Spakują się i pojadą ;)

Kto? Co? Oczywiście książki "Ostatnia spowiedź", które były do wygrania w niedawnym konkursie na moim blogu. Z pomocą Pana Tomasza wyłonieni zostali zwycięzcy ;)

Nie przedłużając ;)

Książki wędrują do: 

mia.vico
gwiazdeczka60

Wylosowana  natomiast została: Farizah 

Czekam na adresy do wysyłki ;)

Nagrody zostaną wysłane w piątek ;)

Gratuluję wygranym i dziękuję wszystkim za udział ;) Nowy konkurs - wkrótce!

 

Czarniejszy odcień czerni ;)

Gdy wstaję rano (jak ja tego nie lubię - jakby zajęcia nie mogły się zaczynać chociażby od 10 :P) podstawą mojego ogarnięcia się jest śniadanie - bez niego nie jestem w stanie funkcjonować, odlatuję, jest mi słabo i wszystko podobne. A z racji, że nie wstaję jakoś wybitnie wcześniej przed wyjściem (:P) mój makijaż jest dość okrojony. Nie zapominam jednak nigdy o tuszu do rzęs - dziś będzie o jednym z moich ulubionych ;)


Eveline Mascara False Definition 4D Extension Volume (jaka długa nazwa :P) była pierwszym tuszem tej firmy, jaki wpadł mi w rączki. Zaliczyłam miłość od pierwszego wejrzenia ;)

Opakowanie: Typowa dla tuszy długa tuba z płasko ciętymi końcami. Przyczepić się mogę do nalepek, które jak dla mnie są zbyt pstrokate i niekoniecznie zbyt prosto naklejone. Ale na całe szczęście nie odpadają ;)

Pojemność/cena: 10ml/10-12zł - pozytywnie!

Szczoteczka:


Silikonowa! Właściwie nie używam tuszy z włoskową szczoteczką, bo nie odpowiadają mi. Ta ma sporo wypustek o gradientowo rozłożonej długości (najdłuższe na środku).

Działanie: Szczoteczka umożliwia dokładne pokrycie rzęs aż do nasady, tak samo jak porządne pomalowanie włosków w obu kącikach oczu (z tym notorycznie miewałam problem). Zapewnia przyjemne rozdzielenie (nie muszę przeczesywać włosków pięćset razy, żeby nie mieć efektu "pajęczych nóżek") oraz naprawdę megawydłużenie. Podkręcenia nie zauważyłam, ale jak moje włosy na głowie są kręcone, tak moich rzęs zakręcić się niczym nie da, więc wybaczam :P

Poza tym kolor tuszu jest taki, jaki mi odpowiada: zimna czerń, a nie jakaś niebieskawa, brązowawa czy grafitowa ;)

Tusz jest bardzo trwały: zwykle w ciągu dnia nie mam czasu ani nie pamiętam o poprawkach makijażowych, a dzięki niemu nie muszę się zastanawiać, czy coś mi gdzieś nie spływa i czy nie mam pana Pandy wokół oczu :P Zachował pełną gotowość do działania przez prawie 4 miesiące - czyli do momentu, kiedy po prostu go zużyłam, więc wydajność także na plus ;)

Całkiem przyjemny kosmetyk w niewielkiej cenie ;) Mam smaki na inne tusze tej firmy ;)




Oleje potencjalnie komedogenne.

Grzebiąc w olejach w różnych półproduktowych sklepach omijam wszelkie oleje, które mogą mnie zapchać - wygrywam w końcu nierówny bój z zaskórnikami, więc nie chcę dać im możliwości powrotu :P

Z mojej lektury powstała taka lista olei, których boję nałożyć się na twarz, za to na włosy chętnie :P :

  • olej z pestek moreli;
  • olej kokosowy (w moim przypadku przeszkodnik - jak olejuję nim włosy muszę uważać, żeby się gdzieś nie pomaziać - od razu pojawiają sie gule :/);
  • olej palmowy;
  • masło shea;
  • masło babassu;
  • olej rzepakowy;
  • olej awokado;
  • olej migdałowy;
  • olej z orzechów laskowych;
  • olej z orzechów arachidowych;
  • olej z pestek dyni;
  • oliwa z oliwek;
  • olej sezamowy;
  • olej makadamia;
  • masło kakaowe;
  • olej z pestek śliwki.
Lista ta, tak jak wcześniejsza (KLIK!) jest do bólu statystyczna i nie jest w stanie uwzględniać czynnika ludzkiego, jakim są predyspozycje danej skóry ;) Jedynie mogą pomóc w wyborze początkującym ceromaniaczką planującym przygodę z olejowym zawrotem cery ;) Poza tym - nie znam wszystkich dostępnych olei ;)

