Włosowa historia Kurczaka ;)



Pielęgnacyjne rozmowy z Wami często owocują dłuższymi znajomościami. W taki właśnie sposób poznałam Kurczaka - dziewczynę, której włosowe losy na pewnym etapie splotły się z moim blogiem. Ta historia, przez moje nieogarnianie życia, absolutnie zbyt długo czekała na publikację. Bez zbędnych wstępów oddaję więc głos Kurczakowi ;).

"Witam, nazywam się Kurczak, mam 21 lat, jestem studentką medycyny i z przyjemnością zabiorę Was we włosową opowieść (jak to brzmi!), której głównymi punktami zwrotnymi są: zapuszczanie długich włosów z długości do ucha, całkowite zniszczenie włosów oraz powrót do formy. Wybaczcie mi proszę formatowanie zdjęć, ale nie jestem w tym dobra. 

Moim naturalnym kolorem włosów jest ciemny blond, latem jaśniejszy i rozświetlony, zimą – naprawdę ciemny. Wiem, jaki to poziom koloru (6), ale od osób postronnych i najczęściej nieobeznanych z włosowym nazewnictwem mój kolor włosów był już wszystkim, od ciemnego brązu do jasnego blondu.

Moje włosy z natury nie są całkiem proste - przy dużej wilgotności niektóre pasma falują w stylu zaniedbanego, nieuporządkowanego 2A. Po odpowiedniej pielęgnacji są proste jak po prostownicy, której notabene nigdy nie miałam i mieć nie chcę. Są za to cienkie jak nitki, ale gęste (nie wiem, czy obwód kucyka jest wyznacznikiem, ale obwód kucyka z naturalnych, wygładzonych olejami włosów wynosi dumne 11cm). Jestem też olejomaniaczką.

Wspomnienia...



2004 (mam 8 lat) – czy widzicie te gumki z metalowymi elementami? Teraz mam ochotę wygarnąć mojej mamie, że niszczyła mi nimi włosy, ale przecież nie wiedziała…


2006. Tu włosy wystylizowane na fale z warkoczyków. Widać, jaki mają potencjał do rozjaśniania się.

Jako mała dziewczynka nosiłam najpierw fryzurę na pazia, a w okresie podstawówki miałam długie włosy. Wyemancypowałam się jednak w piątej klasie i postanowiłam je obciąć (miałam dość szkolnej monokultury dziewczynek z włosami do pasa, zresztą zwykle zniszczonymi od połowy). Mam czasami wrażenie, że dziewczynki pod koniec podstawówki są niesamowicie podatne na, jak ja to nazywam, „efekt Lolity”. Szkoda, że tym samym tracą swoje naturalne piękno i niewinność, no ale nie mnie to oceniać.

Krótkie włosy nosiłam do końca drugiej klasy gimnazjum. Bardzo lubiłam zarówno swojego krótkiego boba, jak i siebie w tym okresie.Właściwie do tego momentu moją jedyną „pielęgnacją” był szampon ze SLES-em, taki, jaki stał w łazienkach w moim domu, zazwyczaj do włosów farbowanych. Czasami zdarzało mi się też umyć włosy odżywką mamy, i byłam niezmiernie zdziwiona, że słabo się pieni. Włosy myłam średnio co 3 dni.


2010 (mam 14 lat).

Moja babcia (niezwykle kojarząca mi się zawsze z Babą Jagą…) przy każdej okazji podkreślała, jak postarza mnie fryzura i że w wieku 14 lat wyglądam na 20. Kompletnie się tym nie przejmowałam. Uważam, że bob podkreślał rysy twarzy i zapewne kiedyś do niego wrócę.

Nigdy nie używałam prostownicy ani lokówki, za to po każdym myciu suszyłam włosy ciepłym nawiewem suszarki (gorący parzył mi skórę). Czasami (raz na rok) kręciłam włosy na termoloki, ulubiony gadżet włosowy mojej mamy, uzyskując ciekawy efekt jak z lat 20.

Włosy, naturalne i krótkie, wyglądały nieskazitelnie. Fryzjerki się nimi zachwycały. Zazwyczaj tak jest, że krótka fryzura dodaje włosom gęstości, a krótkie, czyli dość młode włosy, nie zdążą zniszczyć się na skutek otarć mechanicznych. Do fryzjera chodziłam średnio co 2 miesiące. 

W drugiej klasie gimnazjum (pod koniec 2011) postanowiłam włosy zapuścić, bo czułam na sobie presję otoczenia i byłam coraz bardziej z siebie niezadowolona (miałam już początki depresji; to wtedy postanowiłam za wszelką cenę stać się bliżej nieokreślonym ideałem). Początki nie były łatwe, wydawało mi się, że włosy wcale nie rosną. Moje zapuszczanie trwało od wiosny 2011 roku (włosy do ucha!) właściwie do wiosny 2013 roku (włosy za zapięcie stanika; dopiero w tym okresie zrozumiałam, że mój miesięczny przyrost włosów jest całkiem spory). Zapuszczałam bez podcinania(o zgrozo!), za to wtedy zaczęłam włosy pielęgnować odżywkami Gliss Kur bez spłukiwania (ta olejowa, do włosów rozdwajających się). Nie było to wcale głupim pomysłem – ponieważ ja przesadzam we wszystkim, po każdym myciu psikałam sobie połowę włosów ogromna ilością odżywki, co nieźle zabezpieczało końce.


