Wybrało się Kascysko na wyprzedaże drogeryjne + wyniki rozdania ;)



W piękny dzień dzisiejszy skończyłam szkołę policealną o specjalności technik usług kosmetycznych - napisałam egzamin praktyczny, a po dwóch latach nauki warto sprawić sobie jakiś prezent. Tak więc z moją przyjaciółką wybrałyśmy się z planem docelowym - odwiedzić drogerię Natura, bo przecież mają wyprzedaż właśnie od dziś!

Efekt? Ja nie kupiłam tam nic (polowałam na czerwony piaskowy My Secret, ale były tylko zielone...), natomiast moja przyjaciółka sprawiła sobie właśnie wspomniany My Secret (5,99 zł) i Celebration tej samej marki (6,99 zł). W tak niepocieszonym nastroju weszłam przypadkowo do Claire's, co zaowocowało...




... dwoma zestawami lakierów. Każdy z nich kosztował na promocji 20 zł, ale z racji, że wprowadzili akcję "drugi gratis" - za 12 lakierów zapłaciłam 20 zł. Wszystkie wypróbowałam już na paznokciach mojej współlokatorki i są bardzo fajne, szczególnie ten zestaw matowy i holograficzny (tak mi się wydaje) fiolet z drugiego zestawu. Uważam, że trafiła mi się należyta nagroda na zakończenie szkoły ;). 

Jak się Wam podobają moje zakupy? ;)

--------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------

A teraz czas na wyniki... ;)

Nagrodę główną, czyli zestaw kosmetyków marki Joanna zgarnia: Szczypta Magii

Nagrodę pocieszenia zgarnia: suzie q

Gratuluję i czekam na maila z adresem (z konta pocztowego podanego w zgłoszeniu) do niedzieli (19.01.2014) go godziny 19 ;).

Pozostałym Uczestnikom dziękuję za udział, a z okazji miliona wyświetleń (niedługo ;)) oraz moich urodzin i imienin niedługo znów będę mieć dla Was miłą niespodziankę ;).



Skojarzenia aloesowe, a tu aloesu... brak ;)



Po moich samorobionych wcierkach/maceratach (KLIK! KLIK! KLIK!) poczułam chęć spróbowania "kupnej" wcierki. Akurat na taki mój stan "chcicowy" trafiła do mnie propozycja współpracy z firmą Kosmed, więc nikogo zapewne nie zdziwi, że po dłuższej dyskusji z samą sobą (tak w ogóle ostatnio często mi się to zdarza :P) wybrałam Płyn do pielęgnacji włosów odżywczo-wzmacniający Aloevit.


Opakowanie: Szklana buteleczka z kroplomierzem - szczerze powiem, że to średni pomysł w przypadku wcierki. Nie potrafiłabym się w żaden sposób obsłużyć samą buteleczką przy aplikacji, więc po demontażu wkraplacza przelałam zawartość do pojemnika z atomizerem. Od razu lepiej :D.

Pojemność / cena: 100ml / 8zł; można go znaleźć na doz.pl

Skład:


Spodziewałam się (po nazwie produktu) ekstraktu z aloesu, ale go nie uświadczyłam. Jest to wcierka alkoholowa. Po PEG-35 raczej nie powinien występować przecinek - to olej rycynowy modyfikowany tlenkiem etylenu (w celu łatwiejszego zmycia). W dalszej części INCI znajdziemy emulgator, wyciąg z kasztanowca, pochodna retinolu, witamina E, inozytol, pantotenian wapnia (popularne CP), kwas linolowy i biotyna. 

Nie zauważyłam ekstraktu z łopianuu, kompozycji olejków eterycznych (widzę jeden ;)) ani wszystkich deklarowanych w opisie produktu witamin (chociaż pewnie występują w ekstrakcie z kasztanowca)

Bardzo ładnie, jeśli tylko dany skalp nie reaguje źle na etanol - mój nie reaguje ;).

Konsystencja: Ciecz o delikatnie słomkowej barwie.

Zapach: Ziołowy, i bardzo mi się podoba ^^.