Sama nie mam na razie odwagi spróbować któregoś z tej listy na moim ryjku (wyjątek - śliwka) - tak, nawet ja czasem się boję :P Skłonności mojej cery do zapychania są zbyt duże, by obecnie ryzykować pogorszenie ;)

A czemu mnie nie było i co będzie ;)

Wnikliwsi Czytelnicy zauważyli, że od jakiegoś czasu jest mnie trochę mniej na blogu - później odpowiadam na komentarze, postów jest mniej i tym podobne. Nałożył się na to zestaw czynników - dopadło mnie jedno z choróbstw, które panują obecnie w naszym pięknym kraju - zaowocowało to tym, że gorączka oscylującą w granicach 40 stopni przez kilka dni nie pozwoliła mi za wiele podziałać blogowo, ani właściwie w żadnej innej materii - oficjalnie powiem, że chyba nigdy tak chora nie byłam...

Gdy już z łoża boleści podniosłam się dopadła mnie uczelnia - tak, sesja idzie, terminy gonią, a moje grypopodobne coś zaowocowało lekkim (nawet większym niż lekkim) zatorem w pracy :P

Poza tym cały weekend ciotkowałam moim wyrośniętym bratanicom oraz oddawałam się szałowi zakupowemu na wyprzedażach - zbiory są całkiem niezłe, niedługo będziecie mogły je zobaczyć ;) Malutko biżuterii, żadnej kiecki (:O) - coś dziwnego się ze mną podziało :P

Tak więc niestety do końca sesji będzie mnie odrobinę mniej tutaj i na Waszych blogach, ale nie zamierzam o Was zapomnieć ;)

P.S. Przypominam o konkursie ;) KLIK!

Nocny Niszcz Pryszcz

Swego czasu pokazywałam Wam krem na dzień z serii Niszcz Pryszcz firmy DLA, a dziś nadszedł czas na jego nocnego brata ;)


Opakowanie: Buteleczka typu airless - czyściutko i higienicznie. Design ascetyczny i w moim guście. Całość zapakowana dodatkowo w kartonik, który po raz drugi inteligentnie wyrzuciłam :P Jedyny kłopot to to, że trzeba "wagowo" oceniać, ile kremu jeszcze zostało.

Pojemność/cena: 30g/15 zł - pozytywnie ;)

Zapach: Trochę ziołowy, trochę mydlany - ale na tyle delikatny i łatwo wietrzejący, że raczej nie będzie przeszkadzał w użytkowaniu.

Konsystencja:



Jest trochę gęstszy niż jego dzienny odpowiednik, co ma też swoje konsekwencje w działaniu, ale o tym niżej.

Skład: Aqua/Salix Arba Bark, Aqua/Achillea Millefolium, Ceteareth-18/Cetearyl Alcohol, Borago Officinalis Oil, Isopropyl Isostearate, Glycerin, Simmondsia Chinensis Oil, Glyceryl Stearate, Cetyl Alcohol, Butyrospermum Parkii Butter, Kaolin, Allantoin, Panthenol, Lactic Acid, Parfum, Methylparaben, Propylparaben, 2-Bromo-2-Nitropropane -1,3-Diol, Citronellol, Limonene, Hexyl Cinnamal, Geraniol, Linalool.