Lipiec 2011, pensjonat nad morzem. Włosy do brody.


Listopad 2011, włosy już prawie do ramion! Jak widać, przyrost był naprawdę zacny. W tamtym czasie lubiłam nosić opaski do włosów.


Styczeń 2012, włosy do ramion. Niestety posiadam tylko zdjęcia z komórki ilustrujące zapuszczanie. Z tyłu oczywiście książki w starej szafie – jestem prawdziwym molem książkowym.


Rok i cztery miesiące od rozpoczęcia zapuszczania, w sierpniu 2012, długość była już całkiem znaczna. W tym miejscu, na wysokości ucha, widać też, że włosy nie są do końca proste. Ten puch to właśnie ów spaczony skręt 2A, który pojawił się w ścisłej korelacji z wilgotnością powietrza.


Grudzień 2012, jeszcze nie do końca wysuszone po umyciu. Włosy były już za zapięcie stanika, oczywiście niepodcięte nawet o milimetr od półtora roku. Zwróćcie proszę uwagę, jak ciemne wydają się włosy zimą, a jest to ten sam poczciwy ciemny blond co w 2006 roku (nie zauważyłam, by włosy ściemniały mi w okresie dojrzewania).


Dwa lata po rozpoczęciu zapuszczania, w kwietniu 2013, włosy mają przepyszny blask i bardzo przyjemną mięsistość. Końcówki oczywiście zmasakrowane, ale włosy były już tak długie, że zdjęcie ich szczęśliwie nie obejmuje.


Listopad 2013, włosy bardzo długie (do pasa) i wyraźnie bardziej zniszczone niż wtedy, kiedy przy tej samej „pielęgnacji” były krótkie. Mam 17 lat, jestem w drugiej klasie liceum i już od września uczę się jak szalona do matury z biologii i chemii. Mam już silną depresję. Gasnę, chudnę. Przestaję się uśmiechać. Wybieram się do fryzjera dopiero na wiosnę 2014 roku; fryzjerka nie narzeka na silnie rozdwojone końce i kasuje wyłącznie pięć centymetrów końcówek, które wtedy były (jak dla mnie) zdecydowanie za długie – zwisały już sporo poniżej pasa. Cięcie na prosto, bez fantazji, ale doskonale służy końcówkom.


Marzec 2014. Tutaj dobrze widać naturalne refleksy na włosach, i to w jak dobrym stanie były końcówki, mimo że jedyną pielęgnacją dalej była para szampon SLES + Gliss Kur. 

Zapuszczanie zostało zakończone, zatem czasami robiłam sobie różne fryzury (czyli głównie stosowałam termoloki), bo długie proste włosy szybko mi się znudziły.


Przed wyjściem na „Upiora w Operze”, kwiecień 2014, ach… Byłam na tym przedstawieniu sześć razy i zakochałam się na zabój. Uwielbiam musicale, zresztą operetki i operę także. A włosy – refleksy "by nature" i tona pianki.


Maj 2014. Ciemne, prawda? Plus gąszcz baby hairów na górze. Jest to ciekawe o tyle, że całe życie odżywiałam się, delikatnie mówiąc, fatalnie (Mars na śniadanie, kanapka na obiad, jogurt na kolację), a włosy i tak były w porządku i rosły.

W klasie maturalnej moja depresja była już tak silna, że postanowiłam się leczyć. Wpłynęło to też na włosy, które stały się bardziej suche. 

W listopadzie 2014 roku uznałam, że potrzebuję zmiany w wyglądzie, i przybiłam pierwszy gwóźdź do włosowej trumny – zdecydowałam się na cieniowanie i silne skrócenie włosów. Niestety, nie miałam pojęcia, co to degażówki i jak wpływają na cienkie włosy, więc skończyłam z piórami od połowy długości i z marnymi widokami na zrównanie długości. Cieniowanie miało lepsze i gorsze dni… Na początku nawet mi się podobało.



Listopad 2014. Niestety nie mam lepszego zdjęcia, ale tu widać zdegażowane końce. Moje włosy, kiedy były długie, zawsze trochę się rozdwajały na końcówkach, ale nie drastycznie. Kiedy je wycieniowałam, zaczęły się rozdwajać na całej długości, i to dwa dni po wizycie u fryzjera… 

Za radą fryzjerki zaczęłam używać jedwabiu do zabezpieczania włosów po myciu, ale niestety, wybrałam alkoholowy jedwab Biosilk. Teraz sama się sobie dziwię – uczyłam się chemii jak szalona i znałam właściwości etanolu, a nie przyszło mi do głowy, że przesuszy (a nawet zdenaturuje XD) moje włosy (w końcu zbudowane z białek). Zdaje się, że wtedy myślałam, iż alkohol zdąży odparować, nim zrobi mi krzywdę. Niestety, przeliczyłam się. 

