2+2 gratis w Rossmannie: akcja regeneracja! Włosowe propozycje ;)

Nietrudno zauważyć, że największego fioła mam na punkcie włosów, a szczególnie odżywek, masek, olei i innych mazideł ;). Mam oczywiście swoje włosowe must have, takie jak Kallos Multivitamin czy Garnier Goji Hair Food, ale uwielbiam również testować wszelkiego rodzaju nowości. Od 21 sierpnia 2019 roku w Rossmannie rusza kolejna promocja 2+2 gratis, do której zaliczają się również odżywki i maski do włosów. Moje przetestowane typy już Wam podrzuciłam, a dzisiaj pokażę Wam, co kusi mnie włosowo. Jest tego tyle, że postanowiłam oddzielić tą kategorię od reszty :D.


Nie zamierzam oczywiście kupić wszystkiego, mam do wykorzystania maksymalnie dwie karty Rossmann (moją i męża :D). Skala zakupów zależy od dostępności, nie zamierzam odwiedzić więcej niż 1-2 Rossmannów (tych w najbliższej okolicy). Co mnie kusi?

Maski Garnier Hair Food


Po dużym zachwycie wywołanym wersją z ekstraktem z jagód goji bardzo chciałabym spróbować innych opcji. Sama już nie wiem, która najbardziej mnie interesuje: Banana, Macadamia, Papaya czy Aloe. Jest też prawdopodobieństwo, że wrócę z wszystkimi czterema :D. Bogate, emolientowe bazy nasycone ekstraktami roślinnymi obiecują naprawdę mocne odżywienie, potwierdzone wieloma pozytywnymi opiniami ;). Z tego co wiem, maski te w znaczący sposób różnią się działaniem, więc jestem gotowa na testy - oby bez rozczarowań ;). W cenie regularnej nie kupiłabym ich w Rossmannie (ponad 25zł), tylko zapewne szukała w innych lokalizacjach. Akcja promocyjna rządzi się jednak swoimi prawami :D. 

Maski Garnier Botanic Therapy


Sporo krótsze składy niż w przypadku Hairfood'ów i mniej składników aktywnych (w zależności od wersji 2-4) wcale nie stawiają masek Botanic Therapy na straconej pozycji. W połowie składu zawierają dodatek silikonu (amodimethicone), który często dobrze się sprawdza w walce o piękny wygląd włosów. To również produkty głównie emolientowe. Swoją drogą - jeszcze niedawno nie pomyślałabym, że będą mnie kusić włosowe produkty Garnier. Wielki plus dla marki za pójście ze składami w dobrą stronę, to się ceni ;).

Maski i odżywki Nature Box


Bardzo podobne składowo do opisywanych powyżej masek Garnier Botanic Therapy: emolientowa baza z kilkoma dobrociami (ekstrakty i oleje roślinne). Nie zawierają parabenów i silikonów, jednak w ramach filmformerów występuje w nich pochodna gumy guar. Są to także kosmetyki wegańskie ;). Pod koniec składu znajdziemy tez izopropanol (alkohol izopropylowy) - sądzę, że jest go na tyle mało, że włosy nawet przy długim używaniu nie odczują negatywnych efektów jego obecności. Takie splunięcie odparuje tuż po pierwszym otwarciu butelki ;).

Odżywki O'Herbal


Po sporym zachwycie odżywką z ekstraktem z mięty od dłuższego czasu czaję się na przetestowanie kolejnej wersji. Może lnianej? W przypadku linii O'Herbal lekka formuła odżywki nie świadczy o braku odżywienia: do emolientów (syntetycznych oraz olei naturalnych) dołączają ekstrakty roślinne oraz proteiny roślinne, mleczne i keratyna. Taki zestaw może się podobać, a dodatkowo odżywki te mają jedne z najwygodniejszych opakowań kosmetycznych jakie miałam okazję używać ;). Cała seria O'Herbal to udane połączenie składników naturalnych z laboratoryjnymi zdobyczami kosmetologii ;).

Odżywki Vis Plantis


Seria Vis Plantis, podobnie jak O'Herbal, produkowana jest przez Elfa Pharm. Całkiem krótkie składy, w których emolientowa baza połączona jest z całkiem sporymi dodatkami ekstraktów roślinnych to jej znak rozpoznawczy. Duża objętość w połączeniu z pompką - to duże ułatwienie dla użytkownika. Szczególnie interesuje mnie wersja kozieradka & rozmaryn, także w kontekście stosowania na skalp.

Sekwencyjna maska mineralna Jantar


Pomimo nie najlepszego wrażenia, jakie zrobiły na mnie odżywki w piance Jantar, nie mogłam przejść obojętnie obok ich maski sekwencyjnej. Niezwykle bogaty skład, w którym znajdziemy oczywiście ekstrakt z bursztynu, szereg minerałów (cynk, magnez, wapń), ceramidy, lipidy mleczne, oleje naturalne i ekstrakty. Zawiera również filmformery (w tym silikony), ale w dalszej części składu. Pod jego koniec pojawia się też betaina kokamidopropylowa (detergent stosowany chociażby w szamponach), dlatego też nie zalecałabym trzymania jej "godzinami" na włosach - kilka minut powinno wystarczyć, by uzyskać pozytywny efekt bez nieoczekiwanych niespodzianek ;).