Znaleźć w nim możemy ekstrakty/odwary z wierzby, krwawnika, olej jojoba, masło shea, olej z ogórecznika, glinkę porcelanową, pantenol, alantoinę... sporo dobroci.
 Uwaga wrażliwcy - zestaw konserwantów jest z tych "mocniejszych" i nie chodzi mi o parabeny :P

Działanie: Mówiłam już przy okazji wcześniejszej recenzji, że Niszcz Pryszcz zapewnił mi miesięczną rozrywkę w postaci wysypu zmian gulowato - zapalnych, a później skóra była w dużo lepszym stanie, Nie chodziło tu jednak o zapchanie, bo zaskórników nie przybyło mi w ogóle. Dlatego też do używania ich potrzeba mocnych nerwów :P

Ten konkretny krem ze względu na gęstszą postać i przez to trochę cięższą formułę dużo gorzej się wchłania i zostawia tłustawą powłoczkę na twarzy - jednak to w końcu nocny krem, więc mogę to puścić płazem. Skóra była jednak odpowiednio nawilżona i natłuszczona, a po zejściu nieproszonych gości zauważyłam poprawę kolorytu, co ogólnie na moim ryjku jest dość trudne do osiągnięcia :P

 Podsumowując serię DLA - polecam osobom, które nastawione są na wysyp i potrafią go przetrzymać, a wrażliwcom zalecam sporą dozę ostrożności.

Teraz szukam czegoś nowego do próbowania :D 

Moja stylizacja kłacząt


z: yacool-uroda.pl

 Czyli jak Kascysko z sytuacji mniej więcej podobnej do obrazka powyżej otrzymuje loki :P Tak, nad moimi sprężynkami trzeba trochę popracować, by trzymały się w nienaruszonym stanie trzy dni ;)

Włosy odkąd pamiętam myję i maseczkuję z głową w dół, więc tego zmienić po tylu latach się nie da :P Po spłukaniu odżywki wiszące nad wanną/brodzikiem włosy otwartą dłonią dociskam do skalpu - by odsączyć jak najwięcej wody (w tym momencie z moich włosów tworzy się taka duża spiralka).

Później w ten sam sposób dociskam do skalpu bawełnianą koszulkę (by jeszcze bardziej usunąć wilgoć). Po zdjęciu koszulki wcieram w długość włosów (czyli w to, co "wisi") groszek odżywki bez spłukiwania Joanna Naturia len i rumianek. Do tego momentu wszystko robiłam z głową w dół.

W tym momencie prostuję się, włosy przerzucam na plecy, ewentualnie włosy w okolicach czoła przeczesuję palcami do tyłu.

Podkoszulek z długim rękawem (mam po tacie :P) układam na plecach pod włosami tak, że rękawy pokrywają się z  moimi ramionami, a kołnierzyk mam na karku. Zarzucam część tułowiową podkoszulka na włosy (głowę), związuje rękawami z przodu głowy i tak chodzę około 15-20 minut ( to tak zwany plunking odwrócony). Opis jest skomplikowany (:P), ale zapewniam, że wykonanie jest proste jak budowa cepa ;)

Teraz czas na harmonijkowanie: po odwinięciu włosów z podkoszulkowego turbana tą samą koszulką (z głową w dół) otwartą dłonią dociskam włosy do skóry głowy (powstają sprężynki) - około 6 dociśnięć w moim przypadku wystarcza. Wgniatam piankę, potem żel Bielenda lub Delia z groszkiem Isany czarno pomarańczowej męskiej i zarzucam znów fryz do tyłu.

Teraz czas na podpinanie, o którym już pisałam ;)

Jak włosy zrobią się sztywne... idę spać (tak, z mokrymi włosami, bo gdybym czekała na ich wyschnięcie to nie spałabym w ogóle :P). I tak, nie spinam włosów, bo niszczy mi to kształt fryzury ;)

Rano z głową w dół odgniatam (otwartą dłonią dociskam do skalpu) włosy aż do momentu, gdy sztywność puści.

Zdaję sobie sprawę, że opis brzmi harcorowo, ale naprawdę - bez chodzenia w plunkingu zajmuje mi to jakieś 5 minut (raz na 3 dni ;)).

Złotko!

