście ;)). Z tego względu produkty marki Kallos zajmują w moich kosmetycznych zbiorach poczesne miejsce. Dziś opowiem Wam o wersji Keratin.


Swój litrowy baniaczek kupiłam jakiś czas temu, dlatego też na zdjęciach widzicie starą wersję. Obecnie opakowania tych masek są białe ;). Nie polecam upuszczania takich plastikowych wiader na podłogę - raczej tego nie zniosą.Opakowanie jest ładne (ale ze względu na wielkość - nieszczególnie poręczne), etykiety natomiast - trwałe i czytelne.

1000ml tej maski kosztuje 8-12 zł, w zależności od miejsca (Hebe, Drogerie Natura, Jasmin, Kosmyk).

Skład:


Mocno emolientowo-antystatykowa baza doprawiona jest niewielkimi ilościami (znajdują się tuż za regulatorem pH- kwasem cytrynowym) humektantów (nawilżaczy - glikol propylenowy), protein (mlecznych i keratyny), silikonów. Zawiera także kompozycję zapachową i konserwanty (bez parabenów). Krótko, zwięźle - nie jest to produkt zbyt odżywczy.

Ma postać średnio gęstego, pół-transparentnego białego kremu o słodko-męskim zapachu. Mnie on akurat nie przeszkadza ;).


Stosowałam ten produkt zarówno przed myciem (solo lub w miksach na 20-60 minut przed) jak i po myciu (na około 2-10 minut). Ta maska (jak i wszystkie produkty Kallos) ma szczególnie liczący się dla mnie plus - w żaden sposób nie obciąża mi włosów, niezależnie od tego ile jej użyję. Pozostawia włosy miłe w dotyku, sprężyste, ładnie skręcone i błyszczące, a jej zapach nie utrzymuje się po myciu. Nie skraca czasu świeżości włosów w najmniejszym stopniu.

Zawiera niewiele protein (moje proteinolubne włosiska zapewne chciałyby ich znacznie więcej), jednak osoby o włosach bardziej wrażliwych na te składniki powinny pamiętać o ryzyku przeproteinowania przy częstym stosowaniu.

Wydajność oceniam na średnią, jednak przy tak niskiej cenie za tak duże opakowanie nie poczytuję tego za jakiś szczególny minus - przynajmniej mam okazję ją zużyć bez najmniejszych problemów i w rozsądnym czasie ;). Jak już wspominałam - nie jest to produkt mocno odżywczy i ciężki, więc może sprawić zawód osobom oczekującym dociążenia włosów. 

A jakie są Wasze doświadczenia z Kallosami? Znacie, lubicie? A może wręcz odwrotnie?
loading...