2+2 gratis w Rossmannie: akcja regeneracja! Kascysko poleca ;)

Wszelkiego rodzaju promocje w Rossmannie są dla mnie okazją do uzupełnienia sprawdzonych zapasów i przetestowania nowości, na które (w obawie przed efektami) obawiam się wydać większą gotówkę. Co jakiś czas słyszę, że włodarze Rossa mają zrezygnować z akcji 2+2 gratis, ale na razie faktycznego końca nie widać ;). Od 21 sierpnia 2019 roku w ramach promocji kupimy taniej produkty do pielęgnacji ciała, ust, maseczki do twarzy, odżywki włosów i paznokci. Dzisiaj podrzucę Wam propozycje produktów, które sama przetestowałam. Podejrzewam też, że jeszcze przed akcją uda mi się Wam zaprezentować zestawienie kosmetyków, na które poluję :D. 

Maseczki do twarzy Neutrogena


Wpadłam na nie przez wielki, kosmetyczny przypadek. Marka Neutrogena nie była nigdy jakoś szczególnie w kręgu moich zainteresowań, ale jeden komentarz Czytelniczki zmienił wszystko. Nie wiedziałam, że wśród tych kosmetyków można znaleźć składowe, oczyszczająco-złuszczające cudo w wielkiej objętości i rozsądnej cenie. Więcej znajdziecie w recenzji, a na marginesie mogę dodać, że testuję obecnie maskę Detox i również jest naprawdę zacna! Obym zaliczała więcej takich pozytywnych odkryć ;).

White Flower's, maska do ciała (i nie tylko!) z minerałam z Morza Martwego


Sama już nie wiem ile opakowań tego błota zużyłam w swojej pielęgnacyjnej karierze. Jedno jest pewne - odkąd je odkryłam zawsze jest w mojej łazience. Świetnie oczyszcza moją skłonną do zapchania cerę, radzi sobie z objawami rogowacenia okołomieszkowego i wszelkimi innymi stanami zapalnymi - więcej znajdziecie w recenzji. To mój totalny must have, nawet pomimo nieco bardziej uciążliwej aplikacji niż w przypadku typowych gotowców. Maska działa dość mocno, może się nie sprawdzić w przypadku wrażliwej skóry.

Alterra Pomadka do ust z rumiankiem


Jedna z najtańszych pomadek na rynku, a jednocześnie - jedna z najlepszych. Stosunek jakości do ceny ma powalająco wysoki ;). Ratuje moje łatwo przesuszające się i pękające usta zawsze, niezależnie od pory roku i czynników zewnętrznych. Dodatkowo jest to kosmetyk naturalny, co zapewne ma duże znaczenie dla wielu klientów ;). Podobno świetnie wpływa na wzrost rzęs - u mnie niestety skończyło się na niezadowolonych powiekach, więc testujcie ostrożnie ;).

Isana Kremy do ciała


Świetne zarówno do ciała, jak i do kremowania włosów ;). W przeszłości stosowałam krem oliwkowy i kakaowy (recenzje w linkowaniu). Radzą sobie nawet z moją ultrasuchą skórą na rękach i nogach ;). Bardzo interesuje mnie też wersja babassu - ten składnik kojarzy mi się bardzo dobrze z początkami mojej świadomej pielęgnacji. Kto z Was stosował odżywkę Isana z masłem babassu do włosów? :D. Zauważyłam również mniejszą wersję (300ml) o zapachu róży - może również zaryzykuję.

O'Herbal Odżywki do włosów


Wiele wersji, wśród których można znaleźć coś dla siebie - oto linia O'Herbal w telegraficznym skrócie ;). Wariant z miętą dawał świetne efekty zarówno stosowany na skalp jak i na długość moich włosów. To cudowne odświeżenie <3. Pozostałe wersje też mają ładne składy - może skuszę się na jakąś, której jeszcze nie miałam ;). Tak poza promocją - szampony również mają bardzo zacne, zachwalałam już myjadło do włosów kręconych i niezdyscyplinowanych

Isana Odżywki do włosów


Zarówno te najtańsze (5zł za 300ml bez promocji :D) jak i droższe wersje z serii Professional zasługują na uwagę. Znajdziemy wśród nich sporo przykładów mocno emolientowych produktów (wersje najtańsze), a także z dodatkami protein. Oczywiście mogę też zachwalać po raz kolejny kurację arganową, ale jeszcze nie wiem czy znajdzie się ona wśród produktów objetych rabatem. Ale nawet jeśli nie - jest w czym wybierać.

Sally Hansen Odżywka Maximum Growth


Zauważalnie przyspiesza wzrost paznokci i wspomaga ich regenerację w okresach różnego rodzaju osłabień: od tych wynikających z chorób i niedoborów po stosowanie różnego rodzaju trwałych manicure. Pięknie zabezpieczyła moje paznokcie po zdjęciu ślubnej hybrydy i pozwoliła na ich spokojne odrastanie. Nie jest tak kontrowersyjna (czy też agresywna) jak odżywki Eveline, które (pomimo mojego zachwytu) nie są dla wszystkich i mogą w pewnych przypadkach pogorszyć paznokciową sytuację.

Chętnie poczytam też o Waszych typach na tą promocję w Rossmannie - może ponownie się zainspiruję? ;)

P.S. Zestawy kosmetyków Isana do wygrania na FB i IG, zapraszam ;).

Isana Professional, szampon do włosów mocno zniszczonych i łamliwych - produkt na lato?

Szampony zużywam w sporych ilościach. Zawsze myję włosy dwukrotnie (zwykle co 2-3 dzień), a do solidnego umycia moich (zbyt) niskoporowatych włosów zużywam pokaźną porcję myjadła. Mam swoich faworytów: szampon micelarny Nivea, Joanny Naturie czy też głęboko oczyszczający Stapiz. Pomimo mojego zachwytu niektórymi kosmetykami Isany (choćby kuracją arganową czy serum do rzęs) unikałam szamponów tej marki. Powód był prosty - przy jednym z podejść z przeszłości do myjadeł z serii Isana Med nabawiłam się solidnego świądu skóry głowy, a nie zdarza mi się to za często. W jednej z paczek od drogerii Rossmann znalazłam szampon do włosów mocno zniszczonych i łamliwych Isana Professional i gruntownie przetestowałam go w te wakacje. A wnioski mam naprawdę ciekawe ;).