Odżywki Petal Fresh


Niezwykle popularne odżywki w społeczności Curly Girls (CG), szczególnie dzięki bogatym, naturalnym składom i brakowi filmformerów. Wielkie ilości ekstraktów roślinnych mogą się podobać, ale wymagają też rozwagi. Zioła stosowane zbyt często potrafią podsuszyć włosy na długości ;). Najbardziej kusi mnie chyba wersja aloes & cytrusy, ale możliwe, że przy półce spodoba mi się co innego :D. Jeśli ją zakupię to może przetestuję ją też na skórze głowy.

Moja lista prawdopodobnie byłaby jeszcze dłuższa, gdyby nie... brak składów na stronie internetowej przy niektórych produktach -.-. Ale może to i dobrze :D.

Macie jakieś włosowe plany związane z akcją w Rossmannie? Chętnie zbiorę więcej inspiracji ;).

P.S. Zestawy kosmetyków Isana mam dla Was do wygrania na FB i IG, zapraszam ;).

Włosowa historia Kurczaka ;)



Pielęgnacyjne rozmowy z Wami często owocują dłuższymi znajomościami. W taki właśnie sposób poznałam Kurczaka - dziewczynę, której włosowe losy na pewnym etapie splotły się z moim blogiem. Ta historia, przez moje nieogarnianie życia, absolutnie zbyt długo czekała na publikację. Bez zbędnych wstępów oddaję więc głos Kurczakowi ;).

"Witam, nazywam się Kurczak, mam 21 lat, jestem studentką medycyny i z przyjemnością zabiorę Was we włosową opowieść (jak to brzmi!), której głównymi punktami zwrotnymi są: zapuszczanie długich włosów z długości do ucha, całkowite zniszczenie włosów oraz powrót do formy. Wybaczcie mi proszę formatowanie zdjęć, ale nie jestem w tym dobra. 

Moim naturalnym kolorem włosów jest ciemny blond, latem jaśniejszy i rozświetlony, zimą – naprawdę ciemny. Wiem, jaki to poziom koloru (6), ale od osób postronnych i najczęściej nieobeznanych z włosowym nazewnictwem mój kolor włosów był już wszystkim, od ciemnego brązu do jasnego blondu.

Moje włosy z natury nie są całkiem proste - przy dużej wilgotności niektóre pasma falują w stylu zaniedbanego, nieuporządkowanego 2A. Po odpowiedniej pielęgnacji są proste jak po prostownicy, której notabene nigdy nie miałam i mieć nie chcę. Są za to cienkie jak nitki, ale gęste (nie wiem, czy obwód kucyka jest wyznacznikiem, ale obwód kucyka z naturalnych, wygładzonych olejami włosów wynosi dumne 11cm). Jestem też olejomaniaczką.

Wspomnienia...



2004 (mam 8 lat) – czy widzicie te gumki z metalowymi elementami? Teraz mam ochotę wygarnąć mojej mamie, że niszczyła mi nimi włosy, ale przecież nie wiedziała…


2006. Tu włosy wystylizowane na fale z warkoczyków. Widać, jaki mają potencjał do rozjaśniania się.

Jako mała dziewczynka nosiłam najpierw fryzurę na pazia, a w okresie podstawówki miałam długie włosy. Wyemancypowałam się jednak w piątej klasie i postanowiłam je obciąć (miałam dość szkolnej monokultury dziewczynek z włosami do pasa, zresztą zwykle zniszczonymi od połowy). Mam czasami wrażenie, że dziewczynki pod koniec podstawówki są niesamowicie podatne na, jak ja to nazywam, „efekt Lolity”. Szkoda, że tym samym tracą swoje naturalne piękno i niewinność, no ale nie mnie to oceniać.

Krótkie włosy nosiłam do końca drugiej klasy gimnazjum. Bardzo lubiłam zarówno swojego krótkiego boba, jak i siebie w tym okresie.Właściwie do tego momentu moją jedyną „pielęgnacją” był szampon ze SLES-em, taki, jaki stał w łazienkach w moim domu, zazwyczaj do włosów farbowanych. Czasami zdarzało mi się też umyć włosy odżywką mamy, i byłam niezmiernie zdziwiona, że słabo się pieni. Włosy myłam średnio co 3 dni.


2010 (mam 14 lat).

Moja babcia (niezwykle kojarząca mi się zawsze z Babą Jagą…) przy każdej okazji podkreślała, jak postarza mnie fryzura i że w wieku 14 lat wyglądam na 20. Kompletnie się tym nie przejmowałam. Uważam, że bob podkreślał rysy twarzy i zapewne kiedyś do niego wrócę.