Złoto nie jest kolorem, za którym przepadam - uważam, że słabo w nim wyglądam. Nawet biżuterii w tym odcieniu mam niebywale mało i rzadko do takowej mnie ciągnie. Ale już tego typu ograniczenia nie dotyczą moich paznokci :P

Złociakiem w mej kolekcji jest lakier L.A. Colors NP410 Force - właściwie jest to skrzyżowanie złota z odrobiną miedzi. Może dlatego tak mi się podoba? ;) Lakier w buteleczce wygląda na mocno drobiniasty, natomiast na paznokciach już już słabiej ;)

Zdaje się, że o mojej miłości do ich buteleczek (15 ml), rączek i pędzelków wszyscy pamiętacie - a mnie podobno trudno zadowolić czymkolwiek :P Kryje bez zarzutu po dwóch warstwach, z topem Golden Rose Quick Dry trzyma się bez uszkodzeń 4 dni - nie mam pytań, skoro za lakier dałam niecałe 3 zł licząc już wysyłkę ;)

Znalazłam ich stronę i odkryłam kilka przecudnych brokacików, które chciałabym mieć już i natychmiast :P Urodziny się zbliżają... :P




P.S. Dziewczyny! Na FB "Ostatniej spowiedzi" można wygrać bony upominkowe do perfumerii Douglas: klik!


Malinowe serum do twarzy

Moja miłość do kosmetyków w formie niekremowego serum jest szeroko znana, więc gdy kończę opakowanie jednego to biorę się za mieszanie kolejnego ;) Tak więc po skończeniu wielkiej i kolejnej już z kolei butli serum przeciwtrądzikowego zapragnęłam odmiany - padło na bajecznie proste w wykonaniu serum z ekstraktem z malin.

Potrzebujemy:
  • 3 ml ekstraktu z malin
  • 5 ml witaminy B3 - niacyniamidu
  • 1,25 ml pantenolu (około pół miarki 2,5 - mililitrowej, nikt z tego strzelał nie będzie :P)
  • 20 ml 1% żel hialuronowy - można wziąć też ten 1,5% lub roślinny
  • 25 ml wody lub ulubionego hydrolatu (sama robiłam na wodzie, następnym razem będzie na jakimś hydrolacie)
Jest to delikatnie zmodyfikowany przepis ze strony ZSK - objętości zmienione, żeby łatwiej było odmierzać, i żel hialuronowy roślinny wymieniony na ten 1% (ze względów ekonomicznych :P).

W zlewce umieszczamy składniki w kolejności wypisania, mieszamy i w wyniku dostajemy dość wodniste serum o brązowo - rudym zabarwieniu i zapachu niemalinowym, trochę słodkawym, ale nie nieprzyjemnym;)




Zastanawiałam się, czy zabarwienie zostanie na skórze, ale na szczęście nie ma tego problemu ;)

Serum nadaje się do całej twarzy - także na okołooczne okolice. Nakładałam je wieczorem na dekolt, szyję i ryjek zwykle pod krem, ale czasem stosowałam je solo.

Co dzięki niemu osiągnęłam? Bardzo dobry poziom nawilżenia, zero zapchania. Skóra po aplikacji jest tak przyjemnie napięta i elastyczna :D Cienie i opuchnięcia pod oczami są mniejsze, a suchych skórek brak.

A już masterstwem dla mnie są efekty na dekolcie - miałam pewne kłopoty z pojedynczymi krostkami w tym rejonie - minęło jak ręką odjął ;) Stosuję je czasem też pod wszelkie stosowane przeze mnie maseczki i uważam, że całkiem przyjemnie intensyfikuje ich działanie.

Samo serum może postać 2-3 tygodnie w porywach w lodówce, ale po dodaniu 5 kropel FEOGu (na 50 ml serum) postoi co najmniej 6 miesięcy poza lodówką ;)

Uważam, że jest to całkiem dobry pomysł na pierwsze próby z samodzielnym mieszaniem - przepis jest bardzo prosty ;) A i efekty błogosławione ;)

Co ostatnio ukręciłyście? ;)



Książkowy konkurs!

Pamiętacie moją recenzję "Ostatniej spowiedzi" ? Otóż dla tych, których ta książka zainteresowała mam nie lada gratkę - trzy egzemplarze książki Niny Reichter!