Niewiele spotkałam do tej pory szamponów w tubie i wolę jednak wersje w butelce ;). Średnio podobają mi się trudności z wydobyciem ostatnich kropel kosmetyku na dłoń. Nożyczki lub nóż często są nieodzowne. Innych uwag nie mam - opakowanie znosi trudy łazienkowego życia bez większych uszczerbków.

250ml tego szamponu kosztuje 9,99zł, a w promocji (obecnie) poniżej 7zł.

Skład:


Jest to szampon bazujący na mocnym detergencie SLES, ale jednocześnie prostym rypaczem ciężko go nazwać. Tuż po betainie kokamidopropylowej znajdziemy dwa nawilżacze (humentanty-H) oraz spory zestaw hydrolizowanych i modyfikowanych protein (P): pszenicznych oraz keratyny. W dalszej części składu pojawia się jeden filmformer (pq) oraz ekstrakt z owsa w parze z lecytyną. Końcówka składu to zagęstnik (chlorek sodu-sól kuchenna) oraz zestaw regulatorów pH, składników zapachowych i konserwujących (wykorzystywanych w żywności).

Przy moim świądzie skalpu związanym ze stosowaniem szamponów Isana Med jako winnego uznałam kwas mrówkowy, który zostały w nich zastosowany jako konserwant. Tutaj go nie uświadczymy, co od razu nastroiło mnie bardziej optymistycznie ;). Omawiany szampon zawiera sporo protein o różnych rozmiarach cząsteczki i nie sprawdzi się dobrze przy włosach podatnych na przeproteinowanie. Z racji dodatków nie spodziewałam się także po nim jakiegoś bardzo oczyszczającego działania.

Perłowo biały żel o średniej gęstości pachnie... kwiatowymi cukierkami, jeśli w ogóle coś takiego istnieje :D. Nie jest zbyt intensywny i nie pozostaje na włosach po myciu.

Stosowałam go standardowo, jak każdy inny szampon. Całkiem dobrze radzi sobie z domyciem włosów nawet potraktowanych różnymi, maskowo-olejowymi dobrociami. Pomimo różnych odżywczych dodatków nie skraca świeżości włosów, za to dodaje im całkiem niezłej objętości przy nasadzie. Skalp po nim nie swędzi ani w żaden inny sposób nie marudzi <3.

Przetestowałam go również solo - czyli bez nakładania odżywki po, co w sumie wyszło mi dość spontanicznie. Przy okazji urlopu nie zajmuję się zbytnio włosami - tylko je myję, a skupiam się głównie na zwiedzaniu i wędrówkach. Efekt po jego stosowaniu był niczym po odżywce: pięknie, zdefiniowane loki, gładkie i mięsiste w dotyku, z fajną objętością i zadowalającą trwałością (bez problemu przeżyły noc jedynie przy odrobinie żelu Taft), bez skróconej świeżości.

Dzięki temu pozytywnemu doświadczeniu z nadzieją spoglądam na kolejny szampon Isany, który posiadam - arganowy (olejowy). Oby sprawdził się tak dobrze jak jego mocno proteinowy braciszek :D.

Macie za sobą jakieś doświadczenia z szamponami Isana? Podzielcie się nimi ;).

P.S. Przy okazji przypominam o zestawach kosmetyków Isana do wygrania na FB i IG ;).

Maski do włosów w czepku od Biovene Barcelona? Dlaczego nie!

Maski w płacie na twarz to jedno ze stosunkowo nowych rozwiązań pielęgnacyjnych, które naprawdę przypadły mi do gustu. Stosuję zarówno wersje drogeryjne, jak maseczki Isany, a także nasączam różnymi specyfikami skompresowane maski bawełniane. Propozycja testowania produktów Biovene Barcelona zaskoczyła mnie pod względem przedmiotu testów - maski "w płacie" (a w zasadzie w czepku) do włosów! Przy pierwszej nadarzającej się okazji nie omieszkałam wykorzystać swojego egzemplarza. Trafiła mi się wersja z aloesem, soją i kolagenem.

Hair Wrap Treatment Biovene Barcelona

Produkt otrzymujemy zapakowany w jednorazową saszetkę, którą naprawdę łatwo się otwiera jednym pociągnięciem. Nie przekopywałam sieci przed aplikacją, więc mile zaskoczyła mnie wielkość turbana (wielki - mieści mój duży łeb, na który nie sposób znaleźć czapki :D) oraz pieczołowite umieszczenie produktu pielęgnacyjnego w jego wnętrzu. Zewnętrzna warstwa jest całkowicie czysta, więc przy wyjmowaniu płata nie ma ryzyka zabrudzenia dłoni czy czegokolwiek wokoło. Wnętrze czepka jest równomiernie pokryte produktem w rozsądnej ilości - nic się nie wylewa ;).

Sam zastosowany materiał przypomina mi bardziej silikon niż plastik - jest gładki, przyjemny w dotyku i bardzo wytrzymały. Różowy kolor nie jest moim ulubionym, ale mogę go znieść ;). Zamontowana naklejka z logiem producenta pozwala na dopasowanie turbanu do swojej głowy i fryzury.

30g maski w płacie kosztuje bez promocji 12,99zł w Rossmannie. 

Skład:

Biovene Barcelona Hair Wrap Treatment - skład

P.S. W związku z kilkoma prośbami dla osób szukających równowagi PEH (o której kilka prywatnych słów napiszę niedługo, wprowadziłam skróty P-proteiny, E-emolienty, H - humektanty). 

Jeden z niewielu mocno nawilżających (humektantowych, H) produktów do włosów, jakie miałam okazję spotkać w swojej włosowej przygodzie. Gliceryna, trehaloza i ekstrakt z aloesu to popularne nawilżacze, które zostały uzupełnione niewielkimi dawkami alkoholi tłuszczowych (emolienty, E) oraz saponin (o właściwościach nawilżających i ułatwiających zmywanie). Odrobina hydrolizowanego kolagenu (P) dopełnia całość. Końcówka składu to nie budzący moich wątpliwości konserwant, kwas cytrynowy w roli regulatora pH i kompozycja zapachowa. 