Nigdy nie używałam prostownicy ani lokówki, za to po każdym myciu suszyłam włosy ciepłym nawiewem suszarki (gorący parzył mi skórę). Czasami (raz na rok) kręciłam włosy na termoloki, ulubiony gadżet włosowy mojej mamy, uzyskując ciekawy efekt jak z lat 20.

Włosy, naturalne i krótkie, wyglądały nieskazitelnie. Fryzjerki się nimi zachwycały. Zazwyczaj tak jest, że krótka fryzura dodaje włosom gęstości, a krótkie, czyli dość młode włosy, nie zdążą zniszczyć się na skutek otarć mechanicznych. Do fryzjera chodziłam średnio co 2 miesiące. 

W drugiej klasie gimnazjum (pod koniec 2011) postanowiłam włosy zapuścić, bo czułam na sobie presję otoczenia i byłam coraz bardziej z siebie niezadowolona (miałam już początki depresji; to wtedy postanowiłam za wszelką cenę stać się bliżej nieokreślonym ideałem). Początki nie były łatwe, wydawało mi się, że włosy wcale nie rosną. Moje zapuszczanie trwało od wiosny 2011 roku (włosy do ucha!) właściwie do wiosny 2013 roku (włosy za zapięcie stanika; dopiero w tym okresie zrozumiałam, że mój miesięczny przyrost włosów jest całkiem spory). Zapuszczałam bez podcinania(o zgrozo!), za to wtedy zaczęłam włosy pielęgnować odżywkami Gliss Kur bez spłukiwania (ta olejowa, do włosów rozdwajających się). Nie było to wcale głupim pomysłem – ponieważ ja przesadzam we wszystkim, po każdym myciu psikałam sobie połowę włosów ogromna ilością odżywki, co nieźle zabezpieczało końce.


Lipiec 2011, pensjonat nad morzem. Włosy do brody.


Listopad 2011, włosy już prawie do ramion! Jak widać, przyrost był naprawdę zacny. W tamtym czasie lubiłam nosić opaski do włosów.


Styczeń 2012, włosy do ramion. Niestety posiadam tylko zdjęcia z komórki ilustrujące zapuszczanie. Z tyłu oczywiście książki w starej szafie – jestem prawdziwym molem książkowym.


Rok i cztery miesiące od rozpoczęcia zapuszczania, w sierpniu 2012, długość była już całkiem znaczna. W tym miejscu, na wysokości ucha, widać też, że włosy nie są do końca proste. Ten puch to właśnie ów spaczony skręt 2A, który pojawił się w ścisłej korelacji z wilgotnością powietrza.


Grudzień 2012, jeszcze nie do końca wysuszone po umyciu. Włosy były już za zapięcie stanika, oczywiście niepodcięte nawet o milimetr od półtora roku. Zwróćcie proszę uwagę, jak ciemne wydają się włosy zimą, a jest to ten sam poczciwy ciemny blond co w 2006 roku (nie zauważyłam, by włosy ściemniały mi w okresie dojrzewania).


Dwa lata po rozpoczęciu zapuszczania, w kwietniu 2013, włosy mają przepyszny blask i bardzo przyjemną mięsistość. Końcówki oczywiście zmasakrowane, ale włosy były już tak długie, że zdjęcie ich szczęśliwie nie obejmuje.


Listopad 2013, włosy bardzo długie (do pasa) i wyraźnie bardziej zniszczone niż wtedy, kiedy przy tej samej „pielęgnacji” były krótkie. Mam 17 lat, jestem w drugiej klasie liceum i już od września uczę się jak szalona do matury z biologii i chemii. Mam już silną depresję. Gasnę, chudnę. Przestaję się uśmiechać. Wybieram się do fryzjera dopiero na wiosnę 2014 roku; fryzjerka nie narzeka na silnie rozdwojone końce i kasuje wyłącznie pięć centymetrów końcówek, które wtedy były (jak dla mnie) zdecydowanie za długie – zwisały już sporo poniżej pasa. Cięcie na prosto, bez fantazji, ale doskonale służy końcówkom.


Marzec 2014. Tutaj dobrze widać naturalne refleksy na włosach, i to w jak dobrym stanie były końcówki, mimo że jedyną pielęgnacją dalej była para szampon SLES + Gliss Kur. 

Zapuszczanie zostało zakończone, zatem czasami robiłam sobie różne fryzury (czyli głównie stosowałam termoloki), bo długie proste włosy szybko mi się znudziły.


Przed wyjściem na „Upiora w Operze”, kwiecień 2014, ach… Byłam na tym przedstawieniu sześć razy i zakochałam się na zabój. Uwielbiam musicale, zresztą operetki i operę także. A włosy – refleksy "by nature" i tona pianki.


Maj 2014. Ciemne, prawda? Plus gąszcz baby hairów na górze. Jest to ciekawe o tyle, że całe życie odżywiałam się, delikatnie mówiąc, fatalnie (Mars na śniadanie, kanapka na obiad, jogurt na kolację), a włosy i tak były w porządku i rosły.