Działanie: Przed pierwszym jego użyciem na skórę głowy sumiennie zrobiłam sobie próbę uczuleniową za uchem i odczekałam 48h. Z racji, że nie zauważyłam żadnych niepokojących objawów wtarłam go w skórę głowy (mimo deklaracji producenta nie polecam jego używania na długość - taka ilość etanolu w tym rejonie spowoduje więcej szkód niż pożytku) na kilka godzin przed myciem - taki schemat był przeze mnie kontynuowany przez cały czas trwania kuracji (miesiąc, bo na tyle wystarczyła buteleczka), a rozbieżność czasowa między wcieraniem a myciem włosów wynosiła 1,5 - 6h. Skóra mojej głowy nie zareagowała w żaden niepokojący sposób, włosy mimo zaordynowanej z pewnych względów terapii doustnej (która wcześniej skutkowała moim linieniem) nie wypadają mocniej (a wręcz delikatnie słabiej). Największy efekt odczułam jednak w przyroście - włosy urosły znacząco w ciągu tego miesiąca (zwykle przy moich kręciołach po takim okresie nie widzę żadnej różnicy :P), czyli zapewne około 3,5-4 cm (mój przyrost bez wspomagaczy oscyluje w granicach 2-2,5 cm). Dodatkowo zaliczyłam spory wysyp babyhairów, co nawet zaowocowało sugestią mojego kolegi, że "czoło mi zarasta" (bo 1-1,5 cm włoski sterczą mi na granicy czoła jak antenki ;p) - a wiadomo, że na zagęszczeniu mi zależy.

W czasie kuracji nie stosowałam suplementów, wiec efekty dodatkowo mnie zaskakują. Ze względu na etanol nie jest to jednak produkt dla każdego, jednak ja już myślę o wypróbowaniu wersji przeciwłupieżowej :D.

Jaka "kupna" wcierka najlepiej działa u Was na porost włosów?

P.S. Do północy możecie jeszcze wziąć udział w rozdaniu :D

Szkodliwe składniki kosmetyków wg Onetu, czyli... jak zasiać panikę w narodzie.



Mam ostatnio szczęście do wyłapywania "ciekawych" artykułów kosmetycznych na Onecie. Ten, który dziś chciałabym tutaj omówić wisiał na głównej stronie dość krótko (może z powodu wytykania błędów merytorycznych? :P), ale oczywiście ja musiałam mieć to szczęście go wyłowić.


Wstęp

Jestem przekonana, że kto jak kto, ale alergicy czy atopowcy z dużą pieczołowitością dobierają swoje kosmetyki. Raczej nie zdarza im się kupić kompulsywnie pierwszego z brzegu mazidła tylko dlatego, że "ładnie pachnie" czy "ma ładne opakowanie". Poza tym Autor zapomniał o jednym - uczulenie na dany składnik może pojawić się na każdym etapie życia, niezależnie od tego, jak często wcześniej z niego korzystaliśmy. Przykładami "z życia" mogę być ja (truskawki) i moja mama (aloes). 

Każdy z konsumentów, kupując nowy kosmetyk, powinien być świadomy, że może on uczulić - nawet, jeśli nigdy wcześniej nie dorobiliśmy się żadnego uczulenia. Ot, reakcja na połączenie składników czy na substancję, z którą nigdy wcześniej nie mieliśmy styczności.

AHA

Tutaj Autor nawet nie pokusił się o sprawdzenie, jakie kwasy są alfahydroksykwasami (AHA). Do tej pory w żadnym INCI nie zobaczyłam alpha hydroxy acid (ale być może po prostu nie miałam tego szczęścia), za to glycolic acid (kwas glikolowy), lactic acid (kwas mlekowy), malic acid (kwas jabłkowy) czy citric acid (kwas cytrynowy) i owszem, a wszystkie inne należą do grupy kwasów AHA. 

Nie ma ani słowa o stężeniach, jakimi można zrobić sobie "aż taką" krzywdę, o jakiej wspomina Autor. Za to zabrakło mi ważnej rzeczy, która przydałaby się w tym miejscu - "piętnowania" kosmetologów i dermatologów, którzy wykonują zabiegi z jakimikolwiek kwasami, ale "zapominają" lub wręcz (o zgrozo!) odradzają swoim klientom/pacjentom używania "po" filtrów przeciwsłonecznych o odpowiednim SPF (sytuacja także "z życia wzięta"). To byłoby jak najbardziej na miejscu.

Co do opisu wprost z Kosmetologii: to zdanie, nacechowane dla zwykłego śmiertelnika dość negatywnie, po prostu opisuje złuszczanie naskórka za pomocą peelingu enzymatycznego bądź kwasowego. Całkiem normalny proces, w którym większość z nas partycypuje około raz w tygodniu.