Krótko i naprawdę nawilżająco! Warto jednak, szczególnie na początku pielęgnacyjnej drogi, nieco uważać na humektanty-nawilżacze. Składniki te, szczególnie w warunkach mocno suchych lub wilgotnych, pobierają lub oddają wodę do otoczenia, co może zaowocować puchem.

Wnętrze różowego turbanu pachnie dość perfumeryjnie, ale w czasie zabiegu zapach nie jest wyczuwalny. Nie pozostaje również na włosach po spłukaniu.

Przed aplikacją włosy umyłam dwukrotnie szamponem micelarnym Nivea, osuszyłam je z grubsza ręcznikiem i wszystkie wpakowałam w różowy wór:

Maska w czepku Biovene Barcelona aplikacja

Całkiem łatwo udało mi się dopasować turban do swojej głowy i z racji upału nosiłam go bez dodatkowego ręcznika przez jakieś pół godziny. Nic z niego nie wyciekało w żadnym kierunku, co pozwoliło mi w tym czasie na zajęcie się innymi sprawami. Zmywanie - totalnie bezproblemowe, nawet powiedziałabym, że dość krótkie ;). Po zabiegu moje loki prezentowały się następująco:



I nie ukrywam - jestem zadowolona. Włosy są miękkie (bez efektu "kaczuszki"), mięsiste, całkiem ładnie się ułożyły pomimo wołania o odświeżenie cięcia u fryzjera. A przede wszystkim - to ich 3 dzień od mycia na zdjęciach i nadal nie czuję nurtującej potrzeby ich spięcia :D. Obawiałam się, że dłuższe włosowe posiedzenie pod czepkiem wywoła przyklap na moim czerepie, ale do niczego takiego nie doszło. Uwag ze strony skóry głowy również nie zanotowałam.

Szczerze powiem - nie spodziewałam się aż tak dobrego efektu! Producent zaleca stosowanie maski w czepku 2-3 razy w miesiącu i bardzo możliwe, że będę wracać do tego patentu pielęgnacyjnego. Isana również wypuściła podobny produkt - czyżby szykował się hit na miarę maseczek w płacie? ;)

Jak się zapatrujecie na tego typu wynalazki? ;)

Bielenda Skin Shot, Uniwersalny aktywator do maseczek - totalny brak działania

W moich kosmetycznych wyborach decydujące znaczenie mają skład i... deklarowane zastosowanie. O wadze składników mazidła nie będę teraz pisać elaboratów, bo wszyscy zdajemy sobie z tego sprawę ;). Czasami do kosmetycznego zakupu przekonuje mnie funkcja kosmetyku, o której nigdy wcześniej nie słyszałam. Tak było przy okazji zakupu uniwersalnego aktywatora do maseczek od Bielendy - nie słyszałam wcześniej o takim produkcie, więc szybko wsadziłam go do koszyka. Jak się okazało - za szybko...


Aktywator zamknięty jest w bardzo poręcznej, niewielkiej butelce z atomizerem. Opakowanie jest estetyczne, a etykiety trwałe i czytelne. Nutkę błękitu oczywiście liczę na plus :D. Zastosowany plastik jest odrobinę elastyczny - jest więc szansa, że przeżyje upadek na łazienkowe płytki. Sam atomizer dozuje rozsądną, odpowiednią ilość produktu. 

75ml aktywatora kosztuje bez promocji 12,99zł w Rossmannie (kupiłam go w czasie akcji 2+2 gratis, więc wyszło jeszcze taniej).

Skład:


Jest na co popatrzeć: hydrolat różany, gliceryna, glukonolakton, kwasy: laktobionowy i hialuronowy, pantenol, mleczan sodu, glukonian wapnia... . Dużo nawilżających dobroci dla skóry, które powinny faktycznie stanowić dla niej odżywczy "shot". Nie zawiera kompozycji zapachowej, a końcówka składu to niekontrowersyjne konserwanty.

Wygląda jak woda i ma ledwie zauważalny, różany zapach. Po wchłonięciu pozostawia na skórze minimalne wrażenie lepkości (co nie dziwi w kontekście ilości zastosowanych nawilżaczy) - na tyle małe, że nie przeszkadza w niczym i dość szybko mija.

Stosowałam aktywator pod różne rodzaje maseczek - oczyszczające, nawilżające, odżywcze, a pod koniec testów także solo, bo za nic nie widziałam różnicy w stosowaniu maseczek z jego użyciem i bez niego. Nic się jednak nie zmieniło - aktywator Bielendy nie ma jak dla mnie żadnego działania. Żadnego nawilżenia, odżywienia czy zmiękczenia naskórka, które obiecuje producent. Obawiam się, że zastosowane substancje aktywne zostały tak mocno rozcieńczone, że nie miały okazji zadziałać w jakikolwiek sposób :(. Zużyję go w okładach na maskach bawełnianych, to może się czegoś doczekam.

W żaden sposób nie zaszkodził mojej cerze, jednak od pewnego momentu miałam wrażenie stosowania samej, delikatnie perfumowanej wody na twarz ;).

Macie może jakieś doświadczenia z tym produktem bądź podobnymi aktywatorami do maseczek? Podzielcie się nimi ;).

Ahoj! ;)

Wróciłam! ;). Pewnie jakoś szczególnie nie odczuliście mojej urlopowej nieobecności (kilka postów zaplanowałam zarówno tutaj jak i na FB), ale mam prawie dwutygodniowe zaległości w odpowiedziach na Wasze maile i komentarze. Obiecuję - jutro robię sobie dzień wewnętrzny i będę się odkopywać ;).

Tym razem wybraliśmy się na zachód Polski. W zasadzie była to nasza odroczona podróż poślubna i powiem Wam tyle - mój mąż jest mistrzem w planowaniu wycieczek i zawsze ma na nie dobrą pogodę xD. Zaczęliśmy od Wrocławia z jego urokliwą starówką, krasnalami, Mostem Pokutnic i Muzeum Farmacji.