W klasie maturalnej moja depresja była już tak silna, że postanowiłam się leczyć. Wpłynęło to też na włosy, które stały się bardziej suche. 

W listopadzie 2014 roku uznałam, że potrzebuję zmiany w wyglądzie, i przybiłam pierwszy gwóźdź do włosowej trumny – zdecydowałam się na cieniowanie i silne skrócenie włosów. Niestety, nie miałam pojęcia, co to degażówki i jak wpływają na cienkie włosy, więc skończyłam z piórami od połowy długości i z marnymi widokami na zrównanie długości. Cieniowanie miało lepsze i gorsze dni… Na początku nawet mi się podobało.



Listopad 2014. Niestety nie mam lepszego zdjęcia, ale tu widać zdegażowane końce. Moje włosy, kiedy były długie, zawsze trochę się rozdwajały na końcówkach, ale nie drastycznie. Kiedy je wycieniowałam, zaczęły się rozdwajać na całej długości, i to dwa dni po wizycie u fryzjera… 

Za radą fryzjerki zaczęłam używać jedwabiu do zabezpieczania włosów po myciu, ale niestety, wybrałam alkoholowy jedwab Biosilk. Teraz sama się sobie dziwię – uczyłam się chemii jak szalona i znałam właściwości etanolu, a nie przyszło mi do głowy, że przesuszy (a nawet zdenaturuje XD) moje włosy (w końcu zbudowane z białek). Zdaje się, że wtedy myślałam, iż alkohol zdąży odparować, nim zrobi mi krzywdę. Niestety, przeliczyłam się. 

W klasie maturalnej miałam naprawdę wspaniałe pomysły – zapragnęłam mieć jaśniejsze włosy, ale że nie ufałam farbom. Najpierw w ruch poszły płukanki z rumianku, potem z cytryny, a potem… dolewanie wody utlenionej do szamponu. Genialne, czyż nie? Au… Włosy przesuszyły się, a końcówki wyglądały niczym piorun w miotłę. W tym okresie też drastycznie schudłam – w ciągu pół roku poleciało mi 12 kg i pojawiła się niedowaga. Nie odchudzałam się, po prostu nie dawałam rady jeść, jadłam zazwyczaj jedną kanapkę dziennie plus czasami kubek mleka. Więc nie jadłam i uczyłam się, chociaż wierzcie mi, szło mi to ledwo-ledwo (mózg bez paliwa i widoków na poprawę). 

Przed samą maturą wyglądałam jak trup, a w wakacje po, kiedy nosiłam bikini, ludzie patrzyli na mnie z lękiem i szeptali coś o anoreksji. Anoreksji nie miałam (normalnie uwielbiam jeść, byle niezdrowo), ale depresja „zrobiła robotę.” W okolicach matury, chyba, żeby dobić się całkowicie, postanowiłam jednak nałożyć farbę. Padło na Palette do 24 myć (wiedziałam, że będzie trwała), bodajże Perłowy Blond. Chciałam rozjaśnić je tylko minimalnie, dlatego rozcieńczyłam utleniacz do 6 procent i nałożyłam farbę jedynie na 10 minut. Efekt? 

Na początku wcale nie zauważyłam różnicy, ale przez moje porowate włosy pigment wypłukiwał się w rekordowym tempie i zostałam złoto-ruda, a następnie żółto-żółta (żółty Kurczak wielkanocny). Jestem typem mieszanym, ciepły z zimnym, ale w tych kolorach nie było mi do twarzy. A kondycja włosów… Nigdy nie prostowane wyglądały gorzej niż po dziesięciu latach codziennego prostowania.


Kwiecień 2015. Dobrze chociaż, że włosy zostały na swoim miejscu… Jeszcze wtedy.


Maj 2015. Czerwone kółko własnej roboty ilustruje miejsce największego bólu… Zniszczone, spuszone włosy o wysokiej porowatości.

Tak więc wesoło nie było… Irytowała mnie ta blondo-rudość i postanowiłam najpierw intensywnie chłodzić ją fioletowymi szamponami (co nic nie dało, a jeszcze podkopało kondycję włosów), a potem położyć L’Oreal Casting Mroźne Mochaccino 613 (zrobiłam to dwa razy – na koniec czerwca i w początku sierpnia, między wyjazdami wakacyjnymi). Psychicznie czułam się też coraz gorzej, nie pomogło nawet to, że wyniki matury były znakomite, i przyjęto mnie na studia… Właściwie wtedy poczułam się jeszcze gorzej. 

Niestety nie wiedziałam, co to sole amonowe używane w Castingu zamiast amoniaku. Włosy rozpoczęły masową migrację. Oczywiście dalej bez pielęgnacji.


Sierpień 2015. Pierwszy raz w życiu w brązie… Widać dobrze kondycję włosów i pióra. Dla mnie był to dramat, a w brązie nie czułam się sobą. Cóż, errare humanum est. Szkoda, że nie potrafiłam tego zaakceptować. 