Ktoś, kto ma głowę na karku i zagłębił się w temat nie zrobi sobie kwasami AHA (czy BHA lub  PHA) krzywdy opisywanej przez Autora..

Parabeny

Parabeny wg różnych źródeł uczulają około 0,8% społeczeństwa, czyli znacznie mniej niż np. ekstrakt z aloesu. Reakcja alergiczna wywołana kontaktem z jakąkolwiek substancją jest sprawą osobniczą. 

Ciekawostka: na świecie żyje 7-8 osób uczulonych na czystą wodę. Piją w zasadzie tylko mleko i oranżadę (które szkodzą im mniej), a swoją toaletę odbywają w kieliszku wody.

I znów ani słowa o stężeniach. Ani o tym, że parabenom nie jest tak prosto przejść przez barierę skórno-naskórkową. Ani o tym, przy jak wysokich stężeniach (nieosiągalnych nawet dla kogoś, kto używa wielkiej liczby kosmetyków z parabenami) występuje jakiekolwiek oddziaływanie na układ hormonalny...

Rakotwórcze

Stężenia, stężenia, stężenia... znów mi tego brak. Cyjanków chyba jeszcze nigdy nie widziałam w INCI (a trzeba przyznać, że przecież przeglądam właściwie skład każdego swojego kosmetyku i mam ich też sporo), tak samo jak monomerów styrenu. Od oksybenzonu się odchodzi i w zasadzie na opakowaniu, jeśli jest, można znaleźć napis "contain oxybenzone", więc jego eliminacja nie jest trudna. SOS (detergent siarczanowy), talk oraz glikol propylenowy - cóż, nie są rakotwórcze. Za to dzięki zdaniu o 20 latach badań wpadłam na to, że Autor inspirował się panem Różańskim.

Wszystko, co nakładamy na skórę (nawet najbardziej naturalne) w pewnym sensie "zaburza" jej pracę. Tyle, że przecież myć się musimy, prawda?

Przenikają do organizmu

Dioksan jest zakazany w kosmetykach w UE, DMDM-Hydantoina już wcześniej podrażni osoby na nią uczulone, niż spowoduje wzrost choćby jednego dodatkowego włoska. Poza tym Glydant to nazwa handlowa DMDM-Hydantoiny. Pojawienia się tutaj Sodium PCA (piroglutaminianu sodu) nie rozumiem całkowicie, skoro jest z niego całkiem niezły humektant.

Detergenty

Temat-rzeka. Jeśli chodzi o mycie naczyń, pranie czy higienę ciała fakt, anionowe, amfoterycznie i niejonowe detergenty są podobne, jeśli nie takie same. Tyle, że w środkach "gospodarstwa domowego" występują dodatkowo kationowe środki powierzchniowo czynne, które zwiększają "siłę myjącą" naszego preparatu. Detergenty nie mają okazji przeniknąć do krwi, a ewentualne podrażnienia/uczulenia to sprawa indywidualna. Wiele osób bez "mocnych myjadeł" nie potrafi egzystować, a "delikatesy" robią im krzywdę (oczywiście, może to też działać w drugą stronę - znów do głosu dochodzi czynnik ludzki, o którym nie ma ani słowa).

Gdyby panie w ciąży i karmiące miały całkiem zrezygnować z detergentów, to ciało i włosy musiałyby chyba myć w orzechach piorących (które i tak zawierają pewne detergenty, hm... pomysły mi się skończyły). Każdy produkt do mycia zawiera jakiś detergent potrzebny, by zemulgować i umożliwić usunięcie łoju i brudu.

Zatykają pory 
Popularne "zapchanie" porów też zależy od indywidualnej wrażliwości danej osoby na składnik. Mnie "zapycha" np. parafina, ale talk nie robi mi żadnej krzywdy. Nie bardzo też wiem, w jaki sposób "zatkanie porów" połączone jest z przyspieszeniem starzenia...

Powodują podrażnienia
Powtórzę po raz kolejny - podrażnienia i uczulenia to sprawa indywidualna. Ba, "natura" - czyli substancje pochodzenia naturalnego (np. ekstrakty roślinne) statystycznie uczulają częściej niż syntetyczne składniki kosmetyków.


