Nieudana mięta po tuningu ;)



Kolory okołomiętowe kojarzą mi się z latem, a jak wiadomo - zimy i brzydkiej jesieni nie cierpię z wzajemnością, dlatego też często manicure mam zgoła nieprzystający do pory roku ;).

Niewiele mam w swojej kolekcji lakierów zapachowych, jednak połączenie ładnego odcienia z delikatnym złotawym shimmerem oraz niską ceną (3,49zł/8ml)przekonało mnie do kupna Miyo Mini Drops nr 43 Mint. Buteleczkę posiada zgrabną, pędzelek dobrze przycięty i nie za duży - nic tylko malować

Dwie warstwy kryją całkowicie, bez smug,  dając żelkowy efekt, pachnie bardzo przyjemnie słodzoną miętą... Jednak cóż z tego, jeśli po 2,5 h od malowania i użyciu wysuszacza dorobiłam się na swoim manicure niechcianej tekstury:





Niewiele więc myśląc złapałam za jeden z moich nowych nabytków, czyli lakier Life nr 40 (4,99zł/ 5,5 ml), który zawiera drobinki brokatu w dwóch wielkościach - drobniutkiej mgiełki zielono-niebieskiej i większych, różowo-wrzosowych.

Na każdy z paznokci nałożyłam dwie warstwy, które wyschły w trymiga i obecnie mogę pochwalić się takim zdobieniem:





Oto lakiery wykorzystane:



Fascynacja lakierami Life rośnie. A Wy - macie jakiś albo polujecie na któryś? ;)


Coraz mniej tego, co "skórne", jest mi obce...



Na wstępie muszę Was przeprosić za moją blogową niebytność - nadmiar zajęć, wyjść i wizyt w szpitalu sprawił, że najzwyczajniej w świecie mam niewiele czasu. Nadrobiłam komentarze i maile, jednak prawie na pewno coś przeoczyłam - proszę więc o przypomnienie się na maila bądź w komentarzach ;).

Skórę twarzy mam tłustą, i to właściwie książkowo tłustą. Czasem nawet śmieję się, że przydział sebum przeznaczony na całe moje ciało wydziela się tylko i wyłącznie na mojej facjacie :P. Z racji, że taką cerę posiadam od czasów nastoletnich to pielęgnację mam w zarysie opracowaną - wiadomo, produkty się zmieniają.

Jednak nawet moja skóra, która od jakiegoś czasu była dla mnie względnie obliczalna - potrafi mnie zaskoczyć.

Otóż od jakiś 10 dni posiadam skórę suchą na twarzy. Książkowo suchą, jednak wiem, że jest to stan przejściowy ;). Jak do tego doszło?

Zostałam pobłogosławiona uczuleniem. Do końca jeszcze nie wiem, czy to nowa postać mojej alergii na lilie (do tej pory tylko "płakałam" i miałam katar - opcja bardziej prawdopodobna) czy nadwrażliwość na pirydynę (opcja mniej prawdopodobna, ale na niej pracuję, więc może...).

Pewnego pięknego dnia obudziłam się z podskórnymi, niewielkimi gulami na czole, nosie, okolicach ust, brodzie i dolnej połowie powierzchni policzków. Pomacałam - uczucie, jakbym miała 70% twarzy usianej początkowym stadium opryszczki wargowej... co dodatkowo zostało utwierdzone tym, że po 2-3 dniach ze zmian zaczął sączyć się płyn surowiczy.

Lekarz, diagnoza alergii nie do końca znanego pochodzenia, leki...

Zmiany "wyschły"i całkiem szybko się goiły. Jednak oczywiście był też drugi akt ten skórnej tragedii :P. Skóra twarzy zaczęła się łuszczyć. Na bogatości, czyli schodzić płatami jak po mocnych, dermatologicznych peelingach (jaszczurzenie trwało jakieś 2 dni). W czasie tego procesu oraz po nim (czyli już od tygodnia) doświadczam tego, że nakładam krem do twarzy i po kilku minutach w ogóle nie czuję, że cokolwiek zastosowałam :/ Rekordem było sześciokrotne nałożenie arbuzowego kremu Apis w ciągu godziny, zanim poczułam cokolwiek pokroju nawilżenia.