Najbardziej jednak czekałam na wizytę we wrocławskim ZOO, które wszyscy nam polecali. I oficjalnie przyznajemy - mieli rację ;). Bite 5h zwiedzania, a ja sama nie wiem co zachwyciło mnie najbardziej - niedźwiedź, terraria czy afrykarium.





Później wylądowaliśmy w Szklarskiej Porębie, gdzie zdobyliśmy Szrenicę, zwiedziliśmy Kolorowe Jeziorka, obejrzeliśmy wodospady Szklarki i Kamieńczyka oraz wybraliśmy się Koleją Izerską do Harrachova. To była dziwna wizyta dla fanki "najnudniejszego sportu świata", jakim są skoki narciarskie. Tam, pomimo krzaków i drzew rosnących na zeskokach i progach skoczni całe życie nadal kręci się wokół nich. Zdobyliśmy nawet Certovą Horę - właśnie w jej stok wkomponowana jest mamucia skocznia. A jeszcze 5 lat temu były tam mistrzostwa świata w lotach...




Mumlawski Wodospad w Harrachowie.





Nie obyło się bez wizyt na zamkach i zameczkach, także w drodze powrotnej przez Środę Śląską (urokliwe miasteczko!), Ustroń i Wisłę. Trzy najbardziej nas interesujące nas zawiodły: zamki Czocha, w Mosznej i Książ nie zrobiły na nas takiego wrażenia jak chociażby Wleń, Grodziec czy Bolczów. Chyba mamy za dużo zamków "na sumieniu" i chyba przestaliśmy się nadawać do masowego zwiedzania. Albo to starość :D.



Dwa lata wcześniej M. mi się oświadczył, a teraz dostałam kolejny pierścień - tym razem historyczną replikę w brązie z zielonym, absolutnie prześlicznym agatem. Zresztą, bardzo go poniosło w biżuteryjno-mineralnych prezentach xD.


Jeśli będziecie w okolicach Wisły i Ustronia to serdecznie polecamy wizytę w Chlebowej Chacie w Górkach Małych. Samodzielnie zrobiony podpłomyk i masło smakują najlepiej :D.


11 dni, a jestem jak nowo narodzona mimo naprawdę intensywnego czasu ;). 

A jak minęły Wasze urlopy lub co dopiero planujecie? ;)

Olejki do włosów DIFEEL - co znajdziemy w nowościach Rossmanna?

Szczególnie mocno lubię śledzić nowości kosmetyczne - ostatnio często odwiedzam zakładkę z zapowiedziami na stronie Rossmanna i czasami udaje mi się wyhaczyć coś ciekawego. Innym razem początkowy zachwyt i radosne otwieranie strony z kosmetykiem zamienia się w większe bądź mniejsze rozczarowanie. Jak było w przypadku olejków do włosów DIFEEL?

Można zauważyć, że olejowanie po dłuższym czasie egzystowania w kręgach włosomaniaczych zaczyna wchodzić "na salony" - na półkach najpopularniejszych drogerii znajdziemy coraz więcej olei i ich mieszanek przeznaczonych do stosowania typowo na włosy. Szkoda, że na opakowaniach olejków DIFEEL nie znalazł się nieco dokładniejszy opis stosowania uwzględniający mycie włosów po aplikacji :D. Większość użytkowniczek niewtajemniczonych w olejowanie może być nieprzyjemnie zdziwiona tłustością włosów po aplikacji nawet kilku kropel.

Naturalny olejek kokosowy DIFFEL


Skład: Glycine Soja (Soybean) Oil, Canola Oil, Fragrance, Cocos Nucifera (Coconut) Oil, Prunus Amygdalus Dulcis (sweet Almond) Oil, Olea Europaea (Olive) Fruit Oil, Ricinus Communis (Castor) Seed Oil, Helianthus Annuus (Sunflower) Seed Oil, Opuntia Tuna Fruit Extract, Verbascum Thapsus Extract, Urtica Dioica (Nettle) Extract, Cucumis Melo (Melon) Fruit Extract, BHT.

Eee... kokosowy? Podstawą tego olejku, jak i wszystkich pozostałych, jest mieszanka oleju sojowego z olejem Canola. Olej kokosowy pojawia się dopiero po zapachu w towarzystwie olejów: migdałowego, rycynowego i słonecznikowego oraz oliwy wzbogaconych w ekstrakty z opuncji, dziewanny, pokrzywy i melona. BHT nie pasuje też do olejku naturalnego...

Naturalny olejek arganowy DIFEEL


Skład: Glycine Soja (Soybean) Oil, Canola Oil, Fragrance, Argania Spinosa Kernel Oil, Prunus Amygalus Dulcis (Sweet Almond) Oil, Olea Europaea (Olive) Fruit Oil, Limnanthes Alba (Meadowfoam) Seed Oil, Helianthus Annuus (Sunflower) Seed Oil, Opuntia Tuna Fuit Extract, Verbascum Thapsus Extract, Utrica Dioica (Nettle) Extract, Cucumis Melo (Melon) Fruit Extract, BHT.

Tutaj również olej arganowy pojawia się dopiero po zapachu, natomiast pozostały zestaw olei i ekstraktów pozostał niezmienny - za wyjątkiem dodatku oleju z rzeżuchy łąkowej. BHT również jest na swoim miejscu w tym "naturalnym" olejku -.-.

Naturalny olejek z drzewa herbacianego DIFEEL


Skład: Glycine Soja (Soybean) Oil, Canola Oil, Fragrance, Melaleuca Alternifolia (Tea Tree) Leaf Oil, Prunus Amygdalus Dulcis (Sweet Almond) Oil, Olea Europaea (Olive) Fruit Oil, Ricinus Communis (Castor) Seed Oil, Helianthus Annuus (Sunflower) Seed Oil, Rubus Idaeus (Raspberry) Fruit Extract, Verbascum Thapsus Extract, Salvia Officinalis (Sage) Leaf Extract, Urtica Dioica (Nettle) Extract, Rosmarinus Officinalis (Rosemary) Leaf Extract, Ganoderma Lucidum (Mushroom) Extract, Equisetum Arvense Leaf Extract, Lentinus Edodes Extract, BHT.