Podsumowując, artykuł ten jest bardzo słaby i napisany bardzo... demagogicznie. Po komentarzach widać, że zasiał pewną panikę - nie wszyscy jesteśmy związani z branżą kosmetyczno-chemiczną i nie musimy się na tym znać, ale od osoby, która zabiera się za pisanie pracy na dany temat oczekuje się jednak pewnej wiedzy i bazowania na więcej niż jednym źródle (bo źródło wykorzystane tutaj jest bardzo... tendencyjne, delikatnie mówiąc).


Czytałyście zalinkowany artykuł? Jakie są Wasze odczucia "po"?

Uległam zachwytom i ...



... czuję spore rozczarowanie. Srebrna i złota wersja piaskowego lakieru Lovely Snow Dust nie budziły mego chciejstwa lakierowego, za to biały - już tak. Dodatkowo naczytałam się peanów pochwalnych na temat jego wyglądu, więc w ramach nagradzania siebie za ciężką pracę udałam się do Rossmanna i wzięłam ostatnią sztukę, jaka była w szafie (8,59zł).

Lovely Snow Dust nr 2 to "śnieg w buteleczce" - miliardy iskrzących drobinek zatopione w lakierze robi piorunujące wrażenie przed aplikacją. Co do pędzelka i aplikacji nie mam żadnych zastrzeżeń - sam proces malowania odbywa się bezproblemowo. Kłopoty zaczynają się przy schnięciu - manicure długo był "gumowy" i strach było cokolwiek robić. Nałożyłam go na warstwę białego lakieru, bo oczekiwałam pełnego krycia. 

Efekt na paznokciach jest dla mnie bardzo nijaki - po zachwytach, jakie czytałam spodziewałam się sporo więcej. Cóż, ale jak wiadomo: gust jest jak głowa, każdy ma swoją :P. Zapewne miałam po prostu zbyt duże oczekiwania...

Zmywa się na szczęście bezproblemowo - był ze mną tylko 24h, bo drugiego dnia piękny odprysk na kciuki nie pozwolił mi nosić go dalej.






Macie lakiery z serii Snow Dust? Jakie macie o nich zdanie? 

P.S. Dopiero teraz zauważyłam, że sfotografowałam sobie stopę :P

Ogłoszenia "parafialne" + kumulacja grudniowa



Od "dwóch wpisów" przy publikowaniu wiadomości na Facebooku z linkami do bloga umieszczam je w pierwszym komentarzu pod postem. Padło już pytanie dlaczego... 

Facebook ogranicza zasięg fanpage'ów, a dodatkowo jest zainteresowany tym, byśmy promowali swoje posty. Dlatego też przy publikacji wpisu z linkiem w treści dociera on średnio do 200 osób (w przypadku mojej strony), natomiast przy umieszczeniu adresu w komentarzu - do ponad 600. 

Wiadomo, chcę docierać do moich Czytelników, więc na razie będę nadal praktykować ten sposób. Dopóki my albo FB nie wymyślimy czegoś nowego ;p.

------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------

Kumulacja grudniowa nie będzie obfitować w prezenty świątecznie, bo w zasadzie... nie praktykuję tego zwyczaju (może dlatego, że moja najbliższa rodzina jest bardzo liczna :P). Jednak wymianki i zakupy ciuchowe są zawsze spoko - jak wiadomo :P

Dzięki wymiankom z Żanetką i Paulinką weszłam w posiadanie kolejnych lakierowych cudowności <3 (dwa lakiery dublują się na zdjęciach, nie wiem, jak to zrobiłam :P). Nie mówiąc już o tym, że część lakierów było "niespodziewajkami", a i tak podobają mi się wręcz za bardzo :D.


2x Lemax, Paese, brokat Vipery.

 

4x kropkowe Delie, 3 x Golden Rose Rich Color, 2x Golden Rose Impression, top Essence i top CR <3.


Od mojej przyjaciółki dostałam w ramach Mikołajek piękny, czerwony lakier Lovely ;)


Sama zakupiłam dwa lakiery My Secret Confetti, z których jeden już pokazałam na paznokciach.


Dwa szampony Joanna Naturia (500 ml) kupione na promocji w Kauflandzie za 4,99zł / sztuka.


Sukienka z Innej, 20 zł :D


Spódnica House, 30 zł.