Farby jednak wypłukały się po trzech myciach. I wtedy nastąpił impas, gdyż nie chciałam nigdy więcej katować swoich włosów farbą. Wreszcie przysiadłam nad włosowymi blogami, odkryłam blog Mysi oraz Blondaircare, a chwilę później Kascysko, która urzekła mnie swoją wiedzą naukową. Zatem odżywki, oleje (litry!), maski oraz Babydream poszły w ruch. Zapragnęłam odzyskać swój naturalny kolor, więc rozpoczęłam też suplementację biotyną w dawce 5mg/dzień. Biotyna dała efekty po dwóch miesiącach – włosy praktycznie przestały wypadać (było to dla mnie bardzo cenne po feralnym lecie 2015 i romansie z Castingami), jednak ich przyrost nie został znacząco przyspieszony. Mój przyrost sam z siebie jest dobry. 

Nie przekonałam się tylko do wcierek i półproduktów, bo nie chciało mi się w tym babrać, a alkohol we wcierkach skutecznie mnie zniechęcił, gdyż mam absolutny antytalent manualny i przy okazji wcierania czegoś w skalp na pewno położyłabym wcierkę na włosy u nasady. Cieniowanie również poszło w kąt. Włosy znów cięłyśmy z moją fryzjerką na prosto.


Koniec sierpnia 2015. Po dwóch tygodniach pielęgnacji. Ścisły start.

Błędem w mojej pielęgnacji była przesada (maska na godzinę pod czepek codziennie! oraz olej co drugi dzień albo i codziennie – relaksowało mnie to do nauki) oraz znaczne ograniczenie protein, np. cztery miesiące bez nich. Chociaż kondycja włosów znacząco się poprawiała z tygodnia na tydzień (włosy pokochały się ze wszystkimi olejami, które stosowałam, zarówno dla włosów bardzo porowatych, jak i niskoporowatych), bardzo szybko nabawiłam się chronicznego przetłuszczenia olejami oraz przenawilżenia. W tamtym okresie też zaczęłam kręcić włosy na termoloki Remington, i to codziennie. Dzięki codziennemu olejowaniu końców nawet to nie było straszne moim końcówkom. Możecie sobie wyobrazić, że musiałam w tamtym okresie często kupować nową poduszkę, bo olejowałam na noc. Olej zawsze, ale to zawsze, emulgowałam maską. 

Włosy rosły szybko i w marcu 2016 roku, po 8 miesiącach zapuszczania, powstało sympatyczne ombre, przynajmniej z przodu. ;) Z tyłu odrost rzucał się w oczy, ale wcale się tym nie przejmowałam.


Tutaj maj 2016, dziesięć miesięcy zapuszczania odrostu. Zwróćcie proszę uwagę, że włosy są zwiotczałe i bez blasku, myślę, że właśnie z nadmiaru humektantów. 

Dzięki olejom kolor nabrał głębi, a włosy naturalne były lśniące. Na grzywce dokładnie widać linię odrostu. Czubek głowy to już całkowicie moje naturalki. Przenawilżenie czasami wychodziło… A puszek wokół głowy to dzielne baby hairy, które masowo pojawiały się po masażu głowy olejami (zawsze olejuję również skalp).


W grudniu 2016 długość odrostu była już całkiem-całkiem…


Przyznam się, że jesienią 2016 roku zaniedbałam pielęgnację… To znaczy nie była ona tak maniakalna jak rok wcześniej. 

Jak widać, minimalizm się opłacał. Na niektórych pasmach widać jednak odrobinę puchu. Cóż, moje włosie nigdy nie będzie idealne, jest cienkie i delikatne, ale przynajmniej odzyskałam równą długość i gęstość. A z przodu sombre, które, o dziwo, budziło powszechny zachwyt i lawinę pytań, gdzie je wykonałam (mimo że było od linijki i przypadkowe, wywołane zapuszczaniem naturalnego koloru i tylko tym….).


Najciekawsze było to, że odrost tylko na wierzchu sięgał do brody, gdy odgarnęłam wierzchnie pasma, najbardziej zniszczone i najjaśniejsze, ukazywały się pod nimi włosy, które były już naturalne prawie do długości ¾… 

I finał, w miarę szczęśliwy, czyli kwiecień 2017, 20 miesięcy od początku zapuszczania… Zdjęcia są pod światło, dlatego nie sugerujcie się proszę puszkiem – to baby hairy, od dzieciństwa nie używałam gadżetów łamiących włosy. Kolor i długość, jak dla mnie, zadowalające. Nie jestem fanką włosów do talii. Mam tylko 169cm i myślę, że taka długość by mnie przytłaczała.



Kwiecień 2017, włosy od grudnia znów namiętnie olejowane codziennie. Mimo to trochę puchu… ale widocznie taka ich uroda. 