Sytuacja się jednak poprawia z każdym dniem i myślę, że niedługo będę mieć znów swoją tłustą cerę - nie myślałam, ze kiedykolwiek będę za nią tęsknić ;). Gdy już do tego dojdzie zabiorę się za likwidację pojedynczych śladów, jakie pozostawiły po sobie te tajemnicze zmiany. Chwilowo mam więc cerę bardziej nieidealną niż zwykle :P.

Macie za sobą takie dziwne, twarzowe historie? Jeśli chcecie - podzielcie się nimi w komentarzach ;)


Jogurt jagodowy po raz drugi? ;)



Z objęć szału piaskowego wpadłam wprost w ramiona szału brokatowego - poluję na coraz to nowe lakiery w kropeczkowym stylu i nawet dziś udam się w poszukiwaniu kolejnych ;).

Lakier Life nr 24 jeszcze bardziej kojarzy mi się z jogurtem jagodowym niż jego brat - we wrzosowo-różowej bazie zatopione zostały nieregularnej wielkości drobinki białego i czarnego brokatu. Wymaga zastosowania podkładu (u mnie - biały lakier z Miss Selene), bo niestety, ale pełne krycie zostałoby chyba osiągnięte po milionie warstw. Zastosowanie bazy ma jednak swoje plusy - zmycie go jest wyraźnie łatwiejsze po jej użyciu ;). Lakier schnie szybko, więc mimo dodatkowej warstwy emalii nie wydłużamy drastycznie czasu robienia manicure.

Na moich paznokciach są dwie warstwy tego lakieru pokryte topem.

W promocji dostałam go w Superpharm w cenie 3,49 zł/5,5 ml.

I znów jestem zakochana i... chcę więcej tego typu lakierów, doradzicie? ;)








Jak się Wam podoba? ;)

Problemy włosowe VII: czy warto nakładać olej/maskę/wcierkę na włosy potraktowane wcześniej silikonami i innymi filmformerami?




Pytanie tego typu często przewija się przez wątki na Wizażu, w Waszych mailach do mnie oraz w komentarzach. Substancje filmotwórcze (filmformery inaczej) to silikony, polyquateria, quateria oraz guma guar i jej pochodne. Do tej grupy zalicza się też parafinę ze względu na to, że do całkowitego jej zmycia potrzeba mocnego detergentu.

Ze względu na powłokotwórcze właściwości filmformerów (jak sama nazwa wskazuje) wiele włosomaniaczek zastanawia się, czy odżywcze składniki dostarczone wraz z olejem, maską, wcierką czy serum mają szansę przebić się przez tą powłokę zadziałać, a co za tym idzie - czy na włosy potraktowane rozważanymi składnikami (bez zmycia) warto nałożyć coś odżywczego?

Jak najbardziej warto. W ferworze naszej włosowej pielęgnacji warto zatrzymać się na chwilę nad tym problemem i zastanowić, by określić własne stanowisko w temacie ;). Kosmetyki zawierające filmformery zwykle nie składają się tylko i wyłącznie z nich (wyjątek może stanowić serum na końcówki). Część z tych składników odparowuje w czasie, jest zmywanych wodą bądź łagodnym detergentem, a także... po prostu ścierają się w czasie z powierzchni włosa i skóry.

Kooperacja niemiecko-białoruska kontra moje włosy



Niemiecko-białoruska marka Wellreal była mi do niedawna nieznana i nadal pamiętam moje zaskoczenie, gdy przeczytałam, jakiej "narodowości" jest ta firma :P. Miałam już okazję spróbować kilku produktów do ciała, a teraz... przyszedł czas na włosy ;). Tak więc dziś powiem więcej o szamponach: wzmacniającym i do włosów suchych oraz odżywki/balsamu do włosów suchych.