Spódnica Takko Fashion, 20 zł.


Bluzka Takko Fashion, 25 zł.

Grudzień był miesiącem lakierowych niespodzianek i kilku okazji ciuchowych, jak widać ;). A jak było u Was? Czyżby moc prezentów? ;)

Ważne, że nie szkodzi, ale...



Moje doświadczenia z rosyjskimi kosmetykami nie są jeszcze zbyt bogate i na razie są to dla mnie kosmetyki średnie, bo nie doznałam przy ich stosowaniu mocnego zachwytu. Dziś kolejny produkt z tej grupy: Oczyszczająca maseczka do twarzy - cera mieszana, który otrzymałam do testów od sklepu Skarby Syberii.



Opakowanie: Miękka tuba z estetycznymi, nieprzeładowanymi etykietami. Oprócz INCI (język angielski) i dodatkowej naklejki (język polski) wszystkie napisy są w zasadzie dla zwykłego śmiertelnika bez znajomości rosyjskiego nie do rozszyfrowania :P.

Pojemność / cena: 75ml / 16,90zł.

Skład:

Aqua, Echinacea Purpea Extract, Aloe Barbadensis Leaf Extract, Cocoglycerides, Glycerin, Cetyl Alcohol, Stearyl Alcohol, Oleyl Erucate, Cetearyl Alcohol, Cetearyl Glucoside, Sodium Polyacrylate, Caprylyl Glycol, Dicaprylyl Ether, Panthenol, Sodium Ascorbyl Phosphat, Parfum, Benzyl Alcohol, Benzoic Acid, Sorbic Acid. 

Znajdziemy w niej ekstrakty z jeżówki purpurowej i aloesu, glicerydy oleju kokosowego, glicerynę, mieszankę emolientów i humektantów, zapach oraz konserwanty i regulatory pH. W ogólności - całkiem przyjemny.

Konsystencja:



Średnio gęsty krem o minimalnie zielonkawym zabarwieniu.

Zapach: Kwiatowo-pudrowy, kojarzy mi się też z jakimś kremem dla dzieci.

Działanie: Używałam tej maseczki dwa razy w tygodniu (na 15 minut) na skórę oczyszczoną peelingiem enzymatycznym. Od produktu tego typu oczekuję intensywniejszego działania niż od kremu. No właśnie... Maseczka w żaden sposób nie zaszkodziła mojej problematycznej cerze (nie wystąpił wysyp, podrażnienie czy jakiekolwiek inne pogorszenie stanu skóry), jednak z całą pewnością nie odczułam nawet najmniejszych oznak oczyszczenia skóry. Kosmetyk ten po prostu nawilża i nie szkodzi - po tych 15 minutach właściwie nie ma czego zmywać, bo produkt wchłania się lepiej niż niejeden krem. Od maseczki oczekuję jednak trochę więcej...

Dla szukających nawilżenia - kosmetyk na plus, dla oczekujących deklarowanego oczyszczenia - nie bardzo.

Polecicie mi jakąś rosyjską maseczkę do twarzy? A może jest jakiś tego typu produkt z oferty naszych wschodnich sąsiadów, który Was kusi?

Problemy włosowe X: czy filmformery (silikony, polyquateria, quateria, guar, parafina) niszczą włosy ?



Spotkaliście się z określeniem "bomba silikonowa" w totalnie negatywnym znaczeniu? Na pewno. Spotkaliście się ze stwierdzeniem, że filmformery niszczą włosy? Z całą pewnością. Pytanie tylko - jak jest naprawdę? Warto poświęcić chwilę na refleksję nad tematem.

Filmformery nie są w stanie same zniszczyć/wysuszyć/zmienić struktury włosa. Są oskarżane o "przestępstwa włosowe", które zwykle obciążają sumienie innych składników "oblepiaczowego" kosmetyku - w słynnym Biosilku był to etanol (Alcohol Denat.), można też znaleźć przypadki dodatków alkoholu izopropylowego (IPA, Isopropyl Alcohol - na który nie wszystkie włosy reagują) czy detergentów (najczęściej SLS-Sodium Lauryl Sulfate, SLES-Sodium Laureth Sulfate, Cocamidopropyl Betaine, Lauramidopropyl Betaine).