W klasie maturalnej miałam naprawdę wspaniałe pomysły – zapragnęłam mieć jaśniejsze włosy, ale że nie ufałam farbom. Najpierw w ruch poszły płukanki z rumianku, potem z cytryny, a potem… dolewanie wody utlenionej do szamponu. Genialne, czyż nie? Au… Włosy przesuszyły się, a końcówki wyglądały niczym piorun w miotłę. W tym okresie też drastycznie schudłam – w ciągu pół roku poleciało mi 12 kg i pojawiła się niedowaga. Nie odchudzałam się, po prostu nie dawałam rady jeść, jadłam zazwyczaj jedną kanapkę dziennie plus czasami kubek mleka. Więc nie jadłam i uczyłam się, chociaż wierzcie mi, szło mi to ledwo-ledwo (mózg bez paliwa i widoków na poprawę). 

Przed samą maturą wyglądałam jak trup, a w wakacje po, kiedy nosiłam bikini, ludzie patrzyli na mnie z lękiem i szeptali coś o anoreksji. Anoreksji nie miałam (normalnie uwielbiam jeść, byle niezdrowo), ale depresja „zrobiła robotę.” W okolicach matury, chyba, żeby dobić się całkowicie, postanowiłam jednak nałożyć farbę. Padło na Palette do 24 myć (wiedziałam, że będzie trwała), bodajże Perłowy Blond. Chciałam rozjaśnić je tylko minimalnie, dlatego rozcieńczyłam utleniacz do 6 procent i nałożyłam farbę jedynie na 10 minut. Efekt? 

Na początku wcale nie zauważyłam różnicy, ale przez moje porowate włosy pigment wypłukiwał się w rekordowym tempie i zostałam złoto-ruda, a następnie żółto-żółta (żółty Kurczak wielkanocny). Jestem typem mieszanym, ciepły z zimnym, ale w tych kolorach nie było mi do twarzy. A kondycja włosów… Nigdy nie prostowane wyglądały gorzej niż po dziesięciu latach codziennego prostowania.


Kwiecień 2015. Dobrze chociaż, że włosy zostały na swoim miejscu… Jeszcze wtedy.


Maj 2015. Czerwone kółko własnej roboty ilustruje miejsce największego bólu… Zniszczone, spuszone włosy o wysokiej porowatości.

Tak więc wesoło nie było… Irytowała mnie ta blondo-rudość i postanowiłam najpierw intensywnie chłodzić ją fioletowymi szamponami (co nic nie dało, a jeszcze podkopało kondycję włosów), a potem położyć L’Oreal Casting Mroźne Mochaccino 613 (zrobiłam to dwa razy – na koniec czerwca i w początku sierpnia, między wyjazdami wakacyjnymi). Psychicznie czułam się też coraz gorzej, nie pomogło nawet to, że wyniki matury były znakomite, i przyjęto mnie na studia… Właściwie wtedy poczułam się jeszcze gorzej. 

Niestety nie wiedziałam, co to sole amonowe używane w Castingu zamiast amoniaku. Włosy rozpoczęły masową migrację. Oczywiście dalej bez pielęgnacji.


Sierpień 2015. Pierwszy raz w życiu w brązie… Widać dobrze kondycję włosów i pióra. Dla mnie był to dramat, a w brązie nie czułam się sobą. Cóż, errare humanum est. Szkoda, że nie potrafiłam tego zaakceptować. 

Farby jednak wypłukały się po trzech myciach. I wtedy nastąpił impas, gdyż nie chciałam nigdy więcej katować swoich włosów farbą. Wreszcie przysiadłam nad włosowymi blogami, odkryłam blog Mysi oraz Blondaircare, a chwilę później Kascysko, która urzekła mnie swoją wiedzą naukową. Zatem odżywki, oleje (litry!), maski oraz Babydream poszły w ruch. Zapragnęłam odzyskać swój naturalny kolor, więc rozpoczęłam też suplementację biotyną w dawce 5mg/dzień. Biotyna dała efekty po dwóch miesiącach – włosy praktycznie przestały wypadać (było to dla mnie bardzo cenne po feralnym lecie 2015 i romansie z Castingami), jednak ich przyrost nie został znacząco przyspieszony. Mój przyrost sam z siebie jest dobry. 

Nie przekonałam się tylko do wcierek i półproduktów, bo nie chciało mi się w tym babrać, a alkohol we wcierkach skutecznie mnie zniechęcił, gdyż mam absolutny antytalent manualny i przy okazji wcierania czegoś w skalp na pewno położyłabym wcierkę na włosy u nasady. Cieniowanie również poszło w kąt. Włosy znów cięłyśmy z moją fryzjerką na prosto.