Szampon do włosów suchych:


Opakowanie: Wysoka butelka zamykana na "pstryk", wygodna w użytkowaniu, nie wyślizguje się z ręki. Naklejki są odporne na czynniki zewnętrzne ;)

Pojemność / cena: 500 ml / 16 zł; 250 ml / 9,99 zł.

Skład:




Mimo mocnej mieszanki detergentowej nie jest typowym szamponem oczyszczającym, ponieważ zawiera po zapachu pochodną gumy guar. Poza tym znajdziemy modyfikowane estry pochodzące z masła babassu oraz ekstrakt z pszenicy (po zapachu). Zawiera zestaw konserwantów, chlorek sodu oraz barwniki - uwaga wrażliwcy.

Konsystencja:


Pomarańczowy żel, dość gęsty jak na szampon do włosów, ale nie przeszkadza to w jego używaniu.

Zapach: Czuję lekką nutkę jakiejś męskiej wody kolońskiej, ale nie zostaje na włosach.

Szampon wzmacniający: 


Opakowanie, cena, pojemność: jak wyżej.

Skład:

 

Baza detergentowa jest taka sama, jak u jego brata, i on także zawiera pochodną gumy guar po zapachu. Znajduje się w nim także ekstrakt z krwawnika oraz kompleks ceramidowy.
Zawiera konserwanty, chlorek sodu i barwniki - uwaga wrażliwcy.

Konsystencja:


Dość gęsty, jasnoróżowy żel.

Działanie: Szampony opiszę razem, ponieważ jeśli chodzi o moje włosy - nie widzę między nimi różnicy. Mimo zawartości filmformeru produkty te naprawdę bardzo dobrze myją - widocznie jest go naprawdę niewiele. Jestem fanką mocnych szamponów i te z całą pewnością mogę zaliczyć do grupy tych, które się sprawdziły - włosy po myciu są należycie oczyszczone, odświeżone, nieobciążone. Dodatkowo nie są szorstkie (rzadko bo rzadko, ale po niektórych produktach do mycia przydarzały mi się takie historie), a w związku z tym nie mają tendencji do kołtunienia.

Mój skalp także wydał opinię pozytywną - nie zanotowałam żadnego swędzenia przy ich stosowaniu.

Zapach: Kwiatowy.

Odżywka/balsam do włosów suchych:


Opakowanie, cena, pojemność: jak wyżej.

Skład:



Znajdziemy w niej mieszankę emolientów (także filmformerów: silikony, polyquaterium i pochodnej gumy guar), ekstrakt z nasion pszenicy oraz olej z palmy Orbignya Oleifera.
Zawiera konserwanty (w tym paraben) oraz barwniki - uwaga wrażliwcy.

Konsystencja: 


Dość gęsty krem, ale nie na tyle, by utrudniać aplikację produktu z butelki.

Działanie: Przyznaję, że lubię nakładać produkt do spłukiwania "na bogatości" - tak mam od chyba początków włosomaniactwa i ciężko będzie to zmienić ;). Ten kosmetyk natomiast jest z gatunku tych, które muszę dozować rozsądnie, by nie zostać pobłogosławioną przyklapem, przyliżem i przetłuszczem. Na szczęście wiem już, jaką ilość tej odżywki nałożyć, by nie przedobrzyć. Dla mnie jest to produkt pogodoodporny - po jego użyciu deszcz za oknem w żadnym stopniu nie był straszny moim lokom. Nadal wyglądały jak tuż po wyjściu z domu, bez jakiś dziwnych zmian kształtu i faktury. Nie rozprostowuje mi skrętu, ujarzmia i definiuje loki.

Całkiem nieźle sprawdza się jako odżywka bez spłukiwania, ale tutaj dobranie ilości takiej, by końcówki nie były przeciążone to dopiero była sztuka :P. I kolejne spostrzeżenie - nie mogę używać jej jako d/s i b/s w jednym cyklu mycia, bo po wyschnięciu mam image na "włosy średnio-świeże".