Filmformery nie stanowią także nieprzepuszczalnej warstwy dla substancji, które dostarczamy włosom wraz z olejami, maskami, kremami czy też innymi miksami - nie stanowią więc blokady dla dobroci, bo: 
  • Po pierwsze - większość z nich jest łatwa do usunięcia, a nawet sama odparowuje z powierzchni włosa. 
  • Po drugie - w trakcie "noszenia" ścierają się na ubraniach, czapkach, przy przebieraniu...
  • Po trzecie - spora ich część rozpuszczalna jest w tłuszczach, więc w takich przypadkach olej czy "olejowe" składniki miksów przenikną bez większych problemów.
  • Po czwarte - nałożenie na włosy "bomby silikonowej" w warunkach domowych w taki sposób, by warstwa była idealna i nieprzepuszczalna jest niemożliwe. Ba, nawet w laboratorium byłoby to ciężkie do zrealizowania, gdyż włos nie jest zbyt wdzięczną powierzchnią do powlekania.

Filmformery za to mogą:
  • obciążyć - wiadomo, główne skrzypce gra tutaj ilość użytego kosmetyku, rodzaj (do spłukiwania, bez spłukiwania, szampon, stylizator...) oraz typ użytego filmformera (jedni mogą "litrami" lać na głowę Dimethicone, ale już odrobina parafiny powoduje u nich 3xP: przyklap, przetłuszcz i przychlast);
  • spuszyć - tak, silikony jak najbardziej mogą puszyć. Najwięcej doniesień na ten temat znalazłam o Amodimethicone, Dimethicone, parafinie i gumie guar oraz jej pochodnych. Puch często mylony jest z wysuszeniem włosów.
  • "strąkować" włosy - pojęcie związane poniekąd z obciążeniem, ale dotyczące bardziej długości niż nasady włosów -  kędziorki zbijają się w pasma, na co narzeka wiele kobiet. Tutaj także należy rozważyć ilość i typ kosmetyku oraz rodzaj filmformera;
  • powodować niechciane reakcje ze strony skóry - jednak nikt nie każe nam wcierać odżywki z silikonami w skalp, jeśli nam to nie służy.
Pierwsze trzy kropki dotyczą nie uszkodzeń włosa, a pogorszenia wyglądu fryzury - wystarczy filmformery z nich zmyć odpowiednim środkiem, by wszystko wróciło do normy. Czwarta natomiast zależy od wrażliwości osobniczej - uczulonym można być wszakże na wszystko.

Jaki jest Wasz stosunek do silikonów i innych filmformerów? ;)
Sodium Laureth Sulfate
Sodium Laureth Sulfate
Sodium Laureth Sulfate

Landrynkowato + ciekawostka lakierowa



Róż nie jest kolorem, który jakoś często gości na moich paznokciach, jednak przyznam, że do jego jaskrawej wersji mam dziwną i niespotykaną słabość ;). Z racji, że moja miłość do brokatów nie słabnie - połączyłam kolor i drobinki ;).

Golden Rose Rich Color nr 12 to żelek, czyli kwestia przebijających końcówek występuje niezależnie od ilości nałożonych warstw. Jednak kolor - piękny, mocny, jaskrawy róż w pełni mi to "nie-krycie" rekompensuje. 2-3 warstwy schną szybko, ale końcówki po 1-2 dniach się wycierają (odprysków nie zanotowałam). Mimo swojego wykończenia nie błyszczy jakoś bardzo mocno, jednak... blask zawsze możemy podbić topem ;). Zapłacimy za niego 5,50 - 7 zł zależnie od miejsca zakupu.

Palce środkowy i serdeczny pobłogosławiłam dwoma warstwami lakieru brokatowego Life - w bezbarwnej bazie zanurzone są drobinki różnej wielkości: od złotej mgiełki i drobnej trawki do złotych kółek i czarnych kwadratów (połączenie dość niespotykane ;)). Także schnie szybko, a wszelkie nierówności ukryłam warstwą bezbarwnego topu. Znajdziemy go w SuperPharm w cenie 3,50-5 zł.

Całość wygląda jak na zdjęciach - szczerze muszę przyznać, że nie spodziewałam się aż tak fajnego efektu ;).







Jak się Wam podoba? ;)

Dzięki jednej z moich Czytelniczek zwróciłam uwagę na to, że lakiery Life produkuje... Ados, i ba, wypuścił ich odpowiedniki w podobnej cenie pod własnym szyldem xD.