Koniec sierpnia 2015. Po dwóch tygodniach pielęgnacji. Ścisły start.

Błędem w mojej pielęgnacji była przesada (maska na godzinę pod czepek codziennie! oraz olej co drugi dzień albo i codziennie – relaksowało mnie to do nauki) oraz znaczne ograniczenie protein, np. cztery miesiące bez nich. Chociaż kondycja włosów znacząco się poprawiała z tygodnia na tydzień (włosy pokochały się ze wszystkimi olejami, które stosowałam, zarówno dla włosów bardzo porowatych, jak i niskoporowatych), bardzo szybko nabawiłam się chronicznego przetłuszczenia olejami oraz przenawilżenia. W tamtym okresie też zaczęłam kręcić włosy na termoloki Remington, i to codziennie. Dzięki codziennemu olejowaniu końców nawet to nie było straszne moim końcówkom. Możecie sobie wyobrazić, że musiałam w tamtym okresie często kupować nową poduszkę, bo olejowałam na noc. Olej zawsze, ale to zawsze, emulgowałam maską. 

Włosy rosły szybko i w marcu 2016 roku, po 8 miesiącach zapuszczania, powstało sympatyczne ombre, przynajmniej z przodu. ;) Z tyłu odrost rzucał się w oczy, ale wcale się tym nie przejmowałam.


Tutaj maj 2016, dziesięć miesięcy zapuszczania odrostu. Zwróćcie proszę uwagę, że włosy są zwiotczałe i bez blasku, myślę, że właśnie z nadmiaru humektantów. 

Dzięki olejom kolor nabrał głębi, a włosy naturalne były lśniące. Na grzywce dokładnie widać linię odrostu. Czubek głowy to już całkowicie moje naturalki. Przenawilżenie czasami wychodziło… A puszek wokół głowy to dzielne baby hairy, które masowo pojawiały się po masażu głowy olejami (zawsze olejuję również skalp).


W grudniu 2016 długość odrostu była już całkiem-całkiem…


Przyznam się, że jesienią 2016 roku zaniedbałam pielęgnację… To znaczy nie była ona tak maniakalna jak rok wcześniej. 

Jak widać, minimalizm się opłacał. Na niektórych pasmach widać jednak odrobinę puchu. Cóż, moje włosie nigdy nie będzie idealne, jest cienkie i delikatne, ale przynajmniej odzyskałam równą długość i gęstość. A z przodu sombre, które, o dziwo, budziło powszechny zachwyt i lawinę pytań, gdzie je wykonałam (mimo że było od linijki i przypadkowe, wywołane zapuszczaniem naturalnego koloru i tylko tym….).


Najciekawsze było to, że odrost tylko na wierzchu sięgał do brody, gdy odgarnęłam wierzchnie pasma, najbardziej zniszczone i najjaśniejsze, ukazywały się pod nimi włosy, które były już naturalne prawie do długości ¾… 

I finał, w miarę szczęśliwy, czyli kwiecień 2017, 20 miesięcy od początku zapuszczania… Zdjęcia są pod światło, dlatego nie sugerujcie się proszę puszkiem – to baby hairy, od dzieciństwa nie używałam gadżetów łamiących włosy. Kolor i długość, jak dla mnie, zadowalające. Nie jestem fanką włosów do talii. Mam tylko 169cm i myślę, że taka długość by mnie przytłaczała.



Kwiecień 2017, włosy od grudnia znów namiętnie olejowane codziennie. Mimo to trochę puchu… ale widocznie taka ich uroda. 

I ostatnie zdjęcie, 3 czerwca 2017, tutaj bez żadnej stylizacji i bez uprzedniego olejowania, umyte tylko SLES-em, bez odżywki i maski (taki naked hair challenge :P):


Cóż, do ideału sporo im brakuje, ale mnie satysfakcjonują. Tutaj doskonale widać, że długość zabiera im gęstość i uwidacznia, że są cienkie jak nitki. Mam zamiar zastanowić się nad cięciem, które pokaże ich gęstość. 22 miesiące bez farby. 