Regulamin konkursu:

  • Konkurs trwa od 6 stycznia 2013 roku do 16 stycznia 2013 roku do godziny 23:59.
  • By wziąć udział, należy: odpowiedzieć na pytanie konkursowe, polubić Fanpage "Ostatniej Spowiedzi" na Facebooku oraz podać swój wiek. 
  • Wybrane zostaną dwie najlepsze odpowiedzi, a jedna z nagród rozstanie rozlosowana między uczestnikami, którzy spełnią wszystkie wymogi.
  • Pytanie konkursowe: Jakie cechy powinna mieć powieść, byś przeczytał/przeczytała ją jednym tchem? (maksymalnie 3 zdania).
  • Zgłoszenia przyjmowane są pod postem konkursowym.
  • Szablon zgłoszenia: 
Polubienie Fanpage (imię i pierwsza litera nazwiska):
E-mail:
Odpowiedź:
Wiek:

Myślę, że to idealna okazja, bo sprawić sobie książkową niespodziankę na Nowy Rok ;)
Serdecznie zapraszam do uczestnictwa ;)

Żeby nie było, że koniecznie trzeba mieszać ;)

Dwa dni temu pokazałam Wam moich patentowych ulubieńców, czyli sposoby urodowe, w których trzeba coś mieszać lub odkryć inne zastosowania jakiegoś kosmetyku. Dziś skupię się na tym, co same możemy wynieść z drogerii/apteki/ewentualnie mydlarni, a co pokochałam miłością wzajemną ;)

  • eyeliner i róż Terracotta Golden Rose - polecam każdemu makijażowemu laikowi - są trwałe i tak proste w obsłudze, że nawet ja daję sobie radę :P
  • serum do rzęs Eveline - idealne jako podkład pod tusz - przedłuża jego trwałość i przeciwdziała osypywaniu i efektowi "pandy". Nie wyobrażam sobie malowania rzęs bez jego użycia ;) U mnie działa też na porost.
  • mydło Alepia z czerwoną glinką - myję nim moją wymagającą cerę, potem wyrównuję pH micelem lub hydrolatem. Bardzo je lubię i w kolejce do wypróbowania stoi już inny jego rodzaj.
  • kremy do twarzy Alterry - ubóstwiam wszystkie rodzaje, chociaż na pierwszym miejscu stacjonuje krem z orchideą. Nie zapychają mnie, nawilżają, nie zostawiają tłustej warstwy. Zastrzeżenia mam tylko do brzoskwiniowego - mógłby się lepiej rozprowadzać i posiadać jaśniejszy odcień.
  • szampon Biokap - w życiu nie myślałam, że szampon może tak ograniczyć wypadanie! Niestety ze względu na cenę raczej się pożegnamy :/
  • matowe błyszczyki Basic - uwielbiam efekt matu na ustach! Szkoda, że wysuszają usta - obecnie ich używanie musiałam ograniczyć :/
  • pianka Isana Locken w starej wersji - dzięki niej uzyskiwałam idealny efekt utrwalenia bez obciążenia. Niewielki zapas jeszcze mam, lecz co ja biedna pocznę potem :/
  • lakier L.A. Colors Aqua Crystals - z całą pewnością ukochany lakier w mojej sporej już kolekcji
  • Ziaja bloker - jedyny trzymający w ryzach moją gospodarkę wodną :P
  • kolagen do dłoni Bingo Spa - ze względu na wchłanianie i pompkę, która ułatwia aplikację po myciu dłoni ;)
  • olej łopianowy Green Pharmacy - lubimy się nadal, chociaż wcieram go dużo rzadziej ;)
  • maski do włosów Bingo Spa - wszystkie i w różnych konfiguracjach kochają moje włosy i mam nadzieję, że się to nie zmieni ;)
  • krem kakaowy Isana do ciała - za zapach i działanie na moją suchą skórę. UWAGA! Pojawił się jego mniejszy odpowiednik do rąk, ale skład bardzo podobny, jeśli nie identyczny ;)
Sporo tego ;) Zastanawiam się, ile zmieni się do przyszłego roku z tego zestawu ulubieńców ;)

Macie dla mnie jakieś drogeryjne typy do wypróbowania? ;)

Zeszłoroczni ulubieńcy - patentowi ? ;)

W ciągu zeszłego roku wypróbowałam masę różnych patentów (sposobów?) kosmetycznych - kilka jest jeszcze w fazie testów, jednak do pewnych będę wracać. Może komuś z Was nasunie to pomysł, czego spróbować w Nowym Roku ;)

Oto one:

  • kremowanie włosów ( KLIK! KLIK! KLIK!) - uwielbiam tą formę kosmetyków nawłosowych - oleju często zdarza mi się po prostu nalać za dużo :P Nie mówiąc już o doznaniach zapachowych przy Isanie kakaowej ;)
  • peeling sodowy (KLIK!) - delikatny (jak dla mnie), a skuteczny jak rzadko ;) I nie uwrażliwia skóry na promienie słoneczne ;)
  • drożdże (KLIK! KLIK!) - zewnętrznie na przetłuszczanie się skóry głowy i na trądzik, a wewnętrznie - master porostowy :D
  • serum ( KLIK! KLIK! KLIK!) - niebywale odpowiada mi ten typ kosmetyków ze względu na swoją żelową formułę (kremowe jakoś mnie tak nie kręcą :P) i intensywność działania;
  • glinka zielona (KLIK!) - pogromca wysypów trądzikowych;
  • kostkowy peeling kawowy (KLIK!) - niewiele sprzątania, a jaki efekt :D
  • niby - Encanto (KLIK!) - moje włosy jednak najbardziej ze wszystkich protein lubią keratynę, więc nie będę im jej odmawiać ;)
  • podpinanie włosów po myciu (KLIK!) - i jest objętość, a nie przyklapus pospolitus ;)
  • kozieradka (KLIK!) - i prawie zero włosów na grzebieniu oraz ubraniach;
  • maski bawełniane (KLIK!) - które można nasączyć czym dusza zapragnie (oczywiście w granicach rozsądku :P) i testować, co skórze najbardziej odpowiada;
  • woda micelarna z biosiarką (KLIK!) - ukochany, doskonale radzący sobie z makijażem micel, ogarniający także zmiany trądzikowe;
  • skrobia ziemniaczana (KLIK!) - jedyny i niepowtarzalny dla mnie puder matujący - na obecną chwilę wydaje mi się, że nigdy się z nią nie rozstanę;
  • maski przedmyciowe na olej i nie na olej (KLIK!) - gdy mało czasu i gdy włosy do odpowiedniego wchłaniania potrzebują temperaturowego kopa ;)
Może Wy podsuniecie mi coś nowego to testów ?;)


Czysta karta?

Witajcie, Drodzy Czytelnicy, w 2013 roku! Mam nadzieję, że macie za sobą Sylwestra spędzonego w jak najprzyjemniejszy dla siebie sposób ;) Wczoraj podsumowałam stary rok, a dziś, jak to na Nowym Roku wypada, czas na postanowienia! :D

  • Zapuścić włosy w skręcie do zapięcia stanika - na razie takie są "rozprostowane". Jeśli nie będę nadal kompulsywnie sięgać po nożyczki, to może mi się to udać :P
  • Wybić na twarzy mendy zwane wągrami. Czyli postanowienie jak co roku, a niektóre ich bastiony nadal się trzymają :/
  • Ogarnąć jakąś mądrą pielęgnację skóry wokół oczu, bo już czas ;)
  • Zabrać się za brzuch - schudnąć nie potrzebuje, ale akurat ta okolica stanowi "mniej piękną" powierzchnię mego ciała :P
  • Psychicznie pozbyć się kompleksów - bo przecież każda z nas jest piękna ;)
  • Oduczyć się zakładania najpierw najczarniejszego scenariusza we wszystkim, co możliwe.
  • Znaleźć więcej czasu dla siebie, albo chociaż więcej czasu na odpoczynek - na razie nie wiem jak, ale coś się może ogarnie :P
  • Wyleczyć się z osobistego pesymizmu.
  • Wywiązać się z tego, do czego się zobowiązałam najlepiej jak umiem ;)
  • Zrobić sobie nowy szablon na bloga - w tej materii będzie to orka jak na ugorze, ale spróbuje.
  • Opanować swoje dość mocne wahania nastrojów - by nie wnerwiać otoczenia.
  • Zrobić w końcu kurs prawa jazdy :P
  • Spróbować w końcu być szczęśliwą ;)
Niemniej wymagań nie mam dużych - chciałabym, żeby bilans tego roku wyszedł lepiej, niż zeszłego - już wtedy będę bardzo zadowolona ;)

A jak jest u Was z postanowieniami noworocznymi ?