Jak opanowałam trądzik XX: mydło Aleppo z czarnuszką



Mydełka do twarzy, jak można było zauważyć kocham miłością wzajemną wręcz ;). Moja przygoda z egzemplarzem, o którym chciałam Wam dziś napisać rozpoczęła się od mojej historii uczuleniowej - nie miałam wtedy pojęcia, czym traktować moją cerę, by sytuacji nie pogorszyć. Z opałów uratowała mnie paczka-niespodzianka od marsylskie.pl, w której znalazłam mydło Aleppo z czarnuszką Najel.



Opakowanie: Mydełko otrzymujemy zapakowane w "półotwarty" kartonik, zawinięte w papier i zabezpieczone folią.



Sama kostka jest owalna i pewnie osobom z "normalnym rozmiarem dłoni" dobrze by się nią w całości operowało - ja jednak musiałam je pociąć na 4 części ;).



Pojemność / cena: 100g / 14zł.

Skład:
olea europaea, laurus nobilis, aqua, nigella sativa seed oil, sodium hydroxide

Krótko, zwięźle i na temat: oliwa z oliwek, olej laurowy, woda, olej z czarnuszki i wodorotlenek sodu potrzebny do wytworzenia mydła ;). 

Zapach: Mydlany, ale delikatnie ostrzejszy niż "zwykłych, szarych" mydeł.

Piana: Mydełko całkiem dobrze się pieni, dając biało-kremową pianę.

Działanie: Przyznaję, że przed pierwszym użyciem (ze względu na jesień średniowiecza, jaką miałam na twarzy) dusza moja umieściła się na moim ramieniu :P. Jednak po głębszym zastanowieniu doszłam do wniosku, że już dużo gorzej być nie może. Opis działania tego mydełka w dużej mierze dotyczy właśnie stanów alergicznych - postanowiłam się przekonać. Nie napiszę tutaj, że to ono jest moim wybawicielem z tamtego okresu (w końcu dostałam też leki, które mogły zadziałać), jednak za późniejsze szybkie gojenie laur uznania należy się właśnie temu mydłu. Moja skóra ogólnie ma spore zdolności regeneracyjne, ale nie sądzę, by bez jego udziału zmiany zagoiłyby się tak szybko. 

Mydło to świetnie działa na wszelkie podrażnienia - ot, czerwony nos w czasie kataru, przesadzenie z kwasami, nos łuszczący się od chłodu i wiatru... Nie pogarsza sytuacji, łagodzi, absolutnie nie wysusza. Mogę nim nawet myc okolice oczu bez żadnego szczypania czy pieczenia.

Trzyma też w ryzach zmiany ropne - w czasie jego używania miałam zaledwie jeden wyprysk, i to w fazie cyklu, gdzie są one dla mnie normalne ;). Uważam też, że poprawiło sytuację z zaskórnikami otwartymi na mojej brodzie - jest ich widocznie mniej i są płytsze (ta tendencja mogłaby się utrzymać ;)). 

Podsumowując - to chyba mój nowy mydlany faworyt ;)


http://www.marsylskie.pl/


A jak u Was jest z mydełkami? Bo ja już czuję, że jak skończę ten egzemplarz (tylko kiedy to będzie, jak ono takie wydajne :P) to zapoluję na mydło z błotem z Morza Martwego :D

Produkt otrzymałam w ramach współpracy i nie wpłynęło to na moją ocenę.

Tematycznie, bo... jestem z nich dumna :D



Były patenty na pielęgnację, byli ulubieńcy mijającego roku, a dziś nadszedł czas na kategorię, z której jestem najbardziej jestem dumna - posty tematyczne. Dotyczące pielęgnacji, chemii, poniekąd "walki z mitami" (aż samo na usta się pcha... MythBusters :D)... - w zasadzie to, co lubię najbardziej. Tematy sami mi podrzucacie, innym razem osobiście znajduję je w odmętach Internetu.

Zeszłoroczne posty tematyczne, z których jestem dumna: 

Dumna jestem też z serii "Problemy włosowe", do której zostałam zainspirowana przez Wizażanki:


Sylwestrowo :D



Manicure jest jednym z elementów stylizacji sylwestrowej, o którym nie mogłam zapomnieć ;). Poziom ambitnych wzorków i zdobień jest dla mnie na razie nieosiągalny, jednak asortymenty drogerii przychodzą z pomocą laikom mojego pokroju ;).