Podsumowując - żałuję, że nie widuję (jeszcze?) tych produktów stacjonarnie, bo kuszą mnie inne ich szampony. Odżywka natomiast jest dobra, ale przy mojej galopującej niskoporowatości używanie jej wymaga ode mnie sporej precyzji :P

Spotkałyście się już z tymi kosmetykami stacjonarnie?


Jogurt jagodowy ;)



Nie ma to jak uczestniczyć w wizażowym wątku włosowym, gdzie notorycznie kuszą cudami paznokciowymi :P. Przyznaję, że ostatnio jestem bardzo nie na czasie, jeśli chodzi o wszelkie kosmetyczne promocje - jakoś nie po drodze mi z przeglądaniem gazetek promocyjnych ;).

Na Wizażanki jednak zawsze można liczyć - to one sprawiły, że usłyszałam o promocji na lakiery Life w Superpharm oraz pokazały mi piękne "kropkowe" egzemplarze tej firmy. Nie zastanawiając się długo wybrałam się na spacer (w tempie rączej gazeli :P) wzdłuż Wisły do Galerii Kazimierz na zakupy :D.

W ten oto sposób w moje ręce trafił lakier Life nr 22 - w buteleczce jest to krwistoczerwona baza z zanurzonymi w niej drobinkami czarnego i białego brokatu o różnej wielkości. Na paznokciach kolor staje się rasowo-malinowy i przywołuje u mnie skojarzenia z domowym jogurtem jagodowym ;).

Ładna, zgrabna buteleczka z dobrze skrojonym pędzelkiem kryje 5,5 ml lakieru (jest nadzieja, że może go zużyję :P) w obłędnej cenie 3,49 zł (w promocji, bez niej kosztuje 5 zł). Jako bazę użyłam jednej warstwy białego lakieru Miss Selene (myślę, że lakier Life nałożony dwoma warstwami na paznokieć "bez podkładu" będzie półprzeźroczysty na końcówkach). Schnie całkiem szybko, a nałożenie warstwy topu przeciwdziała odrywaniu się pojedynczych drobinek brokatu.

Nosiłam go od środy do dziś, nie zanotowałam uszkodzeń, a dzięki warstwie lakieru bazowego zmycie go nie przysporzyło mi wielki trudności ;).

Chyba się w nim zadurzyłam <3






A Wam jak się podoba? ;)

A jednak - podcięłam włosy!



Kilka dni temu pisałam o tym (KLIK!), że chodzi za mną jakaś włosowa zmiana - podcięcie i/lub fioletowe ombre zrobione gencjaną. Właściwie jednogłośnie w komentarzach odciągaliście mnie od decyzji o podcięciu - dziękuję, że moje włosy mają u Was tak wysokie oceny ;).

Wczorajszego wieczora naszła mnie znów ochota na podcięcie, a z racji tego, że w ostatnim czasie moje nieprzemyślane decyzje są wyborami najlepszymi - zrobiłam to ;). Ściągnęłam rodzicielkę z łóżka, namoczyłam włosy, rozczesałam (ciekawe doświadczenie swoją drogą ;)).

Mama stwierdziła, że ich nie podetnie, bo po 3 sekundach od rozczesania były już konkretnie skręcone :P. Byłam już mocno zafiksowana na podcięcie, więc... nałożyłam na włosy sporo oleju, by je dociążyć - zrobiły się trochę prostsze (na chwilę :P).

Mama podcięła mi je w lekkie U, i tak z włosów odrobinę za stanik w wyproście mam włosy do połowy łopatek. Czyli poleciało jakieś 10-12 cm, może nawet więcej... ;). Po rozczesaniu włosów na mokro faktycznie widziałam, że podciąć trzeba - końcówki nie były rozdwojone, jednak mocno odznaczał się jeszcze ten cieniowany dół od reszty włosów. Dodatkowo były pewnie przerzedzone przez urazy mechaniczne - swetry, szale, torebki, plecaki...

"W lokach" nie było tego widać, ale rozczesanie "na prosto" odkryło nagą prawdę :P.