Do znanej nam z wcześniej opisywanych wersji bazy dołączono olej rycynowy oraz ekstrakty z  drzewa herbacianego, maliny, rozmarynu, lakownicy, skrzypu i twardnika. Tutaj nie oburza mnie obecność tytułowego drzewa herbacianego po zapachu - olejek ten jest olejkiem eterycznym i stosuje się go w dużym rozcieńczeniu. BHT - obecne mimo deklarowanej naturalności! :D

Naturalny olejek rycynowy DIFEEL


Skład: Glycine Soja (Soybean) Oil, Canola Oil, Fragrance, Ricinus Communis (Castor) Seed Oil, Prunus Amygdalus Dulcis (Sweet Almond) Oil, Olea Europea (Olive) Fruit Oil, Helianthus Annuus (Sunflower) Seed Oil, Olea Europaea (Olive) Leaf Extract, Cucumis Sativus (Cucamber) Seed Extract, Citrus Granadis (Grapefruit) Peel Extract, Rosa Canina Fruit Extract, Eucalyptus Globulus Leaf Extract, Hypericum Perforatum Flower/Leaf/Stem Extract, Salix Alba (Willow) Bark Extract, BHT.

Do standardowej sojowo-canolowej bazy dodano olej rycynowy (oczywiście kolejny raz po zapachu) oraz ekstrakty z liści oliwki, ogórka, grejpfruta, dzikiej róży, eukaliptusa, dziurawca i wierzby białej. BHT, a jakże, jest pomimo naturalności :D.

Szczerze powiem, że przypomina mi to mnożenie wersji jak w kosmetykach BEBIO, ale tam te składy były po prostu ładniejsze, dzięki czemu dało się to wyjaśnić. Tutaj szafowanie naturalnością przy stosowaniu syntetycznego konserwantu BHT oraz śladowe dodatki tytułowych olei przy nazwach sugerujących, że są one podstawą formulacji (poza wersją z olejkiem z drzewa herbacianego) skutecznie odrzucają mnie od sięgnięcia po te produkty. I jeszcze ceny - 20zł (na promocji!) za 75ml. Trochę brakuje mi komentarza...

Jak się zapatrujecie na te olejowo-włosowe nowości Rossmanna?

Bielizna ślubna - czym się kierować przy wyborze?

Ślub to tak wyjątkowy moment, że nawet mnie udzieliła się gorączka tego dnia - pomimo dość twardego chodzenia po ziemi ;). Sale, ozdoby, muzyka, jedzenie, stroje - całe przygotowania wymagały sporo pracy. Suknia ślubna budziła we mnie szczególny niepokój - nigdy nie miałam na sobie wieczorowej sukni, a co dopiero takiej konstrukcji i to jeszcze w jasnym kolorze! :D. Z suknią nieodłącznie wiąże się bielizna ślubna, która powinna być do niej dopasowana, a przy tym wygodna i... piękna ;).


Wybór bielizny ślubnej czy pod wieczorową kreację zwykle wymusza suknia swoimi wycięciami, dekoltami i przeźroczystościami. W takiej sytuacji część kobiet rezygnuje z biustonosza bądź wszywa miseczki w samą kreację. Nie jest to rozwiązanie uniwersalne - często bez górnej części bielizny czujemy się niekomfortowo, a i sam biust wygląda mniej korzystnie bez rusztowania. Z pomocą przychodzą wtedy staniki do zadań specjalnych: z obniżonym zapięciem bądź łączeniem między piersiami, z dodatkowym paskiem obniżającym czy też z przeźroczystymi, silikonowymi wstawkami.

Przy głęboko wyciętych plecach częstym rozwiązaniem jest też body, które dodatkowo modeluje sylwetkę, ale jest też "nieco" mniej wygodne w użytkowaniu. Przy mniejszych biustach czasami sprawdzają się też staniki "naklejane", ale użytkowniczki narzekają na brak odpowiedniego podtrzymania i na niezwykle łatwe odklejanie tego rozwiązania, które często jest też... jednorazowe, bo po umyciu (mimo deklaracji producenta) klej trzyma dużo słabiej. Sporo jest też doniesień o reakcjach alergicznych na środki klejące - przy wyborze tego rozwiązania warto je wcześniej przetestować na innej imprezie, by w czasie ślubu uniknąć niemiłej niespodzianki ;).

Sposobem na podtrzymanie biustu, o którym usłyszałam na jednej z grup facebookowych, są... taśmy kinezyterapeutyczne! Umiejętnie naklejone potrafią utrzymać nawet duży biust przez cały weekend bez konieczności poprawek. Tutaj również należy pamiętać o właściwościach kleju i... czasami występujących problemach z odklejeniem ;). 

Od siebie chciałabym Wam szczerze poradzić - jeśli coś nie odpowiada Wam w bieliźnie lub sukni pod względem wygody mówcie o tym od razu w salonie lub u krawcowej! Wystająca fiszbina, niedopasowany, niewygodny stanik czy krzywy szew, który już odczuwamy w czasie przymiarki potrafi przeciąć skórę do krwi i uprzykrzyć życie na kilka ładnych dni. Sama zdecydowałam się na wszycie miseczek w suknię (nie zostałam zbyt hojnie obdarzona przez naturę) i był to strzał w 10! Obecnie często korzystam z "multiway dress" wspomaganej albo stanikiem do zadań specjalnych (obniżone zapięcia po obu stronach :D) albo naklejanym, który sprawdza się u mnie bardzo dobrze. 

A na co Wy decydujecie się w tym ważnym dniu oraz na inne specjalne okazje? ;)

Kosmetyki BEBIO - analizy składów ;)

Mam dość średni stosunek do marek kosmetyków (i nie tylko) sygnowanych nazwiskami znanych osób. W przeszłości opisywałam Wam linię Wierzbicki i Schmidt do włosów, a dzisiaj, za sugestią jednego z Czytelników, wezmę na tapetę kosmetyki BEBIO. Trafiły one do Rossmanna, a jak pewnie wiecie - jest to marka Ewy Chodakowskiej zawierająca żele pod prysznic, balsamy do ciała i deo roll'e.