Moja obecna pielęgnacja: (pozwolę sobie pominąć setki masek i olejów, które przetestowałam w 2015 i 2016 roku, bo tego jest po prostu za dużo, nadmienię tylko, że Gliss Kur z olejami i Alterra Granat i Aloes były wówczas moimi faworytami; tak, Alterra jest konserwowana alkoholem, ale w tej odżywce mi nie szkodził):
  • Olejowanie końców przed myciem codziennie lub co drugi dzień – dzięki temu nie rozdwajają mi się końcówki mimo codziennego kręcenia na termoloki i potrafią tak wytrwać nawet przez pół roku! Oczywiście mam na myśli większość włosów, przednim pasmom i wierzchnim warstwom dalej zdarzają się rozdwojenia albo nawet białe kulki na końcach;
  • Myję włosy codziennie ze względu na tłustą skórę (na całym ciele i na skalpie również). Myję w takim systemie: 3xBabydream, potem raz SLES, obecnie Eva Nature Style z rumiankiem (zacny rypacz); 
  • Maski: Kallos Omega, Milk, Silk, Gliss Kur złota z olejami, a z proteinowych – wielki faworyt Dr Sante Argan Hair (z całego serca polecam). Maski stosuję dwa razy w tygodniu po SLES-ie i po rytualne olejowym, który ma u mnie miejsce raz w tygodniu w weekend, do zemulgowania olejów. Olej na olejowanych codziennie końcach zmywam spokojnie Babydreamem. Dr Sante raz na dwa tygodnie. Protein mlecznych używam bez ograniczeń; 
  • Oleje: oliwa z oliwek z Biedronki (750 ml -moje włosy ją kochają), Babydream fur Mama, Hipp, olej kokosowy nierafinowany (moje włosy kochają; i to bez żadnych związków z porowatością; moje końce dalej są mocno porowate), olej słonecznikowy, masło shea, Alterra Brzoza i Pomarańcza (najrzadziej); 
  • Od czasu do czasu kremuję Isana Shea & Kakao oraz Isana Chia &Babassuoil oraz, od niedawna, Isana Raspberry; Olejuję włosy na sucho, bo nie chce mi się tego robić na mokro. :P; 
  • Rytuał olejowy by Kurczak, inspirowany blogiem Wwwłosy: połączenie olejowania z kremowaniem i maską, stosuję raz w tygodniu lub raz na dwa tygodnie. Najpierw olejuję włosy na sucho i robię masaż skalpu. Następnie nakładam na skalp sporo kremu, zwykle któregoś z wyżej wymienionych kremów Isana. Zostawiam to dobro na jedną-dwie godziny, potem włosy moczę i nakładam na 30 minut (czasami na dłużej, bo mi się nie chce ciągle biegać do łazienki i zmywać…) którąś z masek Kallosa. Zazwyczaj jest już wtedy późna noc. Zmywam maskę ogromną ilością wody i… tyle. Suszę letnim nawiewem i idę spać. Maska na kationowych środkach powierzchniowo czynnych całkiem nieźle zmywa olej. Jeśli rano włosy tego wymagają, zmywam je jeszcze Babydreamem. I są szczęśliwe; 
  • Obowiązkowy silikonowy olejek po każdym myciu, zwykle Isana Haarol Schwerelos/Intensiv 2in1. Oba mają podobne składy: najpierw dwa silikony, w tym jeden odparowujący, potem: w pierwszym, 3 oleje, abisyński, awokado i babassu, w drugim: olej jojoba. Bardzo użyteczne, dobrze zabezpieczają; Niestety przez spadek porowatości włosy coraz mniej chcą się kręcić na termoloki… Zamiast loków po dwóch minutach kończę z falami. Cóż, kiedy farba całkowicie zrośnie, zapewne znowu polubię je proste; Zawsze związuję na noc w warkocz. Nie stosuję też akcesoriów z metalowymi elementami. Włosów na ogół nie wiążę podczas dnia, wolę je rozpuszczone; 
  • Jeśli chodzi o niszczenie, moje włosy są poddawane codziennie suszeniu letnim nawiewem (suszarka z jonizacją), kręceniu na termoloki, oraz fryzurze: włosy rozpuszczone (gumki i spinki się z nich ześlizgują). Niemniej, chociaż na pewno szczególnie termoloki są nie bez znaczenia dla ich kondycji, nie mam zamiaru z tego rezygnować. Aha, rozczesuję włosy zawsze na mokro drewnianym grzebieniem z szeroko rozstawionymi zębami. Włosy nigdy za bardzo mi się nie plątały. Na sucho czeszę szczotką z włosia dzika, a do przygładzania w ciągu dnia używam TT, choć należę do przeciwników tej szczotki; uważam, że używając jej do innych celów niż przygładzanie, można zrobić sobie krzywdę, jeśli ma się porowate i cienkie włosy. ;).
Weźcie proszę poprawkę na to, że ja z natury jestem osobą, która lubi popadać w obsesje. Włosy były jedną z nich, dlatego tak maniakalnie je olejowałam. Obecnie robię to dla zdrowia końcówek i codziennie nakładam olej tylko na końce.

Ostatnia rzecz, to moja depresja. Towarzyszyła mi jak cień, najpierw nieuświadomiona, a od liceum już uświadomiona… leki nie pomagały, dlatego całkowicie zrezygnowałam z nich rok temu. Teraz… cóż, mam wrażenie, że ostatnio jakby depresja nieco się zmniejszyła. Oby było już tylko lepiej! 

Pozdrawiam serdecznie i dziękuję Kasi za jej cierpliwość do mnie, moich setek pytań o włosy i długiego tworzenia historii." 