Jestem bardzo, bardzo zadowolona ze swojej decyzji, teraz mogą rosnąć (biorąc pod uwagę odporność moich końcówek następne cięcie będzie pewnie za rok :P), ale oczywiście - muszę się przyzwyczaić. Czuję się dziś trochę, jakbym włosów nie miała, ale myślę, że do tygodnia mi przejdzie ;).

Tak moje włosy wyglądały kilka dni temu (specjalnie nie wybrałam zdjęcia z tego postu z opcją megaskrętu, bo jest niemiarodajne porównawczo ;)):


A tak wyglądają dziś:


To jeszcze nie do końca "moje" loki - po takiej dawce czesania nie doszły jeszcze skrętowo do siebie, jednak i tak jestem bardzo zadowolona :D. Myślę, że po kolejnym myciu będzie jeszcze lepiej ;).

A co Wy o moim cięciu myślicie? ;)

Jak opanowałam trądzik XIX: mydło węglowe



Swego czasu podchodziłam do mydeł w pielęgnacji skóry twarzy jak pies do jeża, jednak po bardzo dobrze sprawdzającym się mydle Alepia z czerwoną glinką zmieniłam zdanie na ten temat. Skuszona opiniami dziewczyn z Wizażu jakiś czas temu weszłam w posiadanie mydełka węglowego z Mydlarni Tuli. Kostka lub krążek takiego mydełka kosztuje 10 zł - na zdjęciu odcięty kawałek (moje małe łapki nie nadają się do operowania całością :P).




Kostka ma odciśnięty kwiatek pokroju tulipana i sama jest koloru ciemnografitowego. Pieni się lepiej niż mydło Alepia, jednak nadal nie tak mocno jak tradycyjne mydła w kostce. Piana jest kremowa, myjąc się nim nie upaćkamy się na szaro-buro ;). Pachnie też słabiej, jak skrzyżowanie szarego mydła z jakimś męskim zapachem. Po użyciu niezmiernie ważne jest, by zostawić je do wyschnięcia - inaczej po kilkunastu dniach zamieni się w paćkowatą breję (sprawdziłam to na małym kawałku ;)).

Skład mydełka węglowego prezentuje się następująco: Sodium Olivate, Sodium Cocoate, Aqua, Sodium Palmate, Sodium Shea Butterate, Sodium Castorate, Sodium Rice Branate, Glycerin, Sodium Beeswax, Salvia Officinalis Leaf, Urtica Dioica Leaf, Arctium Lappa Radix, Flavor.

Znajdziemy tutaj mieszaninę mydeł sodowych stworzonych z olejów m.in.: z oliwek, kokosowego, palmowego, masła shea, ryżowego z dodatkiem gliceryny oraz wyciągów z szałwii, pokrzywy i łopianu. Mydło ma pH zasadowe (a skóra kwaśne), więc warto po jego użyciu przemyć twarz tonikiem bądź płynem micelarnym w celu szybszego przywrócenia równowagi ;).

Najważniejsze jest jednak działanie ;). Mydło to nie wywołało u mnie żadnych podrażnień (nawet oczu), wysuszenia czy uczucia ściągnięcia. Czyli zasada "nie szkodzić" została przez nie wypełniona w 100%. Poza tym właściwie od czasów, gdy go używam datuje się fakt, że prawie nie posiadam zmian ropnych na stałe, tylko czasem pojawi się jakaś pojedyncza wredota. Przyspiesza gojenie takich zmian, nie powoduje wysypu nowych niespodzianek (pryszczy, zaskórników, grudek), a nawet muszę przyznać, że wpłynęło na redukcję ilości zaskórników otwartych na mojej twarzy. Producent obiecuje (przy długim stosowaniu, a moje trwa już około pół roku ;)) rozjaśnienie kolorytu i przebarwień - nie zauważyłam takiego działania, ale być może z jednego powodu: u mnie nie ma czego rozjaśniać :P

Podsumowując - obok mydła Alepia to mój kolejny myciowo-twarzowy faworyt za niewielkie pieniądze ;)

Używacie mydeł w pielęgnacji twarzy?