I ostatnie zdjęcie, 3 czerwca 2017, tutaj bez żadnej stylizacji i bez uprzedniego olejowania, umyte tylko SLES-em, bez odżywki i maski (taki naked hair challenge :P):


Cóż, do ideału sporo im brakuje, ale mnie satysfakcjonują. Tutaj doskonale widać, że długość zabiera im gęstość i uwidacznia, że są cienkie jak nitki. Mam zamiar zastanowić się nad cięciem, które pokaże ich gęstość. 22 miesiące bez farby. 

Moja obecna pielęgnacja: (pozwolę sobie pominąć setki masek i olejów, które przetestowałam w 2015 i 2016 roku, bo tego jest po prostu za dużo, nadmienię tylko, że Gliss Kur z olejami i Alterra Granat i Aloes były wówczas moimi faworytami; tak, Alterra jest konserwowana alkoholem, ale w tej odżywce mi nie szkodził):
  • Olejowanie końców przed myciem codziennie lub co drugi dzień – dzięki temu nie rozdwajają mi się końcówki mimo codziennego kręcenia na termoloki i potrafią tak wytrwać nawet przez pół roku! Oczywiście mam na myśli większość włosów, przednim pasmom i wierzchnim warstwom dalej zdarzają się rozdwojenia albo nawet białe kulki na końcach;
  • Myję włosy codziennie ze względu na tłustą skórę (na całym ciele i na skalpie również). Myję w takim systemie: 3xBabydream, potem raz SLES, obecnie Eva Nature Style z rumiankiem (zacny rypacz); 
  • Maski: Kallos Omega, Milk, Silk, Gliss Kur złota z olejami, a z proteinowych – wielki faworyt Dr Sante Argan Hair (z całego serca polecam). Maski stosuję dwa razy w tygodniu po SLES-ie i po rytualne olejowym, który ma u mnie miejsce raz w tygodniu w weekend, do zemulgowania olejów. Olej na olejowanych codziennie końcach zmywam spokojnie Babydreamem. Dr Sante raz na dwa tygodnie. Protein mlecznych używam bez ograniczeń; 
  • Oleje: oliwa z oliwek z Biedronki (750 ml -moje włosy ją kochają), Babydream fur Mama, Hipp, olej kokosowy nierafinowany (moje włosy kochają; i to bez żadnych związków z porowatością; moje końce dalej są mocno porowate), olej słonecznikowy, masło shea, Alterra Brzoza i Pomarańcza (najrzadziej); 
  • Od czasu do czasu kremuję Isana Shea & Kakao oraz Isana Chia &Babassuoil oraz, od niedawna, Isana Raspberry; Olejuję włosy na sucho, bo nie chce mi się tego robić na mokro. :P; 
  • Rytuał olejowy by Kurczak, inspirowany blogiem Wwwłosy: połączenie olejowania z kremowaniem i maską, stosuję raz w tygodniu lub raz na dwa tygodnie. Najpierw olejuję włosy na sucho i robię masaż skalpu. Następnie nakładam na skalp sporo kremu, zwykle któregoś z wyżej wymienionych kremów Isana. Zostawiam to dobro na jedną-dwie godziny, potem włosy moczę i nakładam na 30 minut (czasami na dłużej, bo mi się nie chce ciągle biegać do łazienki i zmywać…) którąś z masek Kallosa. Zazwyczaj jest już wtedy późna noc. Zmywam maskę ogromną ilością wody i… tyle. Suszę letnim nawiewem i idę spać. Maska na kationowych środkach powierzchniowo czynnych całkiem nieźle zmywa olej. Jeśli rano włosy tego wymagają, zmywam je jeszcze Babydreamem. I są szczęśliwe; 
  • Obowiązkowy silikonowy olejek po każdym myciu, zwykle Isana Haarol Schwerelos/Intensiv 2in1. Oba mają podobne składy: najpierw dwa silikony, w tym jeden odparowujący, potem: w pierwszym, 3 oleje, abisyński, awokado i babassu, w drugim: olej jojoba. Bardzo użyteczne, dobrze zabezpieczają; Niestety przez spadek porowatości włosy coraz mniej chcą się kręcić na termoloki… Zamiast loków po dwóch minutach kończę z falami. Cóż, kiedy farba całkowicie zrośnie, zapewne znowu polubię je proste; Zawsze związuję na noc w warkocz. Nie stosuję też akcesoriów z metalowymi elementami. Włosów na ogół nie wiążę podczas dnia, wolę je rozpuszczone; 
  • Jeśli chodzi o niszczenie, moje włosy są poddawane codziennie suszeniu letnim nawiewem (suszarka z jonizacją), kręceniu na termoloki, oraz fryzurze: włosy rozpuszczone (gumki i spinki się z nich ześlizgują). Niemniej, chociaż na pewno szczególnie termoloki są nie bez znaczenia dla ich kondycji, nie mam zamiaru z tego rezygnować. Aha, rozczesuję włosy zawsze na mokro drewnianym grzebieniem z szeroko rozstawionymi zębami. Włosy nigdy za bardzo mi się nie plątały. Na sucho czeszę szczotką z włosia dzika, a do przygładzania w ciągu dnia używam TT, choć należę do przeciwników tej szczotki; uważam, że używając jej do innych celów niż przygładzanie, można zrobić sobie krzywdę, jeśli ma się porowate i cienkie włosy. ;).
Weźcie proszę poprawkę na to, że ja z natury jestem osobą, która lubi popadać w obsesje. Włosy były jedną z nich, dlatego tak maniakalnie je olejowałam. Obecnie robię to dla zdrowia końcówek i codziennie nakładam olej tylko na końce.