Jedyną osobą, która za długość publikacji powinna tutaj przepraszać, jestem ja - Kascysko :D. Z Kurczaka jestem niezmiernie dumna (i absolutnie nie tylko pod względem włosowym), a Was zachęcam - jeśli chcecie, by Wasze włosowe i inne kosmetyczne historie ujrzały światło dzienne - możecie je do mnie podesłać ;). Nie zamierzam robić z Waszych opowieści pełnoprawnej serii na blogu, ale czasami warto podnieść się wzajemnie na kosmetycznym duchu ;). 

2+2 gratis w Rossmannie "Zadbaj o siebie, zadbaj o naturę" - moje łupy ;)



Po moim ostatnim wpisie dotyczącym obecnej promocji w Rossmannie na produkty przyjazne naturze (KLIK!) można się było spodziewać, że nie wysiedzę i pójdę na zakupy ;). Właśnie przed chwilą wróciłam, więc spieszę z prezentacją moich łupów ;). Niektórych nie miałam w planie - przyznaję xD.


Za całość zapłaciłam 20,98zł


Organic Shop, Peeling enzymatyczny


Skład:


Peeling ten jest mi znany (recenzję znajdziecie TUTAJ) i byłam z niego bardzo zadowolona. Obecnie ma jednak inny skład (mniej kwasu glikolowego, pojawiły się trójglicerydy), jednak nadal wygląda całkiem ładnie i liczę na to, że moja cera nie strzeli fochem na to, czego nie lubi dzięki kwasowi ;). Niestety, standy Organic Shop nie są dostępne w każdym Rossmannie, nad czym mocno ubolewam.

Alterra, Szampon dodający objętości Bio Papaja i Bio Bambus


Skład:


Szamponu Alterra (chyba z kofeiną) używałam w czasach, gdy myłam włosy odżywką (jako mocne myjadło) i pamiętam, że nie byłam szczególnie zadowolona. Od tego czasu jednak wiele się zmieniło, a SCS powinien dać radę z moimi trudnymi do umycia kudłami. Dodatek pochodnej gumy guar (filmformeru) nieco mnie niepokoi w kwestii przyklapu, ale mam nadzieję, że nie będzie źle ;). Typowy zakup kompulsywny :D.

Alterra, Deo-balsam Sensitiv


Skład:


Byłam na kupnie antyperspirantu, jednak interesowały mnie głównie rozwiązania tradycyjne (z solami aluminium, które sprawdzają się u mnie zwykle lepiej). Alterry nawet początkowo nie oglądałam - spodziewałam się jedynie morza etanolu i niczego, co działałoby antyperspiracyjnie. Napis Sensitiv jednak zadziałał - obejrzałam skład i włożyłam do koszyka. Etanolu nie zawiera w ogóle, sporo soku z aloesu i gliceryny powinno nawilżyć skórę ;). Zastanawiam się jednak jak zadziała sól kuchenna na moje pachy :D.

Himalaya Herbals, Pasta do zębów z naturalnym fluorem


Skład:


Przy pastach do zębów do składu przywiązuję dużo mniejszą wagę - dla mnie liczy się działanie ;). Ciekawe, jak na tą pastę zareagują moje skłonne do krwawień dziąsła i nadwrażliwe zęby. Naczytałam się na jej temat ochów i achów - moje wymagania są więc zawyżone :D.

Powiem Wam, że gdy jakieś 2 tygodnie temu usłyszałam po raz pierwszy o tej akcji spodziewałam się, że nic mnie nie zainteresuje. Lista produktów objętych promocją jednak miło mnie zaskoczyła :D. 

A jak było u Was? ;)

2+2 gratis w Rossmannie "Zadbaj o siebie, zadbaj o naturę" - moje typy



Kolejny miesiąc i kolejna akcja drogerii Rossmann, skierowana głównie dla członków Klubu Rossmann posiadających odpowiednią aplikację. Sieć drogerii promuje ją jak może, z korzyścią dla nas oraz wielu organizacji, które są wspomagane dzięki naszym zakupom ;). Tym razem padło na produkty przyjazne naturze (nie mylić z naturalnymi - nie wszystkie objęte promocją takowymi są ;)), które w dniach 9-18 stycznia 2018 roku (lub do wyczerpania zapasów) możemy kupić w systemie 2+2 gratis: wybierając 4 różne produkty objęte akcją (regulamin dostępny na stronie Rossmann) dwa najtańsze otrzymamy za darmo ;). Z oferty możemy również skorzystać online. 

Specjalnie dla Was przygotowałam zestawienie produktów szczególnie wartych uwagi - oczywiście według mnie ;). Może ktoś z Was się zainspiruje ;). Akcja obejmuje również środki czystości, zdrowe przekąski i żywność - nie zawarłam ich w spisie, ponieważ uważam, że gusta w tych dziedzinach są jeszcze bardziej subiektywne od kosmetycznych ;).