źródło: kobieta.gazeta.pl
Kosmetyki te są sygnowane jako naturalne (a te muszą spełniać pewne wymagania), co niestety daje pole do nadużyć. Często producenci tłumaczą się, że ich kosmetyki są naturalne, bo zawierają jakiekolwiek naturalne składniki (albo składnik :D). To się nazywa marketing :D. Jak wygląda sytuacja w przypadku kosmetyków BEBIO

Naturalne żele pod prysznic BEBIO


Woda, SCS, gliceryna, dwa glukozydy, woda morska i sok z aloesu - tak wygląda baza każdego z wariantów, do której, po zapachu, wprowadzone są tytułowe składniki każdej z wersji. Żele bazują na silnym detergencie, jednak nie można im odmówić naprawdę krótkich i faktycznie naturalnych składów. Rozmnożenie wersji poprzez zmianę ekstraktów po zapachu jestem w stanie darować ;). Dostaniemy je w dwóch objętościach: 200 i 400ml (większe kosztują około 20zł). Żele przyjemnie zaskoczyły mnie składem.

Naturalne balsamy BEBIO


Ponownie mamy tu do czynienia z taką samą bazą we wszystkich trzech produktach - w tym przypadku mamy glicerynę, te same estry i alkohole tłuszczowe, olej słonecznikowy, masło shea i sok z aloesu. Po kompozycji zapachowej znajdziemy we wszystkich witaminę E i masło kakaowe, a dalej ekstrakty właściwe dla danej wersji. Ponownie nie można im odmówić miana kosmetyków naturalnych, ale tutaj również mamy najprostszy sposób zwiększenia liczby wersji :D.

Naturalne deo roll'e BEBIO


Można je podsumować jako ałun w płynie z dodatkami, co jest również prawdziwie naturalnym rozwiązaniem ;). Nie zabrakło również estrów i alkoholi tłuszczowych, gliceryny oraz soku z aloesu wzbogaconych po zapachu tytułowymi składnikami. Jestem na tak - pomimo swoich doświadczeń. Czy ktoś z Was również zauważył, że ałun (stały lub w postaci roztworu) działa świetnie przez około 2 tygodnie, a potem już w ogóle? Dopiero po odstawieniu na jakiś czas jego właściwości "wracają". To jedna z niewytłumaczalnych zagadek mojej pielęgnacji, której nie udało mi się rozwiązać :D.

Potwierdzam - produkty BEBIO faktycznie można zakwalifikować do kosmetyków naturalnych. Całkiem krótkie, przemyślane składy dają nadzieję na spełnienie obietnic producenta. Jedyne, do czego mogłabym się przyczepić to fakt, że cała ta linia śmiało mogłaby się składać z 3 kosmetyków. Każdy jednak orze jak może :D. 

Co sądzicie o kosmetykach BEBIO?

Bielenda Mezo Tonik (Aktywny Tonik Korygujący) - bez zachwytów

Jeśli chodzi o sklepowe kuracje kwasowe moim topem są na razie kosmetyki Bielendy: 40% zabieg eksfoliujący oraz zielone Mezo Serum korygujące, które ostatnio Wam opisywałam. Przy okazji jednego z zamówień na wspomniane serum dołożyłam do koszyka również Mezo Tonik korygujący z tej samej serii. Nie jestem przekonana czy był do dobry pomysł...

Bielenda Mezo Power Tonik korygujący

Przeźroczysta butla z niewielkim otworem świetnie dozuje kosmetyk i na dodatek jest całkiem trwała - zniosła już kilka łazienkowych wypadków :D. Mam trochę uwag do białych napisów (szczególnie z tyłu opakowania) - nie są zbyt czytelne, ale za to bardzo odporne na ścieranie. Nie ma żadnego problemu z monitorowaniem poziomu zużycia - z wiadomych względów :D. 

200ml tego toniku kosztuje od 10 do 15zł w zależności od miejsca zakupu (jest też łatwo dostępny).

Skład:

Aqua (Water), Niacinamide, Glycerin, Mandelic Acid, Lactobionic Acid, Sodium Lactate, Lactic Acid, Hyaluronic Acid, Hydrolyzed Glycosaminoglycans, Polysorbate 20, Disodium EDTA, Phenoxyethanol, Ethylhexylglycerin, DMDM Hydantoin, Parfum (Fragrance), Butylphenyl Methylpropional, Hydroxycitronellal, Limonene

Tuż po wodzie widzimy dwa nawilżacze: niacynamid (o dodatkowych właściwościach przeciwtrądzikowych) oraz glicerynę. Zaraz po nich znajdziemy kwasy: migdałowy, laktobionowy i mlekowy, odpowiedzialne za deklarowane, złuszczająco-wygładzające działanie toniku. Kolejne nawilżacze: mleczan sodu i kwas hialuronowy uzupełnione o glikozoaminoglikany dopełniają zestaw składników aktywnych. Potem znajdziemy zestaw regulatorów pH, konserwantów i substancji zapachowych - tych dwóch ostatnich jest sporo, ale nie budzą one moich wątpliwości. Wrażliwcy powinni się jednak mieć na baczności. 

Ma kwiatowy, niezbyt intensywny zapach i konsystencję wody, a po wstrząśnięciu dość mocno się pieni.

Zamierzałam stosować go solo w okresie wiosennym (i ewentualnie letnim) w celu chociaż częściowego podtrzymania efektów jesienno-zimowych kuracji kwasowych. Dobrze, że dość szybko porzuciłam ten pomysł, bo tonik ten na mojej skórze robi dokładnie... nic :D. A wierzcie mi, naprawdę nie oczekiwałam dużo - ot, mógłby powstrzymać pojawianie się zmian zapalnych, minimalnie ujednolicać koloryt cery i równie minimalnie zwężać pory. Niestety, nie robi nic z tego zestawu - cera po jego zastosowaniu zachowuje się dokładnie tak jakbym nie zastosowała niczego. 

Sprawiedliwie muszę mu jednak oddać, że nie wywołuje też żadnych negatywnych efektów na mojej cerze. Zużywałam go w zasadzie tylko do wyrównania pH skóry po stosowaniu mydła, ale zamierzam go jeszcze wykorzystać do nasączenia masek bawełnianych - może wtedy da jakieś efekty.

Możliwe, że mój brak zachwytu nad tym tonikiem wynika z potrzeby stosowania mocniejszych preparatów. Jak sprawdził się u Was?