Ostatnia rzecz, to moja depresja. Towarzyszyła mi jak cień, najpierw nieuświadomiona, a od liceum już uświadomiona… leki nie pomagały, dlatego całkowicie zrezygnowałam z nich rok temu. Teraz… cóż, mam wrażenie, że ostatnio jakby depresja nieco się zmniejszyła. Oby było już tylko lepiej! 

Pozdrawiam serdecznie i dziękuję Kasi za jej cierpliwość do mnie, moich setek pytań o włosy i długiego tworzenia historii." 

Jedyną osobą, która za długość publikacji powinna tutaj przepraszać, jestem ja - Kascysko :D. Z Kurczaka jestem niezmiernie dumna (i absolutnie nie tylko pod względem włosowym), a Was zachęcam - jeśli chcecie, by Wasze włosowe i inne kosmetyczne historie ujrzały światło dzienne - możecie je do mnie podesłać ;). Nie zamierzam robić z Waszych opowieści pełnoprawnej serii na blogu, ale czasami warto podnieść się wzajemnie na kosmetycznym duchu ;). 

Moja włosowa pielęgnacja: 6 lat włosomaniactwa!



Wiecie, że pod koniec lipca minęło mi 6 lat odkąd zaczęłam "włosomaniaczyć"? ;). Niewiele brakowało, bym w ostatnim rozgardiaszu zapomniała o tym jakże ważnym dla mnie jubileuszu. W końcu to od włosów zaczęło się moje zakręcenie na punkcie pielęgnacji, kosmetyków i ich składów. Wielokrotnie pytaliście mnie ostatnio o moją włosową pielęgnację, więc myślę, że takie święto jest idealnym momentem na taki wpis ;). Poniżej znajdziecie linki do moich poprzednich postów jubileuszowych:


Obecnie moje kudły wyglądają tak:



Ostatnio u mojego fryzjera byłam w lutym, więc, z racji długości, skręt zrobił się luźniejszy i bajzel na głowie mam nieco większy niż zwykle. Szczerze Wam powiem, że jeszcze nie wiem co zrobię przy następnym cięciu (koniec sierpnia - wrzesień). O prymat walczą dwie opcje:
  • podcięcie samych końcówek jako wstęp do próby zapuszczenia czegoś dłuższego
  • cięcie na bogato do krótkiej, pięknie kręcącej się fryzury.
Bardziej przychylam się do opcji pierwszej, chociaż czuję podskórnie, że gdy na nią się zdecyduję to jeszcze przed zimą polecę się opitolić na krótko xD. Obawiam się, że będę mocno tęsknić za mocniejszym, obliczalnym i trwalszym skrętem, jaki dają u mnie krótsze włosy. 

Ciekawostka - moje pojedyncze siwulce gdzieś magicznie zniknęły. Zastanawiam się czy jest to zasługa Cassi czy też może po prostu wypadły i kolejne siwki nie zdążyły jeszcze wyrosnąć xD.

Nie mam żadnych uwag do kondycji moich włosów - jest naprawdę dobra, o czym świadczy to, że moja pielęgnacja to w zasadzie minimum lub... włosowy detoks, bo inaczej włosy są obciążone.

  • Włosy myję raz na 2-3 dni (przy upałach zdarza mi się również codziennie) szamponem bazującym na mocnych detergentach, zawsze dwukrotnie. Poniżej znajdziecie przykłady moich ulubieńców:

Nie ukrywam jednak, że zamierzam przetestować jakiś szampon bazujący na delikatniejszych surfaktantach. Może akurat da radę? Preferencje włosów wszak zmieniają się w czasie, może i u moich tak się przydarzy.
  • Po myciu nakładam produkt do spłukiwania na maksymalnie 5 minut - dłuższy czas trzymania niestety skutkuje prawie zawsze nadmiernym obciążeniem. Spłukuję moje mazidła bardzo pieczołowicie ;). Moje włosy nadal uwielbiają odżywki proteinowe, ale nie wzbraniam się też przed produktami typowo emolientowymi. Kilku ulubieńców:
Maski Dr Sante (analizy składów, KLIK!, KLIK! i KLIK!)