Alterra


Pomadce do ust Alterra śpiewam peany pochwalne już od dawna - taniutka, łatwo dostępna i co najważniejsze - naprawdę chroni i pielęgnuje naskórek ust. Obecnie poznaję także uroki olejowania włosów olejkami Alterry, więc bogatszych w treść recenzji możecie się niedługo spodziewać. Na razie powiem tyle - jest zacnie ;). Z nieznanych mi kosmetyków tej marki interesowała mnie woda micelarna, ale obejrzałam skład i ilość etanolu mnie usadziła xD.

Biokap


Szampon przeciw wypadaniu włosów Biokap zachwycił mnie w przeszłości (więcej TUTAJ). Od tego czasu produkt ten zmienił swój skład, jednak nadal dochodzą do mnie słuchy o jego świetnym działaniu. Poza nim moją szczególną uwagę zwrócił Lotion przeciwko wypadaniu włosów oraz Kuracja regeneracyjno-odbudowująca. Nie wykluczam zakupu ;).

Dermaglin


Niestety, na promocji według regulaminu znalazły się tylko: maska antycellulitowa i mydło dermatologiczne od Dermaglin, ale ten drugi produkt od dawna wisi na mojej zakupowej liście. Może czas go kupić? ;)

Dudu-Osun


To afrykańskie mydło również od lat śni mi się po nocach. Nawet nie wiedziałam, że można je dorwać w Rossmannie! Takie rozbudowanie asortymentu to ja rozumiem :D.

Himalaya Herbals



Promocja obejmuje pasty do zębów Himalaya, o których naczytałam się sporo dobrego. Może z którąś z nich zdradzę mojego ukochanego Elmexa? Co o nich sądzicie?

Miya Cosmetics (myWONDERBALM)



Kremy myWONDERBALM od Miya Cosmetics opisywałam szeroko TUTAJ i TUTAJ, więc w skrócie napiszę - jeśli szukacie produktów pielęgnacyjnych o przyjemnym, pudrowym wykończeniu i ładnych składach to zainteresujcie się nimi koniecznie ;).

Natura Siberica


Odżywki, szampony, peelingi do skóry głowy... czego dusza zapragnie ;). Mnie wpadły w oko odżywki do włosów przetłuszczających (z myślą o wcieraniu w skórę), ale wszystkie produkty warte są uwagi (przynajmniej ze względu na składy).

O'Herbal



Szczególnie interesujące są szampony i odżywki O'Herbal (o ich działaniu możecie poczytać TUTAJ i TUTAJ), ale żelem pod prysznic z pompką też bym nie pogardziła ;). Może czas na kolejny szampon? :D

Organic Shop



Pisałam na temat peelingu enzymatycznego Organic Shop peany pochwalne już bardzo dawno temu (TUTAJ) i czuję potrzebę powtórzenia przygody z tym kosmetykiem ;). Ciekawe, czy sprawdzi się równie dobrze jak 4 lata temu.

Petal Fresh


Produkty Petal Fresh zadowolą te włosomaniaczki, które poszukują delikatnych detergentów w myjadłach oraz produktów bez filmformerów. Moje plany zakładają zakup którejś z odżywek, bo szampony będą raczej za słabe na moje uparte kudły ;).

Tołpa


Opisywałam kilka kosmetyków Tołpy na blogu (TUTAJ, TUTAJ i TUTAJ) - u mnie ogólnego zachwytu nie było, ale nie mogę im odmówić ładnych składów. Na pewno u wielu z Was sprawdzają się świetnie, więc czemu by nie uzupełnić zapasów na tej promocji? :D

Vianek



Z marką Vianek nie mam żadnego organoleptycznego doświadczenia (jakoś mi nie wyszło do tej pory ;), ale polska marka o ładnych składach zawsze zasługuje na uwagę.

White Flower


Błoto z Morza Martwego White Flower's to klasa sama w sobie: świetne działanie (ale wrażliwcy powinni uważać) połączone z naprawdę niską ceną jak za pół kilograma takiego cuda. Dodajmy jeszcze do tego świetną dostępność i mamy kosmetyczny must have ;). Opisywałam je TUTAJ.

Pamiętajcie jednak, że promocją objęte są produkty przyjazne naturze, ale niekoniecznie naturalne!

Chętnie poznam także Wasze typy przed odwiedzinami w drogerii. Może wydłużycie moją listę zakupową? ;)

Podsumowanie: 10 najpopularniejszych postów ever!



Końcówka starego roku i początek nowego to czas podsumowań i przemyśleń. Omówieniem 2017 roku na blogu uraczę Was kiedy indziej, bo na dziś zaplanowałam coś, co wykonałam w zasadzie z własnej ciekawości - ranking 15 najpopularniejszych postów na tym blogu od początku jego istnienia ;). Przeglądając statystyki sama zaliczyłam kilka zaskoczeń. Oto i one, wraz z odpowiednimi linkami do nich ;).