2 lata minęły jak jeden dzień... ;)



30 października 2011 roku napisałam swój pierwszy post na tym blogu. Wcześniej miałam epizody z tego typu radosną twórczością, jednak bardziej w formie pamiętnika. Tutaj piszę o owocach mojej kosmetyczno-chemicznej pasji, o związanych z nią refleksjach czy ewolucji mojej pielęgnacji. Hm, to chyba jednak też jest swoisty pamiętnik - pielęgnacyjny ;). Blog oddziałuje także na moje zwykłe, prywatno-zawodowe życie.

Blogowanie nauczyło mnie tego, jak dyskutować, rozmawiać i przekazywać swoje poglądy tak, by odbiorcy zrozumieli moje słowa tak, jak chcę, by zostały zrozumiane - nikt przecież nie lubi się domyślać tego, "co autor miał na myśli" ;). Stałam się pewniejsza siebie oraz zwiększyła się moja odporność na opinię innych - jak rzecze klasyk "jeszcze się taki nie urodził, kto by wszystkim dogodził".

Moja działalność tutaj pozwoliła mi także poznać wiele świetnych osób, które mają taką samą pasję jak ja, wymienić się poglądami i spostrzeżeniami. Nie mówiąc już o tym, że wśród swoich Czytelników poznałam na żywo kilka osób, z którymi nadal utrzymuję kontakt i czasami spotykam się na kosmetyczne ploteczki ;).

A co u mnie się zmieniło na przestrzeni tych 2 lat? Obroniłam licencjat z chemii, schudłam ładnych kilka kilogramów (ale to ostatnio :P), zapuściłam już trochę włosy (ale do celu daleko ;)), wypleniłam ropne zmiany trądzikowe, obecnie walczę z zaskórnikami otwartymi. Moja domowa lodówka stała się mieszkaniem dla niezliczonej ilości półproduktów, mój pokój zasiedlają zastępy lakierów do paznokci i odżywek do włosów, a coraz więcej osób pisze do mnie z pytaniami o poradę. Przyznaję, to bardzo miłe ;).

Z jakich postów/serii jestem szczególnie dumna?
Blog stał się nieodzowną częścią mojego życia, a coraz więcej moich znajomych wie o tym, jaką mam pasję. Kilka dni temu spotkało mnie też megazaskoczenie - po raz pierwszy zostałam poproszona o autograf ;). Moja mina zapewne była bezcenna :P.

Nie byłoby mnie jednak tutaj, gdyby nie moi przyjaciele P. z C., S. i R., którzy zawsze są przy mnie i starają się podtrzymywać mnie na duchu w każdej sytuacji. Szczególne podziękowania należą się Panu z Całką, który w każdej sytuacji służy mi radą, wsparciem i pomocą merytoryczną, bez niego pewnie już dawno temu skasowałabym to moje miejsce w internecie ;).

Nie byłoby mnie też tutaj gdyby nie Wasza obecność i wsparcie, drodzy Czytelnicy! Moje serducho raduje się niezmiernie gdy widzę, że chcecie czytać moje wpisy oraz jesteście ze mną zawsze, gotowi do pomocy i rozwiania moich wątpliwości ;).

Obiecałam Wam niedawno konkurs i tak też będzie, jednak proszę - dajcie mi chwilę na ogarnięcie nagród ;)


Moje nie-wakacje ;)



Jak wiecie, wróciłam z Zakopanego, gdzie mimo bardzo napiętego harmonogramu udało się wygospodarować trochę czasu na niewielkie wędrówki ;).

Po przyjeździe postanowiłyśmy z przyjaciółką, że wyjedziemy kolejką na Gubałówkę. A tu zonk - kolejka zamknięta, panowie działają w trybie polskim (ośmiu patrzy, jeden robi :P).