  • Nie stosuję produktów bez spłukiwania. Włosy bez nich nie mają się źle, a dzięki temu ograniczam prawdopodobieństwo przyklapu. Moja stylizacja włosów w zasadzie nie uległa wielkim zmianom: poza eliminacją właśnie odżywki b/s oraz rezygnacji z podpinania kudeł po myciu ;).
  • Dużo rzadziej stosuję odżywianie przed myciem (raz na 3-5 myć), zarówno w formie typowego olejowania włosów, jak i odżywczych miksów. 
  • Co 2-3 mycia używam jedynie szamponu (bez odżywiania przed i po myciu) i stylizuję włosy z użyciem żelu - taki trochę włosowy detoks ;).
  • Co 2 tygodnie nakładam na włosy Cassię (KLIK!, KLIK!, KLIK!, KLIK!, KLIK! i KLIK!) - daje u mnie fajny efekt pogrubienia włosów, nadaje im piękny, złoty poblask i maskuje siwulce ;).
  • Włosy spinam w razie konieczności spinkami Flexi8 (KLIK!, KLIK!) - taka moja prywatna fanaberia ;).
  • Nie zabezpieczam włosów na noc - śpię z rozpuszczonymi i dość często mokrymi bądź wilgotnymi. Mendy schną tak długo (nawet przy użyciu suszarki xD), że nie ma sensu czekać ;).
  • Przed myciem zdarza mi się stosować różnego rodzaju wcierki - z przerwami, ze szczególnym naciskiem na okresy przesileń, gdy zdarza mi się tracić trochę więcej pierza. 


Można powiedzieć, że jak na włosomaniaczkę moja pielęgnacja jest uboga ;). Wyznaję jednak zasadę, że włosom należy dawać to, czego potrzebują i po czym wyglądają najlepiej, a tak się składa, że teraz najlepiej im z minimum ;).

Jak się mają Wasze włosy? Może coś się w Waszej pielęgnacji zmieniło?

4 lata włosomaniactwa - jubileusz ;)



Niewiele brakowało, żebym w natłoku zajęć zapomniała o jakże ważnej rocznicy - w kontekście blogowym. Końcem lipca 2011 zostałam włosomaniaczką ;). Ten etap rozpoczął się u mnie od mycia włosów odżywką, który, wraz ze spadkiem porowatości, przerodził się z czasem w uwielbienie dla szamponów opartych na mocnych detergentach.

Wcześniejsze wpisy jubileuszowe możecie obejrzeć tutaj:
W ciągu ostatniego roku odkryłam, jak ważne w przypadku moich włosów jest dobre cięcie i regularne jego odświeżanie (w moim przypadku są to odstępy trzymiesięczne - po tym czasie odczuwam, że fryzura traci kształt). Podcinałam się w ciągu ostatniego roku trzykrotnie:

Porzuciłam więc domowe cięcie na prosto na rzecz fryzjerskiego cięcia warstwami (bo sama bym tego nie ogarnęła xD). Jestem zadowolona, włosy układają się w zasadzie same. BHD wynikają raczej z mojej galopującej niskoporowatości i związanej z tym tendencji do obciążenia włosów. 

Problemy włosowe XXIII: jak często stosować proteiny?



Proteiny, czyli inaczej rzecz ujmując białka, to biopolimery zbudowane z aminokwasów występujące we wszystkich żywych organizmach, a nawet w tych "nieżywych", czyli wirusach. Jeśli chodzi o pielęgnację włosów stanowią one jedną z kluczowych grup składników (obok humektantów i emolientów) aplikowanych na długość.

Proteiny kondycjonują ("impregnują") włosy, zaklejają uszkodzenia włosów, poprawiają ich wygląd - ale tylko należycie użyte ;). Składniki te "pracują" w kontakcie z wilgocią, dlatego:
  • przesadzenie z ilością protein, zwane przeproteinowaniem, skutkuje szorstkością, łamliwością, kruchością i rozdwajaniem się włosów, często występuje też efekt siana;
  • niedomiar protein wywołuje efekt "ciągnięcia się" - włosy przypominają w zachowaniu gumę.

Początki włosomaniactwa



Pięknie słoneczny dzień za oknem, jednak mróz trzyma. Dla mnie - jako ciepłoluba - nadchodzi najgorsza pora roku, zima :/ Ale dziś nie o tym :)

Początkiem mojej włosowej pasji była wizyta na zakręconym forum na wizażu. Najpierw nieśmiało podczytywałam, potem odezwałam się pierwszy raz - i Eloe wzięła mnie pod swoje skrzydła :*

Trochę kosztowało mnie pierwsze przełamanie się do mycia odżywką - była to Isana z olejem babassu, Rossmannowski produkt. Nie miałam wtedy żadnej dobrej odżywki dospłukiwania, więc po prostu po masaży w trakcie mycia zostawiałam tą Isankę na około kwadrans na włosach i spłukiwałam.

Pierwszy raz - bałam się przetłuszczenia, ale gdy zobaczyłam efekt to wyrwało mi się: WOW!
Swoją pielęgnację zaczęłam więc od zestawu minimum.

Ciąg dalszy nastąpi :)