Miejsce 15: 



Tekst, który może pomóc opanować problem z włosami farbowanymi henną bądź innymi mieszankami z dodatkiem indygo (nieudany kolor, zielony glon na włosach i tym odobne). Nie powstałby bez pomocy nieocenionej Katarzyny, która wystąpiła w roli królika doświadczalnego, testującego na sobie moje pomysły ;).

Miejsce 14:


Moja opinia na temat tej metody przyspieszania porostu nie jest pochlebna, jednak każdy ma swój rozum, więc decyduje w zależności od bilansu plusów i minusów. Istnieje sporo równie skutecznych i bezpieczniejszych dla skóry i cebulek włosowych metod.

Miejsce 13:


Kosmetyczna historia o nieco zabawnej kanwie - producent omawianych środków chwali się raportem ich skuteczności, który w zasadzie świadczy o czymś zgoła przeciwnym ;). Pomimo szytego grubymi nićmi marketingu muszę sprawiedliwie napisać, że kosmetyki te mają swoich zwolenników.

Miejsce 12:


Ile użytkowniczek lakierów tyle pomysłów na ratowanie ulubionego odcienia, jednak w wielu przypadkach ratunek równy jest zagładzie ;). Wystarczy natomiast niewielka ilość takiego, organicznego rozpuszczalnika, by rozwiązać problem ;).

Miejsce 11:



Mogę już uchylić rąbka tajemnicy - tematy włosowe i porostowe będą królowały w tym zestawieniu ;). Domowa wcierka z wierzbownicy znalazła swoich zwolenników - nie pachnie tak intensywnie jak kozieradka, a może zadziałać równie zadowalająco.

Miejsce 10: 



Do kwasu migdałowego mam spory sentyment - był pierwszym, którego używałam. I chociaż, ze względu na trudności w przygotowaniu roztworu, poszedł w odstawkę na rzecz mlekowego - nadal polecam go w początkach przygody z kwasami ;).

Miejsce 9:



Kozieradka zrobiła przeze mnie niesamowitą furorę w roli przyspieszacza porostu i środka zmniejszającego wypadanie włosów, jednak równie dobrze sprawdza się w walce ze zmianami trądzikowymi (szczególnie typu hormonalnego). Byle tylko znieść zapach rosołku ;).

Miejsce 8:


Oczywiście, że tak! Nie jest konieczne kupowanie nierafinowanych "olei z mandragory" za miliony złotych monet, by spróbować olejowania włosów. Zwykłe oleje, takie jak słonecznikowy, rzepakowy czy inny "Kujawski" mogą się sprawdzić równie dobrze bądź nawet lepiej - włosy potrafią mieć naprawdę nieoczekiwane preferencje pielęgnacyjne ;).

Miejsce 7:


Mogłabym napisać - ile osób tyle przyczyn. Wpis jednak grupuje te najważniejsze i najczęściej spotykane, na które zwykle nawet nie zwróciliśmy uwagi w ferworze codziennego życia. Niektóre są całkiem proste do wyeliminowania ;).

Miejsce 6:


Abstrahując od mojego negatywnego stosunku do preparatów na rzęsy zawierających ten środek (na rynku można znaleźć kosmetyki skuteczne i bez niego) - warto rzucić okiem na komentarze. Niektóre naprawdę wywołują gęsią skórkę - nawet u mnie.

Miejsce 5:



Saw palmetto (palma sabałowa) znane jest od dawna w leczeniu wypadania włosów o podłożu androgenowym. Preparatów z tym ekstraktem na rynku jest sporo, jednak z ciekawości sporządziłam macerat na bazie kapsułek z tym składnikiem. Jak zadziałał? O tym w poście ;).

Miejsce 4: 



Biotebal to niezwykle popularna marka, głównie dzięki preparatowi doustnemu z końską dawką biotyny. Poszerzenie asortymentu o kosmetyki wywołało spore zainteresowanie, jednak u mnie nie dały efektu "wow".

Miejsce 3:


Któż nie sprawdził na sobie włosowego, porostowego rosołku ;). Przypadkiem wywołałam prawdziwy boom na to przyprawowe zielsko. Jak każdy środek ma swoich zwolenników i przeciwników, aczkolwiek przeważają ci pierwsi. Gdyby nie intensywny zapach byłaby wcierką idealną.

Miejsce 2:


Gdy sobie przypomnę ile spędziłam nad nim i nad spisem odżywek proteinowych to aż się zastanawiam... jak mi się chciało xD. Niemniej jednak oba wymagają aktualizacji, na którą pewnie niezbyt szybko będę miała czas.

Miejsce 1:



Pierwsze miejsce było dla mnie zaskakujące - temat drożdży i ich picia jest wszak przewałkowany w miliardzie różnych miejsc. Niezmiernie mi miło, że u mnie znajdujecie w tym temacie jeszcze jakieś nowości i ciekawe dopowiedzenia. Hm, może powinnam uczcić ten ranking kubkiem napoju drożdżowego? :D

Życzę Wam i sobie na Nowy Rok jak najwięcej takich wartych uwagi postów ;)