Efekty depilacji laserowej - po pół roku od ostatniego zabiegu

Depilacja laserowa to niezwykle popularny zabieg kosmetyczny. Która z nas nie chciałaby pozbyć się niechcianego owłosienia jeśli nie na zawsze - to na bardzo długo? Sama niejeden raz Wam wspominałam, że mam problemy z nadmiernym owłosieniem: wąsik, obszar między piersiami, "linia biała" na brzuchu, pachy i bikini - te obszary potraktowałam zabiegom depilacji laserowej (o faktach, mitach i początkach moich zabiegów możecie poczytać tutaj), z czego na dany obszar przypadało od 4 do 9 naświetlań. Co mogę powiedzieć o efektach po ponad pół roku od zakończenia zabiegów?


Ilość zabiegów potrzebnych do osiągnięcia satysfakcjonującego efektu zależy od różnych czynników: koloru i grubości włosów, indywidualnych predyspozycji, a także... obszaru poddanego zabiegowi. Mojemu wąsikowi wystarczyły 4 zabiegi, natomiast pachy i bikini potrzebowały aż 9. Na "linię białą" i obszar między piersiami potrzebne było 6 zabiegów. Świetnie korelowało to z grubością włosów - najdelikatniejsze miałam na twarzy, a najgrubsze... wiadomo ;). Z przykładowym cennikiem zabiegów laserowych możecie zapoznać się np. na stronie DepiCare - nadal nie jest to tanie rozwiązanie, ale można zauważyć, że koszty powoli idą w dół ;).

Temat bólu jest sprawą bardzo indywidualną, ale opowiem Wam o swoich doświadczeniach. Jestem dość "nieczuła" (wysoki próg bólu robi swoje ;)) i zabiegi zniosłam prawie bezboleśnie, nawet w okolicach bikini. Prawie - bo naświetlanie pach nie należało do przyjemnych. Nie chodziło tu jednak o sam laserowy "strzał", a o efekt zasysania skóry, który w tym miejscu jest dla mnie wyjątkowo nieprzyjemny. Zabiegi depilacji laserowej są też bardziej odczuwalne w latem, w gorące dni - ze względu na większe przekrwienie skóry, co sama zauważyłam ;). Osobiście raz skorzystałam z możliwości ochłodzenia skóry objętej zabiegiem zimnym okładem hydrożelowym - to świetne rozwiązanie w przypadku większej wrażliwości na ból.

Zaczerwienienie skóry po samym naświetlaniu utrzymywało się u mnie ledwie przez kilka chwil i po wyjściu z gabinetu nie było już widoczne nawet na mojej twarzy. Przy płytszym unaczynieniu cery może się jednak utrzymywać dłużej.

Wiem jednak, że bardziej interesują Was efekty włosowe niż poboczne ;). Przed zabiegami sytuacja wyglądała tak, że pachy, klatkę piersiową i "linię białą" mogłabym śmiało golić codziennie, bikini 2-3 razy w tygodniu, a wąsik skubać pęsetą... też codziennie ;). Zabiegi depilacji laserowej wyeliminowały u mnie wszystkie ciemne włosy i znakomicie spowolniły wzrost meszku w kolorze szarego blondu. Klatka piersiowa, brzuch i wąsik przestały być problemem, a pachy i bikini golę może raz w miesiącu (ze względu właśnie na pozostałe, jasne włosy) i na razie nie obserwuję powrotu ciemnych włosów. Zdaję sobie jednak sprawę, że ewentualne zmiany hormonalne w przyszłości mogą spowodować częściowy powrót niechcianego owłosienia - wtedy warto pomyśleć o zabiegach "przypominających" ;).

Decyzję o stosowaniu zabiegów laserowych warto podjąć po chwili przemyśleń i analiz: swojego progu bólu, karnacji, koloru i grubości włosów oraz równowagi hormonalnej. Jestem zadowolona z efektów, które uzyskałam i myślę o zafundowaniu sobie zabiegów na nogi - ciemne i grube włoski powinny się bez problemu poddać działaniu lasera, a sama skóra podziękowałaby mi za brak lub rzadsze podrażnianie jej maszynką ;).

Co sądzicie o depilacji laserowej? Jesteście po zabiegach, przed, w trakcie lub o nich myślicie? Podzielcie się proszę przemyśleniami i doświadczeniami ;).

Bielenda Superpower Mezo Serum (Serum korygujące) - świetny wybór dla początkujących w temacie kwasów

Doskonale pamiętam, mimo upływu czasu, jak długo rozmyślałam przed swoim pierwszym podejściem do kosmetyków z zauważalną zawartością kwasów. Zaczęłam z dość wysokiej półki - od samoróbek z kwasem migdałowym, by dość szybko przejść na łatwiejszy w obsłudze kwas mlekowy. Jednak obecnie bez wahania proponuję osobom rozpoczynającym swoją przygodę z kwasami jeden drogeryjny kosmetyk: serum korygujące Bielenda. Ostatnio także wrzucałam Wam recenzję 40%, profesjonalnego zabiegu eksfoliującego tej marki. Mam nadzieję, że moje recenzje pomogą Wam w wyborze jesienno-zimowej pielęgnacji ;). 


Serum zapakowane jest w szklaną butelkę z całkiem precyzyjną pipetką. Szkło wymusza ostrożność przy operowaniu - lądowanie na płytkach nie skończy się dobrze dla tego opakowania ;). Poza tym nie mam do samej buteleczki uwag. Kartonik natomiast (jak dla mnie) jest przeładowany tekstem i przez to mało czytelny, ale apteczną inspirację jak zwykle cenię ;).

30g tego serum kupiłam do tej pory najtaniej za 17zł na promocji w Pigmencie, ale ceny potrafią dochodzić nawet do 30zł.

Skład:


To serum bazuje na połączeniu kwasu migdałowego i laktobionowego. Szczególnie obecność tego pierwszego mnie raduje - jego rozpuszczanie bywa wybitnie upierdliwym procesem i fajnie, że można je pominąć dzięki łatwo dostępnemu kosmetykowi. Całość została uzupełniona o niacynamid, hialuronian sodu i alantoinę (nawilżacze), a końcówkę składu stanowią konserwanty (nie wzbudzające moich wątpliwości) i substancje zapachowe. 