Niezrażone rozwojem sytuacji (po dyskusji, czy się wyrobimy) wybrałyśmy się na górę "z laczka". Pogoda była wręcz cudna (około 20 stopni), a wyjście zajęło nam 25 minut, czym obie byłyśmy mocno zaskoczone.

Dodatkowo z racji, że był to środek tygodnia ruch jak na Zakopane był znikomy ;)








Mimo kremu z filtrem SPF 50 widzę porządne słoneczne muśnięcie na twarzy i dekolcie, jednak dla takich chwil - warto było :D. Mam nadzieję, że jednak przebarwienia nie zechcą się pojawić :P

Wybrałyśmy się też nad Morskie Oko (także na własnych nogach z Palenicy) - warunki także były cudne, tyle tylko, że czasem wiatr chciał nam urwać głowę ;). Chyba rzeczywiście wyrobiłyśmy sobie kondycję, bo znów przyszłyśmy przed upływem przewidzianego czasu odziane w... podkoszulki. Było zbyt ciepło, by odziać się w cokolwiek innego ;).







Z całą pewnością niedługo wrócę do Zakopanego, bo czuję potężny niedosyt. Kusi mnie Dolina Pięciu Stawów...
Czyli mam już cel na kwiecień/maj - pytanie tylko, czy uda się "zamówić" tak świetną pogodę jaką miałyśmy tym razem.

Wyjazd ten pozwolił mi spojrzeć na wiele spraw z dystansu, a także po prostu... odstresował mnie ;). Wróciłam z nową energią i pomysłami, które mam nadzieję będę miała czas zrealizować w przerwach od labu :D.

A teraz moja rozczochrana i oślepiona słońcem wersja z Gubałówki:



Byłyście gdzieś w wakacje? Jak je wspominacie? Moje trwały ledwo dwa dni, i właściwie nie były wakacjami, a i tak... poziom endorfin zenitował! ;)

Wielofunkcyjne mazidło ;)



Wracam po chwili przerwy ;).

Lubię kosmetyki wielofunkcyjne - zmieniłam trochę tryb życia, więcej podróżuję, a dodatkowe miejsce w walizce zawsze się przyda ;). Połączenie balsamu do ciała z produktem do kremowania włosów jest więc całkiem przydatne.

Wiadomo, pałam nieskrywaną miłością do kremów do ciała Isany, jednak... każdy potrzebuje czasem odmiany ;). Tak więc w ramach testów spróbowałam balsamu nawilżająco-wygładzającego do ciała z linii Sensitive Eco Style firmy Farmona.


Opakowanie: Smukła buteleczka zamykana na pstryk (czekam, aż kiedyś spadnie mi otwarta i złamię zamykanie ;P), dość śliska (manipulowanie wilgotną czy nakremowaną dłonią może być trudne), z możliwością postawienia "do góry kołami". Naklejki nieprzeładowane grafiką i tekstem, a także odporne na czynniki zewnętrzne. Niezbyt duże, nie zajmuje dużo miejsca w bagażu ;).

Pojemność/cena: 250 ml / 8-10 zł.

Skład:


Całkiem miło, ale bez pewnego "ale" się nie obędzie. Znajdziemy w nim moc dobroci: olej słonecznikowy, glicerynę, mocznik, masło shea, zestaw emolientów, hialuronian sodu, hydrolizowane proteiny jedwabiu, ekstrakt z kwiatu lotosu, inulinę.

W środku składu znajduje się silikon, odpowiedzialny za wzmocnienie warstwy okluzyjnej.

Na opakowaniu znajdziemy napis "0% parabenów, barwików i olej mineralnych" - to się zgadza. Pytanie tylko, czy zestaw konserwantów zastosowanych w tym produkcie jest rzeczywiście bardziej naturalny i bezpieczny od mieszanki parabenów. Moim zdaniem - nie.

Konsystencja:


Dość gęsty, biały krem.

Zapach: Delikatny, kwiatowy, odrobinę słodki, krótko utrzymuje się na ciele.