Na lakiery My Secret Confetti chorowałam już od dłuższego czasu, a po przeglądnięciu zdjęć zdecydowałam się na Celebration i Game, ale chyba wrócę jeszcze po Joy ;).

Bazę dla Celebration stanowi "pochmurny", błękitny krem, w którym zanurzone są drobinki czerwonego i złotego brokatu. Całość wygląda jak posypana brokatem - z takim efektem powstałym w wyniku użycia jednego lakieru spotykam się po raz pierwszy ;).

Pędzelek mógłby być odrobinę węższy, a co do samego lakieru nie mam większych zastrzeżeń. Kryje po dwóch grubszych warstwach, schnie bardzo szybko, jedyne uszkodzenia dotyczą ścierania się końcówek (po 3 dniach). Ze względu na brokat zmywanie jest odrobinę trudniejsze niż przy kremach, jednak... bywało gorzej ;).

Zapłaciłam za niego 7,99zł w Naturze i myślę, że sprawię sobie jeszcze jeden. Fun nie interesuje mnie w ogóle :P








Co o nim myślicie? Może macie dla mnie propozycje jakiś brokatowych lakierów, które mogłby mnie chwycić za serducho? ;)

Nie zawsze trzeba mieszać samemu...



... by mieć miliard ulubieńców ;). W pierwszy dzień nowego, 2014 roku chciałabym Wam przedstawić moich kosmetyczno - drogeryjnych ulubieńców. Lecimy więc!

  • Lakiery L.A. Colors (Klik! Klik! Klik! Klik! Klik! Klik!) - kupione za grosze na Allegro, bywały egzemplarze lepsze i gorsze, jednak w ogólności - warte polecenia!
  • Lakiery piaskowe (Klik! Klik! Klik! Klik! Klik! Klik! Klik! Klik! Klik! Klik! Klik! Klik! Klik! Klik! Klik! Klik!) - trend w manicure, który po prostu mnie zachwycił!
  • Lakiery brokatowe (Klik! Klik! Klik! Klik! Klik! Klik)- jak wyżej ;) 
  • Lakier Mariza Brilliant nr 7719 (Klik!) - najpiękniejszy, holograficzny jednowarstwowiec jaki widziałam i miałam. Żałuję, że nie zaopatrzyłam się w nie wszystkie - obecnie są niedostępne.
  • Maskary Eveline (Klik! Klik!) - najlepsze tusze do rzęs, jakich używałam. Na pewno będę do nich wracać.
  • Olej Oilmedica (Klik!) - czyli zioła utopione w oleju kokosowym bez parafiny. Me gusta :D
  • Piwny szampon Barwy (Klik!) - rypacz wart uwagi.
  • Krem Intensywnie Nawilżający Eva Natura (Klik!) - od niego rozpoczął się wielki progres w poprawie stanu mojej cery.
  • Maseczka cynkowa Bingo Spa (Klik!) - killer stanów zapalnych oraz zaskórników.
  • Balsam do włosów z olejem arganowym Green Pharmacy (Klik!) - zapach, działanie, wydajność... wszystko in plus ;).
  • Redual + Bingo Spa (Klik!) - błoto z Morza Martwego w formie pasty. Mocny środek i nie dla każdego, ale jaki efekt!
  • Błoto z Morza Martwego White Flower's Experience (Klik!) - jak wyżej ;)
  • Płyn micelarny Hydrain3Hialuro Dermedic (Klik!) - numer jeden wśród płynów micelarnych w moim prywatnym rankingu, zużyłam już łącznie 600 ml tego cuda ;).
  • Regenerujący krem do rąk Emolient Linum Dermedic (Klik!) - ratunek dla moich steranych czynnikami chemicznymi i pogodą łapek.
  • Krem z żurawiną Apis (Klik!) - kolejny krem idealny, dodatkowo - z filtrem przeciwsłonecznym ;)
  • Mydło węglowe (Klik!) - niedroga i wydajna kosteczka, pomocna w pielęgnacji i walce z trądzikiem.
  • Płyn do pielęgnacji skóry L'Azel Active Mozapharm (Klik!) - prywatny pogromca przebarwień
    - kolejny bardzo udany kosmetyk z olejem arganowym.
A jakich Wy miałyście ulubieńców w mijającym roku? ;)