Skład całkiem krótki, chociaż zestaw zapachów i konserwantów można by było jeszcze skrócić. Samo serum ma postać dość wodnistego żelu o delikatnym, kwiatowo-perfumeryjnym zapachu, który wyczuwam jedynie przez chwilę po aplikacji. Ma całkiem niezłą wydajność przy tej konsystencji.

Stosowałam je na oczyszczoną skórę twarzy raz lub dwa razy dziennie (oczywiście z dodatkową, wysoką ochroną przeciwsłoneczną w przypadku porannej aplikacji). Bardzo szybko się wchłania bez pozostawiania lepkiej bądź śliskiej powłoczki, dlatego też bez problemu można na nim wykonać rano makijaż. Nie zarejestrowałam żadnego szczypania czy zaczerwienienia po nałożeniu, ale trzeba wziąć poprawkę na to, że cerę mam grubą, odporną i w kwasach zaprawioną. Dla porównania - moja bratanica, dla której było to pierwsze tego typu spotkanie ze złuszczaniem, zgłaszała mi mocne zaczerwienienie i lekkie szczypanie przy kilku pierwszych aplikacjach (wtedy zmniejszyła częstotliwość nakładania do 1-2 razy w tygodniu). Moja cera po aplikacji była delikatnie nawilżona - żadnego przesuszu czy podrażnienia nie zanotowałam.

To serum nie wywołało u mnie widocznego złuszczania ("jaszczurzenia") pomimo bardzo intensywnego nakładania - co nie znaczy, że nie dało efektów ;). Bardzo szybko zauważyłam obkurczenie rozszerzonych porów i poprawę kolorytu skóry, a z czasem (po około 7 tygodniach) zmniejszenie ilości zaskórników w dość nieinwazyjny i delikatny sposób. Umówmy się - nie każdy ma tyle samozaparcia, by znosić płatki naskórka emigrujące z twarzy, które ciężko czymkolwiek ukryć. 

Bardzo dobrze działa też na stany zapalne, które bardzo szybko wycisza i wspomaga ich gojenie. To pierwszy kosmetyk kwasowy, do którego udało mi się przekonać mojego M. - i o dziwo z efektów jest zadowolony podobnie jak ja ;). Ilość stanów zapalnych spadła prawie do 0, a i rozszerzone pory stały się u M. mniej widoczne - bez efektów ubocznych. W kolejny sezonie będę go namawiać na mocniejsze środki, trzymajcie kciuki :D.

Delikatny i skuteczny - czegóż więcej chcieć w trakcie walki z niedoskonałościami? ;)

Znacie to serum? A może szykujecie się do jego testów? ;).

Szampony Barwy (octowy i ryżowy) - włosowe nowości

Najszybciej zużywanym przeze mnie typem kosmetyku jest z całą pewnością szampon. Moje włosy, pomimo wszystkich swoich zalet, są trudne do domycia i łatwe do obciążenia, przez co nie oszczędzam na ilości stosowanych myjadeł. Moim ostatnim odkryciem jest micelarny szampon oczyszczający Nivea - właśnie dobijam do dna tego cuda. W związku z tym postanowiłam uzupełnić zapasy... dość nagle. W pobliskim sklepie typu "szmelc, mydło i powidło" trafiłam na sporą półkę z kosmetykami Barwy, a dwa szampony: octowy i ryżowy wybrały się ze mną do domu.


Z szamponami Barwy miałam przyjemność na różnych etapach pielęgnacji. W początkach stosowałam je raz na kilka kilka tygodni w roli "rypacza", a później, po odświeżeniu wyglądu opakowań, wydawało mi się, że ich moc myjąca spadła. Po pewnym czasie robiłam do nich podchody, ale przeszkadzało mi to, że prawie w każdej wersji są jakieś proteiny. Moje włosy są bardzo proteinolubne (nie udało mi się osiągnąć przeproteinowania), ale ciągłe stosowanie szamponu z proteinami mogłoby zaowocować nieoczekiwanymi, negatywnymi efektami ;). 

Z wybranych przeze mnie wersji jedna nie zawiera protein w ogóle, a druga tylko roślinne (ryżowe), które dużo słabiej oddziałują na moje kudły. Krzywdy mi na pewno nie zrobią, ale... czy zachwycą? ;)

Barwa Szampon Octowy


Skład:


SLES przełamany słabszymi detergentami i modyfikowaną lanoliną, a zaraz potem... sól kuchenna, która może nieprzyjemnie zaskoczyć wrażliwców. Całkiem wysoko w składzie znajduje się tytułowy ocet - dzięki temu mogę liczyć na prawdziwy efekt zakwaszający. Ekstrakty z moreli, brzoskwini i jabłoni na spółkę z biotyną, pantenolem, kwasami tłuszczowymi, witaminami A i E oraz bioflawonoidami uzupełniają ten skład. 

Zastosowane regulatory pH i konserwanty nie wzbudzają moich zastrzeżeń (nie robią mi krzywdy), ale wrażliwcom zwracam uwagę na dwa ostatnie konserwanty, którym często przypisuje się wywoływanie wzmożonego wypadania.

Liczę na naprawdę porządne domycie i pooctowy blask - niedługo rozpoczynam testy ;). I tak, wiem, przepłaciłam, ale łatwa dostępność wygrała z poszukiwaniami niższej ceny ;).

Barwa Szampon ryżowy


Skład:


Baza - absolutnie taka sama jak w octowym bracie, jedynie ekstrakty owocowe zostały wymienione na ekstrakt i proteiny ryżowe. Pojawia się także  glukonolakton i glukonian wapnia - innych zmian próżno szukać, a opis można śmiało skopiować z octowej wersji ;). 

Pomimo lekkiej nieufności do "nieprzeźroczystych" szamponów (które zwykle słabiej radzą sobie z domyciem moich włosów) zdecydowałam się na to cudo pod wpływem chwili. Liczę, że nie będę żałować, ale zawsze mogę go zużyć do prania lub mycia ciała... w ostateczności ;). 

Widziałam również sporo odżywek marki Barwa - macie z nimi jakieś doświadczenia? Jak się na nie zapatrujecie?