Działanie: Nie jest to mazidło typu "mam czasu na styk, wezmę prysznic rano, nałożę balsam i w 30 sekund się wchłonie". Dużo prościej jest nakładać go na wilgotną skórę, ale nawet w tym wypadku warto w międzyczasie spokojnie umyć zęby i odczekać kilka minut do wchłonięcia. Gdy już damy mu odpowiedni czas na działanie nie zostawia tłusto-oślizgłej warstwy, a skóra jest nawilżona i zabezpieczona do kolejnego mycia: nie sypie się, nie piecze, nie odczuwam ściągnięcia nawet na kolanach, łokciach i okolicach kciuków, co jest dla mnie dość typowe.

Nie byłabym sobą, gdybym nie spróbowała kosmetyku z takim składem do odżywiania włosów przed myciem (kremowania). Zasycha na włosach w dość twardą skorupkę, jednak po potraktowaniu strumieniem prysznica cała sztywność znika. Łatwo się zmywa, a włosy są ujarzmione, nieobciążone (myję mocnymi szamponami) i bardzo mocno skręcone, co zaraz zobrazuję (zdjęcie widoczne poniżej i to z ostatniego postu KLIK! dzieli kilka dni):






Próbowałam użyć go także jako zabezpieczenie na końcówki - kilka razy przesadziłam i włosy były tłustawe, jednak gdy już "zwalidowałam" ilość na poziomie "przejeżdżam nakremowanymi dłońmi po końcówkach" całkiem nieźle się sprawdzał, chociaż wolę silikonowe serum ;).

Podsumowując - produkt godny uwagi, nie aż tak bardzo "eco" jak mogłoby się wydawać na pierwszy rzut oka, fajny jako gruntowny nawilżaczo-natłuszczacz, natomiast szybkie balsamowanie z jego użyciem raczej się nam nie uda :P.

Macie swoich faworytów kosmetycznych do kremowania włosów? Korzystacie w ogóle z tej metody?

Produkt otrzymałam do testów, co nie wpłynęło na moją opinię.

Włos na dziś + reset



Słaba ze mnie włosomaniaczka, skoro tak rzadko pokazuję swoje włosy ;). Dziś jednak postanowiłam to odrobinę nadrobić. Głównym motywatorem tego posta jest to, że chodzi za mną bardzo radykalne cięcie. W zasadzie nie wiem, co się stało, że odczuwam takie potrzeby, jednak wolę mieć tutaj punkt odniesienia, gdybym się jednak zdecydowała :P.

Zresztą, chodzą też za mną fioletowe końcówki zrobione gencjaną... Starzeję się chyba i dlatego mam potrzebę jakiejś zmiany, chociażby czasowej. Fioletowe ombre wydaje się bezpieczniejszą opcją niż cięcie (biorąc pod uwagę, że moja mama ma jak rasowa fryzjerka w poważaniu, jak mówię "tyle a tyle centymetrów podetnij" i zawsze spada więcej ;)).

Miałam wytrzymać z cięciem do Nowego Roku... :P






Nie mówiąc już o tym, że po zmasowanej migracji owłosienia z głowy muszę zrobić porządny przegląd fryzury (może końcówki same zaczną wołać o ścięcie, jak to jeszcze trochę potrwa...). Moja pielęgnacja bardzo mocno się zminimalizowała, od 2 tygodni nie odżywiałam włosów przed myciem (powrót do rzeczywistości :P), ubytków w kondycji czy wyglądzie nie zauważyłam. Nadal myję włosy i skórę głowy mocnymi szamponami, żadnego sprzeciwu z ich strony nie zauważyłam ;).

Jak się miewają Wasze włosy pod koniec października? Macie jakieś pomysły na zmiany wyglądowo-pielęgnacyjne?

P.S. Gdy będziecie czytać te słowa, ja będę w autobusie do Zakopanego. Wprawdzie nie są to wakacje, ale cieszę się jak dziecko z możliwości wyjazdu ;). Z tego względu wszelkie komentarzowe i mailowe zaległości będę nadrabiać dopiero w sobotę. Wybaczycie mi? ;)

Ahoj przygodo! ;)